środa, 22 listopada 2017

Oblepiający mrok sosnowego miasteczka

Blake Crouch jest niewątpliwie fanem i nostalgicznym miłośnikiem serialu Twin Peaks. Jak zaznacza w Posłowiu, miasteczko Wayward Pines, które powołał do życia na kartach powieści, oddaje klimat przedziwnego miejsca stworzonego przez Lyncha i Frosta. Historia Croucha to powrót do dziecięcej fascynacji serialem i próba zmierzenia się z własna wizją małego, amerykańskiego miasteczka, które kryje w sobie mroczną tajemnicę. Odkrywanie Wayward Pines to powolne schodzenie w piekielne czeluści świata opartego na brutalnych regułach, strachu, kłamstwie i iluzji, którą przede wszystkim pielęgnują w sobie jego mieszkańcy. Z Wayward Pines nie można odejść, wyjechać, uciec – to miejsce z naszych koszmarów, zbudowane z lęków i milczenia. 

Trylogię Wayward Pines otwiera „Szum”. Głównego bohatera poznajemy w dość specyficznych okolicznościach – pojawia się on w dziwnym miasteczku, ma chwilową amnezję i jest całkowicie zdezorientowany. Kiedy odzyskuje pamięć i wspomnienia, przypomina sobie, że przyjechał aby odnaleźć dwóch zaginionych agentów. Cudem uchodzi z życiem z wypadku samochodowego, ale koszmar dopiero się rozpoczyna, gdy trafia do Wayward Pines – miasteczka, którego nie można opuścić. Szaleństwo czai się na każdym kroku, Ethan nie może nikomu zaufać, a kiedy doświadcza jak okrutne zasady panują w miasteczku postanawia za wszelką cenę uciec. Prawda okaże się o wiele boleśniejsza niż niewiedza….

Pierwszy tom „Wayward Pines. Szum”  to intrygujący zarys klimatycznej i mrocznej historii, która za sprawą tajemniczego miejsca, trzyma w piekielnym niepięciu, potęgującym doświadczenie psychozy. Główna postać jest tak bardzo skomplikowana psychologicznie iż dorównuje obrazowi samego, nawiedzonego miasteczka. Ethan to człowiek z bliznami traumy wojennej, były pilot i żołnierz, brał udział w drugiej wojnie w Zatoce Perskiej. Poznał mechanizmy tortur, będąc ich ofiarą. Natarczywe obrazy znęcania się psychicznego i fizycznego będą powracać wielokrotnie, szatkując akcję powieści, ale i pokazując główne motywacje Ethana, który jest buntownikiem, człowiekiem honoru, dążącym przede wszystkim do prawdy. Z drugiej strony nie jest on ideałem, romans i zdrada żony, zdają się ciążyć na jego psychice, wywołując nieustanne poczucie winy. 

Wayward Pines okazuje się być przedsionkiem piekła, sztucznym tworem zbudowanym na kłamstwie i przemilczeniach samych mieszkańców, którzy dostosowują się do reguł niezrozumiałej ale niebezpiecznej gry, która może kosztować życie. Niewielka społeczność miasteczka podporządkowuje się surowym zasadom, manipulacjom, tworząc jednocześnie opętany, zniewolony, ślepy tłum, kierujący się pierwotnymi instynktami. 

Na uwagę zasługuje wciągająca i bardzo mroczna sceneria Wayward Pines, która od pierwszych chwil każe nam  mieć się na baczności. Tytułowy szum to jakby jedyny dźwięk w cichej przestrzeni „sosnowego raju” . Jest on świdrujący, jątrzący, natrętny, wypełnia myśli Ethana, towarzyszy mu przy ucieczce i jego morderczej wędrówce. Nie sposób się od niego uwolnić, tak jak od piekielnego Wayward Pines. Ethan ma do czynienia z szaleństwem i rzeczywistością, wychodzącą poza ramy ludzkiej logiki. Koncepcja zamkniętego miasteczka – więzienia jest naprawdę obiecująca i jednocześnie niepokojąca. Tajemnica sosnowego polis tkwi tak naprawdę poza nim, a poznanie prawdy to przekleństwo świadomości iluzji, którą trzeba będzie zaakceptować. Wayward Pines to demoniczna wizja naszej przyszłości, postapokaliptyczna arkadia, która tylko powierzchownie przypomina eden, a jej wnętrze to rozkładający się i spróchniały korzeń umierającego drzewa. Mechanizmy Wayward Pines oparte są na całkowitej kontroli, panuje to ustrój totalitarny, Wielki Brat nieustannie czuwa i trzyma swoje ofiary w pułapce zależności i strachu. Wyznawana jest tutaj jedna zasada – albo się podporządkujesz albo zostaniesz zlikwidowany:

"Nazywają to "życiem w danej chwili". Nie wolno rozmawiać o polityce. Ani o wcześniejszym życiu. Żadnych rozmów o popkulturze, filmach, książkach, muzyce. W każdym razie nie wolno rozmawiać o niczym, co nie jest dostępne w miasteczku. (...) Nie ma też kalendarzy ani gazet." (s. 182-183)

Z przyjemnością i dreszczykiem emocji sięgnę po kolejne tomy cyklu, aby przekonać się jak potoczą się losy niepokornego agenta federalnego oraz jego rodziny. Przed jakimi wyborami będzie musiał stanąć, co będzie musiał poświęcić aby ocalić to, co najważniejsze w jego życiu? Pierwszy tom nie zapowiada aby Wayward Pines „wypuściło” swoje ofiary, ale na pewno na długie godziny wypełni umysły czytelnika, który zdecyduje się przekroczyć granicę infernalnego miasteczka. 

*Cytat B. Crouch, Wayward Pines. Szum, tłum. Paweł Lipszyc, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2014.

czwartek, 16 listopada 2017

W baśniowym lesie, gdzie wilki noszą czerwone okrycia

Magia baśni drzemie w ponadczasowych historiach, które formułują proste, życiowe prawdy. Prawdziwa baśń niesie również ze sobą garść niepokoju, dreszcz grozy, mrok, który potęguje oniryczność opowiadanej historii, jej nietypowy klimat. Baśń ma cierpki smak przyciągający, zachwycający, uzależniający. Dlatego tak intensywnie działa na nasza wyobraźnię, przenika do naszej świadomości. Wydaje się nam, że baśń jest schematyczna, banalnie czytelna i  jednowymiarowa, a paleta barw wartości jest podzielona na biel i czerń. Świat baśni jest jednak bardzo głęboki, konteksty i sensy rozrastają się jak korzeń drzewa, splatają się jak gałęzie. Chyba właśnie ta metafora obrazująca baśń jako drzewo, wydaje mi się idealnie objaśniać wielowymiarowość tych „dziecięcych” opowieści. Magia baśni zupełnie inaczej dotyka młodego czytelnika, a inaczej odczytuje ją dorosły.

Nietypową i nieco mroczną reinterpretacją baśni o Czerwonym Kapturku jest „Czerwone wilczątko” – zilustrowane i opowiedziane przez francuską autorkę Amélie Fléchais. Książka jest unikatową i oryginalną perełką ze względu na urzekające ilustracje, które same w sobie stanowią coś naprawdę wyjątkowego, nie można od nich oderwać oczu i na pewno nie dają o sobie zapomnieć. Dzięki nim historia Czerwonego wilczątka nabiera wiele dodatkowych, barwnych kontekstów. Autorka nie boi się zestawiać ze sobą obrazów pełnych dziecięcej tkliwości z motywami makabrycznymi. Również kompozycja, wybór barw ma odwzorować dwa, kontrastowe sposoby patrzenia na świat.


Świat wilczątka, który wyrusza w las aby zanieść wilczej babci tłustego zająca, kipi od soczystych, intensywnych barw, natomiast las martwych drzew, gdzie mieszkają okrutni ludzie wypełniają kolory czerni, szarości, brązu. W tej baśni, to ludzie są źli, to oni polują na wilki.  Małe wilczątko wpada w pułapkę, kiedy gubi drogę w lesie i spotyka niewinną dziewczynkę, ofiarowującą mu pomoc. Łatwowiernie podąża za dzieckiem i daje się schwytać córce, mściwego i zaślepionego zemstą myśliwego. Dziewczynka śpiewa tragiczną historię swojej matki, której winę za śmierć ponoszą wilki. Zupełnie inną wersję wydarzeń przedstawia czerwonemu wilczątku ojciec wilk.

Czerwone wilczątko, ubrane w jaskrawe, czerwone palto jest niemym obserwatorem i ofiarą konfliktu człowieka ze zwierzęciem. W oczach ludzi jest bestią, wcieleniem zła i nieszczęść. Baśniowa opowieść to również smutna historia o inności, braku akceptacji i drzemiącym w człowieku okrucieństwie, nienawiści, zaślepieniu, które jest przyczyną tragicznych decyzji. W historii Amélie Fléchais drzemie czający się mrok, szczególnie drobiazgowe ilustracje skrywają w sobie motywy kości, skór zwierzęcych.


Tajemniczą i posępną postacią jest sam myśliwy, nienawidzący wilków, owładnięty chęcią zemsty. To on uczy swoją córkę nienawiści, nieufności wobec wilków. Zilustrowana historia nie ma szczęśliwego finału, zakończenie jest otwarte, rodzi wiele pytań w czytelniku, ciekawych pomysłów na dalszy rozwój historii o córce okrutnego myśliwego i czerwonym wilczątku.


Pierwszy raz miałam okazję zapoznać się z publikacją wydawnictwa Kultura Gniewu. „Czerwone wilczątko” czaruje czytelnika ilustracjami i oryginalną reinterpretacją znanej baśni Charlesa Perraulta. Kreska Amélie Fléchais jest tak bardzo charakterystyczna, ciepła a równocześnie niepokojąca, melancholijna, pełna tajemniczej i misternej ornamentyki. Każdy kto pasjonuje się ilustracją dziecięcą powinien mieć „Czerwone wilczątko” na swojej półce. Jest to też idealna książka do kształtowania wrażliwości artystycznej u dziecka, ale starszego, gdyż niektóre ilustracje mogą budzić grozę. Dla mnie jest to książka idealna, baśniowość opowieści i przecudne ilustracje - to jest właśnie to, czego szukam we współczesnych opowieściach. „Czerwone wilczątko” ma w sobie magię, od razu uruchamia naszą wyobraźnię, jednocześnie kusząc aby przeglądać tą opowieść jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze…  Nawet teraz, pisząc te słowa, przeglądam mimochodem ilustracje Amélie Fléchais i muszę ponownie przyznać, że są niesamowite, głębokie sensualnie i wizualnie. „Czerwone wilczątko” pokochacie od pierwszej strony i często będziecie chcieli zaglądać do tej książki, bo jest przyciągająca.

poniedziałek, 13 listopada 2017

Czarodziejska tarcza zegara, czyli drugie spotkanie z Czasodziejami

Przyszłość, przeszłość i teraźniejszość splatają się ze sobą tworząc ścieżki czasu. Czasodzieje, niezwykli bohaterowie władający prawami czasu, których świat wykreowała Natalia Sherba, powracają w drugim tomie: „Czasodzieje. Serce czasu”. Tych czytelników, których zachwyciła Eflara i perypetie rudowłosej buntowniczki Wasylisy, czeka kolejna porcja tajemnic, czasodziejskiej magii i legend oraz akcji przyśpieszającej bicie serca. Autorka odkrywa wiele interesujących faktów z życia głównej bohaterki, pozwala też czytelnikowi wejść w magiczne rytuały Eflarczyków. Drugi tom wyjaśnia wiele wątków z poprzedniej części, jednak pojawiają się również nowe tajemnice, które jeszcze bardziej pochłaniają czytelnika. Ten swoisty „wabik” każe nam czekać wiernie na kolejne części, ukazujące przeszłość i przyszłość Wasylisy oraz jej przyjaciół.  

„Czasodzieje. Serce czasu” to kontynuacja opowieści o misji uratowania Eflary przez posiadaczy magicznych kluczy. Ich zadanie to odnalezienie Szkarłatnego Kwiatu i wypowiedzenie jednego, wspólnego życzenia. Krąg wybrańców tworzą dwa, wrogie obozy, które będą musiały współpracować aby móc uratować planetę Czasodziejów od zagłady. Za sprawą Wasylisy bohaterowie trafiają na Ziemię, do młodzieżowego obozu sportowego. Nad ich bezpieczeństwem i powodzeniem misji czuwa Astragor, Wielki Duch. Czy można mu zaufać, skoro tak wiele negatywnych emocji wzbudza w Feszu? Równie tajemniczo przedstawiają się losy właścicielki Czarnego Klucza, nad którym ciąży przekleństwo. Wasylisa będzie musiała dokonać wiele trudnych wyborów. Dziewczynka nie tylko poczuje na sobie brzemię mocy czasodziejów ale i pozna bliżej ojca, władczego i bezkompromisowego Nortona Ogniewa. Czy jednak będzie w stanie mu zaufać? 

Przygody Wasylisy i jej przyjaciół śledzi się z przyjemnością i dreszczykiem emocji. Tym razem to Eflarczycy trafiają na obcą planetę, do miejsca, do którego muszą się dostosować. Obie rzeczywistości zdają się jednak przenikać, zazębiać, tworząc alternatywne wymiary. Świat czasodziejów zostaje coraz wyraźniej i barwniej zarysowany, podobnie rzecz się ma z główną bohaterką, wokół której zostaje osnuta cała fabuła. Towarzyszymy Wasylisie w odkrywaniu przez nią magii czasu, uczenia się bycia czasodziejką. Nadal jest ona buntowniczką, stara się nie okazywać słabości, a swoje uczucia skrywa pod maską obojętności. Jest postacią wyrazistą, której nie brakuje ciętej riposty, ironii, pewności siebie i odwagi. Podobnym bohaterem jest Fesz, arogancki i tajemniczy czasodziej, staje się dla Wasylisy kimś bliskim. Ich wzajemna przyjaźń, uczucie rodzą się na trudnych fundamentach, nieustanne spięcia, kłótnie, uszczypliwości, znikają w obliczu niebezpieczeństw, trudnych momentów, zagrożenia. 


Natalia Sherba w swoim zegarowym uniwersum zarysowuje kilka ciekawych motywów. Czas to potężna moc, jednak przyszłość posiada tak wiele wariantów, że próba wpłynięcia na jej kształt może przybrać nieoczekiwane efekty, może również zaburzyć równowagę. Wykorzystanie przez autorkę symboli czasu – zegarów i nadanie im fantastycznej otoczki, idealnie oddaje klimat podróży w czasie. Przyznam, że zegary mają w sobie coś magicznego, szczególnie te stare, z wahadłem, które nakręcało się przy pomocy specjalnych kluczy, równie misternie zdobionych, co i konstrukcje zegarowe. Świat Czasodziejów wydaje się być oryginalny, trochę cyberpunkowy, lekko gotycki, a fabularnie przypominający uniwersalne baśnie. Życiorysy bohaterów składają się z tajemnic, sekretów rodzinnych, są złożone i niejednoznaczne. Za ich wyborami stoją konkretne motywacje, czasami bardzo hedonistyczne i materialne, za które trzeba zapłacić wysoką cenę. Linie czasu wiążą, splatają ze sobą wybory, marzenia, cele, poświęcenie, konsekwencje, ludzi, uczucia – wobec czasu wszyscy są równi. Można go zatrzymać, wykorzystać do własnych celów, cofnąć, poddać się jego upływowi jednak ostatecznie to człowiek, będący teraźniejszością, decyduje jak go spożytkuje i jaką przyszłość wybierze:
„im większą swobodą dysponuje człowiek, tym silniejsza jest jego wola i prawdopodobieństwo, że sam kreuje swoją przyszłość” (s. 309)

Drugi tom Czasodziejów – „Serce czasu” to udana kontynuacja serii i zapowiedź wciągającej i fascynującej historii o początkującej czasodziejce – trzynastoletniej Wasylisie. Klimat powieści poniekąd oddaje szata graficzna książki, okładka i motywy zegarowe zdobiące kolejne strony. Wydawnictwo EneDueRabe zadbało o estetykę wydania „Czasodziejów”, które zasługują na wyjątkową, spójną i barwną oprawę. Dla wielbicieli Harrego Pottera i innych adeptów czarodziejskich szkół  jest to pozycja obowiązkowa. Jedynym minusem jest okres oczekiwania na kolejny tom, który przeniesie nas znowu do świata Czasodziejów. Pozostaje nam wtedy na pocieszenie przywołać hasło Czasodziejów – „Czas jest po naszej stronie”, wierząc w jego magiczne działanie.   


 Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.

środa, 20 września 2017

W magii czasu i futurystycznych zegarów

Każdy z nas wpleciony jest w linie czasu, jesteśmy od niego uzależnieni, definiujemy za jego pomocą przeszłość i teraźniejszość. Zegary, które odzwierciedlają i odmierzają czas to narzędzia naszej codzienności. Odnoszę jednak wrażenie, że zegary mają w sobie jakąś tajemnicę, fascynują misternym mechanizmem, gotowe perfekcyjnie odmierzać upływające sekundy i minuty. Powieść „Czasodzieje. Klucz czasu” Natalii Sherby, rosyjskiej pisarki, od razu nasuwa skojarzenie z zegarami. Jednak w powieści mają one zupełnie inną funkcję, są magicznymi artefaktami, służą jako broń, są portalami do ukrytych miejsc. Historia o magach z Eflary, władających czasem skierowana jest do młodszych odbiorców, jednak pomysł fabularny i kreację świata Eflary docenią również starsi sympatycy gatunku o alternatywnych wymiarach. Książka, która miała swoją rosyjską premierę w 2011 roku, ukazała się w wydawnictwie EneDueRabe w przekładzie Agnieszki Papaj-Żołyńskiej

Życie nastoletniej Wasylisy to wąski krąg, w którym znajdują się szkoła, gimnastyka akrobatyczna, przyjaciel Loszka i dom Marty Michajłowej, dalekiej krewnej. Dziewczynka nie jest zbyt lubiana wśród rówieśników, trudno jej nawiązać nowe znajomości. Wychowana bez rodziców przez starszą panią, zapalczywą miłośniczkę kotów, nauczyła się samodzielności, skupiając się na jedynej pasji - gimnastyce. Świat dziewczynki zmienia się z dnia na dzień kiedy zjawia się jej ojciec, który zabiera ją do tajemniczej posiadłości. Wasylisa poznaje rodzeństwo, które od pierwszych chwil traktuje ją bardzo wrogo. Nowej sytuacji nie ułatwia obojętność i surowość ojca, człowieka uzależnionego od władzy. Mnożące się sekrety, półsłówka, podsłuchane rozmowy coraz bardziej dezorientują bohaterkę. Jest zaskoczona, że istnieje alternatywny świat Eflara, którą władają czasodzieje, magowie obdarzeni magicznym darem władania czasem. Nie każdy jednak może stać się czarodziejem, decyduje o tym próba, która ujawnia stopień magiczności kandydata. Rodzeństwo głównej bohaterki i Wasylisa przechodzą próbę, która okazuje się być dla wszystkich wielkim zaskoczeniem. Życiowy zegar dziewczynki wkroczył zupełnie na inny tor, czy jednak będzie ona chciała wykorzystać uśpiony dar, porzucając jednocześnie dawne wcielenie?

„Czasodzieje” to bardzo wyrazista lektura, mocna, klimatyczna, dynamiczna. Świat Eflary urzeka od pierwszych stron, chociaż panują w nim brutalne zasady. Magia czasu to zarówno ogromna moc, siła ale i brzemię. Wasylisa to dość nietypowa bohaterka, pozbawiona miłości rodziców, osamotniona, nieakceptowana nagle zostaje wyrwana z normalnej codzienności do świata, którego nie zna, nie rozumie. Podświadomie przyciąga ją i wabi czasodziejstwo, ale niewiedza prowadzi ją w epicentrum konfliktu między ojcem a sprzeciwiającym się mu Łazariewem, który tylko się zaostrza. Czytelnik wraz z główną bohaterką poznaje Eflarę, jej mieszkańców i hierarchię świata zegarów, w którym trwa walka o władzę, pozycję, stanowiska. Wasylisa staje się pionkiem, narzędziem w ręku silniejszych i pozbawionych skrupułów ludzi. Jej sytuacja jest trudna, nikomu nie może zaufać, ale i ona budzi dystans, nieufność ze względu na pochodzenie i bycie córką Ogniewa. 

Wasylisa to silna postać, dojrzała, niezależna ale i zagubiona, łaknąca przyjaźni i opiekuńczości. Jej ojciec okazuje się być zawistnym i okrutnym człowiekiem, który poświęci wszystko aby osiągnąć zamierzony cel. Podobnym czarnym charakterem jest jego towarzyszka – Elena, potężna i złowroga czasodziejka, która zrobi wszystko aby pozbyć się dziewczynki. Akcja powieści jest naszpikowana tajemnicami, dlatego czytelnik ma niebywałą przyjemność w odkrywaniu kolejnych kart. Oczywiście jak na cykl przystało, wiele sekretów zostaje niewyjaśnionych, a wątki są tylko lekko zakreślone aby rozwinąć się w kolejnych tomach. Pierwszy tom jest niezwykle obiecujący, podsyca niedosyt i świetnie zarysowuje główną fabułę. Przygoda czasodziejów tak naprawdę dopiero się zaczyna, bo Eflarze grozi zagłada w postaci kurczącego się Rozdarcia Czasu, więc wybrańcy, właściciele siedmiu kluczy będą musieli współpracować aby zapobiec zbliżającej się katastrofie.

Autorka stworzyła przemyślany fantastyczny świat, z całym wachlarzem magicznych przedmiotów o przeróżnych zastosowaniach (zajmujący jest pod tym względem cały magiczny ekwipunek czasodzieja – chronowskazówka, czasoksięga). Na Eflarze spotkamy wróżki, luty, smukłorogi, rusałki, wodniki. Otaczają nas wnętrza pięknych, dostojnych zamków lub otwarte przestrzenie, które zapierają dech w piersiach. Natalia Sherba nie szczędzi czytelnikom również opisów niezwykłych stroi jakie mają na sobie mieszkańcy Eflary. „Czasodzieje. Klucz czasu” śmiało można polecić dziesięciolatkom. Myślę, że i nie jeden dorosły znajdzie w lekturze wiele czytelniczej frajdy i baśniowej otoczki. Osobiście oceniam książkę Natalii Sherby dość wysoko, mam nadzieję, że kolejne tomy uniosą nakreśloną historię, a bohaterowie nie stracą na wyrazistości. 

„W dole, dokąd sięgał wzrok, rozpościerały się tysiące złotych i srebrnych cyferblatów w otoczeniu błyszczących, czarnych listków. Rosły one jak kwiaty i w jakimś stopniu przypominały słoneczniki, tylko na krótszych łodyżkach. Na tarczach widniały cyfry i najprawdziwsze, cienkie wskazówki. (…) – To starozegary – wyjaśniło cicho Klementyna.  – Każdy zatrzymał się w innym czasie… Kiedy na Ziemi umiera człowiek, na tym polu wyrasta nowy kwiat – starozegar” (s. 272)

*Cytaty: Natalia Sherba, Czasodzieje. Klucz czasu, przeł. Agnieszka Papaj-Żołyńska, wyd. EneDueRabe, Gdańsk 2016. 

 Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.


sobota, 16 września 2017

KĄCIK MAŁEGO MOLIKA (10/2017) - "Kraina Obi-Boków" Mariusz Niemycki

W tej baśniowej krainie Różowych Słońc, mieszkają puszyste, przyjacielskie ogry, mech snujący opowieści, niewidzialne mglaki, gadające grzyby oraz niegrzeszące inteligencją smoki. Zagadki podszyte magią, podróż pełna przygód, a wszystko po to aby odszukać porwaną rodzinę. Winowajcą wszystkich przedziwnych zdarzeń jest Księga Smoków, która działa niczym portal, przenosząc wypowiadających zaklęcie w inny wymiar. „Kraina Obi-Boków” Mariusza Niemyckiego zabiera nas w przedziwną podróż z baśniowymi stworami, krętymi drogami przesiąkniętych magią ziem fantastycznego świata, w którym wyobraźnia nie ma granic. Powieść została wydana po raz pierwszy w 2003 roku, ponownie ukazała się w wydawnictwie Skrzat z baśniowymi ilustracjami Surena Vardaniana. Myślę, że wznowienie zyskało na szacie graficznej i ma szansę przyciągnąć młodych odbiorców.

Kuba budzi się w pustym mieszkaniu, siostra i rodzice zniknęli bez śladu. Pozostał tylko szczur o wdzięcznym imieniu Dominik, który nagle zaczyna mówić ludzkim głosem oznajmiając zdziwionemu chłopcu, że ma na imię Dovertis. Kluczem do rozwiązania zagadki zaginionej rodziny jest ekscentryczny stryj Hubert, który wszedł w posiadanie magicznej Księgi Smoków w dość przedziwnych okolicznościach. Dzięki jej sile Kuba wraz ze swoim szczurkiem przenoszą się do krainy Obi-Boków, gdzie być może odnajdą zaginionych bliskich chłopca. Podróżnicy przechodzą lekką metamorfozę – Kuba zmienia się w piętnastoletniego młodzieńca a Dovertis przybiera postać Dyplomowanego Przewodnika po Tym i Innych Światach. Dołącza do nich koneser wszelkich grzybów – ogr Boki, poczciwy i niezwykle sympatyczny wielkolud, który staje się zarówno obrońcą przybyszów jak i ich przyjacielem. Kuba będzie musiał zmierzyć się z własnym strachem, skomplikowanymi łamigłówkami i pułapkami, które przygotowała Bea – władczyni Krainy Mgieł.  

„Kraina Obi-Boków” to pierwsza część serii o przygodach Kuby w magicznym świecie Obi-Boków.  Perypetie nastoletniego chłopca i jego dość niezwykłych towarzyszy niejednokrotnie przywoływały uśmiech na mojej twarzy. Świat wykreowany przez Mariusza Niemyckiego to dziecięca podróż, w której pełno drogowskazów przybierających kształty wartości, takich jak przyjaźń, zaufanie, dobro, empatia. Bohaterem, który wzbudza czytelniczą sympatię jest niewątpliwie Boki, ogr  o słusznych rozmiarach, wyznający niezbyt skomplikowaną filozofię życiową, czyli do pełni szczęścia wystarczy smakowite jedzenie, choćby w formie sepleniących grzybków. Kosmatemu stworowi wcale nie przeszkadza fakt, że „jedzonko” czy raczej elementy runa leśnego, to obok mchu, jedne z większych gaduł w krainie Obi-Boków. Poczciwy Boki uczy się, że siła fizyczna nie zawsze wygrywa w obliczu magii. Podobnie jak Kuba, ogr stawia czoła wielu niebezpieczeństwom, własnym słabościom i jak na prawdziwego, baśniowego bohatera przystało, doświadcza przeróżnych uczuć – od radości, ciekawości, chęci przeżycia przygody,  po zwątpienie, niemoc.

 Negatywni bohaterowie są bardzo enigmatyczni, ich nieziemskie moce zdają się być nieograniczone, ale tylko pozornie, o czym przekonują się nasi podróżnicy. Humorystyczne dialogi, niezbyt rozgarnięci ale niewątpliwie barwni bohaterowie, plastyczny i wartki język sprawiają, że „Kraina Obi-Boków” trzyma fason wśród literatury fantastycznej dla dzieci. Cieszę się, że w książce dołączona została mapa krainy, po której podróżują Kuba, Dovertis i Boki. W magicznych światach łatwo zabłądzić nie tylko samym bohaterom, ale i czytelnicy mogliby poczuć się zagubieni. Cieszą oko również ilustracje Surena Vardaniana, które pomimo, że są czarno-białe, świetnie oddają rys powieściowych postaci. Ilustracje są bardzo drobiazgowe, szczegółowe, dopracowane z dbałością o każdy detal. Przypominają mi one tradycyjne obrazki w dawnych baśniach. 

Książka Mariusza Niemyckiego wpisuje się w kanony klasycznej powieści, w której bohater musi podjąć ryzykowaną podróż, aby odzyskać  to, co utracił. Pomocne w magicznej ekspedycji okażą się być artefakty w postaci smoczej księgi oraz smoczej łuski. Główny bohater będzie mógł liczyć na swoich towarzysz, ale i pozna smak zdrady, piętrzących się przeciwności, strach który najczęściej rodzi się przede wszystkim w naszych umysłach. Kuba, którego poznajemy na początku opowieści jako zaspanego nastolatka, bojącego się ciemności, w finałowym etapie swojej podróży jest już zupełnie innym chłopcem. I chociaż "Kraina Obi-Boków" powiela schematy to ujmuje humorem, nietuzinkowymi postaciami oraz lekkością opowieści. Na pewno rozweseli i wciągnie wszystkich fanów fantastycznych podróży po magicznych światach wyobraźni.   

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu SKRZAT 

czwartek, 7 września 2017

Dekalog wewnętrznego szczęścia

Łatwiej zarazić drugiego człowieka narzekaniem, smutkiem, niemocą, przygnębieniem niż chęcią działania. Nie zdajemy sobie sprawy jak szybko udziela się nastrój marazmu, który jak chmura gradowa zaczyna przesłaniać nam słońce. Gdy jesteśmy przepełnieni żalem, goryczą, złością wyładowujemy złe emocje, najczęściej dzieląc się nimi podczas rozmowy, żaląc się przyjacielowi, bliskiej osobie. Takie „oberwanie chmury” wcale jednak nie pomaga nam się oczyścić. To mechanizm, który nakręca narzekarza i jego słuchaczy. 

Od pewnego czasu staram się szukać historii ludzi, którzy zarażają innych optymizmem, uczą patrzenia poza własne ego, podążania za własnymi wartościami i mnożenia własnego potencjału. Na pewno do takich osób należy Nick Vujicic, który pokonuje bariery swojej niepełnosprawności i uczy innych wiary w marzenia. Opowiadając swoją historię pragnie podkreślić jak cenne jest ludzkie życie. Nikt go za nas nie przeżyje, to my jesteśmy jego kreatorami, architektami, chociaż inni będą próbowali nam udowodnić, że jest inaczej. Tych prostych wskazówek warto nauczyć najmłodszych, aby nigdy nie bali się żyć, wierzyć w swoje możliwości. Publikacja wydawnictwa „Studio Emka” – „Przytul mnie” to wartościowa lektura dla dzieci, które podobnie zresztą jak dorośli, nieustannie szukają autorytetów, wzorów do naśladowania. O miłości do życia, poszukiwaniu swojego miejsca, radzeniu sobie z innością, brakiem akceptacji opowiada Nick Vujicic, który urodził się bez kończyn. Jego rzadka choroba, fokomelia nie przeszkodziła mu w realizowaniu celów, edukacji, założeniu rodziny, realizowaniu pasji. Swoją niezwykłą siłę psychiczną czerpał z pokonywania kolejnych przeszkód. Upadał aby po chwili podnieść się i iść dalej.

 „Przytul mnie”  to wzruszająca opowieść o blaskach i cieniach życia, poruszająca małe serducha. To wspaniałe przesłanie i lekcje dla dzieci, ale i dla dorosłych, o akceptacji inności. Niepełnosprawności nie trzeba się bać. Często dzieci nie wiedzą jak się zachować wobec osoby z niepełnosprawnością. Mądrze pisze o tym Nick, który przytacza własne doświadczenia szkolne, pokazując jak bardzo można zranić słowem, obojętnością. Inną lekcją, którą dzieli się nasz bohater jest wiara we własne siły, odnalezienie w sobie wdzięczności za to, co kształtuje nasze życie. Uwrażliwia on młodego czytelnika, że nie zawsze wygrywamy, nie zawsze jest pięknie, problemy, przeszkody, to wszystko również składa się na naszą codzienność. Jego przesłanie polega na tym, że na tych słabościach, kolejnych schodach, łzach można budować swoją siłę, jeżeli nauczymy się patrzeć z optymizmem w przyszłość, nie poddamy się i będziemy wierni przede wszystkim sobie. 

Słowo wstępu autorstwa Ignatiusa Ho definiuje bardzo trafnie naszą współczesność, nieustanne poszukiwanie czyjejś akceptacji, podkreślania własnej wartości w oczach innych:


„Obecne młode pokolenie cechuje swego rodzaju „łamliwość” – wiele młodych osób nie potrafi dostrzec swojej wartości, celu czy wyrazić marzeń. Wiele innych żyje z ciężarem błędów popełnionych w przeszłości bądź też zamartwia się o przyszłość.” (s.8)


Osiem rozdziałów, które są drogowskazami dla dzieci zawsze kończy refleksja – morał, czyli czego każdy z nas może nauczyć się od Nicka, jak jego słowa możemy zastosować we własnym życiu. W opowieściach Nicka nie ma patosu, pojawia się humor, dystans do własnej choroby i wielka siła motywacji do bycia coraz lepszym człowiekiem. Myślę, że to świetna lektura-podręcznik dla nauczycieli kiedy poruszany jest temat inności, niepełnosprawności czy nawet poszukiwania własnej drogi życiowej. Nick jest przykładem człowieka, który doświadczył wiele negatywnych sytuacji ale i zyskał też dobro, kochającą rodzinę, wspierających rodziców. Za wszelką cenę chciał aby ludzie traktowali go swobodnie, normalnie, widząc w nim zwykłego człowieka. W jego opowieściach drzemie jedna z ważniejszych prawd – aby patrzeć w ludzkie wnętrze, to ono jest w stanie powiedzieć jaki jest człowiek i jaką siłę posiada. 



Nick Vujicica to jednej ze sławniejszych mówców motywacyjnych. Niektórzy uprawiający tę profesję potrafią zjednywać sobie tłumy, porywać ludzi samymi słowami. Dar przemawiania, pewności siebie, znajomości psychologii, interakcji międzyludzkich to jednak nie wszystko aby zmienić słuchacza, który tylko chwilowo jest uniesiony, podbudowany wielkimi słowami. Potrzebne jest coś więcej, wiara mówcy w to, co próbuje przekazać odbiorcom. Myślę, że Nick wpisuje się w sylwetkę mówcy szczerego, ujmującego swoją siłą i historią. Historią, która zdarzyła się naprawdę i ukształtowała człowieka walczącego, akceptującego swoją inność ale i gotowego do pokonywania barier. Tych barier, które tkwią w naszych głowach. 

 Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu STUDIO EMKA
http://studioemka.com.pl/index.php?page=p&id=587

wtorek, 29 sierpnia 2017

KĄCIK MAŁEGO MOLIKA (9/2017) - "Tajemnica magicznej dyni" Renata Opala

Są takie dni, kiedy wszystko nas przytłacza, emocje kłębią się w nas niczym burzowe chmury. Gorszy humor sprawia, że świat blaknie, barwy rozmywają się, obiad nie pachnie tak jak zawsze, a nawet czekolada, sprawdzone antidotum na smutki, wydaje się być mdła i pozbawiona słodyczy. Chciałoby się wtedy schować pod poduszkami, przykryć wszystkie zmartwienia miękkim kocem. Kiedy takie dni zbliżają się wielkimi krokami i już czuję ich melancholijny oddech, to moim sprawdzonym sposobem jest porządna dawka baśni. Lekturowym pocieszeniem okazała się być klasyczna opowieść Renaty Opali „Tajemnica magicznej dyni” (wyd. Skrzat), pełna ciepła i wartościowych drogowskazów dla młodego człowieka. Książkę, która ukazała się w serii „Fantasy dla dzieci”, zdobią bajeczne ilustracje autorstwa Magdaleny Sikory. Idealnie współgrają z fabułą historii i jej baśniowym klimatem. 

Bazalia to królestwo gdzie żyje się szczęśliwie, mieszkańcy nie wiedzą czym jest głód czy wojna. Jednak w tej baśniowej krainie, idylli Król i Królowa nieustannie zamartwiają się swoją córką Marcelinką, która całymi dniami przesiaduje w pałacu, nie uśmiecha się, przepełnia ją niewytłumaczalny smutek. Jej starszy brat Marcel, wesoły i pełen radości chłopiec również martwi się o siostrę. Skąd to dziwne zachowanie królewny? Rodzice postanawiają prosić o pomoc Astrologa, który mieszka w wysokiej wieży. Okazuje się, że jedynym antidotum na łzy Marcelinki jest zupa z dyni. Nic niezwykłego, chciałoby się rzec, ale nie dla mieszkańców Bazalii, którzy nawet nie mają pojęcia jak wygląda ta magiczna dynia i gdzie ją można znaleźć. Marcel postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i samotnie wyrusza po tajemniczą dynię. Będzie musiał przemierzyć wiele królestw, spotka przyjaciół i wrogów, nieraz będzie musiał wykazać się odwagą i sprytem, gdyż dynia okaże się pilnie strzeżoną tajemnicą. Czy Marcel pomoże siostrze i znajdzie nietypowy składnik magicznej zupy? 

Podróż księcia Marcela to opowieść o dojrzewaniu, nowych doświadczeniach, stykaniu się z problemami i innością. Główny bohater kieruje się braterską miłością, jest uczciwy, przyjazny, pomocny i empatyczny. Bazalia okazuje się Królestwem idealnym w porównaniu z pozostałymi krainami, w których życie nie jest beztroskie, lecz pełne cierni, ubóstwa i głodu.  „Tajemnica magicznej dyni” przenosi nas w odległe krainy, chociaż mamy wrażenie, że pod warstwą baśniowości kryje się nasza współczesność.  Dzisiaj tym mocniej potrzebujemy historii o przyjaźni, empatycznych ale zwykłych bohaterów, aby nie stać się jak Marcelinka, ofiarą „smugi smutku” przesyłanej za pomocą komputera. 

Opowieść o Marcelku i Marcelince urzekła mnie prostotą i nawiązaniem autorki do tradycyjnych baśni. Królewicz z Bazalii pomimo swojego pochodzenia nie wywyższa się, zjednuje sobie przyjaciół, szybko nawiązując nowe znajomości. Nie narzeka na trudne warunki, skromne jedzenie czy trudy podróży, potrafi docenić dobroć innych ludzi, szanuje zwierzęta. W jego cieniu znajduje się smutna siostra, o której wiemy tylko tyle, że nie ma przyjaciół, nie wychodzi z pałacu, nie potrafi czerpać radości z zabawy. Królewna poddaje się złym czarom, sama nie potrafi uwolnić się z przygnębienia. Zupa z dyni zyskuje w tym wypadku magiczną moc, bo symbolizuje wysiłek, braterską miłość, gest bezinteresownej dobroci. 


Renata Opala w swojej opowieści o królestwie Bazalii pokazuje jak wiele drzemie w nas odwagi gdy nasi bliscy potrzebują pomocy. Uwrażliwia młodego czytelnika na zgubne działanie wirtualnego świata, który przejmuje kontrolę nad emocjami niczym czarodziej Agrar. 

A gdybyście chcieli spróbować magicznej zupy z dyni, której tak wytrwale poszukiwał Marcel, to autorka zamieściła jej przepis w książce. Na jesienne smutki jak znalazł :) Smacznej lektury! 


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu SKRZAT 

niedziela, 27 sierpnia 2017

KĄCIK MAŁEGO MOLIKA (8/2017) - "Połącz kropki"

Proste zabawy, znane każdemu z nas znowu powracają i okazują się być ponadczasowe. Tak jest z kolorowankami oraz z tworzeniem obrazów z kropek. Kropkowanki są mi dobrze znane jeszcze z czasów szkolnych, kiedy to na matematyce ćwiczyliśmy liczenie i znajomość cyfr. Zadania, które wymagały połączenia kropek były miłą odskocznią od typowych ćwiczeń matematycznych. Każdy chciał dowiedzieć się co kryje się pod kropkami.  


Na pierwszy rzut oka porozrzucane kropki tworzą jeden wielki chaos. Dopiero gdy je połączymy według kolejnej numeracji, z nieładu wyłoni się zaskakujący obrazek. Dla najmłodszych to świetna zabawa w liczenie, a dodatkowo ćwiczenie cierpliwości oraz dokładności.

Wydawnictwo „Dlaczemu” stworzyło publikację przeznaczoną dla dzieci. „Połącz kropki” to ponad 6 tysięcy kropek, pod którymi kryją się obrazki zwierzątek. Jest ich aż 22, a na samym końcu książeczki znajdują się rozwiązania. Po złączeniu kropek możemy sprawdzić czy prawidłowo zostały połączone.

 Kropek tworzących obrazki jest setki. Cyferki otoczone czerwonym okręgiem oznaczają początek połączenia, jest to duże ułatwienie, bo łatwo się pomylić w liczeniu i rysowaniu. Kiedy już połączymy wszystkie kropki i stworzą one ilustrację jednego ze zwierząt, wtedy możemy ją pomalować, pokolorować, tworząc własną ilustrację. W ten sposób zapełniamy kolejne czarno-białe strony własnymi, kolorowymi malowankami, tworząc barwną, obrazkową książkę.

Książka „Połącz kropki” aktywizuje najmłodszych, wymaga logicznego myślenia, a jednocześnie pozwala na twórcze spędzenie czasu.Świetny przerywnik w nauce czy podczas odrabiania lekcji - odstresowuje i pozwala oczyścić umysł i myśli. 


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu "dlaczemu" 

wtorek, 22 sierpnia 2017

Notes wypełniony po brzegi mruczeniem

Dzisiaj kilka słów o notatniku, który niedawno zagościł na moim biurku i towarzyszy mi podczas czytania i wieczornego planowania. Jego szata graficzna działa na mnie bardzo pobudzająco, przywołując wiele pozytywnych uczuć.
 Są takie gadżety dla moli książkowych i kociarzy, które zajmują szczególne miejsce w naszej szufladzie, torebce, plecaku. Notes – to magiczne narzędzie, niezbędne do życia każdej osobie zakochanej w planowaniu, notowaniu ważnych cytatów, refleksji, czy po prostu listy zadań na kolejne dni. Jeżeli jeszcze dzięki niemu można wspomóc kocią fundację, to jest to pozycja z serii „must have”. 

Wydawnictwo Dlaczemu stworzyło prawdziwą gratkę dla miłośników kotów – pięknie wydany i niezwykle praktyczny kotes. Kotes to miejsce na zapiski, wypełniony motywami zabawnych  kocich ilustracji. Jednak to, co najbardziej zwraca naszą uwagę to rozczulające fotografie kotów, które poszukują kogoś, kto odda im serce i podaruje własny kąt. 
Projekt Dlaczemru jest niezwykle szlachetny, dzięki współpracy z Fundacją KOT wydawnictwo Dlaczemu zachęca do adopcji kota, podopiecznego fundacji. 
Zdjęcia mruczków, które zamieszkują kotes są ujmujące, naturalne, po prostu piękne. Obok wąsatych czworonogów znajdują się ich krótkie historie, słowa opowieści, którymi mogłyby się podzielić, gdyby mogły mówić w ludzkim języku.

Moje czytelnicze serce uradowały również wspaniałe cytaty z kocim motywem autorstwa wybitnych ludzi (znajdziemy tu choćby słowa Rogera Carasa, Daniela Defoe, Pabla Picasso, Jerzego Pilcha) . Sentencje bardzo mądre, a dla kociarzy wręcz kanoniczne :), choćby Ernesta Hemingwaya:

Posiadanie jednego kota prowadzi do posiadania następnego”


lub Colette:

„Obcując z kotem, człowiek ryzykuje jedynie to, że stanie się wewnętrznie bogatszy” 

Kotes od pierwszego dotknięcia i przeglądnięcia zdobył moje serce i zajmuje centralne miejsce na moim biurku. Jest to notes kołowy, z 94 stronami, bardzo sztywnymi i solidnymi. Ostatnia strona okładki ma praktyczną kieszonkę, w której zmieszczą się zakładki, karteczki indeksujące czy luźne kartki. Kotes jest bardzo przejrzysty, barwny, naładowany kocią, pozytywną energią. Dla mnie jest idealnym notesem do listy zadań, warto z nim zaczynać i kończyć dzień. Fotografie kotów, które szukają domów pełnych ludzkiego dobra i ciepła, sprawiają, że mimowolnie się uśmiecham. Chętnie przygarnęłabym każdego z nich. A może jeden z nich czeka na Was? 

Wydawnictwo Dlaczemu to prawdziwi miłośnicy kotów, nic więc dziwnego, że kotes jest stworzony z pasji i szczerego serca. Przeglądanie go to przyjemność, na pewno przyciągnie uwagę każdego kociarza. Pomieści studenckie notatki, pomysły, inspiracje, kulinarne przepisy, numery telefonów, listy książek do przeczytania, filmów do obejrzenia. Idealny na początek roku szkolnego, akademickiego czy po prostu jako narzędzie pracy. 

Kotes to jeden z moich ulubionych notesów, prawdziwa szkatułka na motywacyjne cytaty i plany :)

Strona fundacji KOT- Koty Otoczone Troską: http://fundacjakot.pl/


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu "dlaczemu" 

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Podróżniczka z plecakiem pełnym szczęścia

Szczęście bywa niezbędnym elementem każdej wyprawy. Nawet jeżeli mamy wszystko zaplanowane, przemyślane, a mapę znamy prawie na pamięć, to zawsze przydarzy się coś niespodziewanego. I wtedy zaczyna towarzyszyć nam stres, który potrafi przytłumić radość podróżowania. Rośnie irytacja, roztargnienie i wewnętrzne rozdrażnienie. Każdy wojażer, dla którego podróże to pasja, układa z doświadczeń indywidualny dekalog globtrotera. Katarzyna Maniszewska podąża własną ścieżką, spontaniczną, nieplanowaną, czasami pokręconą, trudniejszą, nieraz oznaczającą błądzenie i gubienie się w nieznanych przestrzeniach. Jej wędrówka to przekraczanie osobistych barier, bo podróż to również spotkania z drugim człowiekiem, z Innym. Inny rodzi dystans, jednak autorka w swoich opowieściach wykazuje się siłą empatii, chęcią poznania historii i kultur. „Podróżnik bez powodu. Łut szczęścia” (wyd. Sorus) to podróżniczy album, w którym autorka umieszcza wspomnienia rozmów, przygód, niebezpieczeństw, nowych znajomości. Autorka przypisuje swoim podróżom konkretne utwory muzyczne, rockowe, energetyczne kawałki, które wywołują obrazy z pamięci. Katarzyna Maniszewska lubi podróżować samotnie, jest doktorem nauk humanistycznych i swoje życie zawodowe związała z dziennikarstwem i uczelnią. 

Chwila doskonała to taki moment w czasie i przestrzeni, w którym zdaję sobie sprawę, że jestem szczęśliwa. Tak po prostu. (…) Mam na myśli takie momenty, na które nikt inny nie ma wpływu. Takie, w których jest się samemu, nawet w tłumie. Wtedy przestaję myśleć o wszelkich sprawach mniej lub bardziej przyziemnych. Tak rozumiany idealny moment jest właściwie stanem umysłu, okamgnieniem euforii (…). Na idealny moment składa się wiele czynników, których odczuwanie jest niezwykle subiektywne. W moim wypadku są to najczęściej krajobrazy(….), które mnie zachwycają, słońce, dźwięki – muzyki lub przyrody. (….) Idealne chwile są rzadkie.  (s. 44-45)

Z takich momentów zbudowane są opowieści Katarzyny Maniszewskiej. To esencja podróżowania, dla takich chwil warto podejmować ryzyko. Podróżniczka to wyjątkowo rezolutna i odważna osoba, z łatwością nawiązuje kontakty z tubylcami, przełamuje kulturowe bariery, jest otwarta na nowe doświadczenia i, co najważniejsze, nie planuje swoich podróży. Spontaniczność wyzwala adrenalinę, kreatywność, asertywność, wyzwania. To daje poczucie niezależności i wolności, wszystko zależy od chwili. 

Mapę niezwykłych miejsc „Podróżnika bez powodu” wypełniają wspomnienia z Borneo, Wietnamu, Indonezji, Sulawesi, Papui, Birmy, Indii, Kambodży, Laos, Sri Lanki oraz Wysp Wielkanocnych. W niektórych miejscach ludziom towarzyszyło zdziwienie gdy autorka opowiadała, że podróżuje sama. Na pewno pewności siebie i odwagi nie można jej odmówić, skoro wybiera taką formę wędrowania. Może szczęście w takich wypadkach jest rzeczywiście czymś tak niezbędnym jak butelka z wodą w plecaku? 

Migawki z  podróży to portrety spotykanych ludzi, nietypowych zwyczajów (choćby niezwykłe i trochę makabryczne zwyczaje pogrzebowe mieszkańców Sulawesi), społecznych kontrastów. Opisy zwierząt, krajobrazów, zabytków, architektury, kulinarnych ekscentryzmów przeplatają się z wątkami historyczno-politycznymi. Autorka naświetla czytelnikowi współczesne problemy ludzi z odległych zakątków świata, są to luźne przemyślenia, osobiste refleksje, przypominające bardziej słowa klucze niż solidną charakterystykę danej społeczności. Czasami miałam wrażenie, że są one zbyt pobieżne, albo zbyt sloganowe. Autorce bliżej jest do stylu Beaty Pawlikowskiej, język jest prosty, potoczny. Literackości w „Podróżniku bez powodu” nie znajdziemy, raczej szybkie notatki poczynione w trakcie podróży. Swoboda stylu też nie wzbudza we mnie zaufania, autorka na siłę próbuje być zabawna, humorystyczne anegdoty jednak nie bawią ale pachną sztucznością. 

„Podróżnik bez powodu. Łut szczęścia” to migawki z samotnych wojaży Katarzyny Maniszewskiej. Książka zwyczajna, chociaż niektóre perypetie bohaterki naprawdę wywołują gęsią skórkę. Autorka jednak zbyt szybko ucieka w skrótowość. Wolałabym kilka miejsc, ale opisanych z całym bagażem emocji, barw i pełnej perspektywy podróżniczki. Ta perspektywa gdzieś ulega zatarciu, czasami wyłania się pod postacią kilku, osobistych zdań, ale autorka pozostaje ukryta, zdystansowana. Przerzuca szybko, zachłannie swoje obserwacje na papier, nie dając się ponieść słowom. Katarzyna Maniszewska z jednej strony pokazuje swój własny model podróżowania, trochę roztargniony, chaotyczny, nastawiony na łapanie chwil, momentów szczęścia, a z drugiej strony brakuje tym podróżniczym refleksjom głębi, lekkości narracji, nadania wyjątkowego kształtu przestrzeniom, własnej perspektywy. „Podróżnik bez powodu. Łut szczęścia” to taki nieociosany kamień, bo niektóre opowieści mają potencjał, gdyby je odpowiednio rozwinąć, wyzbywając się tonu sztuczności czy kalek typowych dla narracji sprawozdawczej. Jeżeli podróże to pasja to również można z pasją o nich pisać, tak aby całkowicie zaskoczyć czytelnika, wciągając go w orientalny świat, w nieznane. Autorka zdaje się jeszcze poszukiwać tej drogi...

*Cytaty: Katarzyna Maniszewska, Podróżnik bez powodu. Łut szczęścia, wyd. Sorus, Poznań 2016.

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu SORUS