środa, 19 lipca 2017

Życiowa szachownica

Gdyby rodzice czytali częściej książki młodzieżowe, sięgali po lektury synów i córek, być może udałoby się im zmienić perspektywę patrzenia na młodego człowieka, buntownika, często zamkniętego w sobie. Takie historie porywające serca starszych i młodszych wrażliwców pisze Barbara Kosmowska. Każda z jej powieści to taki literacki amulet przeciwko znieczulicy i obojętności. Najnowsza powieść o rudowłosej Grecie „Obronić królową” również przynosi czytelnikowi otuchę, odpowiadając na wiele pytań i problemów, z którymi codziennie styka się młody człowiek. Autorka ustawia swoich bohaterów na biało-czarnej szachownicy, która tylko pozornie, na pierwszy rzut oka przybiera kontrastowe barwy. Lecz tak jak w szachach każdy wybór pociąga za sobą konkretne konsekwencje. Nie zawsze da się przewidzieć kolejny ruch.

 Książka Barbary Kosmowskiej została doceniona i wyróżniona w IV Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren ma współczesną książkę dla dzieci i młodzieży, którego organizatorem jest Fundacja „ABCXXI – Cała Polska czyta dzieciom”. 

Kolejny rok nastoletnia Greta ma spędzić z ojcem, macochą i ich małą córeczką. Wychowywana samotnie przez matkę postanawia nie sprawiać problemów nowej rodzinie, tym bardziej, że z tatą łączą ją dość kruche więzi. Wyprowadzka ze stolicy do prowincjonalnego miasteczka, nowa szkoła, próba znalezienia sobie miejsca w domu ojca będą dla Grety powodem wielu trudnych emocji. Dziewczyna pozna jednak sympatycznego koszykarza Igora, genialną Nitkę grającą w szachy oraz Milenę, która nie tylko okaże się rywalką o względy Igora ale i lokalną działaczką, angażującą się w wolontariat i wszelkie inicjatywy pomocy potrzebującym. Greta niespodziewanie znajdzie prawdziwą przyjaciółkę od serca w osobie Lilki, przyrodniej siostry, małej poetki, która sypie rymami i wierszami jak z rękawa. 

Greta i Igor oprócz tego, że są sąsiadami, lubią spędzać razem czas, łączą ich wspólne pasje i szkoła, do której chodzą. Dziewczyna jest jednak skryta, nieufna, zdystansowana, nie szuka na siłę przyjaźni, wiedząc jak łatwo je stracić. Nie skarży się na swój los, wręcz przeciwnie próbuje zapomnieć o przeszłości, którą chciałby zachować tylko dla siebie. Nie wszystko jednak można ukryć przed rówieśnikami…

Powieść „Obronić królową” pokazuje, że często próbujemy przemilczeć, niczym kameleon dostosowując się do otoczenia, ukryć prawdziwe emocje i problemy, które nas dosłownie zjadają każdego dnia. Cztery ściany kruszą zakładane maski, dystans, złudzenia, które nakładamy niczym ubrania. Greta jest wyjątkowo dorosłą nastolatką, uczuciową i empatyczną. Jej życiowy bagaż doświadczeń sprawił, że postanowiła być nieufna, wycofana, chociaż obdarzona indywidualizmem, broniąca swojego zdania, odrębności, które oznaczała wybór etykietki czarnej owcy w klasie. Podobną bohaterką, ale o zupełnie innych charakterze, jest Milena, która próbuje być ideałem za wszelką cenę, ukrywając przed koleżankami swoje problemy. Pomaganie innym zaczęło być dla niej wizytówką, formą rywalizacji, chciała być podziwiana przez innych. Nie dostrzegała jednak tych, którzy rzeczywiście znajdowali się w trudnej sytuacji, choćby swojej koleżanki w klasie Elizy. Autorka uwrażliwia czytelnika, że zbyt szybkie, pochopne ocenianie innych ludzi pokazuje równocześnie jacy jesteśmy powierzchowni, sami boimy się oceny. O tym rozmyśla również Greta:

Codziennie robimy wiele rzeczy, nawet głupich, aby uciec od strachu, który w nas mieszka. Ale kiedy przestajemy się bać, kiedy potrafimy zatrzymać nasz strach, nagle odkrywamy, że nie jesteśmy sami ze swoim przerażeniem” (s.60)

Dla Grety najbliższą osobą była jej babcia, mama - typ zapracowanej dziennikarki, na swój sposób również nauczyła dziewczynę życia. Kiedy jednak zamieszkała z ojcem, jego nową żoną i Lilką, poznała ciepło prawdziwego, rodzinnego domu. Rudowłosa Greta to bohaterka o pięknym wnętrzu, wrażliwa na ludzie tragedie, pomagająca w zupełnie inny sposób niż głośne i pokazowe miłosierdzie Mileny. Rówieśnicy, bliskie osoby a nawet skostniała sąsiadka ukrywają pod grubą warstwą pozorów i dystansu poranione, poszarpane przez życie serce, które próbują schować jak najgłębiej, chroniąc siebie przed kolejnymi rozczarowaniami i bólem straty.

Autorka zaskakuje, odchodząc od typowych historii o miłości młodych ludzi, które cechuje szybkość, impulsywność i krótkotrwałość. Pisarka pokazuje przyjaźń, sympatię, rozmowy, wspólne spędzanie czasu i powolne budowanie zaufania. Greta pomimo, że jest nastolatką, zachowuje się bardzo dojrzale, jej refleksje są wyjątkowo trafne i nieraz ściskają za gardło czytelnika.

„Obronić królową” Barbary Kosmowskiej to ciepła opowieść z przesłaniem, że życie nie polega na ciągłym ukrywaniu swoich uczuć, przeszłości, uraz, cierpienia. Nie można pielęgnować w sobie strachu, że znowu ktoś nas zrani, upadniemy i stracimy poczucie bezpieczeństwa. Otwarcie się na drugiego człowieka, moc empatii okazują się najlepszym remedium, budującym fundamenty zaufania. Kwestia pomagania, którą również akcentuje powieść, jest często pozbawiona bezinteresowności i ma mało wspólnego z anonimowością. Postawy Grety i Mileny obrazują odmienne formy niesienia pomocy: pełną skromności i pokory oraz rozgłosu, rywalizacji, pokazania się z najlepszej strony. Można pomagać przez drobne gesty, rozmowę, zainteresowanie drugą osobą. Autorka pokazuje również inną stronę pomagania - są wśród ludzi potrzebujących oszuści, wykorzystujący współczucie i dobroć. To również cenna lekcja płynąca z powieści „Obronić królową”.  

*Cytaty: Barbara Kosmowska, Obronić królową, wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2017. 
 
                                     Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.

sobota, 15 lipca 2017

Oniryczna podróż do Zaświatu

„Śniąc Zaświat, krążysz po labiryntach własnego wnętrza. Dojrzewasz i dorastasz. Błądząc w ciemności, prędzej czy później odnajdujemy rzeczy, o których nawet nie wiedzieliśmy, że powinniśmy ich szukać” (s. 263).

Kiedy przecieramy oczy wyrwani z błogiego snu przez odgłos budzika, pod naszymi powiekami kryją się okruchy, znikające odpryski obrazów, gubiące się ścieżki krainy snów. To, o czym śniliśmy przed chwilą, tak realne, zmysłowe nagle blaknie, szarzeje, by powoli zamienić się w popiół. Sny to zwielokrotnione odbicia nas samych, zmetaforyzowane, wielowymiarowe, labiryntowe przestrzenie naszych myśli, dzieciństwa, obaw, lęków, traum. 

Piękne są książki tworzone w konwencji onirycznej, można je czytać na wiele sposobów, odczytywać w nich metafory a i tak do końca nie odkryjemy co jeszcze skrywa szuflada snów. Powieść Agnieszki Hałas „Olga i osty” (wydana przez wyd. W.A.B.) osadzona jest w niejednoznacznej przestrzeni snu, co daje autorce możliwość swobodnego operowania symbolami, motywami, intertekstualnością, psychoanalizą. Lubelska pisarka jest pod tym względem czarodziejką słowa. Czytelnik wielokrotnie gubi się aby odnaleźć i poznać główną bohaterkę. Ramy baśniowości, wielowymiarowość świata snu sprawiają, że śnimy wraz z Olgą, ale tak jak każdy sen i opowieść musi się kiedyś skończyć. Jest to najbardziej bolesne przebudzenie jakie może doświadczyć czytelnik, porwany, kuszony mglistą wizją krainy snów, która okazuje się być kluczem do poznania siebie.

Zanim poznamy historię Olgi, z wykształcenia polonistki, samotnej i wiodącej szare życie mieszkanki Lublina, swoją opowieść zaczyna snuć Piotr. Po śmierci wiedźmy mieszka on w jej starym domu i plecie nieustannie bransoletki, które mają być amuletami przed tajemniczymi szarymi. Materiałem, z którego wykonuje barwne ozdoby jest stary koc wiedźmy. Swoje bransoletki próbuje później sprzedawać ludziom aby móc kupić sobie jedzenie. Jego codzienność wypełnia ten sam rytuał – prucie koca i plecenie amuletów chroniących przyszłych właścicieli przed mocą szarych. Gdzieś obok, w Lublinie mieszka Olga Pańkowska. Życie nigdy nie oszczędzało kobiety, która została sama po śmierci schorowanej matki. Utrata pracy, kolejne wydatki i topniejące oszczędności tylko pogłębiają jej frustrację i poczucie beznadziei. Kiedy Olga wraca po kolejnym nieudanym spotkaniu w sprawie pracy, znajduje skrzywdzonego, czarnego kota. Chcąc mu pomóc, spotyka starszą kobietę o imieniu Zofia, która prowadzi ją do baśniowego Zaświatu, który znajduje się „wysoko i nisko, (…) tam gdzie słońce wschodzi na zachodzie i gdzie z trzech ziaren rzuconych w trzy skiby wykiełkują trzy sny”. Olga trafia do domu czarodzieja Arolda i jego ucznia Petera. Jako piaskomyślna (bo myśli zwykłych ludzi są bez życia zupełnie jak piasek) wraz z przekroczeniem granicy Zaświatu nie może powrócić do swojej rzeczywistości, chyba, że sprosta próbie błękitnej latarni. Niezwykli mieszkańcy proponują jej również pracę gospodyni czarodzieja. Olga przechodzi pomyślnie próbę i zostaje etatową panią domu, piecze chleb, karmi malutkie domowiki, sprząta i poznaje powoli Zaświat. Peter i Aroldo Gazza są jednak dość powściągliwi w zdradzaniu tajemnic świata snu. Kiedy jednak Olga słyszy o Królowej Ostów coś znajomego budzi się w jej myślach. We współczesnym Lublinie mieszka również Dominik Budrewicz, który jest w trakcie rozwodu z żoną Różą. Jego życie jest równie skomplikowane, pogmatwane, pokaleczone przez sięgające głęboko w przeszłość macki depresji. Tych dwoje ludzi  - Dominika i Olgę - zetknie ze sobą los by brutalnie rozłączyć. Kluczem do poznania prawdy stanie się przeszłość głównej bohaterki i Zaświat…

Zaświat to miejsce, do którego trafia się nagle, najczęściej bez biletu powrotnego. To miejsce, w którym nie istnieje czas, granice, prawa fizyki. Zaświat to iluzja snów spleciona jak bransoletka z różnych opowieści, którymi była karmiona mała Olga przez ojca. Postać ojca wydaje się w tej powieści równie kluczowa jak matki. Jego mgliste wspomnienie, pełne bólu ale i dziecięcej naiwności wpłynęło na osobowość Olgi. Podobnie postać matki, krytykującej, narzekającej, stała się dla głównej bohaterki wewnętrznym głosem psychicznej przemocy. Olga nie akceptowała samej siebie, swojego wyglądu, otyłości, braku stabilizacji życiowej. Matka nieustanne wypominała jej brak męża, status zawodowy i dziwne pasje. Dziewczyna tylko w bólu i okaleczaniu siebie odnajdywała spokój i zapomnienie. Słowa krytyki żłobiły latami rysy kobiety niespełnionej, zagubionej, niosącej bagaż lęków i urazów z przeszłości. 

Niebanalna książka „Olga i osty” oprócz onirycznych podróży do własnego wnętrza bogata jest również w bardzo mroczne i turpistyczne wizje. Osty wyznaczają kolejne kręgi trudnych emocji, przez które trzeba przejść, aby móc je ostatecznie wyjąć z siebie. Wszystkie postacie zamieszkujące oniryczny Zaświat: Felicita, Zofia, Młynarka, Peter, Hannes, Królowa Ostów -  to przewodnicy po przeszłości i teraźniejszości, symbole i głosy przemilczanych wspomnień. Obok baśniowych wymiarów Zaświatu, którego kontury blakną wraz z nadejściem poranka,  spacerujemy uliczkami Lublina, wkradamy się do mieszkań, piwnic. Tu również przenikają się iluzje, tu również z kuszącą ofertą czeka na bohaterów diabeł. Szatan odczytuje ludzkie pragnienia, zawsze żądając zapłaty. Każde zdarzenie wpływa na kolejne, uruchamia kolejne mechanizmy losu, torów życia, które mogą nieoczekiwanie zmienić bieg. 

Autorka tworzy mroczną opowieść o tożsamości, o poznaniu siebie samego. Z efemerycznych, kruchych struktur snu wyławia cząstki, fragmenty składające się w jeden portret. Nakładają się w opowieści różne motywy: baśniowe, mitologiczne, popkulturowe - wszystkie splatające się w niezwykle barwny i spójny obraz lustra, w którym odbija się nasze wnętrze. Tak jak bohaterka, ukrywamy poszczególne nici, segmenty, wzory, które stanowią o tym jaką tożsamość zaakceptujemy. Autorka szepcze nam jak Królowa Ostów, że sny to głos dochodzący z naszej podświadomości, ukryty, często zagłuszony przez nas samych. Tak jak eteryczny, niejasny, pozorny jest Zaświat, tak też autorka postanawia zakończyć historię Olgi, rozszczepiając jej odbicia i losy.


„Olga i osty” to bardzo mocna powieść, wstrząsająca psychologiczną przenikliwością, momentami sarkastyczna, lecz dobitnie realistyczna, pomimo konwencji onirycznej. Autorka buduje przed czytelnikiem baśniowe fundamenty, by po chwili zburzyć je i odbudować na nowo przez główną bohaterkę. Lublin staje się w powieści miastem portalem, labiryntem dróg prowadzących do Zaświatu, z którego nie można uciec. Agnieszka Hałas swoją powieścią intryguje, rozgrzewa wyobraźnię czytelnika, pozwala podążać wieloma ścieżkami, które i tak zdają się kończyć w nas samych. Dla mnie podróż do Zaświatu trwa nadal, gdy tylko zamykam oczy staję w oko z oko z Królową Ostów. Czyją ma twarz? Co ma mi do powiedzenia? Czy usłyszę to, co szeptał Hannes wieczny włóczykij – „Tyle możliwości, tyle ścieżek, światy jak bańki mydlane, pączkujące jedne od drugich. I Zaświat, który tak naprawdę jest wieloma Zaświatami.” (s. 152)? 

*Cytaty: Agnieszka Hałas, Olga i osty, wyd. W.A.B., Warszawa 2016.

                                         Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.

piątek, 14 lipca 2017

Dziewięć żywotów

Książki z motywem kota zajmują szczególne miejsce w moim czytelniczym serduchu. Traktuje je irracjonalnie, daję się pochłonąć kocim bohaterom, podchodzę do nich emocjonalnie, bo jestem typowym „kociarzem” – nieuleczalnie i bezsprzecznie zakochanym w mruczących czworonogach. Kolekcjonuję wszystko co ma związek z kotami, a szczególnie kubki. Książki, w których pojawia się koci wątek trafiają w mój czuły punkt i postrzegam je w zupełnie innych kategoriach niż pozostałe. 

Taką książką jest powieść młodej autorki Ewy Kołdy„Ukryci przed słońcem”, którą wydało Wydawnictwo internetowe e-bookowo. Historia szczególnie zachwyci nastoletnich czytelników, fanów fantastyki i  gatunku pararomance. Samantha  to zwyczajna nastolatka, która styka się z typowymi problemami młodych ludzi –nową szkołą, brakiem przyjaciół, nieobecnością zapracowanych rodziców oraz brakiem samoakceptacji. Dziewczyna często musi liczyć na siebie, dbać o dom i młodszą siostrę, gdyż rodzice więcej czasu spędzają w pracy niż z córkami. Życie Samanthy zmienia się wraz z poznaniem tajemniczych przyjaciół w szkole, którzy bardzo szybko zdobywają zaufanie dziewczyny. Samnatha nie zdaje sobie sprawy kim są jej nowi znajomi obdarzeni  wyjątkową urodą i inteligencją. Pewnego dnia dziewczyna spotyka na swojej drodze czarnego kota, który pozostawia niemiłą niespodziankę w postaci zadrapania. Nastolatka szybko zapomina o błahym zdarzeniu, tym bardziej, że rana goi się błyskawicznie. Jednak Samantha zaczyna miewać dziwne sny, a jej ciało, zmysły również zdają się reagować zupełnie inaczej niż dotychczas. Przed nią otwiera się brama do niezwykłego świata, o którym zwykli śmiertelnicy nie mają pojęcia…

Przyznam szczerze, że miałam problem z tą książką. Pomysł, niektóre wątki naprawdę były przemyślane, spójne. Zastanawiało mnie jednak dlaczego autorka na siłę umieściła akcję w rzeczywistości USA, równie dobrze mogłoby się to wszystko przydarzyć polskim nastolatkom. Na pewno punktuje poruszona przez autorkę problematyka relacji rodziców z dziećmi, wyjątkowa zaradność, odpowiedzialność młodej bohaterki. Jest ona typową nastolatką, z którą młody czytelnik może się zidentyfikować. Jej samotność, nieśmiałość, brak wiary we własne siły, nieufność mają swoje źródło w  zachowaniu rodziców, niezainteresowanych dzieckiem, zastępujących rodzinę pracą. Jak wyznaje bohaterka w gorzkiej refleksji :

Ja kochałam mamę i tatę, ale oni kochali swoją pracę. W ich życiu nie było miejsca dla mnie, bo rządziła nim pogoń za awansem, byciem najlepszym pracownikiem, liczącym się w firmie. Dzieci były zbędnym balastem. Nawet ich miłość była jakby pustym zapewnieniem na papierze, leżącym teraz gdzieś w urzędzie stanu cywilnego. Patrząc na nich odnosiło się wrażenie, że prawdziwa miłość nie istnieje.” (s.102)

Wątek miłosny również jest bardzo delikatnie zarysowany, nie dominuje, rozwija się bardzo powoli i jest dość skomplikowany. Takie są właśnie emocje młodych ludzi, nieraz trudne do nazwania,niekonkretne, impulsywne, niestabilne, zmieniające się dosłownie z minuty na minutę. Magiczny świat stworzony przez Ewę Kołdę ma potencjał, wymagałby jednak rozwinięcia, poszerzenia niektórych wątków, zależności, omówienia zasad jakimi rządzi się rzeczywistość istot baśniowych. Myślę, że również język powieści jest momentami zbyt swobodny, kolokwialny, chropowaty, ale muszę przyznać, że właśnie takim stylem mówi młodzież. Mam nadzieję, że będzie on jednak ewaluował w następnych utworach w stronę literackości. 

Powieść ma swoje walory, mocne strony, choćby postać Samanthy, jej przemiana. Szkoda, że autorka nie pokusiła się o zaprezentowanie kociej perspektywy, głębszej, bez popadania w banały i stereotypy (kocia natura jest o wiele bardziej skomplikowana, zupełnie inna niż ludzka). Namnożenie zbiegów okoliczności, zbyt oczywiste tworzenie konkretnych sytuacji do kolejnych sekwencji zdarzeń (choćby przedłużający się wyjazd rodziców, którzy pozostawili bez żadnej opieki nieletnie córki czy samo zakończenie gdzie akcja tak bardzo przyśpiesza pozbawiając kilka wątków dopełnienia czy pełnego nakreślenia)  odbiera przyjemność śledzenia losów bohaterów. Pomimo tych potknięć poczułam się znowu jak nastolatka. Zakończenie powieści okazało się być zaskakujące, otwarte, sugerujące dalszy ciąg historii o nastolatce mającej dziewięć żyć. Ta nastolatka, tkwiąca głęboko w mojej duszy, przejęła stery podczas czytania i kazała mi pochłaniać kolejne kartki. Poczułam lekkie ukłucie rozczarowania, że historia Samanthy, Stelli, Jamesa i Gregora tak szybko się skończyła, otwierając tak wiele wątków, mnożąc niedopowiedzenia. 

Powieść Ewy Kołdy "Ukryci przed słońcem" opiera się na intrygującym pomyśle, dynamicznej, wartkiej akcji, tajemnicach goniących tajemnice. Chciałabym jednak poznać bliżej nowy świat Samanthy, losy jej babci oraz Lunę. Mam nadzieję, że autorka pokusi się o kontynuowanie historii głównej bohaterki, która dopiera zaczyna odkrywać w sobie moc Luny, budzącą się świadomość bycia kimś zupełnie innym. Warto dać szansę tej powieści.

Za egzemplarz książki dziękuję autorce.

piątek, 7 lipca 2017

Codzienność usłana zgliszczami

Wojna ma kolor żałoby, zapach strachu, gryzącego i duszącego dymu, palących się domów. Wojna zabiera wszystko, po kawałku odziera z wartości, jest jak kanibal pożerający uczucia, łzy, radość, nawet przyszłość. Człowiek nie myśli o jutrze, bo świat może trwać tylko teraz, tylko przez minutę póki nie spadnie kolejna bomba, nie pogrzebie kolejnego życia. Literatura próbuje zmierzyć się z tematem wojny, nie ukrywam, że często pisarze uciekają się do koloryzowania wojennej rzeczywistości. Wojna nie ma jaskrawych barw, są tylko cienie, czerń, popiół, zgliszcza, mrok. I szara codzienność naciągnięta do granic możliwości. Chris Cleave próbował odtworzyć z listów dziadków wojenny świat Brytyjczyków. „Dzielnym będzie przebaczone” wydana przez Świat Książki i przełożona przez Bohdana Maliborskiego to książka niezwykła, wstrząsająca w swej emocjonalności  i szczerości. Wojna staje się w tej powieści powolną trucizną wsączająca się w żyły bohaterów. Wojenny Londyn czy przestrzenie żołnierskiej codzienności są tylko powierzchownie różne. Czy to mieszkaniec, zwykły obywatel, dziecko czy żołnierz – każdy z nich zostaje okaleczony. Jednak nawet strach i samotność, przejmujące uczucie straty nie pogrzebią kiełkujących uczuć, nowego początku, który musi nadejść. 

Wojna zmienia ludzkie losy, kategoryzuje człowieka, który chce czuć się potrzebny. Trójka młodych ludzi – Mary, Tom i Alistair podejmują różne decyzje związane z wybuchem drugiej wojny światowej. Mary, córka polityka, niepokorna buntowniczka zostaje nauczycielką. Nowe doświadczenia, opieka nad dziećmi, zdają się być jej powołaniem. Tom również działa w szkolnictwie. Jako dyrektor jednego z okręgów pomaga znaleźć pracę Mary. Jego przyjaciel Alistair, zajmujący się restaurowaniem dzieł sztuki zgłasza się do wojska, aby walczyć w obronie ojczyzny. Między Mary i Tomem kiełkuje głębsze uczucie. Mary North staje się opiekunką dzieci, które nie zostały ewakuowane z Londynu na wieś. Podczas swojej pracy styka się z uprzedzeniami rasowymi, niezrozumieniem, niechęcią do czarnoskórych, otoczonych pogardą przez mieszkańców Londynu. Natomiast Alistair poznaje prawdziwe życie żołnierza, patrzy na śmierć przyjaciół, poznaje głód, doświadcza bezradności, bólu. 

Każdy z bohaterów styka się z wojną, przybierającą różne oblicza – bombardowania, palących się budynków, alarmów, umierających codziennie ludzi. Czy na wojennych zgliszczach będą potrafili zbudować nowe życie? 

„Dzielnym będzie przebaczone” pokazuje nie tylko labirynty życiowe bohaterów, ale i obraz wojennego Londynu, miasta opisywanego z perspektywy sensualnej, zmysłowej, gdzie kontury wyznaczają zapachy, opary mgły, ostra woń pożogi, przeplatana z aromatami jesieni, drzew czy herbaty. Bohaterowie upadają by podnieść się, ale mając na sobie traumatyczny bagaż poczucia utraty, winy, przytłaczającej samotności. Dla Mary wojenna codzienność to walka o godność dziecka, walka o miłość, przyjaźń. Jednak wystarczy jeden dramatyczny zbieg okoliczności aby wszystko straciło sens. Z podobnymi wątpliwościami i zwątpieniami styka się Alistair. Kiedy wraz z żołnierzami znajduje się na Malcie doświadcza jak bardzo wojna zmienia warunki, przekształca myślenie i uczy wyrafinowanego egoizmu.  Nie ma tu jednak mowy o moralizowaniu, wszystko zostaje ujmowane w zupełnie innych kategoriach. Brutalne obrazy nieustannie towarzyszą bohaterowi, najpierw szokują by po czasie stać się rutyną życia żołnierza:

„Po okrutnych samolotach i okrutnych czołgach nadciągnęli okrutni żołnierze uformowani w okrutne szyki, niewzruszenie tupiąc buciorami. Alistair tak to postrzegał – jako straszliwe, nieludzkie okrucieństwo, przed którym pierzchali zwykli żołnierze i o które rozbijali się ci niezwykli, mieleni przez gąsienice i wprasowywani w rozmokłą francuską ziemię; doskonale równe koleiny czołgów zatarły różnicę między trupami a gliną.” (s.161)

Kiedy dotychczasowe życie ulega powolnej destrukcji, bohaterowie poddają się uczuciom, skomplikowanym relacjom, które kipią żarliwością by stopniowo wypalić się, wyblaknąć. Wyjątkową rolę pełnią tu listy, jedyny łącznik i dowód rodzących się uczuć. Pełno w nich humoru, prób uciekania od wojennej szarości. „Dzielnym będzie przebaczone” to powieść opowiadająca o mrokach wojny, w której przebłyskują promienie nadziei, normalności, namiętności. Życie jest jak rzeka, nieustannie płynie, unosząc każdego z bohaterów ku niepewnej przyszłości. Jak stwierdzi trafnie stwierdzi Mary:

„być może życie będzie tym – nie mozolną wspinaczką ku chwale, jak to sobie wyobrażała. Lecz zmaganiem z się z narastającymi problemami i trudnościami – i że nie będzie to jednorazowy ciężar, który niczym Atlas można przyjąć na swoje barki, ale seria przyziemnych, codziennych kłopotów, które mają to do siebie, że strącają człowieka w przeciętność. Może życie przemienia tego, kto się stara, w osobę, której zasługi przypisuje się innym” (s. 146)

Chris Cleave oddaje hołd swoją powieścią ludziom, którzy doświadczyli wojny, dotknęli jej nieobliczalności . W historii „Dzielnym będzie przebaczone” drzemią fundamentalne uczucia, które wyzwala wojna. Rozmiary emocji są trudne do okiełznania, bohaterowie z euforii popadają w depresję, co jeszcze bardziej podkreśla psychologiczne wymiary wojny. Autor tworzy plastyczny i sensualny świat, Londyn zdaje się stopniowo pogrążać w wojennej mgle, która zmienia mieszkańców i przestrzeń, nie biorąc jeńców. Wojna, która początkowo jest mglistym, raczej nierealnym zagrożeniem, traktowana z przymrużeniem oka, rodząca ekscytację, przybiera kształt  namacalnego koszmaru, rozrastającego się wraz z liczbą umierających. 

Powieść Chrisa Cleave`a ujęła mnie wszechstronną melancholią, drobiazgowością, wyrazistymi i barwnymi rysami głównych postaci, szczególnie Mary North. Bohaterowie w obliczu wielkiej Historii pieczołowicie pielęgnują detale, artefakty codzienności: słoik z dżemem, który zrobił nieżyjący przyjaciel, obraz podarowany ukochanemu, starą marynarkę. Wszystko to pozwala im chociaż na chwilę poczuć spokój, przywołać obraz bliskiej osoby, znaleźć się poza okrutną rzeczywistością. „Dzielnym będzie przebaczone” wzrusza, wywołuje burzę emocji i tak bardzo wydaje się bliska nawet naszym czasom. 

Cytaty: Chris Cleave, Dzielnym będzie przebaczone, przeł. z ang. Bohdan Maliborski, wyd. Świat Książki, Warszawa 2017. 


   Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu Świat Książki

poniedziałek, 3 lipca 2017

Świat w chmurach

Gdy podniesiesz głowę, spojrzysz w niebo, być może dane ci będzie dostrzec coś niezwykłego, fragmenty żagli wyłaniających się z pierzastych chmur, płynących po nieboskłonie jak po morzu. Gdzieś ponad chmurami jest ukryta mitologiczna i baśniowa kraina zwana Magonią. Pierwsza powieść amerykańskiej pisarki Marii Dahvany Headley o bardzo tajemniczym tytule „Magonia” to fantastyka wysokich lotów, skierowana przede wszystkim do nastoletnich odbiorców, ale z racji wyjątkowości imaginacyjnego świata nie ograniczałabym przedziału wiekowego odbiorców. Autorka kreując fantastyczne przestrzenie, osadzając historię młodych ludzi w bardzo onirycznym świecie nie ucieka od niezwykle poważnych tematów. Wręcz przeciwnie, opowieść zaczyna tętnić życiem, emocjami niczym pulsująca krew w żyłach. 
Aza Ray i Jason są przyjaciółmi od wielu lat, łączą ich dość nietypowe pasje, fascynuje ich nauka i dziwne zjawiska. Aza nie może wjeść zwykłego życia przeciętnej, beztroskiej nastolatki, jest całkowicie uzależniona od nieznanej choroby, która odbiera oddech, uniemożliwiając swobodne oddychanie. Jest ona jedynym człowiekiem cierpiącym na to nieuleczalne schorzenie. Dziewczyna i jej rodzina zdają sobie sprawę, że każdy kolejny atak może być ostatnim. Nic więc dziwnego, że Aza próbując zaakceptować swoją chorobę i ograniczenia odgradza się od rówieśników. Pod warstwą cynizmu i ironicznego spojrzenia ukrywa swoje lęki i strach. Tylko przed Jasonem nie musi udawać i chować się w twardej skorupie obojętności. Gdy spostrzega na niebie przedziwne obrazy płynących statków, tylko on jej wierzy i opowiada o mitologicznej krainie Magonii. Aza nie wie, że jej czas dobiega końca. Lecz to nie koniec podróży nastoletniej bohaterki, po drugiej stronie czekają na nią części skomplikowanej układanki, które będzie musiała poskładać aby poznać swoją tożsamość i przyszłość.

Autorka nie powiela kalek tak bardzo widocznych w literaturze młodzieżowej, stara się wciągnąć czytelnika w niezwykły świat, kreując również bardzo wyraziste i nietypowe postacie. Narracja biegnie  dwutorowo, w roli opowiadających pojawiają się Aza i Jason. Taki zabieg ma na celu uwypuklenie emocji bohaterów i ich niesamowitej więzi. Aza i Jason są indywidualistami, bystrymi i inteligentnymi, ze specyficznym poczuciem humoru. Pomimo nastoletniego wieku mają w sobie dojrzałość, być może ugruntowaną przez nad wyraz trudne doświadczenia. Kiedy muszą liczyć się z każdym dniem, perspektywa spoglądania na świat weryfikuje znajomości, kontakty rówieśnicze, marzenia, beztroskość. Pisarka wplata wiele różnych nici tematycznych – choroby, odejścia bliskiej osoby, przyjaźni, rodziny, poszukiwania własnej tożsamości, dokonywania wyborów, rozdarcia wewnętrznego. Dość szczególne miejsce w tym kontekście zajmują refleksje o śmierci, którą próbuje oswoić główna bohaterka:

Dorośli dużo mniej mówią o śmierci niż ludzie w moim wieku. Śmierć to taki Święty Mikołaj w świecie dorosłych, tyle że na odwrót. Gość, który zabiera wszystkie prezenty. Z dużym workiem na plecach włazi do komina i ze wszystkim, co wydrze człowiekowi z jego życia, odlatuje ciągnięty przez renifery. Jego sanie wyładowane są wspomnieniami i kieliszkami wina, garnkami, swetrami, kanapkami, chusteczkami higienicznymi i SMS-ami, brzydkimi kwiatami doniczkowymi i łaciatymi kotami, na wpół zużytymi szminkami i brudnymi ubraniami, których nie zdążono uprać, listami, które zostały ręcznie napisane, ale nigdy nie wysłane, aktami urodzenia, zerwanymi koralami” (s. 11).

 W powieści pojawiają się dramatyczne zwroty akcji, wzruszające i głęboko poruszające. Równie barwnie i emocjonalnie prezentuje się mitologiczna kraina tytułowej Magonii. Zarysowana przestrzeń świata w chmurach intryguje wielopłaszczyznowością i metaforyką – tak naprawdę to odbicie ludzkiej egzystencji, skryte pod fasadą magii i fantastyki. Magonia to również magiczny artefakt, portal, przez który przechodzisz aby zmienić się, przejść metamorfozę, zbudować siebie na nowo. I tak się właśnie dzieje w przypadku głównych bohaterów. 

 „Magonia” posiada wszelkie atuty aby spodobać się nastoletnim czytelnikom, zarówno tym którzy szukają całej gamy uczuć, trudnych tematów dotykających cierpienia i ludzkich dramatów, wartkiej akcji jak i tym, którzy rozmiłowani są w fantastyce i chcą być zaskoczeni oryginalnością, niebanalnością. Najbardziej niezwykłe jest wykorzystanie przez pisarkę podań dotyczących Magonii i stworzenia na ich fundamentach miejsca o wielkim potencjale, z całym rozmachem i przejrzystością. Skłonna jestem przyznać, że nawet miłośnicy nieobliczalnej prozy Neila Gaimana będą uradowani podróżą do Magonii. Warto dodać, że „Magonia” M. D. Headley ma swoją kontynuację pt. „Gniazdo”. 
  Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.

piątek, 30 czerwca 2017

KĄCIK MAŁEGO MOLIKA (4/2017) - "Dzieci z Lewkowca" Donata Dominik-Stawicka

Szwedzka wioska była dla mnie inspiracją do zabaw, do tej pory pamiętam budowanie tuneli w sianie. Któż nie kocha Bullerbyn. To miłość dziecięca, szczera, ale i ponadczasowa. Donata Dominik-Stawicka zainspirowana  powieścią Astrid Lindgren „Dzieci z Bullerbyn” pokusiła się o napisanie współczesnej, polskiej wersji  dziecięcego świata.  „Dzieci z Lewkowca” (wyd. „Skrzat”) to lekka i przyjemna lektura na wakacyjne dni, motywująca małego czytelnika do aktywnego spędzania czasu, poruszająca tematy przyjaźni, pomocy drugiej osobie, miłości do zwierząt. Autorka jest literaturoznawcą, napisała m.in. monografię o Juliuszu Słowackim. 

Bohaterowie książki tworzą zgraną paczkę przyjaciół. Zosia, Bartek, Faustyna, Kacper, Wiktor i Tobiasz mieszkają w Lewkowcu, niewielkiej wiosce w Wielkopolsce. Ich przygody śmieszą, ale i niosą wiele uniwersalnych wartości, o których często się zapomina we współczesnym świecie.
 Pewnego dnia chorą Zosię odwiedza ciocia. Dziewczynka bardzo się nudzi, więc ciocia proponuje jej poczytać na głos. Zosia nie lubi czytać, ale historia „Dzieci z Bullerbyn” podbija jej serce. Ciocia proponuje więc, że napisze książkę o  niezwykłych przygodach dziewczynki i jej przyjaciół. W Lewkowcu wszystkie dzieci się znają, trzymają się razem, wspólnie spędzają czas i mają zabawne pomysły. Łączy ich też wielka miłość do zwierząt. Dzieci z Lewkowca są bardzo odpowiedzialne, opiekują się swoimi czworonogami. Historie, które opisuje Donata Dominik-Stawicka zarażają optymizmem, są empatyczne, momentami ściskające za serce.

Książka składa się z dwóch części – pierwsza z nich obfituje w różne perypetie dziecięcych bohaterów i ich rodzin, natomiast druga to swoisty dziennik podróży do szwedzkiego Bullerbyn. Dzieci zafascynowane przygodami literackich bohaterów wybierają się wraz z rodzicami do prawdziwego Bullerbyn aby zwiedzić świat znany z książki Lindgren. Dużym atutem książki jest przystępny język skierowany do dziecka, krótkie historie sprawiają, że można czytać „Dzieci z Lewkowca” fragmentami, chociaż sympatyczni bohaterowie sprawiają, że książkę chciałoby się przeczytać na jednym oddechu. Książeczkę wypełniają kolorowe ilustracje  Agnieszki Semaniszyn-Konat. 
Wyobraźnia głównych bohaterów to podróż w świat dzieciństwa, połączenie książek Hanny Ożogowskiej, Astrid Lindgren ze współczesną rzeczywistością tabletów i Internetu. Książka ma też kilka minusów – moim zdaniem poruszony temat adoptowania, posiadania zwierząt jest potraktowany trochę zbyt lekko, owszem rodzice przestrzegają dzieci, że zwierzę to obowiązki, ale brakuje konkretnych przykładów pokazujących jak bardzo kot czy pies jest od nas zależny, ile czasu wymaga opieka. Rodzice bardzo szybko spełniają marzenia swoich pociech dotyczące nowego zwierzaka, razi brak głębszych rozmów na ten temat, przygotowania dzieci do nowych obowiązków. Momentami miałam wrażenie, że zwierzak to taki prezent, a nie żywe stworzenie. Warto zaakcentować takie rzeczy, bo w niektórych dorosłych wciąż pokutuje przekonanie, że zwierzęta to zabawki dla dzieci. Podobał mi się wątek kiedy bohaterowie postanowili adoptować psa ze schroniska. Jeden z chłopców Tobiaszek wzruszył się widokiem okaleczonego psiaka (którego pokochał od pierwszego wejrzenia). Szybko jednak otarł łzy, bo jak mawiał jego tata „chłopaki nie płaczą”. Dlaczego chłopcy nie mogą płakać? Co złego jest w szczerych łzach? W powieści dla dzieci warto wystrzegać się takich stereotypów. Poza tym obraz rodziców z powieści jest bardzo ciepły, może momentami zbyt idealny. Jednak pomimo tych drobnych potknięć Lewkowiec to miejsce przyjazne, pełne śmiechu, zwariowanych pomysłów i dziecięcej fantazji. 

„Dzieci z Lewkowca” to zaproszenie do małej, polskiej wioski, gdzie życie płynie radośnie, co jednak nie oznacza, że bohaterowie nie stykają się z problemami. Donata Dominik-Stawicka pokazuje świat oczami dziecka, akcentując jak wielką moc ma wyobraźnia i jak książkowi bohaterowie potrafią ją rozwijać. Myślę, że ta książka, to jedna z propozycji na rozpoczęcie przygody z czytaniem. Mądra i pełna empatii lektura wakacyjna! 


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu SKRZAT 

wtorek, 27 czerwca 2017

KĄCIK MAŁEGO MOLIKA (3/2017) - "Kuba pomaga tacie" Liesbet Slegers

Spędzanie czasu z rodzicami to dla każdego malucha niesamowita okazja do nauki poprzez naśladowanie, podpatrywanie, powtarzanie czynności w formie zabawy. Liesbet Slegers, belgijska ilustratorka jest autorką cyklu książek dla maluchów m. in. o Kubie i Kasi. Tym razem mały Kubuś pokazuje jak wiele ciekawych rzeczy można zrobić wraz z tatą, który dysponuje wolnym dniem. 

Książeczka dla dzieci „Kuba pomaga tacie”, która ukazała się w gdańskim wydawnictwie Adamada, to lektura obowiązkowa nie tylko w dzień ojca, ale idealna aby nieustannie do niej powracać wraz z dzieckiem. Kuba jest postacią, z którą nasze maluchy łatwo się utożsamią, polubią jego przygody. Treść książki polecana jest dla czytelników od 2 roku życia, co nie przeszkadza abyśmy czytali przygody Kuby mniejszym pociechom. Mój synek (11 miesięcy) chętnie sam przegląda tę książkę, bo jest niezwykle kolorowo ilustrowana, w sposób prosty, bardzo dziecięcy, pokazujący świat oczami maluszka. Ilustracje przedstawiające Kubę i kolejne czynności, przy których pomaga tacie, są ciepłe, nieskomplikowane, schematyczne, łatwe w odbiorze. Słowem, idealne dla małego molika i domowego pomocnika. 

Kiedy Kuba dowiaduje się, że spędzi cały dzień z tatą jest szczęśliwy, bo czeka go wiele wrażeń. Panowie znajdą czas i na pracę, i na zabawę. Maluch przypatruje się tacie podczas pracy i chętnie pomaga mu w różnych obowiązkach. Nic nie może się jednak równać ze wspólną zabawą w muzykowanie. Mnie osobiście ujęła scena przygotowywania razem obiadu dla mamy, która tego dnia pracuje. Kuba uczy się podziału obowiązków i wzajemnego troszczenia się o siebie. Tata Kuby nie ma problemu z przygotowaniem obiadu (chociaż są to tylko frytki) i angażuje do pomocy maluszka. Postać Kuby jest bardzo sympatyczna, chłopiec wstaje radosny i z zainteresowaniem obserwuje co robi tata. Mały pomocnik z entuzjazmem przystępuje do wykonania kolejnych zadań. 
 Książka Liesbet Slegers zachęca do angażowania dzieci w różne domowe prace, uczenia ich obowiązków, jednocześnie pokazując jak ważne jest wspólne spędzanie czasu. Możliwość uczestniczenia w życiu dorosłych jest dla maluchów świetną okazją do zabawy, obserwowania, uczenia się poprzez naśladowanie. A jak wielką satysfakcję odczuwa młody człowiek po wykonaniu nawet drobnego zadania, wie każdy rodzic, który chociaż raz pozwolił dziecku na towarzyszenie w wspólnej pracy. Kuba tak jak każdy maluch w jego wieku chce być taki jak tata, jest on dla niego wzorem i czerpie radość ze wspólnego spędzania czasu.
„Kuba pomaga tacie” to książeczka o codzienności maluchów, o ich patrzeniu na świat, obserwowaniu rodziców, próbach włączania się do domowych prac. Myślę, że już od najmłodszych lat warto angażować dzieci nawet do drobnych czynności, czy to gotowania, czy mycia samochodu. Nie liczy się w tym wypadku efekt, ale sam fakt pomagania, uczestniczenia, współpracowania. Kuba jest pod tym względem dzieckiem idealnym, nie buntuje się, nie nudzi się, z radością towarzyszy tacie w garażu, w samochodzie i w kuchni. Bohater pokazuje małym czytelnikom, że takie pomaganie to świetna zabawa, najważniejsze, że można wiele rzeczy robić wspólnie, wraz z tatą. Tekst o Kubie jest również bardzo prosty i adekwatny do wieku odbiorcy. Książka belgijskiej ilustratorki to obowiązkowa pozycja dla maluchów poznających świat dorosłych, patrzących z podziwem na swoich tatusiów. Lektura idealna na sobotni poranek, kiedy to czekają na nas liczne obowiązki. Warto zaprosić do pomocy całą rodzinę. 

  Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.

sobota, 24 czerwca 2017

Przebudzenie kobiecości

Liliana Hermetz podjęła się trudnego zadania pokazania na nowo postaci literackiej stworzonej przez Coetzzego. Elizabeth Costello, bo o niej mowa, to pisarka, kobieta elegancka, enigmatyczna, w podeszłym już wieku. Polska pisarka, z wykształcenia teatrolożka i kulturoznawczyni, laureatka Nagrody Conrada 2015, postanowiła wyswobodzić literacką postać, nadać jej nową formę, wypełnić już wykreowaną postać zupełnie nowymi barwami. Zastosowanie intertekstualności w tym wypadku to odsłonięcie prawdziwej kobiecości bohaterki Coetzzego, której brakuje w powieści „Elizabeth Costello”.

Liliana Hermetz spogląda na Costello własnymi oczami, przepuszcza ją przez pryzmat cielesności, którą bohatera nagle odkrywa, co przeradza się w fascynację własnym ciałem, starzejącym się ale obdarzonym pełną akceptacją, czułością. Powieść „Costello. Przebudzenie” to intrygująca odsłona kobiecości ukrywanej, przytłoczonej, bliskiej seksualności. Costello odkrywając w sobie nieznane dotąd uczucia, własne ciało daje się ponieść metamorfozie, która w niej zachodzi. Zaczyna się wsłuchiwać w pragnienia, potrzeby, czytając swoje ciało jak literaturę.

„Costello. Przebudzenie” to powieść – wyzwanie, starająca się uchwycić to, co najczęściej zostaje przemilczane, przykryte grubą warstwą tabu. Główna bohaterka pojawia się na kolejnych spotkaniach autorskich, zaczyna prowokować słuchaczy swoją bezpośredniością, chęcią mówienia o rzeczach intymnych, całkowicie nieobecnych w publicznych rozmowach. Costello zaczyna dostrzegać w sobie nieokiełznany zachwyt nad własną cielesnością. Bohaterka świadoma swojego wieku, dojrzałości, przemijania nagle zmienia perspektywę patrzenia wewnętrznego. Ucieka spod mocy Kreatora, pisarza, który ją stworzył, wypełniając ją własnymi refleksjami. Ucieczka, bunt bohaterki, to monolog wewnętrzny stłumionej kobiecości, poszukującej ekspresji seksualności, erotyki. Costello doznaje spełniania, to jak siebie widzi wpływa na postrzeganie jej osoby przez innych ludzi. Najlepszym przykładem jest przystojny, młody tłumacz Robert Marini, który jest pod wielkim wrażeniem osobowości i emanującej pięknem Elizabeth. Dziwi się jak bardzo emocjonalnie i fizycznie reaguje na jej obecność, pociąga go jej nieokiełznana kobiecość, niezdefiniowany magnetyzm.

Autorka wybierając bohaterkę całkowicie oddaje jej przestrzeń powieści. Pozwala jej mówić o sobie, o byciu kobietą, nie ma w tym sztuczności, próby ukrywania się autorki pod warstwą literacką i psychologiczną postaci. Przebudzenie Costello jest sensualne, a wyswobodzenie się z tabuizacji, skrępowania, skostniałości czyni tytułową bohaterkę kobietą integralnie związaną z ciałem. To nagłe doświadczanie ukrytych pragnień, popędów ma znamienny wpływ na poznawanie, odkrywanie samego siebie. Wydaje się, że człowiek nieustannie toczy walkę z ciałem, błędnie odczytując własne reakcje. Podczas jednego z wykładów pisarka zwierza się:

„Mam, proszę państwa, poczucie, że ciało znów nam się oderwało od reszty, wyrwało i ucieka gdzieś teraz samotnie po polach, a wokół pachnie dymem z ogniska. A ja chcę, żeby ono wróciło. Zamieszkało sobie we mnie. I żebym się mogła z nim zaprzyjaźnić. Rozmawiać z nim, pieścić, dopieszczać. Tak. (…) Ale przede wszystkim należy akceptować je, w każdej jego postaci, każdej formie i każdym wieku.” (s.52-53)

O tym jest też ta książka, o zaufaniu swojemu ciału, o budowaniu równowagi, zachowaniu osobistej relacji z cielesnością, nie uciekania od seksualności z powodu przemijania. Starość nie przekreśla sfery cielesnej, Costello świetnie czuje się w swoim starzejącym się ciele, jest pogodzona z przemijaniem, zmarszczkami, kolejnymi śladami upływającego czasu, w pewnym momencie zauważa jak bardzo wrażliwa staje się na zapachy, zmysłowość:

 „W ostatnim czasie zapachy prześladowały ją najbardziej. Za nimi najbardziej tęskniła. Starzeję się, pomyślała. Ale chyba chodzi o coś innego. Te wszystkie obrazy, zapachy, kształty… Z tego jestem zbudowana. Im starsza jestem, tym lepiej to wiem.” (s. 58-59)

Nie sili się na zakładanie złudnych masek, odkrywa, że język ciała, jego odczytywanie może przynieść spełnienie fizyczne i duchowe. Uwodzi swoich słuchaczy, stwarza atmosferę intymności, aby pokazać jak bardzo sami się ograniczamy, jak negujemy swoją seksualność, torturujemy ciała przez zakodowane frazesy, banały, wychowanie. Cierpimy, bo nie znamy samych siebie, nie potrafimy czerpać beztroskiej przyjemności z kobiecości. 


„Coetzzowa” Costello to poczwarka, imago kobiety, cień Kreatora, postać trzymana w mocnych ryzach pisarza, dopiero Liliana Hermetz pozwala jej na metamorfozę, na rozwinięcie skrzydeł cielesności. „Costello. Przebudzenie” to intrygująca, niepokojąca puenta współczesnej kobiecości, nielogicznie tłumionej, całkowicie poddanej intelektowi, społecznym ramom. Ciało jest tu sprzymierzeńcem, odkrywanie jego sekretów przyprawia bohaterkę o dreszcze zachwytu. Słowa nie definiują całkowicie cielesności, erotyki, raczej ją spłycają, wulgaryzują. Costello w powieści Liliany Hermetz to esencja prawdziwiej, mocnej, dojrzałej i mądrej kobiecości, której aura fascynuje i przyciąga jak magnez. Lektura tej książki zachęca do sięgnięcia po oryginał, aby porównać męski i kobiecy wizerunek Costello. Liliana Hermetz zaskakuje, sięga po ważną postać dla samego Coetzzego i robi to w sposób nowatorski, przyciągający, rysując jednocześnie wiele poziomów tematycznych sfery cielesnej. To niezwykle ważny, refleksyjny i feministyczny głos w literaturze kobiecej. 

*Cytaty: Liliana Hermetz, Costello. Przebudzenie, wyd. W.A.B., Warszawa 2017.

  Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.

 

czwartek, 8 czerwca 2017

Pod matczynymi skrzydłami

Matczyne skrzydła Amalii otaczają jej dzieci siłą akceptacji, wyrozumiałości, bezwarunkowej miłości. Chociaż w oczach dzieci uchodzi za osobę naiwną, trochę szaloną i przesadnie optymistyczną to jednak ma ona intuicję, dzięki której dostrzega problemy nękające obie córki oraz syna. Sylwestrowe, rodzinne przyjęcia będzie najlepszą okazją do podsumowania relacji i wypowiedzenia słów, które zbyt długo pozostawały uwięzione i przemilczane. Tak zaczyna się powieść „O matko!” hiszpańskiego pisarza i tłumacza Alejandro Palomasa. Ukazała się ona w 2014 roku, a w Polsce to pierwszy, wydany utwór tego autora w przekładzie Katarzyny Górskiej. 

Portret matki i historię hiszpańskiej rodziny kreśli syn. Fernando jest samotnym gejem, przeżywającym kolejne rozstanie i nietrafiony związek z partnerem, który na otarcie łez pozostawia mu psa. Momentem zwrotnym w życiu barcelońskiej rodziny jest rozwód rodziców i zerwanie kontaktów przez ojca. Matka rozpoczyna nowe życie, oddając się spełnianiu swoich marzeń i smakowaniu nowych doświadczeń. Poznajemy również Silvię i Emmę, jej córki, które budują wokół siebie mur, udając, że są szczęśliwe. Silvia nie przebiera w słowach, stara się sprowadzać na ziemię mamę i przestrzegać przed jej szalonymi pomysłami. Natomiast Emma próbuje pogodzić się ze stratą bliskiej osoby i zbudować nowy związek. Fernando słuchając rodzinnym rozmów snuje równocześnie historię swojego rodzeństwa. Główną bohaterką pozostaje niezaprzeczalnie Amalia – nieco ekscentryczna, zabawna i optymistyczna kobieta, która potrafi skruszyć najgrubsze skorupy, w których ukrywają się jej dzieci i wyciągnąć do nich rękę. 

Autor urzeka trafnymi metaforami opisującymi rodzinę Amalii. Rodzinne powiązania są jak kręgi na wodzie, każde wydarzenie wpływa na poszczególne osoby. Rodzina jest mikrokosmosem, organizmem zależnym od siebie. Postać matki gra tutaj pierwsze skrzypce, jest w centrum, ponieważ potrafi scalić rodzinę, umie wydobyć to co w niej najpiękniejsze. Jej rady i gesty są pełne życiowej mądrości, uniwersalnych wartości, które okazują się być najlepszym antidotum na złamane serce. Powieść „O matko!” pokazuje obraz matki niezwykle uczuciowej, wrażliwej, ingerującej tylko wtedy gdy jest to konieczne. Opowieść nie obfituje w szokujące tajemnice rodzinne, autor prowadzi nas po krętych drogach ludzkiego życia, pokazując jak cierpienie i problemy oddalają nas od drugiego człowieka i uczuć. Zarówno Fernando, jego siostry, wujek Eduardo jak i mama poznają ból rozstania. Czasami jednak źle ulokowane uczucia uruchamiają blokadę. Pięknie o tym mówi Amalia, która radzi swojemu synowi: 

Nikt z nas nie jest całym światem, nawet jeżeli wszyscy jesteśmy wyjątkowi. Można być podobnym, ale nie powtarzalnym. I właśnie o to w życiu chodzi: trzeba szukać ludzi podobnych i unikać powtarzalnych.” (s. 329)

Autor porusza również bolesny temat żałoby, traumy po stracie bliskiej osoby. Jedynym wyjściem okazuje się akceptacja i poczucie, że ten ktoś nieustannie przy nas jest. Kiedy Emma popada w coraz większe odrętwienie i depresję, matka opowiada jej o swojej tęsknocie za babcią, która zajmuje honorowe miejsce na Krześle Nieobecności:

„Babcia, kochanie, zawsze powtarzała, ze każdy z nas ma swoje Krzesło Nieobecności (…). Jest ono przy nas od urodzenia i tylko czeka, aż tchniemy w nie życie. Moje Krzesło zawsze zajmuje babcia. Dbam o to, by czuć jej obecność i jej nie stracić, ale również o to, żeby nie zatracić samej siebie”. (s.271)

Postać Amalii jest kluczowa w powieści Palomasa. To ona scala rodzinę, posiada matczyny klucz do serc swoich dzieci. Narracja obfituje w żartobliwe sytuacje, których inicjatorką jest właśnie matka, odkrywająca zalety wolności. Zawiera nietypowe przyjaźnie, jest ufna wobec innych, próbuje zawsze odsłonić pozytywne strony sytuacji i zdarzeń, których jest uczestniczką. Każde z jej dzieci pomimo zgryźliwości szuka w niej oparcia, schronienia.

 „O matko!” to książka z potencjałem, momentami jednak monotonna, bez fabularnego zacięcia. Autor mnoży liczne niedopowiedzenia, urywa narrację, a retrospekcje powoli zarysowują losy bohaterów. W tej powieści niezwykłą rolę pełnią szczegóły, gesty, mimika postaci dokładnie uchwycona przez narratora. Barcelońska rodzina cierpi na syndrom nieustannego „przetrawiania” złych doświadczeń. Bohaterowie nie potrafią i nie chcą uwolnić się od gryzącej przeszłości, zakładanie masek i oddawanie się codzienności, to ich mechanizmy obronne wobec destrukcyjnych uczuć. Amalia dla każdego z nich ma otwarte ramiona, niewyczerpalne pokłady zrozumienia  i ciepła, topiącego zimne mury obojętności i udawania. Ona jedyna odcina balast ran, smutku, niespełnionych nadziei. Jej słowa uwalniają skrywane uczucia, rozwiązują supły bólu, pozwalają na katharsis. Powieść Alejandro Palomasa to obyczajowa, współczesna opowiastka o rodzinie przeżywającej kryzys zaufania, nowoczesnej, tolerancyjnej, ale ciągle zmagającej się z indywidualną samotnością. Nie ma tu jednak pesymizmu i zgorzknienia, autor pozostawia czytelnika z ciepłym promykiem nadziei kiełkującym w sercach powieściowych bohaterów. 

*Cytaty: Alejandro Palomas, O matko!, przeł. Katarzyna Górska, wyd. WAB, Warszawa 2017.  

  Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.