środa, 24 maja 2017

Lala w roli opowiadającej

Jacek Dehnel uwiecznił swoją babcię Helenę Karpińską na kartach powieści „Lala”, która powstawała w latach 2000-2002 i ostatecznie ukazała się w 2006 roku, zdobywając Paszport Polityki. Ta przepiękna, pełna erudycji, opowieść o pamięci, starości i rodzinnej przeszłości utkwiła mi bardzo głęboko w pamięci i zapoczątkowała lekturową przygodę z pisarstwem Jacka Dehnela. „Lalę” zaliczam do moich ulubionych książek, do których lubię wracać i polecać innym. Ucieszyła mnie publikacja „Życie Lali przez nią same opowiedziane”, która niejako stała się uzupełnieniem opowieści wnuka, debiutem literackim babci, przewodniczki po świecie literatury. Lala ponownie zabrała głos, tym razem pokazując rzeczywistość z własnej perspektywy. Opublikowane zapiski i utwory zyskują ponownie życie, a sylwetka Lali, jej opowieści znów zostają ocalone, znów ożywają w głowach czytelników.

Historia tej książki złożonej z różnych tekstów (powstałych w latach 1962 – 1980), opowiadań jest tak samo niezwykła jak osobowość jej twórczyni. Jacek Dehnel, który znalazł zapiski babci, felietony, recenzje jej autorstwa, dokonał subiektywnego wyboru oraz redakcji najlepszych tekstów i wydał książkę, o której marzyła Helena Karpińska. Autor zauważa i przyznaje, że niezwykły dar snucia opowieści przez babcie nie szedł w parze z pisaniem. Część tekstów była po prostu słaba warsztatowo, więc potrzebna była ich selekcja. Być może jej praca w radiu, posługiwanie się częściej słowem mówionym i stylistyka słuchowisk, które tworzyła, przeważyły nad talentem pisarskim. Dopiero po jej śmierci niepublikowane teksty ujrzały światło dzienne, część z nich posłużyła jako inspiracja w „Lali” więc ich rys jest znany miłośnikom tej powieści, a część to piękne dopełnienie fragmentów przeszłości w jakiej żyła Helena Karpińska. 

Opowieści Lali są wypełnione nostalgiczną nutą wspominania przeszłości, uwieczniania sylwetek ludzi, zdarzeń, fikcji splatającej się z rzeczywistością drzemiącą głęboko w meandrach pamięci. Są to urywki z codzienności, czasami zapis uciekającej przeszłości czy nawet literackie próby science fiction (opowiastki futurystyczne: „Wendetta”, „Ucieczka”, „Pieski świat”, „Grzech pierworodny”). W tych krótkich tekstach pobrzmiewa echo świata przechowywanego w umyśle, starych fotografiach, w historiach ludzi. Autorka jest wrażliwą obserwatorką, strażniczką przedmiotów, artefaktów przeszłości, które zajmują szczególne miejsce w jej opowieściach. Szczegóły, drobiazgi, detale, zapachy, zapamiętane migawki codzienności zdaja się zapełniać narracje, nadając jej odpowiednia fakturę, łagodny posmak sentymentalizmu, ale takiego który przyciąga, porusza emocje, zjednuje odbiorcę. „Życie Lali” tworzą pamiętnikowe narracje, osobiste przeżycia, fragmenty historii, odbicia, cienie, literackie miniaturki. To w tych wzruszających historiach drzemie charyzma Heleny Karpińskiej, jej zapis świata, próba zmierzenia się ze swoją pamięcią, z kreowaniem rzeczywistości, wyobraźnią. Do moich ulubionych tekstów Heleny Karpińskiej muszę zaliczyć wspomnienia dotyczące dzieciństwa, osobistej Arkadii, niezwykłych, przykrytych kurzem przeszłości, anegdot rodzinnych.  

Opowieści uzupełniają archiwalne zdjęcia niczym album rodzinnych pamiątek. „Życie Lali przez nią same opowiedziane” to swoisty hołd złożony babci, wyjątkowej kobiecie, tkającej słowem proste, szczere i barwne historie o zwykłych ludziach, szkicowanych przez różne barwy i tonacje. Jacek Dehnel otoczył literacką opieką debiut nieżyjącej już autorki, bohaterki swojej powieści. Nie jest to tylko dodatek, uzupełnienie historii wnuka ale oddanie głosu niepublikowanym maszynopisom i rękopisom, literackie sportretowanie twórczości fragmentarycznej. Lala ujawnia się jako pisarka, utalentowana rejestratorka ludzkich życiorysów, anegdot rodzinnych, retrospekcji. Lapidarne ujęcia ludzkich losów stanowią esencje mikroświata Lali, tego, co postanowiła uwiecznić z pamięci, wyobraźni. I chociaż nie jest to wielka powieść, o której nieustannie opowiadała swoim bliskim i pewnie o której marzyła, ale zbiór miniaturek literackich, to ich wymiar w zupełności ujmuje strukturę i retorykę swobodnego opowiadania, gdzie dygresje, wyimki i fragmenty budują historię.

   Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.

 

poniedziałek, 22 maja 2017

Opowieści z Przygranicza

Czasem sny prowadzą ludzi w dziwne miejsca. W ogóle mózg jest rzeczą mało zrozumiałą: nigdy człowiek nie wie, w jakiej grze zaproponuje udział. Wystarczy stracić kontrolę, a już z podświadomości zaczynają wypełzać zapomniane krzywdy, a ze zwyczajnych, nieznaczących faktów, układają się obrazy pełne surrealistycznych elementów. (…) Dookoła rozpościerała się martwa śnieżna pustynia.” (s. 500). 

Przygranicze. Tajemnicze miejsce gdzie trafia się nagle w niewytłumaczalny sposób, jakby przekraczało sie niewidzialną bramę do innego wymiaru. Człowiek musi porzucić swoje dawne życie i dostosować się do warunków nowej rzeczywistości, bardzo nieprzychylnej i wrogiej rzeczywistości. Aby przeżyć trzeba przywyknąć do ekstremalnie zimowych warunków, przeszywającego mrozu, śniegu i bieli ogarniającej wszystko aż po horyzont. Przygranicze wyzuwa ludzi z uczuć, marzeń, każdy kieruje się jedną zasadą – przeżyć za wszelką cenę.
Przygranicze to cykl stworzony przez rosyjskiego pisarza z wykształcenia ekonomisty- Pawła Kornewa. Pierwsza powieść osadzona w tym specyficznym świecie to „Sopel”. Książka ukazała się w serii „Fabryczna Zona” wydawnictwa Fabryka Słów, zaliczając się w ten sposób do opowieści o  charakterze postapokaliptycznym.
 Czytelnik, podobnie jak mieszkańcy Przygranicza, trafia tutaj nagle, powoli poznając reguły i fundamenty tej mrocznej i mroźniej rzeczywistości. Naszym przewodnikiem staje się tytułowy Sopel, dla przyjaciół Śliski, należący do Patrolu. Poznajemy jego postać i formację zwiadowczą podczas polowania na wilki, w który ginie jeden z towarzyszy. Po drodze grupa napotyka również na zombie również wrogo usposobionych do Patrolu. Sopel wraz z pozostałymi wojownikami zmierza do Fortu, czyli miejsca pełniącego rolę bezpiecznego, dobrze chronionego i odseparowanego miasteczka. Narrator czyli Sopel nie jest człowiekiem łagodnym, wręcz często wybiera drogę fizycznej argumentacji. Kiedy jednak po raz kolejny zostaje zaatakowany przez nieznanych osobników, próbujących go zabić, uświadamia sobie, że komuś bardzo zależy na jego śmierci. Jakby mało problemów spoczywało na barkach Sopla, to jeszcze będzie musiał wyruszyć w drogę po niebezpiecznych obszarach Przygranicza.  

Narracja Sopla jest bardzo szczegółowa, dzięki czemu czytelnik ma okazję zapoznać się z systemem, hierarchią i prawami Przygranicza. Przeszłość głównego bohatera jest szczątkowa, najważniejsze jest to, co dzieje się teraz. Akcja jest bardzo spowolniona z powodu licznych opisów miejsc odwiedzanych przez Śliskiego. Wymienia on broń, kompletuje artefakty, amulety, leczy rany – co przypomina działania postaci w grach RPG. Sopel to taki rosyjski Mad Max, który najlepiej czuje się w swoim towarzystwie, nie przejawia empatii, jest szorstki i brutalny, a jak trzeba, potrafi przyłożyć. 

Świat Przygranicza jest równie bezwzględny, wypełniony magią, bestiami, atmosferą grozy i nieustannego napięcia. Bez odpowiedniej broni, zachowania zimnej krwi i stalowych nerwów lepiej nie wypuszczać się poza mury miasta. Konstrukcja tego powieściowego świata jest solidnie zilustrowana przez narratora, który stopniowo wtajemnicza odbiorcę w strukturę Fortu, powiązania, politykę i role jakie pełnią ludzie w danej grupie. Trudno określić czy Przygranicze to postapokaliptyczna Rosja czy jakiś inny równorzędny wymiar. Autorowi udało się jednak stworzyć taką przestrzeń, która podważa w bohaterach ich człowieczeństwo, podsyca przemoc, nieufność, wrogość, życie toczy się wokół interesów, handlu i zaspakajania fizjologicznych potrzeb. Jest to dość pesymistyczna wizja świata, wręcz prymitywna. Najciekawszym elementem powieści okazuje się być główny bohater, jego tajemniczość, ale i zaradność, inteligencja. Cechy te sprawiają, że jest intrygującym przewodnikiem i obserwatorem. 

Fabuła powieści „Sopel” zdaje się gubić w rozmiarach opisywanego świata Przygranicza, który niejako staje się samoistnym bohaterem. Paweł Kornew zalewa czytelnika informacjami, układając i budując powoli fundamenty mroźnych przestrzeni. Trzeba być cierpliwym odbiorcą, wyobrażając sobie każdy krok głównego bohatera, budzącego raczej ambiwalentne uczucia. „Sopel” w tłumaczeniu Rafała Dębskiego to wymagająca lektura, drobiazgowa, przemyślana przez autora. Narracja pierwszoosobowa ma za zadanie przybliżyć nieznany i na pierwszy rzut oka chaotyczny świat. Przygranicze zdaje się jeszcze wiele ukrywać przed nowicjuszami, dlatego chętnie tu powrócę podczas lektury kolejnych części przygód Sopla, licząc na wyjaśnienie niektórych sekretów i zaspokojenie własnej ciekawości.

  Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.
 

niedziela, 21 maja 2017

O zasypianiu trzmiela, foki i orzesznicy

Poduszka, łóżko, kołderka, ulubiona przytulanka i pidżama – tak wygląda idealny zestaw do spania każdego malucha. Przesypiamy noc aby obudzić się rano pełni energii. Sen jest nam do życia niezbędny tak jak woda czy powietrze. Dorosły człowiek potrzebuje około 8 godzin snu, a jak to wygląda u innych istot żywych? Czy zwierzęta też śpią? Jak wygląda ich sen? Z odpowiedzią na te trudne pytania, które na pewno zadadzą młodzi odkrywcy, przychodzi książka wydawnictwa Muchomor – „Jak zwierzęta śpią?” w tłumaczeniu Julii Radziwiłł. Jiří Dvořák i ilustratorka Marie Štumpfová postanowili pokazać jak czynność spania wygląda u różnych zwierząt, ptaków, ryb, owadów. Ta interesująca, barwna publikacja to przewodnik po świecie snu nie tylko dla ciekawskich adeptów przyrody ale i dla każdego kto lubi obserwować świat, odkrywać tajemnice i różne zjawiska. Czeski pisarz niczym Morfeusz zaprasza nas w podróż do krainy zwierzęcych snów, zdradzając wiele sekretów, bo ile jest istot żywych tyle różnych rodzajów zasypiania. Obiecuję, że ani razu nie ziewniecie podczas tej lektury.
Jiří Dvořák z humorem i lekkością opowiada o zasypianiu zwierząt, które również potrzebują snu. Na przykład trzmiel układa się do snu w kwiatach, papugoryba tworzy domek z własnej śliny aby bezpiecznie zasnąć, a niedźwiedź polarny wybiera odpowiedni kawałek kry i oddaje się drzemce. Zupełnie inaczej sen wygląda u fok czy wydr morskich, które zasypiają w wodzie. Krótki sen, a raczej półsen mają też żyrafy, nieustannie czuwając i wypatrując zagrożenia. Autor zdradza również jakie zwierzę jest prawdziwym królem spania i każde miejsce okazuje się być dla niego wspaniałym łóżkiem. Dowiemy się co o snach myślą lisy, gdzie śpi pyton zielony, a gdzie zasypia paw. Jak dobrze przyjrzymy się psom możemy zaobserwować, że mają naprawdę kolorowe sny i zdarza im się nawet szczekać przez sen. Okazuje się, że każde z opisywanych zwierząt zasypia po swojemu, w zależności gdzie żyją, jakiej wielkości są, czym się żywią. Od zimnego bieguna po gorące piaski pustyni, w wodzie, w powietrzu, na drzewie – każde miejsce może być wygodne do zasypiania. 

Książka dla najmłodszych „Jak zwierzęta śpią” to solidna porcja wiedzy, ciekawostek, a także uwrażliwienie młodego czytelnika na różnorodność jaka drzemie w naturze. Sen to stan budzący wiele pytań, towarzyszy mu otoczka tajemnicy i magii. Nic więc dziwnego, że o zasypianiu zwierząt czyta się z przyjemnością i wzrastającą ciekawością, porównując własny sen z charakterystyką poszczególnych stworzeń. Na szczególną uwagę zasługuje niezwykle barwna szata graficzna. Ilustracje Marie Štumpfovej, absolwentki Akademii Sztuk Pięknych w Pradze, urzekają pastelową kolorystyką, specyficzną kreską, łagodnie i subtelnie odzwierciedlającą opisywane zwierzęta. Są one pełne wdzięku i stanowią wartość artystyczną pod względem estetycznym i wizualnym.  Duży format książki również jest ogromnym atutem całości, pozwala na swobodne przeglądanie, skupienie uwagi na tekście, którego czcionka również dostosowana jest do młodszego odbiorcy. 

Czeski duet stworzył publikację przyciągającą uwagę, unikalną pod względem tematycznym, inspirującą do rozmów z dziećmi. Książka to bogaty katalog ilustrujący różne, czasami oryginalne formy snu, sposoby zasypiania w świecie przyrody. Zadziwiające jak wiele frajdy może sprawić opowieść o śpiącym trzmielu, pelikanie czy flamingach. Autor opisuje zarówno dobrze znane zwierzęta jak i te, o których nie posiadamy rozległej wiedzy. Dzięki temu poznajemy również życie i zwyczaje zwierząt, tropiąc sekrety natury. Wydawnictwo „Muchomor” wydało kolejną perełkę, którą warto mieć w swojej domowej biblioteczce. Ba, nawet dorosły pasjonat książek ilustrowanych powinien zwrócić uwagę na tytuł „Jak zwierzęta śpią”. Obok tak malarskich i oryginalnych ilustracji nie można przejść obojętnie.
 
*Ilustracje pochodzą ze strony:  https://www.muchomor.pl/pl/p/Jak-zwierzeta-spia/205

  Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.
 

piątek, 19 maja 2017

Asystować śmierci

O śmierci nie myśli się na co dzień, przy gotowaniu obiadu, oglądaniu telewizji, słuchaniu muzyki, wykonywaniu rutynowych obowiązków. Nawet tragedie nagłaśniane przez media są tylko chwilową refleksją, ale powierzchowną, bo szybko umysł wypiera uwierające cierpienie innych ludzi. Dotyka nas dopiero gdy umiera ktoś bliski, stykamy się z całą osnową śmierci, jej celebracją, nieuchronnym końcem. A jeżeli śmierć zostaje wpisana w naszą codzienność? Jak nie zatracić człowieczeństwa i wrażliwości w jej obliczu? Hospicjum to taki „przedpokój” zaświatów. I wydawać się może, że jest to miejsce pozbawione nadziei, piętnujące, skazujące na drogę w jednym, ostatecznym kierunku. „Niebo dla akrobaty” to opowieści o ludziach znajdujących się w hospicjach, pacjentach ale i także o personelu, wolontariuszach, osobach duchownych. Jan Grzegorczyk nie sięga po patos, nie chce też wzbudzać w czytelnikach współczucia. Pokazuje coś o wiele mądrzejszego, pełnego, ludzkiego – wobec tajemnicy śmierci jesteśmy równi, pozostaje ona zagadką do samego końca, do ostatniego oddechu, ostatniego uderzenia serca i westchnienia. 

 Umieranie to rozpad indywidualnego mikroświata, nikt nie chce być na tej ostatniej prostej naszego życia samotny. Czasami jednak ci najbliżsi okazują się być obcymi, nieobecnymi, a ci nieznajomi stają się w tych ostatnich chwilach najważniejszymi osobami, towarzyszami przejścia, wspierającymi umierających. „Niebo dla akrobaty” to poruszający zbiór opowiadań o ludzkich losach, doświadczeniach związanych ze śmiercią. Są to zarówno intymne historie, opowieści księdza, pielęgniarek, lekarza, matki, która przeżyła śmierć dziecka, jak i życiorysy śmiertelnie chorych ludzi. Każdy z nich inaczej doświadcza momentu umierania, dla każdej z postaci jest to utrata, cierpienie, poczucie pustki. Pisarz jednak nie pozostawia czytelników z przejmującym smutkiem, jego bohaterowie mają w sobie nadzieję, że po drugiej stronie czeka na nich coś wyjątkowego i nieznanego. Osoby pracujące w hospicjum niosą w sobie misję wspierania, czasami po prostu bycia z drugim człowiekiem w najważniejszym i ostatecznym momencie jego życia. Jak powie jedna z bohaterek:

 Czasem mam wrażenie, że jakaś historia się dzieje tylko po to, abyśmy to my ją ujrzeli. Ludzie pojawiają się przed naszymi oczami, aby odegrać powierzone im role. Zdarzenie, którego są bohaterami, ma ujawnić ukryty sens naszej zawiłej drogi” (Kto wierzy w życzenia s. 93)

Opowieści zawarte w zbiorze „Niebo dla akrobaty” pokazują różne strony umierania, emocje towarzyszące obserwatorom i bliskim, wyzwania, z którymi muszą zmierzyć się bohaterowie. Śmierć nie jest schematem, wzorem matematycznym, który łatwo opisać i zdefiniować, wpisać w sztywne ramy. U Grzegorczyka ma ona wymiar jednostkowy, intymny. Wobec śmierci nie można być obojętnym, gdyż pobudza ona wiele uczuć, czasami wręcz umożliwia dialog, otwiera drogę do wybaczenia, zażegnania dawnych uraz. „Niebo dla akrobaty” wzrusza realizmem, obrazem odchodzenia  z nadzieją w oczach, z milczącym przesłaniem iż każdy koniec jest początkiem. Autor pokazuje również hospicjum z zupełnie innej strony – oczami pracowników, duchownych, ludzi opiekujących się umierającymi. Nie ma tu łatwych rozmów, ckliwych opowieści, moralizowania – są ludzie cierpiący, śmiertelnie chorzy, próbujący pogodzić się z myślą o własnej śmierci, próbą uporządkowania swojej pamięci, życia, relacji z bliskimi. Ale także żyjący codziennością, celebrujący każdy dzień jako dar. Jan Grzegorczyk wkłada w swoje opowiadania wiele wartości, ciepła, zrozumienia, empatii i otuchy, pomimo wagi tematu, którego ciężaru nie każdy z pisarzy potrafi unieść. 

Bohaterowie „Nieba dla akrobaty” mówią o rzeczach niezwykle istotnych, mądrych, odbijających niejako nasze wątpliwości, smutek, żal, samotność i bezsilność w chwili odchodzenia kogoś bliskiego. Okazuje się bowiem, że śmierć nie jest całkowitą destrukcją, nie ma władzy nad pamięcią i wspomnieniami innych osób, w których ciągle żyje część osoby, która odeszła. 

*Cytat: Jan Grzegorczyk, Niebo dla akrobaty, wyd. II, wyd. Zysk i Ska, Poznań 2017.

                                      Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.

 

czwartek, 18 maja 2017

Jestem przede wszystkim człowiekiem

Gdybym miała wskazać kto jest dla mnie współcześnie autorytetem, bez dwóch zdań wypowiedziałabym jej imię i nazwisko. A ten niezwykły wywiad tylko utwierdza mnie w tym przekonaniu. Anna Dymna. Kobieta z bagażem doświadczeń, kobieta renesansu, utalentowana aktorka, która kroczy przez swoje życie w oparciu o dwie pasje – miłość do teatru i człowieka. W wywiadzie rzece „Warto mimo wszystko” Wojciech Szczawiński zadaje wiele trudnych, ale i interesujących pytań Annie Dymnej. Jest to dialog pełen erudycji, szacunku dla rozmówcy, pokazujący główną bohaterkę z bardzo ludzkiej strony. Z wywiadu wyłania się postać nietuzinkowej kobiety, z ogromnym sercem na dłoni, poukładanymi wartościami, celami, planami. Ten wywiad to jedna, wielka lekcja życia, dla każdego kto zarówno kocha świat jak i poszukuje wartości, zrozumienia, szczęścia. Anna Dymna uczy patrzenia na świat przez pryzmat daru jakim jest życie, talenty, wyjątkowość bycia sobą. Na ponad 300 stronach odnajdziemy prawdziwe maksymy życiowe, receptę na życie w zgodzie z sobą, na wewnętrzną radość, wystarczy zastosować te słowa w praktyce. Anna Dymna mówi o tym, co czyni nas lepszymi ludźmi, o płynięciu pod prąd, o poświęceniu swojego ego dla potrzebującego, o nieustannym poszukiwaniu dobra w ludziach. „Warto mimo wszystko” powinien przeczytać każdy kto nieustannie narzeka, nie potrafi docenić tego, co ma wokół siebie, piętnuje swoje porażki, błędy, goniąc za powierzchownym pięknem. 

Życie Anny Dymnej można podzielić na dwa okresy i dwa wizerunki medialne. Pierwszy to obraz młodej, atrakcyjnej dziewczyny, rozpoznawalnej jako Marysia Wilczurówna czy Ania Pawlaczka, o nienagannej, wręcz filigranowej figurze. Drugi natomiast to sylwetka kobiety dojrzałej, świadomej, czerpiącej siłę z wnętrza, niewalczącej z czasem, oddanej całkowicie fundacji i pomocy osobom niepełnosprawnym. Anna Dymna jako osoba medialna, popularna, wykorzystuje swój wizerunek aby pokazywać, że niepełnosprawni pragną normalności, dialogu, partnerstwa. Wojciech Szczawiński, podejmując rolę interlokutora, chciał przede wszystkim pokazać osobowość, charyzmę Anny Dymnej. Nie stroni więc od pytań szokujących, krytycznych, uwzględniających zarówno głosy przychylnie nastawione na społeczną działalność aktorki jak i głosy polemiczne, przeciwne, zawistne, bo i takich nie brakuje. Aby jednak zrozumieć motywację tej niezwykłej kobiety, damy polskiego teatru, należy poznać bliżej jej życiorys, pełen trudnych doświadczeń, dramatów i osobistych tragedii. Bycie aktorem również do łatwych zawodów nie należy i wymaga ogromnych pokładów pracy i wytrwałości, poświęcenia życia osobistego oraz wolnego czasu. W wywiadzie „Warto mimo wszystko” Anna Dymna nie czaruje, nie próbuje nikogo na siłę przekonywać, nie tłumaczy się ze swojej działalności, opowiada szczerze o tym co ją cieszy, co sprawia, że każdy dzień zaczyna z uśmiechem i jak wielka siła drzemie w prostych gestach:

„Myślę, że należy wstać rano, uśmiechnąć się do słońca, do dziecka, mężowi powiedzieć dwa ciepłe słowa, pogłaskać koty, potem popatrzeć na kwiaty i drzewa, a wtedy nawet słotny dzień wydaje się mniej szary. To cała moja filozofia istnienia” (s.218)

Anna Dymna nie kryje również swojej wielkiej miłości do teatru, ludzi, z którymi pracuje, tworzących teatralną rodzinę. Kobieta stroni od medialnej wrzawy, strzeże swojej prywatności, pozostaje wierna swoim ideałom aktorstwa, jednocześnie nie oceniając innych „celebrytów”. To właśnie stanowi o jej wyjątkowości, pięknie wewnętrznym, próbuje ona zawsze znaleźć coś dobrego w każdym człowieku, każdemu próbuje dać szansę, nie jest obojętna na cierpienie. Swoją siłę czerpie od innych ludzi, będąc propagatorką i strażniczką osób niepełnosprawnych, ich normalności. Aktorka przestrzega przed spychaniem ich na margines społeczny, w swoich programach, inicjatywach próbuje „odczarować” wizerunek osoby chorej, niepełnosprawnej. Nie chodzi tu o współczucie, powierzchowną litość ale o szansę bycia takim jak każdy zdrowy, bez specjalnej taryfy, lecz z pozytywnym nastawieniem. Wywiad przeprowadzony przez Wojciecha Szczawińskiego to moralny kodeks Dymnej. Bycie autorytetem dla wielu ludzi to najlepsza rekomendacja. 

*Cytat: Wojciech Szczawiński, Anna Dymna, Warto mimo wszystko, wyd. Znak, wyd. II poszerzone, Kraków 2017. 


 Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.
 

wtorek, 16 maja 2017

Przeciętny życiorys, czyli w czterech ścianach kamienicy

Powieści, które zawierają literacki ślad rzeczywistości bywają pasjonującym studium ludzkich losów. Niby typowych, przewidywalnych, banalnych, bo przecież bohaterowie nie wyróżniają się niczym szczególnym. Obserwując ich, powiedzielibyśmy – ot, zwykli, ludzie, żyjący przeciętnie. Świat przedstawiony w powieści „Deficyt” Klaudii Zalewskiej to okres PRL-u, zakotwiczonych stereotypów, tradycji i rodzin przesiąkniętych patriarchalnym zaduchem. Historię tworzą trzy rozdziały – „Zapachy i dźwięki (1951-1953)”, „Uciec stąd (1959-1961)” oraz „Nowe życie” (1965-1966). Wyznaczają one niejako drogę głównej postaci, jej fragmentaryczny portret. Klarę, główną bohaterkę, poznajemy jako małą dziewczynkę, przestraszoną nagłym zamieszaniem spowodowanym chorobą matki, która trafia do szpitala. Dziećmi Eugenii opiekuje się Helga, która mieszka w tej samej kamienicy wraz z babcią. Obie pogardzane przez lokatorów, uznawane za obce, pochodzenia niemieckiego, najwięcej serca okazują dzieciom Eugenii. Kiedy wraca mąż Eugenii, Jan, odbiera od sąsiadek córki i zajmuje się nimi pod nieobecność żony. Między Janem a Helgą nawiązuje się niewidzialna nić fascynacji, oboje jednak odnoszą się do siebie z dystansem. Klara obserwuje życie mieszkańców kamienicy, powoli sama wtapiając się w tło przeciętności.

Obraz kamienicy dopełniają pozostali mieszkańcy, pogrążeni w marazmie, alkoholizmie, zdradach, przemocy. Postacie „Deficytu” cierpią na brak miłości, akceptacji, wszechogarniającą samotność. Ich życie to kolekcja szarych, identycznych dni, wypełnionych pracą, rodziną, codziennymi zmartwieniami. Szare życiorysy ludzi zmęczonych przetykają linie narodzin i śmierci, osobistych dramatów, sekretnych miłości, kłótni. Nieszczęśliwa jest Eugenia, zawsze w cieniu piękniejszej siostry, zakochuje się bez pamięci w Janie, który po ślubie okazuje się być innym człowiekiem, nie stroniącym od alkoholu, oziębłym i nieobecnym. Skomplikowane relacje łączą również matkę z dziećmi. Kobieta nie traktuje jednakowo swoich córek, wyróżniając starszą Aleksandrę i ignorując aspiracje młodszej - Klary. Dziewczynka zazdrości siostrze możliwości kształcenia się, sama musi zrezygnować ze szkoły, całkowicie poświęcając się pracy i pomocy matce. Klara nieświadomie powtarza los Eugenii. Życie, ludzie, którzy ją otaczają zdają się osaczać, zaciskać pętlę na marzeniach dziewczyny. 

„Deficyt” pokazuje obraz kobiet pogardzanych przez mężczyzn, uprzedmiotowionych, całkowicie poddających się ich woli. Każda z bohaterek poddaje się losowi, nie walczy o siebie, własne uczucia, co owocuje powtarzaniem tych samych błędów. Klara ma coś w sobie z buntowniczki, ale skutecznie zagłusza jej niepokorność oschła matka. Decyduje ona nawet o wyborze przyszłego małżonka dla Klary. Eugenia nie dostrzega prawdziwych problemów, zamyka się w swoich czterech ścianach, tracąc nadzieję na lepszą przyszłość. 

Peerelowskie miasteczko jest jednym z wielu szarych, beznamiętnych miejsc na mapie mikroświata, z którego dla wielu nie ma ucieczki. Panuje tu nieustanne poczucie przejmującego deficytu perspektyw. Tak jakby mury kamienic zaszczepiały w swoich mieszkańcach poczucie beznadziei, wewnętrznego smutku. Bohaterowie egzystują w labiryntach uczuć, każdy ich wybór wydaje się pomyłką, która pociąga za sobą kolejne dramaty. „Deficyt” to proza mozaikowa, portretująca wiele życiorysów przeciętnych ludzi. Szkoda, że nie udało mi się znaleźć informacji na temat autorki, wydaje się być anonimowa, skoro nawet na stronie wydawnictwa nie ma krótkiego biogramu. Zapewne jest to literacki debiut Klaudii Zalewskiej. Czy udany? Moim zdaniem jak najbardziej, chociaż trudno szukać tej książki na blogach czy w mediach. Warto dać szansę powieści „Deficyt”, która pomimo szarości i czarnych tonacji pokazuje zwyczajnych ludzi przytłoczonych codziennością, dodajmy codziennością nieustannego braku, którego nie można niczym wypełnić. Autorka opowiada gorzką historię nieobecności, niespełnienia uczuć, utraty. To także opowieść o podciętych skrzydłach, środowisku, które ma silny wpływ na to, kim się stajemy. Dosadnie zostaje oddany również język i sposób myślenia postaci, autorka nie przebiera w słowach, celnie pokazując wulgarną i brutalną rzeczywistość silniejszych i słabszych. 

 Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.
 

sobota, 13 maja 2017

Życie jest najlepszym scenarzystą

Złudne poczucie szczęścia często usypia zmysły, sprawia, że dajemy się zamknąć w bańce mydlanej, karmimy się zapewnieniami, powierzchownymi iluzjami arkadii. A gdy wszystko tracimy, brutalnie zderzamy się z szarą codziennością, problemami, które do tej pory nie były istotne. Wioletta Sawicka w najnowszej powieści „Wyspy Szczęśliwe” przekazuje ważną lekcję życia. Szczęście bywa kruche i delikatne jak dmuchawiec, wystarczy silniejszy powiew wiatru aby całkowicie zburzyć idealny kształt, konstrukcję. Wtedy przychodzi czas aby zmierzyć się z bólem, dramatami, własnymi słabościami. To lekcja wytrwałości. Każdy upadek tak naprawdę czyni człowieka silniejszym, weryfikuje przyjaźnie, uczy pokory i otwiera nowy rozdział naszej osobowości. Wioletta Sawicka jest dziennikarką, na swoim literackim koncie ma kilka powieści dla kobiet („Wyjdziesz za mnie, kotku?”; „Będzie dobrze, kotku”; „Jeśli się odnajdziemy, kotku”; „Dzień cudu”). Nie jestem entuzjastką miłosnych powieści z „happy endem”, ale „Wyspy szczęśliwe” okazały się miłym lekturowym akcentem, pozwalającym odetchnąć od codzienności. W życiu każdego czytelnika są takie dni, że potrzebuje lektury, która umili wieczór czy popołudnie. Wioletta Sawicka dzieli się z czytelnikami pozytywną energią, ciepłem, które wręcz emanuje z opowieści, która nie jest tak bajkowa i lukrowa jak może się wydawać.
Wyspami szczęśliwymi dla Joanny są jej ukochany mąż, córeczka Tosia i piękny dom. Wydaje się, że wiedzie życie beztroskie, pełne rodzinnej miłości. Poukładane życie Joanny zamienia się w ruinę dosłownie z dnia na dzień. Musi zmierzyć się z komornikiem i wierzycielami oraz wizją utraty domu. Mąż Tomasz znika, nie odpowiada na telefony, pozostawiając małżonkę z ogromnym zadłużeniem. Piękny sen zamienia się w koszmar, kobieta będzie musiała walczyć o siebie i córkę, znaleźć pracę i utrzymać się pomimo nękających wierzycieli. Ale to nie koniec życiowych niespodzianek. Przewrotny los ześle na jej drogę prawdziwego anioła w ludzkiej skórze, człowieka z blizną oraz szansę powrotu do stabilnego życia, ale za dość wysoką cenę.
Powieść „Wysypy szczęśliwe” to tak naprawdę opowieść o wielu ludzkich losach, pogmatwanych, poranionych przez historię i człowieka. Trudności, z którymi muszą się zmierzyć bohaterowie kształtują ich osobowości. Joanna z naiwnej i beztroskiej żony zmienia się w silną, potrafiącą walczyć o swoją przyszłość kobietę. Nie jest ona jednak, według mnie, najważniejszą postacią. Muszę przyznać, że Joanna jest irytującą bohaterką, traktującą własne wartości dość wybiórczo, razi jej brak konsekwencji, całkowite uzależnienie się od męża. Życie zmienia jej nastawienie do świata, ale nie chroni przed kolejnymi błędami, ukrywaniem się za maską sztucznej obojętności i oschłości. Na życiowym zakręcie spotyka ona bardzo silną, barwną, ale i pokaleczoną przez przeszłość bohaterkę. Postać Marty urzeka od pierwszych chwil. Jej losy wzorowane na prawdziwej historii Marty Matyszewskiej  ukazują niezwykle dramatyczną opowieść o kobiecie, która straciła bliskich, zamordowanych przez sowieckich żołnierzy. Raniona, kilka dni leżała na siarczystym mrozie wśród pomordowanych sąsiadów, sióstr i matki. Straciła obie nogi oraz dłonie. Okrutnie doświadczona przez życie jako małe dziecko czuła się odrzucona i samotna. Powieściowa Marta tak jak jej pierwowzór potrafiła uwolnić się od narzekania, obwiniania, umartwiania się, odnajdując wewnętrzny spokój i optymizm, który stał się sprzymierzeńcem i antidotum na trujące wspomnienia. Postać Marty, ciepłej, prostolinijnej i bardzo życzliwej staruszki porównałabym do uzdrowicielki ludzkich dusz, kobiety – mędrca, od której można się wiele nauczyć. Dom staruszki to schronienie dla ludzi skrzywdzonych przez życie, będących na rozstaju dróg. Poznajemy tajemniczego, małomównego Wiktora, Teresę, dawną śpiewaczkę operową oraz samotnego pułkownika. Ich wszystkich łączy doświadczenie życiowej burzy i chęć chwilowego zatrzymania się, przystopowania, ułożenia na nowo samego siebie z rozczłonkowanych fragmentów. Każdy z nich nosi w sobie tajemnicę i głęboką psychologiczną ranę. Marta okazuje się być osobą, która nie ocenia, ale rozumie, wspiera i dodaje otuchy. Swoje życie poświęca innym, pomaga biedniejszym, jest również pomysłodawczynią fundacji. Obok tych ludzi naznaczonych przeszłością, prostodusznych, życzliwych znajdują się  niejako na drugim biegunie osobowości pozbawione kręgosłupa moralnego, zahamowań, nastawieni wyłącznie na sukces i chęć kontroli. 

Autorka utwierdza nas w przekonaniu, że nie ma czarno-białych życiorysów, ludzi dobrych i złych – każdy człowiek ma w sobie wiele, różnych barw, emocji, doświadczeń. I tajemnic. To właśnie za tajemnicami ukrywają się bohaterowie „Wysp szczęśliwych”, to one kształtują ich osobowość i to kim są teraz. 

Powieść Wioletty Sawickiej to idealna lektura dla wszystkich wrażliwców, czytelników spragnionych prawdziwych, przewrotnych historii, pokazujących jak może być kapryśny los i przeznaczenie, które krzyżuje niespodziewanie ludzkie losy. „Wyspy szczęśliwe” przepełnia nadzieja, ludzka serdeczność. Kiedy wszystko trzeba budować od nowa, to dobroć drugiego człowieka, prosty gest sympatii może być początkiem zmian, fundamentem, na którym odbudujemy zaufanie, wiarę we własne siły. Historia Joasi, naiwnej romantyczki to dosadny i jaskrawy przykład, że życie przypomina stąpanie po zamarzniętej, kruchej tafli jeziora, czasami uda nam się przejść po niej bez uszczerbku, ale i bywa, że lód łamie się w najmniej oczekiwanym momencie. Autorka podsyca w nas myśl, że dzięki przeciwnościom, problemom, trudnościom stajemy się silniejsi, mądrzejsi. Każdy cierń wnosi coś ważnego do naszego życia.  


 Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.
 

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Pod dachem utkanym z kłamstw

Zostawiasz śpiące dzieci w łóżeczku, wychodzisz tylko na chwilę, aby spędzić miło czas z mężem i przyjaciółmi. Jesteś tuż obok, co może stać się w hotelowym, zamkniętym pokoju? Chcesz dobrze się bawić, odpocząć, ale i tak nieustannie powracasz myślami do dzieci. Z duszą na ramieniu pędzisz do pokoju, sprawdzasz czy śpią. Czujesz wrastający obłęd, szaleństwo, gdy odkrywasz, że jedno z dzieci zniknęło. Milion myśli, scenariuszy, co się mogło stać? Gdzie ono jest? Jednym z najmroczniejszych koszmarów jakich może doświadczyć matka to zniknięcie dziecka. W takich tajemniczych okolicznościach znika dwuletnia córka głównej bohaterki powieści „Nie ma jej” kanadyjskiej pisarki Joy Fielding.
Caroline nigdy nie zapomni tego wieczoru, kiedy ulega mężowi i pozastawia córki bez opieki w hotelowym pokoju. Małżeństwo ma świętować rocznicę ślubu wraz z przyjaciółmi i rodziną. Kiedy kobieta postanawia upewnić się czy dzieci śpią, zostaje w pokoju tylko starszą córkę Michelle – dwuletnia Samantha zniknęła. Pomimo szczegółowego śledztwa dziewczynka nie zostaje odnaleziona.
Piętnaście lat później Caroline nieustannie towarzyszy poczucie winy, jedna decyzja zamieniła jej życie w piekło. Straciła wszystko co kochała, odwrócili się od niej przyjaciele, popadła w depresję, straciła pracę. Jednak każdego dnia wspomina swoją ukochaną córeczkę, wierząc, że żyje i jest kochana. Kiedy więc dzwoni do niej nieznajoma dziewczyna, podająca się za Samanthę, kobieta pomimo wielu rozczarowań, mylnych tropów, fałszywych świadków, postanawia poznać nastolatkę. Bardzo sceptycznie do pomysłu matki podchodzi Michelle. Starsza córka nieustannie kłóci się, jest zaborcza, zazdrosna i uparta. Postanawia jednak towarzyszyć matce w podróży, obawiając się, że dziewczyna to zwykła oszustka. Czy nieznajoma może być zaginioną, piętnaście lat temu Samanthą? 

„Nie ma jej” jest powieścią nasyconą silnymi emocjami. Zniknięcie małej dziewczynki uruchamia lawinę bólu, powoduje, że rodzina Shipley`ów rozpada się. Caroline każdego dnia obwinia się o zniknięcie córki, przez co również ucierpiała Michelle, zabiegająca ciągle o uwagę matki. Konflikt matki i córki jest bardzo głęboki, Michelle czuje się tą gorszą córką, sprawiającą problemy. Podobne relacje łączą Caroline z jej matką. Tragedia, która trwa 15 lat, odsłania wiele rodzinnych tajemnic, które zdawałoby się zatarł czas. O dramacie rodzinny przypomina prasa, media śledzą każdy ruch i krok Caroline, obwiniając ją za brak opieki i nieodpowiedzialność. Dziennikarze zrobią wszystko aby zdobyć informacje do szokującego artykułu. Jeden z nich okaże się prawdziwie nikczemnym typem, całkowicie wyzutym z moralności i ludzkich odruchów. 

Autorka pokazuje wiwisekcję uczuć matki, która straciła dziecko, jej powolny i mozolny powrót do rzeczywistości, próby odbudowania, zrekonstruowania samej siebie. Namiastką spokoju staje się dla Caroline praca, nauczanie matematyki, kontakt z młodymi ludźmi. Pomimo monotonności kobieta czuje na sobie piętno przeszłości, widmo utraconej córki towarzyszy jej na każdym kroku. Caroline wyobraża sobie jak mogłaby wyglądać Samantha, kim jest teraz, kto ją wychowuje. Kiedy pojawia się szansa na jej odnalezienie, kobieta staje również przed możliwością wyjaśnienia, co dokładnie stało się 15 lat temu. Prawda wbija w fotel, szokuje, a jednocześnie ukazuje do czego może być zdolny człowiek w nietypowej sytuacji. Stopniowo rekonstruowany obraz pozornie idealnej rodziny pęka wraz z nowymi, zatajonymi faktami. Joy Fielding obnaża ludzie słabości, zdziera fałszywe maski, konfrontuje swoich bohaterów ze wspomnieniami, z przeszłością, która pozostawia w ich umysłach rysę, ślad. Kłamstwa stają się jednym z przyczyn zniknięcia Samanthy, jej życie zostaje zbudowane na fundamentach iluzji, niedopowiedzeń, fałszu. 

Joy Fielding zgrabnie splata przeszłość z teraźniejszością, psychologizm z fabularnością, napięcie z motywacjami postaci. Czytelnik scala historię niczym fragmenty podartej fotografii rodzinnej. Upływający czas nie zagoił ran, pogłębił ból, poruszył mechanizmy pamięci. Niektórych wyborów, decyzji nie można cofnąć, naprawić, ale jak pokazuje autorka, człowiek ma zdolność i siłę odbudowywania, życie codziennością okazuje się najlepszym lekarstwem. Cierpienie i traumy zostają ukryte głęboko, w najmroczniejszej szufladzie naszego umysłu. Towarzyszą nam i czasami nieświadomie wydostają się w najmniej oczekiwanym momencie, przyciągnięte przez skojarzenie, słowo, gest, wspomnienie. Na kłamstwie można zbudować iluzję życia, ale jest to igranie z wulkanem, który nawet po wielu latach może wybuchnąć i pogrzebać teraźniejszość, paląc maski, kreacje, pozorność, złudzenia, półprawdy, przemilczenia. Prawda nie przynosi oczyszczenia, jest trudna, przytłaczająca, nieraz niszczy relacje międzyludzkie, rodzinę, przyjaźnie, jest jednak fundamentem więzi, zaufania. W powieści „Nie ma jej” bohaterowie doświadczają życiowych burz, wyrządzają krzywdę bliskim, a poczucie winy zdaje się kształtować ich przyszłość. W tej historii nie ma prostych odpowiedzi, płytkich emocji czy czarno-białych bohaterów.

 Czytelnik wkracza w mozaikową opowieść, której rekonstrukcja okazuje się być pełna sekretów, brudów, skrajnych emocji. Pisarka buduje nasze emocje, pozwala poczuć się czytelnikowi jak bohaterowie jej książki. I chociaż są to kręte ścieżki, pełne zaułków, niepojących wrażeń, to powieść „Nie ma jej” wyzwala wiele refleksji o utracie dziecka, zdradzie, faworyzowaniu przez matkę jednego z dzieci, nadziei silniejszej niż argumenty rozumu. Lektura mojej pierwszej powieści Joy Fielding to dobry początek do zapoznania się z innymi tytułami, które wyszyły spod pióra kanadyjskiej pisarki.  

*Joy Fielding, Nie ma jej, wyd. Świat Książki, przeł. Edyta Jaczewska, Warszawa 2017. 

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu Świat Książki

Mój ojciec tyran, czyli biografia Swietłany Alliłujewej

Bycie dzieckiem dyktatora to piętno, które daje o sobie znać przez całe życie. A kiedy jest się córką jednego z największych zbrodniarzy, który miał na swych rękach krew miliony ludzi? Jak żyć z myślą, że ukochany tato był mordercą, tyranem, sadystą, człowiekiem pozbawionym korpusu moralnego? Jak wyjść z mroku naznaczonego przez postać i historię Stalina? Biografia Swietłany Alliłujewej spod pióra Rosemary Sullivan to imponująca lektura, zawierająca wiele dokumentów, listów, fotografii, bazująca na rozległym „reserchu” i kwerendach. „Córka Stalina. Niezwykłe i burzliwe życie Swietłany Alliłujewej” to nie jedyna biografia tej niezwykłej kobiety. Warto wspomnieć choćby publikację Marthy Schad „Córka Stalina”, która ukazała się w 2006 roku. Rosemary Sullivan to kanadyjska poetka i biografistka (pisała o Elizabeth Smart oraz pisarce i poetce, pochodzącej z Kanady - Gwendolyn MacEwen). „Córka Stalina” została nagrodzona w 2015 roku w prestiżowym konkursie na najlepszą, kanadyjską książkę non-fiction. W Polsce biografia autorstwa Sullivan ukazała się w wydawnictwie „Znak Horyzont” w tłumaczeniu literaturoznawcy Miłosza Wojtyna.
Zrozumienie głównej bohaterki biografii, jej psychiki wymaga nakreślenia również portretów bliskich osób, tła społecznego i historii ZSRR. Autorka dość obiektywnie i z dużym pietyzmem próbuje odsiewać wszelkie mity, którymi obrosło życie Swietłany. Pomimo, że była córką najpotężniejszego i nieobliczalnego człowieka, to jej życiorys był naznaczony bólem i dramatami. Jako dziecko straciła matkę, później przez stalinowski terror ginęły kolejne osoby z rodziny Swietłany, ojciec nie zrobił absolutnie nic, aby ocalić bliskich. Tak naprawdę jedyna córka Stalina żyła pod kloszem propagandy, dyscypliny, ideologii, całkowicie podporządkowującej jednostkę. Losy Swietłany to nieustanne poszukiwanie wyidealizowanej miłości rodem z romantycznych powieści, akceptacji, bezpieczeństwa w ramionach mężczyzny. Była ona osobą delikatną, wrażliwą, łaknącą uczucia, to okres dzieciństwa, pozbawionego obecności rodziców, zaważył na jej charakterze. Liczne związki, krótkotrwałe romanse charakteryzowały sferę uczuciową Swietłany. „Mała gospodyni” (tak nazywał ją pieszczotliwie ojciec) była bardzo nieufna, ludzie ze względu na jej pochodzenie odnosili się do niej z dużym dystansem. Formą terapii była napisana przez nią książka – pamiętnik w formie listów, wydana wiele lat później po ucieczce z Rosji – Dwadzieścia listów do przyjaciela. Ucieczka do Ameryki miała być pierwszym krokiem w stronę nowego życia, ta decyzja oznaczała jednak spalenie za sobą mostów, pozostawienie dzieci i rodziny. Być może córka Stalina myślała, że gdzieś daleko będzie mogła być w końcu anonimowa, że cień jej ojca w końcu zniknie z jej życia. Niestety zbyt wiele, wpływowych osób interesowało się Swietłaną, była całkowicie wplątana w politykę. Jej kolejne losy to próby zaklimatyzowania, adaptacji w nowej, wolnej rzeczywistości, przeprowadzki, wyjazdy i powroty do ojczyzny. W jej żyłach płynęła rosyjska krew, nie potrafiła wyrwać swoich rodzinnych korzeni, cień ojca – tyrana nieustannie towarzyszył córce. Przez jego pryzmat postrzegali ją ludzie, często próbując tłumaczyć jej zachowanie, wybory, decyzje wpływem ojca. 

Życie nie oszczędzało Swietłany, doświadczyła wielu skrajnych emocji, była częścią historii naznaczonej ogromnym ładunkiem zła, terroru i zagłady milinów istnień ludzkich. Nie wybrała sobie takiego życia, starała się być sobą, zwykłą kobietą, pisarką, matką, żoną, zamazując fatum córki Stalina.

Pisanie biografii jest jak praca detektywa, trzeba złożyć najdrobniejsze elementy, udać się tropem postaci, o której się pisze, zestawić i skonfrontować róże źródła, wypowiedzi, opinie. Z satysfakcją przyznaję, że Rosemary Sullivan stworzyła portret córki Stalina wielowymiarowy, oddając wszelkie detale, niuanse, tajemnice, ujmując najróżniejsze barwy i odcienie życia Swietłany Alliłujewej. „Córka Stalina” pokazuje również obraz największego zbrodniarza XX wieku, widzianego oczami córki, jednej z bliższych jemu osób. 

Autorka biografii nie idealizuje, nie wybiela, ale wybiera takie narzędzia aby stworzyć jak najbardziej rzeczywisty i szczery obraz kobiety uwikłanej w historię XX-wiecznej Rosji. Jest to zarówno publikacja dla pasjonatów historii, biografii jak i czytelników spragnionych nagłych zwrotów akcji, tajemnic, namiętności. Sullivan prowadzi wartką narrację, opartą na archiwalnych dokumentach. Dużym plusem „Córki Stalina” jest wprowadzenie czytelnika w tło społeczno – historyczne, bez banałów, rozwlekania czy pauzowania akcji. Rosemary Sullivan zalicza się do grono wyjątkowych biografistów, dbających zarówno o obiektywne przedstawienie losów postaci jak i o warstwę psychologiczną. 


 Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.
 

środa, 19 kwietnia 2017

Gimnazjologia, czyli świat okiem młodego człowieka

Gdybym chciała napisać dekalog młodości na pierwszym miejscu znalazłyby się: burza uczuć oraz poszukiwanie własnej tożsamości, kształtowanie osobowości. Mądrzy dorośli piszą książki dla młodzieży, często wtłaczając siebie, dorosłego człowieka w świat nastolatków. I to jest cyniczne, sztuczne, a jeżeli autor uderza w ton moralizatorski, mentorski, to już lepiej niech zajmie się literaturą dla dorosłych. 
Literaturę młodzieżową tworzą przede wszystkim dorośli, jednym udaje się oddać szczere emocje i wejść w duszę młodego człowieka, co wiąże się z obserwacją, empatią i słuchaniem nastolatków. Są też tacy autorzy, którzy udają, próbując z różnych wyimków, frazesów, stworzyć współczesny obraz młodzieży. A gdyby oddać głos młodym ludziom? Chyba oni najlepiej wiedzą co im „w duszy gra”. Ciekawym, literackim eksperymentem, pokazującym świat nastolatków od wewnątrz jest powieść „Kalesony Sokratesa”  Jakuba Łaszkiewicza. Autor, fan rocka i literatury, sam będący gimnazjalistą, wydał książkę. Wydawałoby się, że jest ona skierowana do konkretnej grupy wiekowej – 13-18-latków, o czym wspomina na wstępie sam autor. Cóż kiedyś też byłam gimnazjalistką i ta powieść obudziła we mnie dawne wspomnienia, pozwoliła abym znów mogła poczuć się jak szalona nastolatka.  „Kalesony Sokratesa” przyrównałabym do różowych okularów ale w wersji męskiej, bo w tej powieści to faceci rządzą, a raczej ich hormony. Okazuje się bowiem, że płeć piękna to zarówno źródło uczuciowych niespodzianek jak i niekończących się tarapatów. 
 
Bohaterem, który relacjonuje swoją, nastoletnią codzienność jest Maciek. Z racji, że chłopak zmienił szkołę, pozostawiając swoich dawnych znajomych, zakłada bloga, który pełni funkcję osobistego pamiętnika. Maciek mieszka wraz z mamą, łączą ich bardzo dobre stosunki, czego nie można powiedzieć o ojcu chłopca, który ignoruje fakt istnienia syna. Nastolatek próbuje zaklimatyzować się w nowej szkole, co nie jest łatwe. Jego uwagę przykuwa dziewczyna o imieniu Weronika, która chętnie zaprzyjaźnia się z naszym bohaterem. Wspólne pasje, słuchanie muzyki, spacery stają się dobrym początkiem znajomości. Maciek daje się ponieść uczuciom i szybko wspólne koleżeństwo przeradza się w coś o wiele poważniejszego. To co jednak szybko płonie, szybko też się spala. Podobne dylematy natury damsko – męskiej przeżywa kolega z klasy – Patryk, członek zespołu punkowego o dość zagadkowej nazwie – Kalesony Sokratesa. Zakochany bez pamięci, platonicznie w dziewczynie z klasy, próbuje nieskutecznie urzeczywistnić swoje emocjonalne marzenia.

Książka pomimo, że porusza tematy różnego kalibru – pierwsze miłości, związki, współżycie, rodzinne relacje, empatia wobec drugiego człowieka – nie jest fabularnie przeładowana. Okazuje się, że młodym ludziom trudno mówić o emocjach, trudno nawiązywać nowe znajomości – częściej odbywa się to wirtualnie. Autor czerpie całymi garściami z młodzieżowej popkultury, uposaża swojego bohatera w dystans do świata, humor rodem z Monty Pythona i zabawne porównania, pozwalające na pokazanie swojej rzeczywistości z delikatnym przymrużeniem oka. Cenię sobie pisarzy, którzy potrafią wywołać uśmiech u czytelnika, a „Kalesony Sokratesa” to solidna dawka dobrego humoru. Maciek jest postacią niezwykle sympatyczną, ma swoje wady i zalety, przejawia cechy empatyczne i potrafi pomóc, chociażby nieznajomej, głodnej i biednej staruszce. Bohater zaznacza też ostrą granicę między dziewczynami a chłopakami. „Płeć piękna” okazuje się być pełna sprzeczności, dziwnych zachowań, których nie potrafią zrozumieć młodzi mężczyźni. Autor wkracza również w strefę intymną. Uderza szybkość uczuciowego i fizycznego angażowania się. Wszystko dzieje się szybko, jest to istna uczuciowa burza, pełna niepewności, zagubienia, ale i euforii oraz endorfin. Taka jest właśnie młodość – przeżywa intensywnie, burzliwie, emocjonalnie, ucząc się na własnych błędach, robiąc wiele rzeczy po swojemu. 

„Kalesony Sokratesa” Jakuba Łaszkiewicza to świetna lektura dla nastolatków, którzy na pewno odnajdą wiele odniesień do własnego życia. Autor z łatwością nawiązuje kontakt z czytelnikiem, puszcza do niego oko. Powieść jest przepełniona entuzjazmem, szkolna codzienność przeplata się z młodzieńczymi inicjacjami, muzyką, która wielokrotnie wpisuje się w stany emocjonalne młodych ludzi. Na pewno jest kilka wątków, które autor mógłby pociągnąć, poszerzyć, uszczegółowić (choćby historię staruszki Józefiny). Interesujące byłoby również poprowadzenie narracji dwutorowej, z różnych perspektyw – czyli Maćka i Patryka, który niestety pojawia się prawie na końcu powieści, a jego postać i losy opisuje narrator.

 Jeżeli szukacie prawdziwej, ale pełnej humoru powieści o perypetiach nastolatków to sięgnijcie po „Kalesony Sokratesa”. Jesteście fanami muzyki rockowej a popkultura nie jest wam obca, to lektura wpasuje się w wasze zainteresowania. Nie znajdziecie tutaj przepisu na młodość, pierwszą miłość czy przyjaźń, ale gwarantuję, że poczujecie, iż nie jesteście z tym wszystkim sami. Ktoś obok, wasza koleżanka, nowy kolega – przeżywają podobne rozterki, rozczarowania, kryzysy, emocjonalne burze. Uczucia nie są łatwe, życie nie jest systemem zero-jedynkowym, ale przypomina sinusoidę. I niech ten matematyczny akcent będzie podsumowaniem debiutanckiej powieści Jakuba Łaszkiewicza.  

*Jakub Łaszkiewicz, Kalesony Sokratesa, wyd. Novae Res, Gdynia 2017.   

Za egzemplarz książki dziękuję autorowi.