środa, 19 kwietnia 2017

Gimnazjologia, czyli świat okiem młodego człowieka

Gdybym chciała napisać dekalog młodości na pierwszym miejscu znalazłyby się: burza uczuć oraz poszukiwanie własnej tożsamości, kształtowanie osobowości. Mądrzy dorośli piszą książki dla młodzieży, często wtłaczając siebie, dorosłego człowieka w świat nastolatków. I to jest cyniczne, sztuczne, a jeżeli autor uderza w ton moralizatorski, mentorski, to już lepiej niech zajmie się literaturą dla dorosłych. 
Literaturę młodzieżową tworzą przede wszystkim dorośli, jednym udaje się oddać szczere emocje i wejść w duszę młodego człowieka, co wiąże się z obserwacją, empatią i słuchaniem nastolatków. Są też tacy autorzy, którzy udają, próbując z różnych wyimków, frazesów, stworzyć współczesny obraz młodzieży. A gdyby oddać głos młodym ludziom? Chyba oni najlepiej wiedzą co im „w duszy gra”. Ciekawym, literackim eksperymentem, pokazującym świat nastolatków od wewnątrz jest powieść „Kalesony Sokratesa”  Jakuba Łaszkiewicza. Autor, fan rocka i literatury, sam będący gimnazjalistą, wydał książkę. Wydawałoby się, że jest ona skierowana do konkretnej grupy wiekowej – 13-18-latków, o czym wspomina na wstępie sam autor. Cóż kiedyś też byłam gimnazjalistką i ta powieść obudziła we mnie dawne wspomnienia, pozwoliła abym znów mogła poczuć się jak szalona nastolatka.  „Kalesony Sokratesa” przyrównałabym do różowych okularów ale w wersji męskiej, bo w tej powieści to faceci rządzą, a raczej ich hormony. Okazuje się bowiem, że płeć piękna to zarówno źródło uczuciowych niespodzianek jak i niekończących się tarapatów. 
 
Bohaterem, który relacjonuje swoją, nastoletnią codzienność jest Maciek. Z racji, że chłopak zmienił szkołę, pozostawiając swoich dawnych znajomych, zakłada bloga, który pełni funkcję osobistego pamiętnika. Maciek mieszka wraz z mamą, łączą ich bardzo dobre stosunki, czego nie można powiedzieć o ojcu chłopca, który ignoruje fakt istnienia syna. Nastolatek próbuje zaklimatyzować się w nowej szkole, co nie jest łatwe. Jego uwagę przykuwa dziewczyna o imieniu Weronika, która chętnie zaprzyjaźnia się z naszym bohaterem. Wspólne pasje, słuchanie muzyki, spacery stają się dobrym początkiem znajomości. Maciek daje się ponieść uczuciom i szybko wspólne koleżeństwo przeradza się w coś o wiele poważniejszego. To co jednak szybko płonie, szybko też się spala. Podobne dylematy natury damsko – męskiej przeżywa kolega z klasy – Patryk, członek zespołu punkowego o dość zagadkowej nazwie – Kalesony Sokratesa. Zakochany bez pamięci, platonicznie w dziewczynie z klasy, próbuje nieskutecznie urzeczywistnić swoje emocjonalne marzenia.

Książka pomimo, że porusza tematy różnego kalibru – pierwsze miłości, związki, współżycie, rodzinne relacje, empatia wobec drugiego człowieka – nie jest fabularnie przeładowana. Okazuje się, że młodym ludziom trudno mówić o emocjach, trudno nawiązywać nowe znajomości – częściej odbywa się to wirtualnie. Autor czerpie całymi garściami z młodzieżowej popkultury, uposaża swojego bohatera w dystans do świata, humor rodem z Monty Pythona i zabawne porównania, pozwalające na pokazanie swojej rzeczywistości z delikatnym przymrużeniem oka. Cenię sobie pisarzy, którzy potrafią wywołać uśmiech u czytelnika, a „Kalesony Sokratesa” to solidna dawka dobrego humoru. Maciek jest postacią niezwykle sympatyczną, ma swoje wady i zalety, przejawia cechy empatyczne i potrafi pomóc, chociażby nieznajomej, głodnej i biednej staruszce. Bohater zaznacza też ostrą granicę między dziewczynami a chłopakami. „Płeć piękna” okazuje się być pełna sprzeczności, dziwnych zachowań, których nie potrafią zrozumieć młodzi mężczyźni. Autor wkracza również w strefę intymną. Uderza szybkość uczuciowego i fizycznego angażowania się. Wszystko dzieje się szybko, jest to istna uczuciowa burza, pełna niepewności, zagubienia, ale i euforii oraz endorfin. Taka jest właśnie młodość – przeżywa intensywnie, burzliwie, emocjonalnie, ucząc się na własnych błędach, robiąc wiele rzeczy po swojemu. 

„Kalesony Sokratesa” Jakuba Łaszkiewicza to świetna lektura dla nastolatków, którzy na pewno odnajdą wiele odniesień do własnego życia. Autor z łatwością nawiązuje kontakt z czytelnikiem, puszcza do niego oko. Powieść jest przepełniona entuzjazmem, szkolna codzienność przeplata się z młodzieńczymi inicjacjami, muzyką, która wielokrotnie wpisuje się w stany emocjonalne młodych ludzi. Na pewno jest kilka wątków, które autor mógłby pociągnąć, poszerzyć, uszczegółowić (choćby historię staruszki Józefiny). Interesujące byłoby również poprowadzenie narracji dwutorowej, z różnych perspektyw – czyli Maćka i Patryka, który niestety pojawia się prawie na końcu powieści, a jego postać i losy opisuje narrator.

 Jeżeli szukacie prawdziwej, ale pełnej humoru powieści o perypetiach nastolatków to sięgnijcie po „Kalesony Sokratesa”. Jesteście fanami muzyki rockowej a popkultura nie jest wam obca, to lektura wpasuje się w wasze zainteresowania. Nie znajdziecie tutaj przepisu na młodość, pierwszą miłość czy przyjaźń, ale gwarantuję, że poczujecie, iż nie jesteście z tym wszystkim sami. Ktoś obok, wasza koleżanka, nowy kolega – przeżywają podobne rozterki, rozczarowania, kryzysy, emocjonalne burze. Uczucia nie są łatwe, życie nie jest systemem zero-jedynkowym, ale przypomina sinusoidę. I niech ten matematyczny akcent będzie podsumowaniem debiutanckiej powieści Jakuba Łaszkiewicza.  

*Jakub Łaszkiewicz, Kalesony Sokratesa, wyd. Novae Res, Gdynia 2017.   

Za egzemplarz książki dziękuję autorowi. 

środa, 12 kwietnia 2017

Echa przeszłości

Rodzinne historie jak stare fotografie wypełniają książkę Gabrieli Anny Kańtor „Koronki z płatków śniegu”. Pierwsze strony to zaproszenie w podróż wehikułem czasu, który zabierze  nas na dawne Polesie i Śląsk, gdzie spotkamy kolejnych przedstawicieli rodziny Ruczajewskich – Ruczaj. Pokoleniowe drzewo rozrasta się wraz z narodzinami dzieci, dorastaniem, zakładaniem własnych rodzin – życie zatacza koło – ktoś umiera i rodzi się, przedłużając gałąź rodu. Czym wyróżnia się ta saga od innych? Powieść ta, jest potwierdzeniem fascynacji autorki tematyką i przestrzenią Śląska, jego historycznymi losami oraz kolorytem lokalnym. Nie bez znaczenia jest sam tytuł, gdyż koronki zdają się towarzyszyć głównym bohaterom w najważniejszych chwilach, są zarówno tłem i symbolem domu jak i stanowią rodzinną pamiątkę. Przeszłość przenika teraźniejszość, z każdym rozdziałem poznajemy zagmatwane losy członków rodziny, na których historia odbiła swoje mroczne piętno.

Rok 1864. Młody hrabia Juliusz Ruczajewski traci ojca walczącego podczas powstania na Polesiu, sam ucieka aż na Śląsk, aby tam rozpocząć nowe życie, zmienia też nazwisko na Ruczaj. Podejmuje się ciężkiej pracy fizycznej i poznaje prawdziwą, śląską dziewczynę – Jadwigę. Równocześnie poznajemy Jagodę praprawnuczkę Juliusza Ruczaja. Akcja przenosi się do roku 2005, kiedy to kobieta wraz z mężem Marcelem i dziećmi postanawia wybudować dworek w Przysieku, na wsi położonej w Małopolsce. Budowa domu jest dużym wyzwaniem, okazuje się bowiem, że kobieta marzy o prawdziwym dworku, o którym słyszała z rodzinnych opowieści. Przeplatanie współczesności z przeszłością powoduje, że czytelnik składa historię jak puzzle, wpasowując w pełen obraz poszczególne elementy. W rodzinie Ruczajów panuje dziwne porzekadło – kiedy ktoś z rodziny umiera to robi miejsce nowemu członkowi rodu. Tak więc śmierć przeplata się z narodzinami, ale opowieść pokazuje jednocześnie jak wiele dziedziczymy od swoich przodków – czy jest to charakter, czy kolor oczu, to pozostaje w nas ślad naszych dziadków. Historię uzupełniają i komentują szepty zmarłych. Są to bardzo trafne spostrzeżenia dotyczące bieżących, rodzinnych wydarzeń jak i tego, co minęło. One również wiążą, niczym niewidzialną nicią, poszczególne losy, zdarzenia, opowieści. 

Autorka dużo miejsca poświęca Śląskowi kojarzonemu przede wszystkim z osobą babci. Na kartach powieści rozbrzmiewa śląska gwara, zwyczaje i tradycje. W krwi rodu Ruczajów płynie ogromna miłość do ojczyzny, definiująca pewien etos, krąg wartości, przynależności do ludzi honoru. Bohaterowie powieści „Koronki z płatków śniegu” często muszą podejmować trudne wybory, są uwikłani w historię i sami ją tworzą. 
Gabriela Anna Kańtor zręcznie szkicuje trudne historyczno – społeczne tło Śląska. Porusza ona bolesne tematy, spory, dotyczące autonomii i różnic tego rejonu Polski. Klimatu opowieści dodają stare czarno – białe fotografie, teksty ludowych, harcerskich piosenek wplecionych w fabułę. Autorka pozwala mówić również zmarłym. Ich słowa są jak zasuszone kwiaty w pamiątkowym albumie. Ich życie kończy się, ale pozostają obserwatorami przyszłych pokoleń, czuwają i wspierają. 

Męskim, silnym postaciom towarzyszą również zaradne, kobiece bohaterki, trwające wiernie jak Penelopa przy swoich mężach. Pomimo, że zajmują się głównie domem i wychowywaniem dzieci nie są ilustrowane stereotypowo. Drzemie w nich ogromne poczucie obowiązku, pielęgnowanie pamięci o przodkach, budowanie solidnych fundamentów życia rodzinnego i domowego. Kańtor nie pokazuje lukrowych obrazków z przeszłości, nie opowiada rodzinnej bajki, ale czerpie z wielu odcieni życia W jej sadze jest miejsce na cały wachlarz emocji, ludzkich charakterów, problemów, dramatów ale i radości. Najprzyjemniej czyta się o losach przodków Jagody, jej rodzinnych korzeniach. „Koronki z płatków śniegu” smakują nad wyraz przyjemnie, żal tylko gdy historia zbyt szybko się kończy i trzeba pożegnać rodzinę Ruczajów. 


 Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.
 

wtorek, 11 kwietnia 2017

Spalone ćmy i samotność czytelnika

Lektura zbioru opowiadań „Ćmy” Konrada Kissina to duże wyzwanie dla przeciętnego czytelnika. Blurb, który widnieje na okładce jest całkowicie nietrafiony, mylący - oczywiście spełnia swoją rolę, bo przyciąga potencjalnego odbiorcę. Górnolotne sformułowanie głosi iż książka młodego, debiutującego autora to „doskonała terapia dla zagubionych w szarości dnia powszedniego”. Niestety nie poczułam się uzdrowiona po jej lekturze, nie była to również jakakolwiek forma terapii. „Ćmy” to trudne teksty, wymagające, ciężkie od nagromadzonych dygresji, naukowego słownictwa, iskrzących ozdobników zdaniowych. Słowa przygniatają czytelnika, grzęźniemy w ich natłoku, w sztucznym celebrowaniu każdego zdania. Autor jako wykształcony literaturoznawca, pasjonat Witolda Gombrowicza, tworzy bardzo introwertyczny świat, pełen literackich nawiązań, polemik, słownych gier. Owszem, jest to dość oryginalna proza i to jest duży plus dla autora, lecz próba zbliżenia się do niej czytelnika, przypomina mozolną, pełną pułapek, wspinaczkę na lodową górę. Kiedy udaje się zdobyć szczyt oczekujemy panoramicznego widoku, zapierającego dech w piersiach, lecz w tym wypadku grzęźniemy w gęstej mgle, która całkowicie ogranicza pole widzenia. Pozostaje nam ślepe błądzenie, poczucie rozczarowania, co tylko wzmaga nasz dystans względem poznawanych opowieści, migawek, fragmentów.
„Ćmy” składają się z sześciu opowiadań: „Ćma barowa”; „Psychotka”; „Utopiec”; „Diana. O psie, który bał się jeździć koleją”; „Enfant terrible”; „Kukułka”. Trudno przytoczyć fabułę każdego z nich, gdyż nie jest ona najważniejsza w tych tekstach. Autor bawi się stylistyką, intertekstualnością, stylizacjami, językiem. Jest to proza awangardowa, przez co staje się hermetyczna, posiadająca wąskie grono zwolenników. Świat ukazany w krzywym zwierciadle, przejaskrawiony nawiązuje do tradycji Gombrowiczowskiej. Mamy tu do czynienia z ludźmi chorymi psychicznie, alkoholikami, zmarłymi  - postaciami niepasującymi do zwykłego, normalnego świata. Autor chętnie wplata sytuacje groteskowe, potęgujące zagubienie czytelnika, poczucie dyskomfortu. W skomplikowanej konstrukcji literackich światów przytłaczają autorskie komentarze, powtarzające się nieustannie sformułowanie „mocno osadzony w sobie”. Zdaje się, że słowa spływają jak lawina, mnożą się nielogicznie, grzebią odbiorcę w domysłach, który z mozołem próbuje towarzyszyć narratorowi. Obrazy, zdarzenia, dialogi tworzą istną przeplatankę, zdają się żyć własnym życiem, bez ingerencji autora. Niecierpliwy odbiorca szybko się zniechęca takim stylem pisania, nie sprawią mu przyjemności słowne potyczki czy intertekstualne tropy. Tytuł zbioru okazuje się adekwatny do treści  - pełno w tej prozie mroku, rozpadu, destrukcji. Ćmami są bohaterowie, podążający ślepo za światłem, które imituje świat. Są oni na straconej pozycji, ulegają spaleniu, gdyż nie potrafią dostosować się do ram rzeczywistości.
Opowiadania Konrada Kissina polecam dozować powoli, pojedynczo, bez presji czasu czy chęci szybkiego przebrnięcia przez tekst. Być może tylko wtedy uda się Wam ulec autorowi i pozwolicie na zburzenie swoich komfortowych, czytelniczych preferencji. „Ćmy”  to książka dla tych, którzy nie boją się wypłynąć na dalekie i głębokie wody literatury, ciągle poszukując nowych form, oryginalnych opowieści, nowatorskich konstrukcji. Czasami warto spróbować czegoś innego, trudniejszego,  gdyż czytelnik powinien być gotowy na nieustanne poszerzanie swoich horyzontów. Być może spróbuje jeszcze wrócić do lektury opowiadań Kissina, aby zweryfikować swoje pierwsze wrażenie. Moje oczekiwania nie pokryły się z lekturą, czuję się trochę zawiedziona, przytłoczona słowami, cytatami i widmem autora, który próbuje ciągle potwierdzić swoją erudycję. Czy jest tu jeszcze miejsce dla skromnego czytelnika?  Ja, siebie tutaj nie odnajduję, ale nie przekreślam całkowicie „Ciem”. Na pewno w tym awangardowym, literackim labiryncie jest jakieś wyjście, tylko trzeba poznać konstrukcję i szczegółowy plan.  

 Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.
 

niedziela, 9 kwietnia 2017

Nie zapominajmy o baśniach

Gdańskie wydawnictwo Adamada wydaje świetne książki dla dzieci. Przekonałam się o tym wiele razy, co sprawiło, że darzę ich dużym zaufaniem. Niezmiernie ucieszyły mnie baśnie wydane przez to wydawnictwo – „Miejsca rzeczy zapomnianych” Krystyny Chołoniewskiej z ilustracjami Dobrosławy Rurańskiej. Do baśni mam szczególny sentyment, nie skłamię jeśli napiszę, że towarzyszą mi one całe życie i w pewien sposób wpłynęły na to kim jestem i czym się zajmuję. One pierwsze wzbudziły moją miłość do książek.
Baśnie autorstwa Krystyny Chołoniewskiej są zbudowane na podstawowych wartościach, o których często zapominamy. To współczesne opowieści o poszukiwaniu szczęścia z pobrzmiewającą nutą magii w tle, dzięki której bohaterowie dowiadują się prawdy o sobie. Autorka, twórczyni sztuk teatralnych i słuchowisk radiowych, przedstawia pięć baśni: „Dziewczynka ze śniegu”, „Niezapominajki 1”, „Obudź się!”, „Złote buciki” oraz tytułowy utwór „Miejsca rzeczy zapomnianych”.  Historie nawiązują do innych baśni, nie brakuje w nich magicznych postaci, tajemniczych przestrzeni, mówiących zwierząt czy rozmawiających mebli. Świat ludzi obserwują zdawałoby się zwykłe przedmioty – sofa, znudzony, stary dom czy buty. Dostrzegają one o wiele więcej, skupiają swoją uwagę na uczuciach, wychwytują istotne drobiazgi i rozmowy. Ich narracja zamienia się w opowieść o codziennych trudach, problemach, zapatrzeniu w siebie, pogoni za bogactwem. Lekarstwem jest w tym wypadku miłość, przyjaźń, uśmiech, okazanie drugiemu człowiekowi empatii i serca. Baśniowi bohaterowie to również dzieci, które uczą dorosłych bezpośredniego spojrzenia na świat jak i same uczą się szacunku. Każda z historii odkrywa przed czytelnikiem wiele interesujących prawd, życiowych morałów. Spotykamy małżeństwo, którego wielkim marzeniem jest dziecko, samotnego człowieka, zamkniętego w starym domu, separującego się od świata, chorą dziewczynkę narzekającą nieustannie na swój los, szewca, który stworzył piękne buty dla biednej Marysi oraz Kasię, przyszłą gwiazdę telewizyjną. Pojawienie się magii w życiu bohaterów zmienia ich perspektywę, wyczula na rzeczywistość, uczy dostrzegania drobnych radości.  

Tytułowa baśń mówi o tajemniczym miejscu pełnym zapomnianych rzeczy, znajduje się tam również baśń o córce młynarza, która przez gadulstwo swojego ojca musiała udowodnić królowi, że potrafi prząść złoto ze słomy. Ta baśń to nic innego jak utwór braci Grimm „Rumpelsztyk” chociaż autorka posługuje się innym imieniem czarodziejskiego karła – Tit-tot. Miejsce, do którego trafiają rzeczy zapomniane okazuje się być magicznym światem, w którym można odnaleźć wartości ważniejsze niż sława i pieniądze, przekonuje się o tym mała Kasia. Autorka osadza swoje baśniowe opowieści we współczesnych realiach, dotyka uniwersalnych problemów i udaje jej się uchwycić rzeczywistość oczami dziecka. Książkę zdobią nie tylko ciekawe, biało-czarne ilustracje Dobrosławy Rurańskiej, ale i roślinne motywy nawiązujące do kolorowej, kwiecistej  okładki. To klasyczne i minimalistyczne ilustrowanie to ukłon w stronę starych, tradycyjnych baśni.
Książka Krystyny Chołoniewskiej zawiera proste przesłanie – nie zapominajmy o baśniach, gdyż w nich zawiera się klucz do szczerych emocji i ponadczasowych wartości. Opowieści w zbiorze „Miejsca rzeczy zapomnianych” mają refleksyjne zakończenie, najczęściej otwarte. Autorka przedstawia walkę dobra ze złem w zupełnie inny sposób – wskazując, że nie ma biało-czarnych postaci, ale każdy z nas ma w sobie zalety i wady, codziennie toczymy wewnętrzny spór o wartości i idee. To także walka z własnymi słabościami, egoizmem, który oślepia – jak powie jedna z bohaterek – „jak się tylko w siebie patrzy, to prawdy się nie zobaczy” (s.64). Baśnie są potrzebne i dzieciom i dorosłym. Cieszę się, kiedy powstają nowe, zainspirowane tradycyjnymi, dawnymi baśniami, ale w nowoczesnej oprawie. „Miejsca rzeczy zapomnianych” to literacka podróż do krainy dzieciństwa. 

 Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.
 

czwartek, 6 kwietnia 2017

Na poetyckiej mapie wspomnień



Poezja to materia, z której od wielu lat Marek Czuku odtwarza świat. Kilkanaście tomików poetyckich (m.in.: „Jak kropla deszczu”; „Ars poetica”; „Którego nie napiszę”; „Facet z szybą”) świadczy o ugruntowanej pozycji łódzkiego autora w środowisku literackim. Debiutował w tygodniku „Odgłosy” w 1985 roku, a swój pierwszy tomik „W naszym azylu” wydał w 1989 roku. Jego życiorys bogaty jest w doświadczenia związane z dziennikarstwem i działalnością literacką. W 2012 roku został stypendystą Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Jego utwory ukazywały się w najbardziej elitarnych czasopismach kulturowo-literackich. W 2016 ukazał się najnowszy tomik Marka Czuku – „Igły i szpilki”. Wiersze, które go wypełniają to nostalgiczne powroty pamięci w lata młodości. Na tej poetyckiej trasie pojawiają się pierwsze miłości, muzyka, przestrzenie miasta, uczucia, które dopiero z upływem czasu można zidentyfikować, rozłożyć na czynniki pierwsze i kolejno opisać.
W tomik „Igły i szpilki” drzemie mechanizm nietypowego zegara, w którym można cofnąć wskazówki i znaleźć się obok dawnego siebie, ale wyłącznie jako obserwator. Przemijający czas wytycza pole obserwacji, kształtuje percepcję, odbija się w mozaice pamięci tworząc lustra młodości:

„Bo czas jest właśnie tym Bogiem, który stworzył zimne
samotne dworce i małe miasteczka, i jest dobrym ojcem”
(Róża, s. 10)

Liczy się tylko chwila:

 „to właśnie ta uciekająca chwila ma głębszy sens, bo innej
nie ma i nie będzie, i nigdy nie nadejdą jakieś inne lepsze
czasy czy lepsi ludzie (…)”
(Róża, s. 10)

Miłość przeplata się z rozczarowaniem, wspomnienia podmiotu lirycznego mają konkretnego adresata – jest nim kobieta – centrum reminiscencji, esencja bycia i egzystencji. W wierszu „Kawa i miód” pojawia się wyznanie: „no dobrze bez ciebie/ byłbym nikim” . Potwierdzeniem tych słów jest utwór „To lubię” przywołujący obrazy chwil bycia z drugą osobą. Pod powierzchnią słów kryje się lawa emocji. W światłocieniach, mrokach pokoju, miasta, ogrodu ukrywa się kobiecy cień, metafora straty, tęsknoty. Towarzyszy on poecie, który jest jednocześnie podmiotem lirycznym,  wielokrotnie odwołując się do procesu tworzenia, czerpania inspiracji z różnych stadiów miłości. Obraz kobiety zdaje się mieć wiele twarzy, barw, metafor podobnie jak etapy miłości – najpierw jest ona beztroska, młodzieńcza, lecz z czasem pojawiają się szarości dnia codziennego, kiełkujące problemy. Rozkosz miesza się z goryczą, powroty z okresami samotności, nadzieja z bolesnym doświadczeniem straty. Nie bez znaczenia jest nawiązywanie poety do imienia Ewa i biblijnych rekwizytów – jabłko, żebro, przestrzeń raju, ogrodu.  Pojawia się ono zarówno w dedykacji „dla Ewy, której nie było” jak i w utworze „W czerwieni”. Wypełnia ona liryczne przestrzenie, teksturę snów, myśli, kryje się pod słowami wierszy, jej ciało zamienia się w słowa jak w parafrazie – „słowem jesteś/ i w słowo się obrócisz” (Słowem jesteś, s. 31).

Codzienność kłuje niczym tytułowe igły czy szpilki, chaotycznie rozsypane, które miały zszyć, złączyć dwoje ludzi, ich pragnienia, scalić związek, lecz jak się okazuje:

z tej materii pan krawiec
  niczego nie wykroi

wszystko się porozsypywało
jak poranny cukier puder
(Igły i szpilki, s. 17)

Z kolei w wierszu „Nie uzależniać się” następuje symboliczna litania ludzkich uzależnień, które w parach opozycji tak naprawdę szufladkują każdego z nas. Stajemy się więźniami tego, za czym goni współczesny świat. Osobistą puszkę Pandory, kolekcję cierpień i smutku odnajdziemy w utworze „Jak” – w którym pytanie o sposób uzewnętrznienia bólu, jego zidentyfikowanie, pozostaje bez odpowiedzi. Gorzkie refleksje dają o sobie znać również w innych wierszach Marka Czuku. Człowiek okazuje się być „kawałkiem mięsa” wyposażonym w wolną wolę, która pcha go ku destrukcji. Poeta jest rozczarowany materią poezji: „która kradnie życie/ dając w zamian/ iluzje i wizje” (Wino, s. 41). Podróż po szlakach przeszłości kończy się przystankiem samotności, niezaspokojonym głodem bliskości. Poczucie osamotnienia i pustki próbują wypełnić słowa, dzięki którym jeszcze raz można uchwycić blednące nitki spotkań i czułych rozmów. Jeszcze raz można wypełnić zanikające kontury pamięci soczystymi fakturami, barwami, zapachami. Przywołać czerwień nasion magnolii, kolor nieba, zapach róży, beztroskość lata i jesieni.

„Igły i szpilki” Marka Czuku są pełne nostalgicznych migawek z życia dwojga ludzi. Między wersami i kolejnymi wierszami rozbrzmiewają  echa młodości, szepty inicjacji, śmiech i łzy. W podmiocie lirycznym przegląda się sam autor. Nie jest łatwo być poetą, słowa wymagają pielęgnacji i cierpliwości jak kwiaty. Trudno ukryć w gorsecie wiersza kipiące emocje i osobiste tęsknoty – tak aby uniknąć patosu. Marek Czuku potrafi jednak ułożyć z fragmentów codzienności, wspomnień, przestrzennych motywów szkielet uczuciowy człowieka. Ten poetycki bukiet wypełniają zarówno igły, szpilki, funeralne motywy jak i chwile, upływający czas, przeczytane książki, teksty piosenek, sny. Pamięć zdaje się być pojemną i misterną konstrukcją, w której jest miejsce i dla szczegółu i dla uczuć, poplątanych myśli oraz wspomnień. Pod zamkniętymi powiekami przesuwają się obrazy, zastyga czas, zamiera dusza. Wiersze Marka Czuku celebrują chwilę, zatrzymują czas aby jeszcze raz zasmakować młodzieńczych uczuć, a w codzienności odnaleźć swój mikro- raj z ukochaną Ewą.  

*Cytaty Marek Czuku, Igły i szpilki, wyd. Forma, Szczecin-Bezrzecze 2016.

 Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.
 

sobota, 1 kwietnia 2017

Pod warstwą pozorów

Gdy nie chcesz pokazać swojego prawdziwego oblicza, łatwo się za nimi schować, ukryć. Stworzyć wspaniałą iluzję samego siebie, wersję idealną. Pozory - to one są maską codzienności, kreacją, warstwą pod którą ukrywamy wszystko to, co nas demaskuje, obnaża. „Pozorność” Natalii Nowak-Lewandowskiej to opowieść o odkrywaniu brutalnej prawdy o bliskiej osobie. Prawdy, która paraliżuje i osacza, wobec której psychika staje się bezbronna. Ktoś z kim dzieliliśmy naszą codzienność okazuje się być zupełnie inną osobą, próbujemy wyprzeć uczucie zdezorientowania, strachu – lecz każdy kolejny dzień pogłębia dystans, rodzi pytania. Kim jest człowiek, w którym pokładaliśmy wszelkie nadzieje i marzenia? Dlaczego tak łatwo daliśmy się oszukać, zmanipulować? Jak bardzo miłość przesłania wady i kłamstwa?

Piotr był partnerem idealnym, przystojny, inteligentny, czarujący. Anna całkowicie straciła dla niego głowę, poświęciła dla niego swój poprzedni związek, zrywając zaręczyny. Młode małżeństwo zamieszkało tymczasowo u rodziców kobiety, którzy darzyli swojego zięcia wyjątkową przyjaźnią i zaufaniem. Anna i Piotr starali się o dziecko, niestety kobieta poroniła, co zapoczątkowało powolny rozkład jej życia rodzinnego. Pojawiły się pierwsze pretensje Piotra, dziwne, wrogie zachowanie, przemoc. Anna obwiniała siebie za nerwowość męża, kiedy jednak mężczyzna zgwałcił ją, straciła poczucie bezpieczeństwa, a w jej głowie zaczął kiełkować obezwładniający strach. Jej silna osobowość doświadczyła wstrząsu – idealny mąż był potworem, dla którego była jedynie własnością, przedmiotem. Piotr był prawdziwym despotą i tyranem, lubił alkohol, a od żony wymagał przede wszystkim posłuszeństwa, uległości. Obsesyjnie pragnął zostać ojcem, a kolejne niepowodzenia rodziły w nim jeszcze silniejszą złość, nienawiść do żony i obojętność. Traktował kobiety szowinistycznie, widząc w nich jedynie słabe obiekty, stworzone do rodzenia dzieci i usługiwania mężczyźnie. Anna po kolejnych kłótniach, groźbach, zamknęła się w sobie, każda konfrontacja z Piotrem kończyła się załamaniem nerwowym. Jej umysł kreował przedziwne wizje złowieszczych ptaków, które miały zagłuszyć okrutną rzeczywistość. Piotr pod fasadą pozorów krył w sobie pokłady zła, brutalności, wyładowywanych na Annie. Kiedy po raz kolejny zaszła w ciążę, jej marzenie zostania matką nie było już tak silne jak na początku. Nikt z otoczenia kobiety nie zwrócił uwagi na jej dziwne zachowanie, wycofanie się, depresję – tylko były narzeczony Jan, zaniepokojony stanem Anny, zauważa jak bardzo się zmieniła. Pomimo rozstania, mężczyzna nie potrafi zapomnieć o dawnej miłości, co jeszcze bardziej komplikuje sytuację bohaterki. Kobieta nie umie uwolnić się od despotycznego męża, który zamienia jej dotychczasowe życie w piekło.

Historia Anny rozpięta jest na kilku ważnych filarach, których fundamenty tworzą takie problemy jak przemoc małżeńska, poronienie, trójkąt miłosny, depresja. Może nas dziwić denerwująca stagnacja, brak buntu bohaterki, jej nieustanne poczucie winy, ale tak naprawdę jest ona jedną z wielu kobiet, które milczą o krzywdzie, o bólu. Dzieje się tak, ponieważ doświadczają przemocy osoby bliskiej i podświadomie szukają winy w sobie. Strach paraliżuje logiczne myślenie, Anna całkowicie poddaje się roli ofiary, daje sobie wmówić, że jest bezwartościowa. Na jej dramat składa się wiele czynników - ból po stracie nienarodzonych dzieci, brak zrozumienia i wsparcia rodziców, pogłębiająca się depresja, skomplikowane uczucia względem Jana. Autorka zagłębia się w najskrytsze myśli bohaterki, pokazuje jak bardzo brak psychicznego wsparcia może być destrukcyjny dla człowieka. Opis wewnętrznych demonów prześladujących kobietę w postaci złowieszczych, krwiożerczych ptaków to metafora dręczyciela, myśli i słowa przybierają kształt wron, atakujących umysł i duszę:

Jedna po drugiej co chwilę obniżały lot i dziobały ją, nie pozwalając o sobie zapomnieć. Wrzask wydobywający się z wronich gardeł świdrował jej w uszach i rozrywał mózg na kawałki. Wygłodniałe ptaki siadały na porozrzucanej wkoło szarej mazi i zjadały ją. I choć przecież nie mogła tego już odczuwać, to miała wrażenie, że każde dziobnięcie pozbawia życia inny obszar jej ciała. Ręce i nogi przestały już do niej należeć. Widziała, jak wrony obsiadły je i z wrzaskiem rozrywały skórę i mięśnie na kawałki” (s. 32).*

Przytoczony fragment przypomina obraz skazanego i uwięzionego mitologicznego Prometeusza, cierpiącego nieustanne katusze. Bohaterka podobnie jak heros doświadcza upokorzenia, zostaje sama ze swoimi problemami i cierpieniem wewnętrznym. Ten ból duchowy zdaje się nie mieć końca, w głowie słychać nieustający skrzekot ptaków, a kątem oka można dostrzec cień ich demonicznych skrzydeł. Dosadność tego opisu akcentuje mroczność ludzkiego umysłu, a tym samym jego podatność na traumę. Nadanie konkretnego kształtu cierpieniom, problemom ma na celu pewne ujarzmienie negatywnych emocji, niezdefiniowanych reakcji. Dla bohaterki „Pozorności” będą to wrony jako ucieleśnienie jej lęków i traumatycznych doświadczeń. Natalia Nowak-Lewandowska kreśli bardzo ostry portret antybohatera – Piotra. Pokazuje jego zdolność manipulowania ludźmi, kreowania własnego wizerunku. Pokłady zła, egoizmu i nienawiści jakie w nim drzemią udaje mu się na pewien czas poskromić, ale wystarczy, że coś nie pójdzie po jego myśli, a momentalnie maska opada i pozostaje prawdziwa twarz socjopata. Autorka pokazuje kręgi piekielne, przez które przechodzi Anna. Są to etapy postępującej depresji czy nawet psychozy, całkowicie separujące kobietę od świata. Jedyną nadzieją może być dawna miłość w osobie Jana, którą bohaterka już raz odrzuciła. Postać Anny jest naznaczona traumą jednak autorka nie daje swojej bohaterce całkowicie pogrążyć się w beznadziei i mroku. Chociaż dużo czasu potrzebuje aby przerwać swój koszmar, obudzić się z letargu toksycznego związku. Kobieta dostaje szansę, możliwość wyboru, jednak musi ponieść wysoką cenę za swoje decyzje. Natalia Nowak-Lewandowska podejmuje w powieści bardzo ważne tematy, często spychane na margines, gdyż rozgrywają się one wśród czterech ścian. Kobieta, która wchodzi w rolę żony, matki jest uwięziona w gorsecie wstydu i poczucia winy. Reanimowanie związku na siłę, próba przemilczenia własnych upokorzeń, obwinianie

Debiutancka powieść Natalii Nowak-Lewandowskiej „Pozorność” to mocny głos dochodzący z samego wnętrza kobiecej psychiki. Pozory są niebezpieczną grą, która więzi i rodzi osamotnienie. To opowieść o małżeństwie rozpadającym się jak domek z kart, który miał być stabilną oazą. „Pozorność” opiera się na konstrukcji sprzecznych uczuć, które połączone rodzą poczucie zagubienia, dezorientację, bezbronność. Dla głównej bohaterki pozorność była „drugą naturą (...) pomagała w zmaganiu się z rzeczywistością” (s.232). Była zarówno antidotum jak i trucizną. W końcu również z pozorów swój wizerunek zbudował Piotr. Zgrzyta zakończenie powieści – niczym w baśni zło zostaje ukarane a dobro triumfuje. Życie pisze jednak inne, smutniejsze scenariusze i nie zawsze kobieta ma tyle szczęścia co Anna, bohaterka powieści. Trzeba jednak przyznać, że lektura porusza, wstrząsa, oddaje głębię poranionej psychiki. Uczucia bohaterów są jak ruchome piaski – wciągają, zagłuszają i oplatają całkowicie ich osobowość. Małżeński mikroświat pęka, fundamenty i wszelkie wartości, na których się opiera, zostają zburzone, kiedy między bohaterów wkrada się przemoc, nienawiść, zazdrość, fascynacja brutalnością i uprzedmiotowienie drugiej osoby.

*Cytaty pochodzą z książki N.Nowak-Lewandowskiej, Pozorność, Wyd. Replika, Zakrzewo 2017.

Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.

czwartek, 23 marca 2017

Filozofia pielgrzymowania

Spakować plecak, tak aby nie był zbyt ciężki. Zaplanować trasę, przygotować się fizycznie na pokonywanie kolejnych kilometrów. Zostawić przeszłość, dawnego siebie i wziąć do ręki twardą, ale dającą oparcie, laskę pielgrzyma. Oddać drodze swoje problemy i troski. Odnaleźć odpowiedzi na pytania, uporządkować swoje zabałaganione życie. Wyruszyć do Santiago de Compostela.

Daniel Sitek w bardzo osobistych refleksjach oddał swoje credo pielgrzymowania. „Kredencjał. Droga do wnętrza” to duchowy dziennik podróży młodego człowieka, który postanowił zmienić swoje życie. Rozstał się z ludźmi, na których od dawna nie mógł liczyć, odszedł z pracy. Potrzebował wskazówki co dalej, kim chce być i jak budować swoją przyszłość. Wybrał dość ekstremalne rozwiązanie, chcąc udowodnić sobie i innym, że jest mężczyzną, silnym i niezłomnym człowiekiem:

„Iść, zahartować się, udowodnić samemu sobie odwagę, mądrość oraz wytrwałość, spotkać po drodze siebie i zdefiniować schematycznie utarte plany życiowe (ogarnąć się). Chciałem udowodnić sobie, że osiąganie założonych celów, nawet wymagających, jest w moim zasięgu, jeśli tylko wytrwam. Chciałem odzyskać wiarę w siebie” (s. 11)*

Podjęcie decyzji o pielgrzymce do Santiago de Compostela okazało się punktem zwrotnym w życiu autora. Przemierzał drogę autostopem aby dotrzeć do Arles - skąd wyruszył już pieszo, pokonując wiele kilometrów, doświadczając różnorodnych emocji, spotykając innych pielgrzymów, ucząc się pokory, nadziei i wiary w bezinteresowną dobroć ludzi. Mając przy sobie kredencjał, czyli dokument definiujący każdego pielgrzyma podążającego drogą św. Jakuba, narrator wypełniał go pieczątkami, symbolami zdobywanych miast, miejscowości. Kredencjał stał się również przechowalnią wspomnień, rozmów z drugim człowiekiem, nowych znajomości, a także zapisem bólu, słabości, zmęczenia, wytrwałości, walki z własnym ciałem i dumą.

 „Kredencjał. Droga do wnętrza” wypełniają przebyte kilometry, opisy francuskich i hiszpańskich krajobrazów, mijanych miasteczek, poznanych ludzi, noclegów w schroniskach lub pod gołym niebem. Autor zwraca szczególną uwagę na „nauczycieli”, mentorów, dzięki którym droga przyniosła wiele autorefleksji, nauki, samopoznania. Młodemu człowiekowi przyświecała szczególna myśl – „każdy ma swoje Camino” – czyli każdy z pielgrzymów ma własną drogę, sposób podróżowania, przeżywania, motywację. Daniel Sitek dzieli się z czytelnikami bardzo głębokimi przemyśleniami, nie ocenia innych, ale stara się z każdego spotkania, rozmowy wyciągnąć lekcję, morał. Wychodząc ze strefy komfortu, powierzając swój los obcym ludziom, odnajdując wytchnienie w modlitwie – stając się prawdziwym pielgrzymem. Jego wędrówkę wypełniają liczne obserwacje, zmagania z niesprzyjającą pogodą, zmęczeniem, niepokojem o nocleg. Na początku drogi jest on zagubionym młodym mężczyzną, szybko angażującym się w związek, który rozłąka wystawia na próbę. Czy będzie mógł liczyć na wsparcie dziewczyny? Czy zrozumie jego decyzje i zaufa? Pod koniec swojego pielgrzymowania odnajduje on wewnętrzny spokój, wielokrotnie doświadcza szczęśliwych zbiegów okoliczności, pomimo braku pieniędzy zawsze znajduje kogoś, kto dzieli się z nim jedzeniem czy wodą. W porozumieniu nie przeszkadza bariera językowa czy pokoleniowa. Pielgrzym zaczyna doceniać najdrobniejsze przyjemności – jak smak czekolady, zapach wina, widok nocnego nieba, powiem wiatru. Każdy spotkany człowiek to inna historia, poszukiwanie własnego celu. Jest czas na wspólne podróżowanie, ale i na samotność, wędrówkę z samym sobą, z własnym głosem. Wtedy najlepiej poznać prawdziwe „ja”. Pielgrzymka staje się również celebracją codzienności, aktem wdzięczności za niedogodności, trudy i przebłyski nadziei. Dotarcie do celu, do mety jest nie tylko potwierdzeniem swojej wartości, ale staje się początkiem wewnętrznej metamorfozy. Autor pozostawia czytelnika z deklaracją zmiany, spokojem duchowym. Kiedy droga kończy się trzeba znowu powrócić do normalności, z pielgrzyma zmienić się w szarego człowieka przytłoczonego problemami dnia codziennego. Podróż zmienia perspektywę, uczy patrzeć głębiej i szerzej, uczy zrozumienia i empatii do drugiego człowieka, jest prawdziwym poligonem dla ciała i psychiki. Nie ma recepty na idealne pielgrzymowanie, w każdą podróż wpisane są upadki, rozczarowania, chwile słabości i rezygnacji. Pokonanie każdej kolejnej przeszkody buduje w człowieku wiarę, gotowość na zmiany. Kredencjał staje się nieodłączną częścią pielgrzyma, zaczyna płynąć w krwi, odciskając doświadczenia, słowa, ciszę, poszczególne kilometry. 

Duchowy dziennik, zapis osobistego wyzwania „Kredencjał. Droga do wnętrza” Daniela Sitka to lektura, która wpisuje się w okres wyciszenia, czas Wielkiego Postu. Może się okazać otuchą przy życiowym zakręcie, stać się inspiracją do podjęcia własnej podróży. Przemyślenia autora – narratora są bardzo szczere, mężczyzna przyznaje się do własnych porażek, ucząc się pokory i otwartości. Jego filozofia pielgrzymowania jest prosta, oparta na wewnętrznym zaufaniu, słuchaniu mądrych ludzi, szanowaniu potrzeb współtowarzyszy. Modlitwa staje się jedną z form wewnętrznego dialogu, wyciszenia i medytacji. Pielgrzym na końcu drogi odnajduje coś o wiele ważniejszego niż odpowiedzi na swoje pytania. I chociaż powrót do zwykłej rzeczywistości jest bolesny, to pozwala na weryfikację przemiany, swoich potrzeb, celów, marzeń, więzi z innymi ludźmi. Najtrudniejsze jest uwolnienie się z własnych ograniczeń, pułapki komfortu, tkwienia w złudnej stabilizacji. Książka Daniela Sitka pokazuje, że warto odważyć się na wędrówkę, która uporządkuje nasz życiowy bałagan, będzie drogowskazem i nauczy otwartości na drugiego człowieka. 

* Daniel Sitek, Kredencjał. Droga do wnętrza, wyd. Novae Res, Gdynia 2016.


Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.

piątek, 10 marca 2017

Klucz do piękna znajduje się w naszych lodówkach


Współcześnie kosmetyki tworzą kanony piękna. U każdej z nas można znaleźć ich niemałą kolekcję. Wszystkie mają jeden cel – sprawić abyśmy poczuły się piękne. Ale czy na pewno w tych tubkach, słoiczkach, pachnących pudełeczkach kryje się sekret urody? Może za bardzo ufamy koncernom, które wmawiają nam, że kolejny krem jest nam niezbędny, aby uniknąć zmarszczek, nadwagi, trądziku, itd. Piękno tak naprawdę tkwi w naszych wyborach, codziennych nawykach, w naszym wnętrzu. Eat pretty, czyli piękna dieta to czerpanie odżywczych składników z jedzenia, które sprawi, że nasze ciało będzie naturalnie zadbane i atrakcyjne. Jestem sceptycznie nastawiona do różnego rodzaju diet, ale książka Jolene Hart „Eat pretty. Jedz i bądź piękna”, wydana przez wydawnictwo „Znak” w tłumaczeniu Aleksandry Żak,  tak naprawdę to poradnik świadomej kobiety, która potrafi dokonywać mądrych wyborów. Tu nie chodzi o rezygnowanie z jedzenia, ale wybieranie produktów, które uszczęśliwią nasz organizm. Eat pretty to komponowanie posiłków, których składniki, witaminy, minerały – mają sprawić, że nasza skóra, włosy, paznokcie  i samopoczucie ulegną znacznej poprawie.
Poradnik Jolene Hart nie jest czymś rewolucyjnym, nowatorskim, ale zbiera wszystkie przydatne informacje jak kompendium, wskazując co tak naprawdę decyduje o naszym pięknie. Aby jednak zacząć przygodę z Eat pretty – piękną dietą trzeba uświadomić sobie, że istnieją w naszych codziennych nawykach żywieniowych tzw. „wrogowie wdzięku” – czyli alkohol, cukier (u mnie jest to niestety najlepszy antydepresant), gluten, kofeina, mięso z hodowli przemysłowej, nabiał, napoje gazowane, smażone potrawy, rośliny uprawiane na pestycydach, żywność wysoko przetworzona i pakowana w puszki.  Wszystko to odbija się na naszej skórze, na cerze gdyż jesteśmy tym, co jemy. Autorka podkreśla, że kosmetyki tylko powierzchownie i krótkotrwale podkreślają naszą urodę, cała filozofia zawarta jest w naszym odżywianiu. Jest to proces długotrwały, ale warto zamienić batoniki czy kebaby na zdrowe warzywa i owoce. Potrzebna jest nam wiedza o składnikach odżywczych, które wpływają na włosy, paznokcie, skórę, trawienie, metabolizm – i to wszystko zawiera poradnik Jolene Hart. 

Dieta czy zdrowe odżywianie kojarzy nam się z bezsmakowymi potrawami, nieustannymi wyrzeczeniami i liczeniem kalorii. Eat pretty ma nie tylko wydobyć nasze piękno, ale i rozbudzić kubki smakowe, zafascynować nowymi potrawami i gotowaniem. Piękna dieta to nie tylko same jedzenie, ale i rytuał samodzielnego przygotowywania posiłków. Książka zawiera przepisy i zestaw składników podzielonych sezonowo, w zależności od pory roku. O wielu z nich nie miałam pojęcia. Stworzyłam więc listę, która wzbogaci moją lodówkę o nowe smaki. W naszej spiżarce nie może zabraknąć, m.in.: cieciorki, gryki, naturalnych olei, orzechów, sardynek, siemienia lnianego, cytryny, rukoli, jarmużu (uwielbiam dodawać go do owocowych koktajli), szparagów. Tych składników jest o wiele więcej, a autorka bardzo rzeczowo i profesjonalnie opisuje ich zastosowanie i zawartość witaminową. W poradniku znajdują się również podstawowe przepisy, np. na pudding dyniowo-korzenny czy wiosenne smoothie z cytryną. Szkoda, że autorka nie pokusiła się o dołączenie większej liczby przepisów i fotografii. Jolene Hart zaznacza, że wraz z jej piękną dietą warto również zadbać o ruch, dobry sen, medytację, odpowiednie oddychanie czy masaż. 

Po lekturze „Eat pretty. Jedz i bądź piękna” czuje się bogatsza o wiedzę dotyczącą składników, które budują nasze ciało i wpływają na jego wygląd. Chętnie wprowadzę do codziennych potraw sezonowe, bogate w witaminy i minerały owoce i warzywa, nasiona, oleje, wodę, mleko roślinne. Autorka jest zwolenniczką diety bezmięsnej, w tym przypadku nie jestem aż tak radykalna i od czasu do czasu lubię zjeść gulasz czy pulpety. Poradnik pozostaje jednak dla mnie świetnym przewodnikiem po zdrowym odżywianiu, bogatym w wiedzę podaną w przystępny sposób. Polecam go każdemu kto chciałby dokonywać świadomych wyborów, czytającym etykiety produktów, chcącym zdrowo się odżywiać. To, co mamy w naszych lodówkach, co gości na naszych talerzach ma ogromny wpływ na nasze życie  -  zarówno zewnętrznie jak i wewnętrznie. Pora napełnić nasze lodówki i spiżarki w sprzymierzeńców naszej urody.

Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.

środa, 8 marca 2017

Fotografie z duszą

Fotografie to artefakty przeszłości, uwieczniają chwilę, moment, emocje, człowieka, przestrzeń. Dobre zdjęcie, pretendujące do miana sztuki powinno przede wszystkim opowiadać jakąś historię, pobudzać wrażliwość estetyczną odbiorcy, być „oknem” do naszego wnętrza. Powinno mieć duszę. Czym jest dusza w fotografii? Na pewno nie da się odpowiedzieć na to pytanie jednym zdaniem. Esencją duszy jest przesłanie fotografii – to, co kryje się pod warstwą wizualną. Zdjęcie porusza początkowo zmysł wzroku, dopiero po chwili zastanawiamy się nad poszczególnymi elementami, tematem, wrażeniami jakie towarzyszą nam podczas patrzenia. Odkrywamy powoli warstwę sensualną, emocjonalną – fotografia zaczyna przemawiać językiem sztuki.

Album „Złote Jabłko” zawiera fotografie z pierwszej wystawy Kamila Olechwirowicza. Zbiór wydało wydawnictwo „dlaczemu”. Intrygująca jest już sama okładka, na której widnieje anonimowa kobieta sięgająca po złote jabłko. Akcent ten wzbudza dość bogatą metaforykę – od biblijnej Ewy po mitologiczną Eris i spór o jabłko dla najpiękniejszej bogini. Wstęp autorstwa Konrada Wielądka wskazuje na główne motywy fotografii, przygotowuje nas do odbioru poszczególnych zdjęć. Możemy podążyć tym tropem lub wybrać własną intuicyjną drogę. Szkoda, że zabrakło słów samego autora, który równie dobrze mógł skierować osobiste słowo wstępne do odbiorcy. Wśród drobiazgowych interpretacji każdego zdjęcia głos twórcy mógłby stanowić pewną konfrontację z odbiorcą lub nawiązanie dialogu. Chętnie dowiedziałaby się co sam autor myśli o swoich pracach. 

„Złote jabłko” to 18 fotografii o ogromnym bagażu emocjonalnym. To, co najbardziej charakterystyczne jest dla tych zdjęć to współgranie światła i cienia, ulotność, efemeryczność, tajemnica – wszystko to tworzy specyficzne tło do refleksji, buduje klimat i nastrój nostalgii, a nawet  melancholii. Ludzkiej melancholii. Fotografie Kamila Olechwirowicza, tak jak wspominałam, są merytorycznie opisane, niektóre teksty tworzą ciekawe tropy interpretacyjne. To „tekstowe podłoże” ułatwia odbiór często bardzo tajemniczych, mrocznych i emocjonalnych zdjęć. Odbiorca może również skonfrontować własne obserwacje z zamieszczonymi opisami autorstwa Artura Stępniaka, Moniki Zbierskiej, Beaty Jerzakowskiej, Marianny Kosteckiej, Klaudii Raflik, Mirelii Więcek, Aleksandry Stępniak. Autorzy tekstów prezentują różnorodne perspektywy i sposoby opisu. Prezentowane fotografie łączy nie tylko motyw jabłka, ale i psychologizm, próba ujęcia ludzkiego życia. Niepokojący jest zwłaszcza cykl fotografii ukazujący kobietę w delikatnej, zwiewnej sukni na huśtawce. Tłem jest sad, w którym przez zieleń liści przebijają promienie słońca. Z kolei na innych fotografiach zobaczymy zamknięte przestrzenie zrujnowanych, opuszczonych budynków. Kolejnym ważnym elementem staje się otwarte okno - pogłębia przestrzeń i stanowi swoisty podział na to, co jest wewnątrz i poza. Anonimowi bohaterowie przypominają duchy, ubrane w lekkie, zwiewne, białe szaty. Wyjątek stanowi kobieta leżąca na drodze, w krótkiej, czarnej sukience, zlewającej się z tłem. Twarze postaci są najczęściej zakryte, niewidoczne, co wydawałoby się, ogranicza odbiór emocji, a tak naprawdę rodzi tajemniczość, możliwość utożsamienia. 

Szczególnie jedna fotografia zaintrygowała mnie swoją estetyką i pięknem. Przedstawia ona kobietę siedzącą na parapecie w długiej sukni. Jej twarz zwrócona jest ku oknu, włosy przysłaniają całkowicie jej głowę. Długa suknia opada delikatnie na ziemię. Pozycja kobiety przypomina rzeźbę, podobnie ułożenie fałdów na sukni, wydobyte przez odpowiednie światło i cienie. Półmrok pomieszczenia kontrastuje z jasną przestrzenią zieleni za oknem. Fotografia jest pełna zadumy, melancholii, spokoju, bezruchu. Kobieta obserwuje to, co jest za oknem, czeka na coś, co wyrwie ją z odrętwienia. Cała kompozycja wydaje się nawiązywać do codzienności, okno oświetla mrok opuszczonego pomieszczenia. 

Album Kamila Olechwirowicza zasługuje na uwagę. Fotografie, które składają się na cykl „Złote jabłko” pokazują wnętrze człowieka, jego lęki, niepokoje, demony. Autor sięga głęboko do ludzkiej duszy, emocjonalności, zmienności i ulotności, które definiują egzystencję. Życie ludzkie to gra światła i cienia, to przeplatanie się mroku zwątpienia i promieni nadziei. Fotografie Kamila Olechwirowicza niepokoją, wydobywają emocje, rodzą pytania, opowiadają sobą i odkrywają przed nami to, co staramy się ukryć w codzienności. Jabłko staje się tutaj narzędziem oświetlającym ludzką duszę – pokusę, zazdrość, płodność, spełnienie, relacje międzyludzkie. Cykl fotografii składający się na „Złote jabłko” przekonuje swoją szczerością, prostotą, ujmuje tajemniczością. 

Album „Złote jabłko” jest utrzymany w kolorystyce czarno-białej, teksty omawiające i opisujące zdjęcia są zarówno w języku polskim jak i angielskim. Każda fotografia to zarówno indywidualna opowieść jak i część większej układanki. Obrazy układają się w mapę ludzkiego życia, a motyw jabłka jest kluczem do zrozumienia jak bardzo jesteśmy poddani nieustannym wyborom, selekcji, decyzjom. Okazuje się, że bohaterem fotografii może być każdy z nas, wystarczy się dokładnie przyjrzeć, zatrzymać, dać się uwieść opowieści, którą układa ze zdjęć twórca. 

Za egzemplarz albumu dziękuję wydawnictwu "dlaczemu"