środa, 20 września 2017

W magii czasu i futurystycznych zegarów

Każdy z nas wpleciony jest w linie czasu, jesteśmy od niego uzależnieni, definiujemy za jego pomocą przeszłość i teraźniejszość. Zegary, które odzwierciedlają i odmierzają czas to narzędzia naszej codzienności. Odnoszę jednak wrażenie, że zegary mają w sobie jakąś tajemnicę, fascynują misternym mechanizmem, gotowe perfekcyjnie odmierzać upływające sekundy i minuty. Powieść „Czasodzieje. Klucz czasu” Natalii Sherby, rosyjskiej pisarki, od razu nasuwa skojarzenie z zegarami. Jednak w powieści mają one zupełnie inną funkcję, są magicznymi artefaktami, służą jako broń, są portalami do ukrytych miejsc. Historia o magach z Eflary, władających czasem skierowana jest do młodszych odbiorców, jednak pomysł fabularny i kreację świata Eflary docenią również starsi sympatycy gatunku o alternatywnych wymiarach. Książka, która miała swoją rosyjską premierę w 2011 roku, ukazała się w wydawnictwie EneDueRabe w przekładzie Agnieszki Papaj-Żołyńskiej

Życie nastoletniej Wasylisy to wąski krąg, w którym znajdują się szkoła, gimnastyka akrobatyczna, przyjaciel Loszka i dom Marty Michajłowej, dalekiej krewnej. Dziewczynka nie jest zbyt lubiana wśród rówieśników, trudno jej nawiązać nowe znajomości. Wychowana bez rodziców przez starszą panią, zapalczywą miłośniczkę kotów, nauczyła się samodzielności, skupiając się na jedynej pasji - gimnastyce. Świat dziewczynki zmienia się z dnia na dzień kiedy zjawia się jej ojciec, który zabiera ją do tajemniczej posiadłości. Wasylisa poznaje rodzeństwo, które od pierwszych chwil traktuje ją bardzo wrogo. Nowej sytuacji nie ułatwia obojętność i surowość ojca, człowieka uzależnionego od władzy. Mnożące się sekrety, półsłówka, podsłuchane rozmowy coraz bardziej dezorientują bohaterkę. Jest zaskoczona, że istnieje alternatywny świat Eflara, którą władają czasodzieje, magowie obdarzeni magicznym darem władania czasem. Nie każdy jednak może stać się czarodziejem, decyduje o tym próba, która ujawnia stopień magiczności kandydata. Rodzeństwo głównej bohaterki i Wasylisa przechodzą próbę, która okazuje się być dla wszystkich wielkim zaskoczeniem. Życiowy zegar dziewczynki wkroczył zupełnie na inny tor, czy jednak będzie ona chciała wykorzystać uśpiony dar, porzucając jednocześnie dawne wcielenie?

„Czasodzieje” to bardzo wyrazista lektura, mocna, klimatyczna, dynamiczna. Świat Eflary urzeka od pierwszych stron, chociaż panują w nim brutalne zasady. Magia czasu to zarówno ogromna moc, siła ale i brzemię. Wasylisa to dość nietypowa bohaterka, pozbawiona miłości rodziców, osamotniona, nieakceptowana nagle zostaje wyrwana z normalnej codzienności do świata, którego nie zna, nie rozumie. Podświadomie przyciąga ją i wabi czasodziejstwo, ale niewiedza prowadzi ją w epicentrum konfliktu między ojcem a sprzeciwiającym się mu Łazariewem, który tylko się zaostrza. Czytelnik wraz z główną bohaterką poznaje Eflarę, jej mieszkańców i hierarchię świata zegarów, w którym trwa walka o władzę, pozycję, stanowiska. Wasylisa staje się pionkiem, narzędziem w ręku silniejszych i pozbawionych skrupułów ludzi. Jej sytuacja jest trudna, nikomu nie może zaufać, ale i ona budzi dystans, nieufność ze względu na pochodzenie i bycie córką Ogniewa. 

Wasylisa to silna postać, dojrzała, niezależna ale i zagubiona, łaknąca przyjaźni i opiekuńczości. Jej ojciec okazuje się być zawistnym i okrutnym człowiekiem, który poświęci wszystko aby osiągnąć zamierzony cel. Podobnym czarnym charakterem jest jego towarzyszka – Elena, potężna i złowroga czasodziejka, która zrobi wszystko aby pozbyć się dziewczynki. Akcja powieści jest naszpikowana tajemnicami, dlatego czytelnik ma niebywałą przyjemność w odkrywaniu kolejnych kart. Oczywiście jak na cykl przystało, wiele sekretów zostaje niewyjaśnionych, a wątki są tylko lekko zakreślone aby rozwinąć się w kolejnych tomach. Pierwszy tom jest niezwykle obiecujący, podsyca niedosyt i świetnie zarysowuje główną fabułę. Przygoda czasodziejów tak naprawdę dopiero się zaczyna, bo Eflarze grozi zagłada w postaci kurczącego się Rozdarcia Czasu, więc wybrańcy, właściciele siedmiu kluczy będą musieli współpracować aby zapobiec zbliżającej się katastrofie.

Autorka stworzyła przemyślany fantastyczny świat, z całym wachlarzem magicznych przedmiotów o przeróżnych zastosowaniach (zajmujący jest pod tym względem cały magiczny ekwipunek czasodzieja – chronowskazówka, czasoksięga). Na Eflarze spotkamy wróżki, luty, smukłorogi, rusałki, wodniki. Otaczają nas wnętrza pięknych, dostojnych zamków lub otwarte przestrzenie, które zapierają dech w piersiach. Natalia Sherba nie szczędzi czytelnikom również opisów niezwykłych stroi jakie mają na sobie mieszkańcy Eflary. „Czasodzieje. Klucz czasu” śmiało można polecić dziesięciolatkom. Myślę, że i nie jeden dorosły znajdzie w lekturze wiele czytelniczej frajdy i baśniowej otoczki. Osobiście oceniam książkę Natalii Sherby dość wysoko, mam nadzieję, że kolejne tomy uniosą nakreśloną historię, a bohaterowie nie stracą na wyrazistości. 

„W dole, dokąd sięgał wzrok, rozpościerały się tysiące złotych i srebrnych cyferblatów w otoczeniu błyszczących, czarnych listków. Rosły one jak kwiaty i w jakimś stopniu przypominały słoneczniki, tylko na krótszych łodyżkach. Na tarczach widniały cyfry i najprawdziwsze, cienkie wskazówki. (…) – To starozegary – wyjaśniło cicho Klementyna.  – Każdy zatrzymał się w innym czasie… Kiedy na Ziemi umiera człowiek, na tym polu wyrasta nowy kwiat – starozegar” (s. 272)

*Cytaty: Natalia Sherba, Czasodzieje. Klucz czasu, przeł. Agnieszka Papaj-Żołyńska, wyd. EneDueRabe, Gdańsk 2016. 

 Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.


sobota, 16 września 2017

KĄCIK MAŁEGO MOLIKA (10/2017) - "Kraina Obi-Boków" Mariusz Niemycki

W tej baśniowej krainie Różowych Słońc, mieszkają puszyste, przyjacielskie ogry, mech snujący opowieści, niewidzialne mglaki, gadające grzyby oraz niegrzeszące inteligencją smoki. Zagadki podszyte magią, podróż pełna przygód, a wszystko po to aby odszukać porwaną rodzinę. Winowajcą wszystkich przedziwnych zdarzeń jest Księga Smoków, która działa niczym portal, przenosząc wypowiadających zaklęcie w inny wymiar. „Kraina Obi-Boków” Mariusza Niemyckiego zabiera nas w przedziwną podróż z baśniowymi stworami, krętymi drogami przesiąkniętych magią ziem fantastycznego świata, w którym wyobraźnia nie ma granic. Powieść została wydana po raz pierwszy w 2003 roku, ponownie ukazała się w wydawnictwie Skrzat z baśniowymi ilustracjami Surena Vardaniana. Myślę, że wznowienie zyskało na szacie graficznej i ma szansę przyciągnąć młodych odbiorców.

Kuba budzi się w pustym mieszkaniu, siostra i rodzice zniknęli bez śladu. Pozostał tylko szczur o wdzięcznym imieniu Dominik, który nagle zaczyna mówić ludzkim głosem oznajmiając zdziwionemu chłopcu, że ma na imię Dovertis. Kluczem do rozwiązania zagadki zaginionej rodziny jest ekscentryczny stryj Hubert, który wszedł w posiadanie magicznej Księgi Smoków w dość przedziwnych okolicznościach. Dzięki jej sile Kuba wraz ze swoim szczurkiem przenoszą się do krainy Obi-Boków, gdzie być może odnajdą zaginionych bliskich chłopca. Podróżnicy przechodzą lekką metamorfozę – Kuba zmienia się w piętnastoletniego młodzieńca a Dovertis przybiera postać Dyplomowanego Przewodnika po Tym i Innych Światach. Dołącza do nich koneser wszelkich grzybów – ogr Boki, poczciwy i niezwykle sympatyczny wielkolud, który staje się zarówno obrońcą przybyszów jak i ich przyjacielem. Kuba będzie musiał zmierzyć się z własnym strachem, skomplikowanymi łamigłówkami i pułapkami, które przygotowała Bea – władczyni Krainy Mgieł.  

„Kraina Obi-Boków” to pierwsza część serii o przygodach Kuby w magicznym świecie Obi-Boków.  Perypetie nastoletniego chłopca i jego dość niezwykłych towarzyszy niejednokrotnie przywoływały uśmiech na mojej twarzy. Świat wykreowany przez Mariusza Niemyckiego to dziecięca podróż, w której pełno drogowskazów przybierających kształty wartości, takich jak przyjaźń, zaufanie, dobro, empatia. Bohaterem, który wzbudza czytelniczą sympatię jest niewątpliwie Boki, ogr  o słusznych rozmiarach, wyznający niezbyt skomplikowaną filozofię życiową, czyli do pełni szczęścia wystarczy smakowite jedzenie, choćby w formie sepleniących grzybków. Kosmatemu stworowi wcale nie przeszkadza fakt, że „jedzonko” czy raczej elementy runa leśnego, to obok mchu, jedne z większych gaduł w krainie Obi-Boków. Poczciwy Boki uczy się, że siła fizyczna nie zawsze wygrywa w obliczu magii. Podobnie jak Kuba, ogr stawia czoła wielu niebezpieczeństwom, własnym słabościom i jak na prawdziwego, baśniowego bohatera przystało, doświadcza przeróżnych uczuć – od radości, ciekawości, chęci przeżycia przygody,  po zwątpienie, niemoc.

 Negatywni bohaterowie są bardzo enigmatyczni, ich nieziemskie moce zdają się być nieograniczone, ale tylko pozornie, o czym przekonują się nasi podróżnicy. Humorystyczne dialogi, niezbyt rozgarnięci ale niewątpliwie barwni bohaterowie, plastyczny i wartki język sprawiają, że „Kraina Obi-Boków” trzyma fason wśród literatury fantastycznej dla dzieci. Cieszę się, że w książce dołączona została mapa krainy, po której podróżują Kuba, Dovertis i Boki. W magicznych światach łatwo zabłądzić nie tylko samym bohaterom, ale i czytelnicy mogliby poczuć się zagubieni. Cieszą oko również ilustracje Surena Vardaniana, które pomimo, że są czarno-białe, świetnie oddają rys powieściowych postaci. Ilustracje są bardzo drobiazgowe, szczegółowe, dopracowane z dbałością o każdy detal. Przypominają mi one tradycyjne obrazki w dawnych baśniach. 

Książka Mariusza Niemyckiego wpisuje się w kanony klasycznej powieści, w której bohater musi podjąć ryzykowaną podróż, aby odzyskać  to, co utracił. Pomocne w magicznej ekspedycji okażą się być artefakty w postaci smoczej księgi oraz smoczej łuski. Główny bohater będzie mógł liczyć na swoich towarzysz, ale i pozna smak zdrady, piętrzących się przeciwności, strach który najczęściej rodzi się przede wszystkim w naszych umysłach. Kuba, którego poznajemy na początku opowieści jako zaspanego nastolatka, bojącego się ciemności, w finałowym etapie swojej podróży jest już zupełnie innym chłopcem. I chociaż "Kraina Obi-Boków" powiela schematy to ujmuje humorem, nietuzinkowymi postaciami oraz lekkością opowieści. Na pewno rozweseli i wciągnie wszystkich fanów fantastycznych podróży po magicznych światach wyobraźni.   

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu SKRZAT 

czwartek, 7 września 2017

Dekalog wewnętrznego szczęścia

Łatwiej zarazić drugiego człowieka narzekaniem, smutkiem, niemocą, przygnębieniem niż chęcią działania. Nie zdajemy sobie sprawy jak szybko udziela się nastrój marazmu, który jak chmura gradowa zaczyna przesłaniać nam słońce. Gdy jesteśmy przepełnieni żalem, goryczą, złością wyładowujemy złe emocje, najczęściej dzieląc się nimi podczas rozmowy, żaląc się przyjacielowi, bliskiej osobie. Takie „oberwanie chmury” wcale jednak nie pomaga nam się oczyścić. To mechanizm, który nakręca narzekarza i jego słuchaczy. 

Od pewnego czasu staram się szukać historii ludzi, którzy zarażają innych optymizmem, uczą patrzenia poza własne ego, podążania za własnymi wartościami i mnożenia własnego potencjału. Na pewno do takich osób należy Nick Vujicic, który pokonuje bariery swojej niepełnosprawności i uczy innych wiary w marzenia. Opowiadając swoją historię pragnie podkreślić jak cenne jest ludzkie życie. Nikt go za nas nie przeżyje, to my jesteśmy jego kreatorami, architektami, chociaż inni będą próbowali nam udowodnić, że jest inaczej. Tych prostych wskazówek warto nauczyć najmłodszych, aby nigdy nie bali się żyć, wierzyć w swoje możliwości. Publikacja wydawnictwa „Studio Emka” – „Przytul mnie” to wartościowa lektura dla dzieci, które podobnie zresztą jak dorośli, nieustannie szukają autorytetów, wzorów do naśladowania. O miłości do życia, poszukiwaniu swojego miejsca, radzeniu sobie z innością, brakiem akceptacji opowiada Nick Vujicic, który urodził się bez kończyn. Jego rzadka choroba, fokomelia nie przeszkodziła mu w realizowaniu celów, edukacji, założeniu rodziny, realizowaniu pasji. Swoją niezwykłą siłę psychiczną czerpał z pokonywania kolejnych przeszkód. Upadał aby po chwili podnieść się i iść dalej.

 „Przytul mnie”  to wzruszająca opowieść o blaskach i cieniach życia, poruszająca małe serducha. To wspaniałe przesłanie i lekcje dla dzieci, ale i dla dorosłych, o akceptacji inności. Niepełnosprawności nie trzeba się bać. Często dzieci nie wiedzą jak się zachować wobec osoby z niepełnosprawnością. Mądrze pisze o tym Nick, który przytacza własne doświadczenia szkolne, pokazując jak bardzo można zranić słowem, obojętnością. Inną lekcją, którą dzieli się nasz bohater jest wiara we własne siły, odnalezienie w sobie wdzięczności za to, co kształtuje nasze życie. Uwrażliwia on młodego czytelnika, że nie zawsze wygrywamy, nie zawsze jest pięknie, problemy, przeszkody, to wszystko również składa się na naszą codzienność. Jego przesłanie polega na tym, że na tych słabościach, kolejnych schodach, łzach można budować swoją siłę, jeżeli nauczymy się patrzeć z optymizmem w przyszłość, nie poddamy się i będziemy wierni przede wszystkim sobie. 

Słowo wstępu autorstwa Ignatiusa Ho definiuje bardzo trafnie naszą współczesność, nieustanne poszukiwanie czyjejś akceptacji, podkreślania własnej wartości w oczach innych:


„Obecne młode pokolenie cechuje swego rodzaju „łamliwość” – wiele młodych osób nie potrafi dostrzec swojej wartości, celu czy wyrazić marzeń. Wiele innych żyje z ciężarem błędów popełnionych w przeszłości bądź też zamartwia się o przyszłość.” (s.8)


Osiem rozdziałów, które są drogowskazami dla dzieci zawsze kończy refleksja – morał, czyli czego każdy z nas może nauczyć się od Nicka, jak jego słowa możemy zastosować we własnym życiu. W opowieściach Nicka nie ma patosu, pojawia się humor, dystans do własnej choroby i wielka siła motywacji do bycia coraz lepszym człowiekiem. Myślę, że to świetna lektura-podręcznik dla nauczycieli kiedy poruszany jest temat inności, niepełnosprawności czy nawet poszukiwania własnej drogi życiowej. Nick jest przykładem człowieka, który doświadczył wiele negatywnych sytuacji ale i zyskał też dobro, kochającą rodzinę, wspierających rodziców. Za wszelką cenę chciał aby ludzie traktowali go swobodnie, normalnie, widząc w nim zwykłego człowieka. W jego opowieściach drzemie jedna z ważniejszych prawd – aby patrzeć w ludzkie wnętrze, to ono jest w stanie powiedzieć jaki jest człowiek i jaką siłę posiada. 



Nick Vujicica to jednej ze sławniejszych mówców motywacyjnych. Niektórzy uprawiający tę profesję potrafią zjednywać sobie tłumy, porywać ludzi samymi słowami. Dar przemawiania, pewności siebie, znajomości psychologii, interakcji międzyludzkich to jednak nie wszystko aby zmienić słuchacza, który tylko chwilowo jest uniesiony, podbudowany wielkimi słowami. Potrzebne jest coś więcej, wiara mówcy w to, co próbuje przekazać odbiorcom. Myślę, że Nick wpisuje się w sylwetkę mówcy szczerego, ujmującego swoją siłą i historią. Historią, która zdarzyła się naprawdę i ukształtowała człowieka walczącego, akceptującego swoją inność ale i gotowego do pokonywania barier. Tych barier, które tkwią w naszych głowach. 

 Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu STUDIO EMKA
http://studioemka.com.pl/index.php?page=p&id=587

wtorek, 29 sierpnia 2017

KĄCIK MAŁEGO MOLIKA (9/2017) - "Tajemnica magicznej dyni" Renata Opala

Są takie dni, kiedy wszystko nas przytłacza, emocje kłębią się w nas niczym burzowe chmury. Gorszy humor sprawia, że świat blaknie, barwy rozmywają się, obiad nie pachnie tak jak zawsze, a nawet czekolada, sprawdzone antidotum na smutki, wydaje się być mdła i pozbawiona słodyczy. Chciałoby się wtedy schować pod poduszkami, przykryć wszystkie zmartwienia miękkim kocem. Kiedy takie dni zbliżają się wielkimi krokami i już czuję ich melancholijny oddech, to moim sprawdzonym sposobem jest porządna dawka baśni. Lekturowym pocieszeniem okazała się być klasyczna opowieść Renaty Opali „Tajemnica magicznej dyni” (wyd. Skrzat), pełna ciepła i wartościowych drogowskazów dla młodego człowieka. Książkę, która ukazała się w serii „Fantasy dla dzieci”, zdobią bajeczne ilustracje autorstwa Magdaleny Sikory. Idealnie współgrają z fabułą historii i jej baśniowym klimatem. 

Bazalia to królestwo gdzie żyje się szczęśliwie, mieszkańcy nie wiedzą czym jest głód czy wojna. Jednak w tej baśniowej krainie, idylli Król i Królowa nieustannie zamartwiają się swoją córką Marcelinką, która całymi dniami przesiaduje w pałacu, nie uśmiecha się, przepełnia ją niewytłumaczalny smutek. Jej starszy brat Marcel, wesoły i pełen radości chłopiec również martwi się o siostrę. Skąd to dziwne zachowanie królewny? Rodzice postanawiają prosić o pomoc Astrologa, który mieszka w wysokiej wieży. Okazuje się, że jedynym antidotum na łzy Marcelinki jest zupa z dyni. Nic niezwykłego, chciałoby się rzec, ale nie dla mieszkańców Bazalii, którzy nawet nie mają pojęcia jak wygląda ta magiczna dynia i gdzie ją można znaleźć. Marcel postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i samotnie wyrusza po tajemniczą dynię. Będzie musiał przemierzyć wiele królestw, spotka przyjaciół i wrogów, nieraz będzie musiał wykazać się odwagą i sprytem, gdyż dynia okaże się pilnie strzeżoną tajemnicą. Czy Marcel pomoże siostrze i znajdzie nietypowy składnik magicznej zupy? 

Podróż księcia Marcela to opowieść o dojrzewaniu, nowych doświadczeniach, stykaniu się z problemami i innością. Główny bohater kieruje się braterską miłością, jest uczciwy, przyjazny, pomocny i empatyczny. Bazalia okazuje się Królestwem idealnym w porównaniu z pozostałymi krainami, w których życie nie jest beztroskie, lecz pełne cierni, ubóstwa i głodu.  „Tajemnica magicznej dyni” przenosi nas w odległe krainy, chociaż mamy wrażenie, że pod warstwą baśniowości kryje się nasza współczesność.  Dzisiaj tym mocniej potrzebujemy historii o przyjaźni, empatycznych ale zwykłych bohaterów, aby nie stać się jak Marcelinka, ofiarą „smugi smutku” przesyłanej za pomocą komputera. 

Opowieść o Marcelku i Marcelince urzekła mnie prostotą i nawiązaniem autorki do tradycyjnych baśni. Królewicz z Bazalii pomimo swojego pochodzenia nie wywyższa się, zjednuje sobie przyjaciół, szybko nawiązując nowe znajomości. Nie narzeka na trudne warunki, skromne jedzenie czy trudy podróży, potrafi docenić dobroć innych ludzi, szanuje zwierzęta. W jego cieniu znajduje się smutna siostra, o której wiemy tylko tyle, że nie ma przyjaciół, nie wychodzi z pałacu, nie potrafi czerpać radości z zabawy. Królewna poddaje się złym czarom, sama nie potrafi uwolnić się z przygnębienia. Zupa z dyni zyskuje w tym wypadku magiczną moc, bo symbolizuje wysiłek, braterską miłość, gest bezinteresownej dobroci. 


Renata Opala w swojej opowieści o królestwie Bazalii pokazuje jak wiele drzemie w nas odwagi gdy nasi bliscy potrzebują pomocy. Uwrażliwia młodego czytelnika na zgubne działanie wirtualnego świata, który przejmuje kontrolę nad emocjami niczym czarodziej Agrar. 

A gdybyście chcieli spróbować magicznej zupy z dyni, której tak wytrwale poszukiwał Marcel, to autorka zamieściła jej przepis w książce. Na jesienne smutki jak znalazł :) Smacznej lektury! 


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu SKRZAT 

niedziela, 27 sierpnia 2017

KĄCIK MAŁEGO MOLIKA (8/2017) - "Połącz kropki"

Proste zabawy, znane każdemu z nas znowu powracają i okazują się być ponadczasowe. Tak jest z kolorowankami oraz z tworzeniem obrazów z kropek. Kropkowanki są mi dobrze znane jeszcze z czasów szkolnych, kiedy to na matematyce ćwiczyliśmy liczenie i znajomość cyfr. Zadania, które wymagały połączenia kropek były miłą odskocznią od typowych ćwiczeń matematycznych. Każdy chciał dowiedzieć się co kryje się pod kropkami.  


Na pierwszy rzut oka porozrzucane kropki tworzą jeden wielki chaos. Dopiero gdy je połączymy według kolejnej numeracji, z nieładu wyłoni się zaskakujący obrazek. Dla najmłodszych to świetna zabawa w liczenie, a dodatkowo ćwiczenie cierpliwości oraz dokładności.

Wydawnictwo „Dlaczemu” stworzyło publikację przeznaczoną dla dzieci. „Połącz kropki” to ponad 6 tysięcy kropek, pod którymi kryją się obrazki zwierzątek. Jest ich aż 22, a na samym końcu książeczki znajdują się rozwiązania. Po złączeniu kropek możemy sprawdzić czy prawidłowo zostały połączone.

 Kropek tworzących obrazki jest setki. Cyferki otoczone czerwonym okręgiem oznaczają początek połączenia, jest to duże ułatwienie, bo łatwo się pomylić w liczeniu i rysowaniu. Kiedy już połączymy wszystkie kropki i stworzą one ilustrację jednego ze zwierząt, wtedy możemy ją pomalować, pokolorować, tworząc własną ilustrację. W ten sposób zapełniamy kolejne czarno-białe strony własnymi, kolorowymi malowankami, tworząc barwną, obrazkową książkę.

Książka „Połącz kropki” aktywizuje najmłodszych, wymaga logicznego myślenia, a jednocześnie pozwala na twórcze spędzenie czasu.Świetny przerywnik w nauce czy podczas odrabiania lekcji - odstresowuje i pozwala oczyścić umysł i myśli. 


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu "dlaczemu" 

wtorek, 22 sierpnia 2017

Notes wypełniony po brzegi mruczeniem

Dzisiaj kilka słów o notatniku, który niedawno zagościł na moim biurku i towarzyszy mi podczas czytania i wieczornego planowania. Jego szata graficzna działa na mnie bardzo pobudzająco, przywołując wiele pozytywnych uczuć.
 Są takie gadżety dla moli książkowych i kociarzy, które zajmują szczególne miejsce w naszej szufladzie, torebce, plecaku. Notes – to magiczne narzędzie, niezbędne do życia każdej osobie zakochanej w planowaniu, notowaniu ważnych cytatów, refleksji, czy po prostu listy zadań na kolejne dni. Jeżeli jeszcze dzięki niemu można wspomóc kocią fundację, to jest to pozycja z serii „must have”. 

Wydawnictwo Dlaczemu stworzyło prawdziwą gratkę dla miłośników kotów – pięknie wydany i niezwykle praktyczny kotes. Kotes to miejsce na zapiski, wypełniony motywami zabawnych  kocich ilustracji. Jednak to, co najbardziej zwraca naszą uwagę to rozczulające fotografie kotów, które poszukują kogoś, kto odda im serce i podaruje własny kąt. 
Projekt Dlaczemru jest niezwykle szlachetny, dzięki współpracy z Fundacją KOT wydawnictwo Dlaczemu zachęca do adopcji kota, podopiecznego fundacji. 
Zdjęcia mruczków, które zamieszkują kotes są ujmujące, naturalne, po prostu piękne. Obok wąsatych czworonogów znajdują się ich krótkie historie, słowa opowieści, którymi mogłyby się podzielić, gdyby mogły mówić w ludzkim języku.

Moje czytelnicze serce uradowały również wspaniałe cytaty z kocim motywem autorstwa wybitnych ludzi (znajdziemy tu choćby słowa Rogera Carasa, Daniela Defoe, Pabla Picasso, Jerzego Pilcha) . Sentencje bardzo mądre, a dla kociarzy wręcz kanoniczne :), choćby Ernesta Hemingwaya:

Posiadanie jednego kota prowadzi do posiadania następnego”


lub Colette:

„Obcując z kotem, człowiek ryzykuje jedynie to, że stanie się wewnętrznie bogatszy” 

Kotes od pierwszego dotknięcia i przeglądnięcia zdobył moje serce i zajmuje centralne miejsce na moim biurku. Jest to notes kołowy, z 94 stronami, bardzo sztywnymi i solidnymi. Ostatnia strona okładki ma praktyczną kieszonkę, w której zmieszczą się zakładki, karteczki indeksujące czy luźne kartki. Kotes jest bardzo przejrzysty, barwny, naładowany kocią, pozytywną energią. Dla mnie jest idealnym notesem do listy zadań, warto z nim zaczynać i kończyć dzień. Fotografie kotów, które szukają domów pełnych ludzkiego dobra i ciepła, sprawiają, że mimowolnie się uśmiecham. Chętnie przygarnęłabym każdego z nich. A może jeden z nich czeka na Was? 

Wydawnictwo Dlaczemu to prawdziwi miłośnicy kotów, nic więc dziwnego, że kotes jest stworzony z pasji i szczerego serca. Przeglądanie go to przyjemność, na pewno przyciągnie uwagę każdego kociarza. Pomieści studenckie notatki, pomysły, inspiracje, kulinarne przepisy, numery telefonów, listy książek do przeczytania, filmów do obejrzenia. Idealny na początek roku szkolnego, akademickiego czy po prostu jako narzędzie pracy. 

Kotes to jeden z moich ulubionych notesów, prawdziwa szkatułka na motywacyjne cytaty i plany :)

Strona fundacji KOT- Koty Otoczone Troską: http://fundacjakot.pl/


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu "dlaczemu" 

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Podróżniczka z plecakiem pełnym szczęścia

Szczęście bywa niezbędnym elementem każdej wyprawy. Nawet jeżeli mamy wszystko zaplanowane, przemyślane, a mapę znamy prawie na pamięć, to zawsze przydarzy się coś niespodziewanego. I wtedy zaczyna towarzyszyć nam stres, który potrafi przytłumić radość podróżowania. Rośnie irytacja, roztargnienie i wewnętrzne rozdrażnienie. Każdy wojażer, dla którego podróże to pasja, układa z doświadczeń indywidualny dekalog globtrotera. Katarzyna Maniszewska podąża własną ścieżką, spontaniczną, nieplanowaną, czasami pokręconą, trudniejszą, nieraz oznaczającą błądzenie i gubienie się w nieznanych przestrzeniach. Jej wędrówka to przekraczanie osobistych barier, bo podróż to również spotkania z drugim człowiekiem, z Innym. Inny rodzi dystans, jednak autorka w swoich opowieściach wykazuje się siłą empatii, chęcią poznania historii i kultur. „Podróżnik bez powodu. Łut szczęścia” (wyd. Sorus) to podróżniczy album, w którym autorka umieszcza wspomnienia rozmów, przygód, niebezpieczeństw, nowych znajomości. Autorka przypisuje swoim podróżom konkretne utwory muzyczne, rockowe, energetyczne kawałki, które wywołują obrazy z pamięci. Katarzyna Maniszewska lubi podróżować samotnie, jest doktorem nauk humanistycznych i swoje życie zawodowe związała z dziennikarstwem i uczelnią. 

Chwila doskonała to taki moment w czasie i przestrzeni, w którym zdaję sobie sprawę, że jestem szczęśliwa. Tak po prostu. (…) Mam na myśli takie momenty, na które nikt inny nie ma wpływu. Takie, w których jest się samemu, nawet w tłumie. Wtedy przestaję myśleć o wszelkich sprawach mniej lub bardziej przyziemnych. Tak rozumiany idealny moment jest właściwie stanem umysłu, okamgnieniem euforii (…). Na idealny moment składa się wiele czynników, których odczuwanie jest niezwykle subiektywne. W moim wypadku są to najczęściej krajobrazy(….), które mnie zachwycają, słońce, dźwięki – muzyki lub przyrody. (….) Idealne chwile są rzadkie.  (s. 44-45)

Z takich momentów zbudowane są opowieści Katarzyny Maniszewskiej. To esencja podróżowania, dla takich chwil warto podejmować ryzyko. Podróżniczka to wyjątkowo rezolutna i odważna osoba, z łatwością nawiązuje kontakty z tubylcami, przełamuje kulturowe bariery, jest otwarta na nowe doświadczenia i, co najważniejsze, nie planuje swoich podróży. Spontaniczność wyzwala adrenalinę, kreatywność, asertywność, wyzwania. To daje poczucie niezależności i wolności, wszystko zależy od chwili. 

Mapę niezwykłych miejsc „Podróżnika bez powodu” wypełniają wspomnienia z Borneo, Wietnamu, Indonezji, Sulawesi, Papui, Birmy, Indii, Kambodży, Laos, Sri Lanki oraz Wysp Wielkanocnych. W niektórych miejscach ludziom towarzyszyło zdziwienie gdy autorka opowiadała, że podróżuje sama. Na pewno pewności siebie i odwagi nie można jej odmówić, skoro wybiera taką formę wędrowania. Może szczęście w takich wypadkach jest rzeczywiście czymś tak niezbędnym jak butelka z wodą w plecaku? 

Migawki z  podróży to portrety spotykanych ludzi, nietypowych zwyczajów (choćby niezwykłe i trochę makabryczne zwyczaje pogrzebowe mieszkańców Sulawesi), społecznych kontrastów. Opisy zwierząt, krajobrazów, zabytków, architektury, kulinarnych ekscentryzmów przeplatają się z wątkami historyczno-politycznymi. Autorka naświetla czytelnikowi współczesne problemy ludzi z odległych zakątków świata, są to luźne przemyślenia, osobiste refleksje, przypominające bardziej słowa klucze niż solidną charakterystykę danej społeczności. Czasami miałam wrażenie, że są one zbyt pobieżne, albo zbyt sloganowe. Autorce bliżej jest do stylu Beaty Pawlikowskiej, język jest prosty, potoczny. Literackości w „Podróżniku bez powodu” nie znajdziemy, raczej szybkie notatki poczynione w trakcie podróży. Swoboda stylu też nie wzbudza we mnie zaufania, autorka na siłę próbuje być zabawna, humorystyczne anegdoty jednak nie bawią ale pachną sztucznością. 

„Podróżnik bez powodu. Łut szczęścia” to migawki z samotnych wojaży Katarzyny Maniszewskiej. Książka zwyczajna, chociaż niektóre perypetie bohaterki naprawdę wywołują gęsią skórkę. Autorka jednak zbyt szybko ucieka w skrótowość. Wolałabym kilka miejsc, ale opisanych z całym bagażem emocji, barw i pełnej perspektywy podróżniczki. Ta perspektywa gdzieś ulega zatarciu, czasami wyłania się pod postacią kilku, osobistych zdań, ale autorka pozostaje ukryta, zdystansowana. Przerzuca szybko, zachłannie swoje obserwacje na papier, nie dając się ponieść słowom. Katarzyna Maniszewska z jednej strony pokazuje swój własny model podróżowania, trochę roztargniony, chaotyczny, nastawiony na łapanie chwil, momentów szczęścia, a z drugiej strony brakuje tym podróżniczym refleksjom głębi, lekkości narracji, nadania wyjątkowego kształtu przestrzeniom, własnej perspektywy. „Podróżnik bez powodu. Łut szczęścia” to taki nieociosany kamień, bo niektóre opowieści mają potencjał, gdyby je odpowiednio rozwinąć, wyzbywając się tonu sztuczności czy kalek typowych dla narracji sprawozdawczej. Jeżeli podróże to pasja to również można z pasją o nich pisać, tak aby całkowicie zaskoczyć czytelnika, wciągając go w orientalny świat, w nieznane. Autorka zdaje się jeszcze poszukiwać tej drogi...

*Cytaty: Katarzyna Maniszewska, Podróżnik bez powodu. Łut szczęścia, wyd. Sorus, Poznań 2016.

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu SORUS

wtorek, 15 sierpnia 2017

Czarne chmury reprywatyzacji nad Warszawą

Reprywatyzacja to sztuka wypełniania dziur. Dziur po ludziach. Bo do przejęcia od miasta kamienicy czy placu potrzebny jest komplet właścicieli. Albo spadkobierców. Ewentualnie osób, które kupiły od nich roszczenia i mają na to papier” (s. 95) 

Tak najkrócej można opisać czym jest reprywatyzacja i jak wiele budzi kontrowersji. To jedna z niechlubnych kart polskiej historii i prawa, które nie zostało uporządkowane odpowiednią ustawą. Reprywatyzacja to chaos, labirynt krzywd – zarabiają na niej sprytni lawiranci, pozbawieni skrupułów, obeznani z prawem, mający kontakty, a cierpią ci najbiedniejsi, szarzy lokatorzy, którzy tracą poczucie bezpieczeństwa, zdając się na decyzje i łaskę nowych właścicieli. O reprywatyzacji w Warszawie zaczęło być głośno po publikacjach w „Gazecie Wyborczej” dwóch dziennikarek – Iwony Szpali oraz Małgorzaty Zubik. Należą im się wielkie słowa uznania, że w gąszczu informacji, zawiłości prawnych, poplątanych ludzkich losów odnalazły odpowiednie fragmenty i potrafiły je złożyć w historię sięgającą korzeniami do lat przedwojennych. „Święto prawo. Historie ludzi i kamienic z reprywatyzacją w tle”  to reportaż na bardzo wysokim poziomie, wyciągający na światło dzienne kolejne afery i przekręty związane z przejmowaniem kamienic i nieruchomości publicznych. Dziennikarskie śledztwo autorek to przede wszystkim fascynująca i zaskakująca opowieść o ludziach, przedwojennych właścicielach kamienic, mieszkańcach, fałszerzach, handlarzach roszczeniami. To również potwierdzenie etosu dziennikarza, dotarcia do prawdy wszelkimi możliwymi sposobami. 

Przedziwne, że o losach kamienic i ich lokatorów decyduje przestarzała ustawa z 1945 roku, tzw. dekret Bieruta, który scentralizowany był głównie na nacjonalizację powojennej przestrzeni Warszawy. O rekompensatach dla dawnych właścicieli nie było tak naprawdę mowy. Historia reprywatyzacji ma swój początek w latach 90. XX wieku. O swój utracony dobytek walczą spadkobiercy, łatwiej jest jednak sprzedać roszczenia niż dotrwać do końca procesu reprywatyzacji. Z tej ogromnej luki prawnej czerpią garściami środowiska adwokackie, tuszują, kombinują, preparują dawne dokumenty, wykorzystują niewiedzę urzędników miasta, żerują na ludzkiej łatwowierności i przejmują nieruchomości warte wiele milionów złotych. Nowi właściciele starych kamienic, usytuowanych najczęściej w centralnych, atrakcyjnych miejscach stolicy prowadzą wojnę z lokatorami, mają inne plany na zagospodarowanie wynajmowanych lokali. Najgłośniejszą historią, z dramatycznym finałem  jest niewyjaśniona sprawa śmierci Jolanty Brzeskiej, działaczki Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów, kobiety spalonej żywcem w 2011 roku. Ona, tak jak pozostali mieszkańcy kamienicy przy ulicy Nabielaka 9, została zmuszona do eksmisji.  Jak do tej pory nie znaleziono winnych jej zabójstwa, śledztwo trwa nadal. Poszkodowanych, zastraszonych  jest jednak więcej, walczą oni o swoje mieszkania na własną rękę, szukając w archiwach starych dokumentów, pisząc podania i listy – wszystko aby odnaleźć chociaż cień nadziei na przekreślenie reprywatyzacji, która być może nie do końca została przeprowadzona w oparciu  o wiarygodne umowy. 


Przeraża, że w opisywanych historiach jest tyle niesprawiedliwości, opieszałości sądów i urzędników, braku skrupulatności i sumienności w ich pracy. Autorki słusznie wytykają politykom brak zainteresowania kwestią prawnego uporządkowania reprywatyzacji. Temat ten ożywa wraz z kolejnymi wyborami samorządowymi, nikt jednak nie poczuwa się do odpowiedzialności za powolne wyprzedawanie Warszawy. Reportaż Iwony Szpali i Małgorzaty Zubik to lektura obowiązkowa dla polityków i rządzących. Reprywatyzacja uprzedmiotawia ludzi, stają się oni tylko pionkami w grze o duże pieniądze. 

Dziennikarki z niebywałą drobiazgowością prześwietlają kolejne powiązania, zbiory archiwalne, sylwetki, drzewa genealogiczne osób zamieszanych w reprywatyzację. Odtwarzają historię, piętnują fałszerstwa, krótkowzroczność i chciwość. Pokazują również bezradność zwykłych ludzi, głównie starszych, których losem nikt się nie przejmuje. „Święte prawo” szokuje ludzką bezczelnością, brakiem dobrej woli i empatii w procesach reprywatyzacyjnych. Jednak odkrywanie kolejnych przekrętów, zdzieranie nagromadzonych warstw kłamstw prowadzi do kluczowych informacji, które pozwalają prawdzie i sprawiedliwości zatriumfować. Nie jest to łatwa droga, nie wszystkie opisywane historie mają taki finał. Pozostaje pytanie, ile takich afer, transakcji przechodzi bez echa, zostaje przemilczanych. Przez wiele lat władze Warszawy patrzyły przez palce na ten proceder, głucha na fakty pozostaje również Hanna Gronkiewicz-Waltz, która lekceważy problem oraz skalę oszustw i niedopowiedzeń wśród własnych podwładnych.  

Książkę wypełniają fotografie powojennej Warszawy i tej współczesnej, tworząc mapę reprywatyzacji. Wyznaczają ją kolejne adresy, m. in.: Klonowa, Wronia, Noakowskiego, Targowa, Królewska, Hoża, Chmielna. Cykl emocjonujących reportaży uzmysławia czym jest reprywatyzacja i jak na niej wzbogacają się inni, niekoniecznie zgodnie z prawem. Kolejne opowieści czyta się z ogromnymi emocjami, złością, ciekawością, smutkiem, rozczarowaniem. Historia tzw. świętego prawa tak naprawdę dopiero nabiera rumieńców i długo jeszcze będzie jednym z głównych tematów wśród Polaków. Czarne chmury reprywatyzacji zdają się ciągle otaczać Warszawę, jej stare kamienice i mieszkańców, niepewnych jutra. 


 Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.

sobota, 12 sierpnia 2017

Baśniowe hybrydy

Baśnie między wierszami skrywają wiele prawd o ludzkiej naturze. Być może dlatego przejmują rolę przewodników, oprowadzających najmłodszych po krętych drogach uczuć, ucząc odczytywać wartości i rozpoznawać bogate i pełne sprzeczności wnętrze człowieka. Baśnie drzemią, uśpione również w naszym dorosłym życiu, ich magia pielęgnuje wspomnienia dzieciństwa i przypomina o tym dziecku, które jest w każdym z nas. Pierwsza powieść amerykańskiej pisarki MarcyKate Connolly „Potworna”, wydana w 2015 roku, to baśniowa hybryda, dopieszczona pod względem postaci i barwnej, mrocznej fabuły.  Czytelnik towarzyszy niezwykłej bohaterce, poznając świat czarowników, smoków, przedziwnych zwierzęcych hybryd. „Potworną” porównałabym do mgły stworzonej z tajemnic. Początkowo jest tak gęsta, że wszystko wydaje się być skryte, zakamuflowane, wraz z rozwojem akcji mgła powoli znika, odsłaniając mroczne sekrety miasteczka Bryre. Powieść ukazała się w wydawnictwie „CzyTam”, specjalizującym się w powieściach fantastycznych dla dzieci, a przełożył ją Iwona Michałowska-Gabrych. 

Kymera zostaje stworzona przez swego Ojca. Jej ciało to połączenie człowieka, kota, ptaka, węża. Swojego dawnego życia nie pamięta, nie udało się uratować wspomnień, tak przynajmniej twierdzi jej stworzyciel. Misja Kymery jest niezwykle niebezpieczna. Dziewczyny z Bryre zapadają na dziwną chorobę i znikają w niewyjaśnionych okolicznościach. Za porwaniami stoi okrutny ale anonimowy czarnoksiężnik, który rzucił na miasteczko klątwę. Główna bohaterka ratuje dziewczyny, wykradając je w nocy ze strzeżonego więzienia. Podczas nocnych wypraw Kymera poznaje miasteczko, jest zafascynowana królewskim ogrodem. Gdy spotyka chłopca, Rena, pragnie go bliżej poznać. Łamie zakaz Ojca, który przestrzegał ją przed okrutnymi i krótkowzrocznymi ludźmi. Jej ciekawość, fragmenty powracających wspomnień zdają się być silniejsze niż ojcowskie słowa. Kymera poznaje smak tajemnicy, kłamstw, tęsknoty. Ren nie jest jej jedynym sekretem, nad rzeką poznaje smoka, stwora znanego z baśni, które dziewczyna uwielbia czytać, poznając świat ludzi. Świadomość inności, bycia hybrydą jest przyczyną jej samotności, rodzi w niej tęsknotę za przyjaźnią, bliskością, a jednocześnie walczy w niej przywiązanie do Ojca, wierność swojej ważnej misji. Dziewczyna nie jest jednak typem uległej córki, jej buntowniczy charakter, naturalna ciekawość stają się powodem odkrycia zatrważającej prawdy, walką o odzyskanie przeszłości i samej siebie…

„Potworna” ujmuje przede wszystkim postacią Kymery, wskrzeszonej ze smoczych łez, dziewczyny, uzbrojonej w skrzydła, pazury, żądło, łuski. Kobiece wcielenie Frankesteina  to połączenie zwierzęcych instynktów z ludzką emocjonalnością. Kymera potworną jest tylko z pozoru, w sobie ma wiele pokłady empatii i dobroci. Inność, z którą się mierzy, to droga pełna poszukiwań, składania własnych uczuć, akceptacji, samopoznania. Mroczna tajemnica zdaje się potęgować jej samotność, a komplikujące się relacje, trudne wybory, sekrety, magia, postać czarnoksiężnika rodzą wiele wątpliwości i skrajnych emocji. Baśniowy klimat powieści kreują fantastyczne stwory, magiczne przedmioty i piętrzące się zagadki. Przewidywalność powieści nie odbiera przyjemności zgłębiania hybrydowego świata, w którym żyją królowie, magowie, smoki, a wszystko ujęte klamrą baśniowości.

„Potworna” to powieść bez ograniczeń wiekowych, a dla miłośników baśni pozycja obowiązkowa. Jest w niej trochę mroku, refleksji dotyczących współczesnego świata przemyconych pod kostiumem fantastyki. Główna bohaterka jest niezwykłym rysem postaci hybrydowej, a jej perspektywa wspaniale wprowadza odbiorcę w nocne życie miasteczka otoczonego klątwą. 

Mam nadzieję, że wydawnictwo „CzyTam” pokusi się o wydanie kolejnej książki MarcyKate Connolly, bo autorka naprawdę czuje klimat baśni, a jednocześnie potrafi oddać stery w ręce swoich niezwykłych bohaterów. „Potworna” to jedna z takich książek, które pobudzają, karmią moją wyobraźnię, sprawiając, że serce przyśpiesza a emocje rozgrzewają się jak gorąca czekolada. 


 Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Sposób na połykanie książek dla niewtajemniczonych

Głowią się dorośli jak zachęcić najmłodszych do sięgnięcia po książkę. Wyliczają korzyści jakie wiążą się z czytaniem, przytaczają słowa mądrych ludzi, podsuwają bestsellery zekranizowane, walczą o kolejnego młodego czytelnika. Najtrudniej zachęcić osobę, która nie lubi czytać, a książka kojarzy się z jej wyłącznie z klasówką, pracą domową, ogólnie z przymusem. Jak pokonać te bariery? Przecież chcemy pokazać, że jest to przyjemność, zabawa. Wydawnictwo Muchomor doskonale wie jak to robić, aby trafić do młodego człowieka. Wystarczy wydać książkę niebanalną, śmieszną, wykorzystującą prostą stylistykę i symbole, którymi posługują się najmłodsi.

 Promować czytelnictwo można z przymrużeniem oka. Lektura dość nietypowej książki Francoize Boucher  o wymownym tytule „Książka, dzięki której pokochasz książki. Nawet jeśli nie lubisz czytać” wymaga dystansu, poczucia humoru, gdyż czynność czytania autorka obrazuje w sposób daleki od patosu, szkolnych sloganów, nudy czy zbędnego moralizowania. Gdy zaczynasz zapoznawać się z 50 powodami, dla których warto czytać, stajesz w oko w oko z  irracjonalnymi, groteskowymi, wręcz absurdalnymi przykładami. I właśnie o to chodzi! Publikacja francuskiej dziennikarki ma wywołać uśmiech, bo humoru tej lekturze nie można odmówić. Okazuje się, że książka ma wiele nietypowych zalet – nie psuje się, nie hałasuje, nie tuczy, odżywia mózg, ma długi termin przydatności w przeciwieństwie do żywności, a czasami nawet pomaga w zaśnięciu (zależy jaką książkę wybierzemy, niektóre mogą być wyjątkiem od tej reguły i przyprawić nas o bezsenność). Świetnie pasuje do niej porównanie do królików, gdyż codziennie liczba książek przybywa w zastraszającym tempie. 



Publikacja jest zwariowana, przypomina trochę komiks, a trochę szkolne brudnopisy, pełne karykaturalnych, ironicznych rysunków uczniowskiej rzeczywistości. Kolorystyka barwnych zakreślaczy – niebieskiego i pomarańczowego, od razu przyciąga uwagę. Również wyraźna, duża czcionka spodoba się młodszym czytelnikom. Humorystyczne obrazki, schematy, zabawne skojarzenia oddają klimat dziecięcego spojrzenia na świat. 


Czytanie według autorki może wiązać się z wieloma szaleństwami. Podchodzi ona do tego sarkastycznie, z pełnym luzem, rozbawiając czytelnika swoimi nowatorskimi stwierdzeniami do łez. Książka ma wiele zastosowań, od ukrycia nagości po ekologiczne podróżowanie czy sprawienie, że czytelnik zacznie wyróżniać się z tłumu. Autorka prowadzi swobodny dialog z czytelnikiem, wciągając go w swój tok myślenia. Daje ona dużo swobody odbiorcy, nie krytykuje, nie ocenia, ale w przystępny sposób, przy użyciu młodzieżowego języka próbuje pokazać ile zabawy może wiązać się z czytaniem. Projekt Francoize Boucher to rewelacyjna promocja czytania – prosta, wizualna, trafiająca w gusta współczesnych odbiorców, którzy rzadko sięgają po książki. Francuska autorka stawia niczym na ringu książkę i różne przedmioty użytkowe. Jej zabawne i nieoczywiste argumenty nokautują, czytanie powinno wejść nam w krew, być czymś powszechnym jak śniadanie czy ulubiony serial. Publikacja Francoize Boucher niewątpliwie wyróżnia się podejściem do czytelnictwa i książek, jest stworzona z dużym wyczuciem współczesnych trendów, humorem rodem z kreskówek. Jest tu miejsce dla mądrych sformułowań dotyczących walorów obcowania z literaturą, jak i dla tych zupełnie zwariowanych, nieszablonowych, fantazyjnych, ujętych w formie telewizyjnej reklamy czy internetowych memów.    


„Książka, dzięki której pokochasz książki” to lektura obowiązkowa, która powinna znaleźć się w każdej bibliotece, szczególnie szkolnej. To również publikacja dla tych, którzy chcą wiedzieć jak promować czytanie aby dotrzeć do młodych czytelników, tych najbardziej opornych. Już sama okładka zapowiada smakowitą ucztę pełną dziecięcego humoru, gdyż książkę połyka się bardzo szybko. Czy zachęci nieczytających do przełamania swej niechęci? Szanse są duże, szczególnie gdy tytuł ten zostanie polecony szkolną, pocztą pantoflową. Rekomendacja kolegi czy koleżanki to najlepsza zachęta dla osób, którzy biblioteki i księgarnie omijają szerokim łukiem. 


 Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.