czwartek, 27 maja 2021

Rozsznurować usta i zaczerpnąć słów

 

„może jeszcze zagrają (w) słowa. reszta

to przecież pył.”

 

(fragm. wiersza: „najbardziej sam człowiek na świecie”, s. 43)

Milczenie, wyparcie, odseparowanie to zaklęcia, którymi próbujemy łatać codzienny świat. Nawet gdy emocje nas rozdzierają, rozszarpują wciąż decydujemy się upchać je w najgłębsze szczeliny umysłu. A pojemna jest ta przestrzeń, te uczuciowe trociny mogą tkwić i pęcznieć latami. Tom Beaty Kołodziejczyk „Bez żadnego trybu” (2018, wyd. Morphinum) to miejsce wewnętrznej szczerości,  próba zmierzenia się i nadania kształtu stanom, które powodują rozbijanie, izolowanie, separowanie człowieka od bliskości, marzeń, poczucia własnej wartości.

 Autorka stosuje całą paletę opowieści – od czułego i nostalgicznego gestu uzewnętrznia po krzyk jako wyraz niezgody na obojętność, nadużywanie władzy przez ludzi, skostniałe tradycje i skamieniałe role kobiety i mężczyzny. „Bez żadnego trybu” to poetyka buntu, mocnych i dosadnych słów, ostrzonych i patroszących „miejsca, których istnienia się nie spodziewamy”.

Czytanie tych wierszy było bardzo impulsywne, pełne niepokoju, ale i wzruszającej otwartości. Zagnieździło się we mnie niewiarygodne wręcz poczucie, jakby ktoś złapał moją dłoń, wydobywając jednocześnie na głębie wszystkie najtrudniejsze uczucia i rozrastający się, mroczny i ukorzeniony, unerwiony strach. Bo w tych często krótkich, dosadnych słowach jest krzyk, złość, ironia, ale i śmiech czasami przez łzy. Są one oczyszczające, pocieszające, gładzące umysł i wołające gdzieś z głębi wersów: spokojnie, ja też tak mam! Nawet gdy samotność, bezsilność, poczucie opadania na dno zaciskają na myślach pętle bezwładności, wersy Kołodziejczyk są głosem, a może nawet gestem wsparcia, współodczuwania, możliwości wysłuchania naszych historii i przyjrzeniu się sobie.

Poetka dobrze zna siłę słów, potrafi z nich wydobyć wspólne doświadczenie, piętrzące się emocje, które uwalnia precyzyjnym i dobitnym wersem. Ten tom pozwala swobodnie płynąć emocjom, daje im przestrzeń do wydobycia się na powierzchnię. Bohaterka wierszy ta - „bezsenna/ bezdenna/ bezwiedna/ bezczelna”- reprezentuje wszystko  to, co marginalne, skrzywdzone, napiętnowane bólem i poczuciem własnej kruchości. Tylko drugi człowiek może wydobyć z tła, rozjaśnić czerń, chwycić za rękę i „za(trzymać) w garści”.

Codzienne rozpadanie się, zmaganie się z własnym ciałem ale i umysłem – to tematy, w których można utonąć, nie docierając nawet do głębi, esencji. U Beaty Kołodziejczyk nie ma złotych recept, pustosłowia czy powierzchownych dyskusji. Jest przejmująca, współczująca i wrażliwa postawa podmiotu, który jest przygotowany na trwanie i obecność:

„zostaje mi tylko trwać. i co dzień

mieć gotowe rękaw, gdyby

człowiek chciał w nie wypłakać

zielone oczy.”

(oddałabym wszystko, s.20)

Wiersze z tomu „Bez żadnego trybu” to wydobycie z ciemnej szafy jakiegoś zespołu urazów, psychologicznych traum, chorób, które budzą ostracyzm, niezrozumienie przez nadbudowane i umacniane społeczne stereotypy i szufladkowe slogany. To często zamykane w czterech ścianach dramaty (tak jak w przejmującym i szorstkim wierszu „Z początkiem sierpnia gniew znalazł ujście” czy jakże szczerym „Depressio”), odważne rebelie słowne przeciwko chorobie, które wybrzmiewają czarnym sarkazmem i buntem („skończyły mi się kanały”, „nikogo”). 

Człowiek w lirycznych odbiciach Kołodziejczyk ma kieszenie pełne smutku, jego ciało wciąż uwiera, przynosi wewnętrzną przemoc, jest wypatroszony z poczucia stabilności i bezpieczeństwa. To istota rozczłonkowana, rozbita na kawałki przez chorobę, nałogi, drugiego człowieka, strach, narastające lęki pogłębiane przez otaczającą rzeczywistość, nafaszerowaną kombinacją polityczno-farmakologiczną. Echem odbija się wers jednego z wierszy: „aż strach w tym kraju być smutnym”. 

Ludzkie lęki, zaburzenia, autoagresja, przemoc, idą u Kołodziejczyk w parze z opisem polskiej rzeczywistości. Być może to  właśnie w tej naszej współczesności legną się larwy zła, pęcznieje niespodzianie i chaotycznie orwellowski mrok.  Parafrazując jeden z tytułów wiersza – może w tej zaraźliwej „hejtpolskości”  tkwi źródło samotności, obojętności i społecznego stygmatyzowania, wykropkowywania i przemilczania dramatów.

W kraju, gdzie szerzy się jak wirus „nełopatriotyzm” i politycy bawią się w konstruktorów wartości i ludzkich sumień, a  „ludzie chętniej od myślenia/ włączają internety”, mówi się językiem podziałów, knebluje słowami. Wiersze-zwierciadła, w których odbija się polska rzeczywistość to zaangażowany i krytyczny głos podmiotu-buntownika/buntowniczki. To niezgoda na spłaszczanie i wybielanie tematów tabu, tematów niewygodnych dla polityków. Każdy z wierszy to gorzka diagnoza polskiej „zmartwizny”, „ojczeźnianych”  mitologii, które zawiązują usta inności i marginalności. Podoba mi się, że podmiot potrafi z dystansem opowiadać o sobie, cynizm okazuje się dobrym pancerzem lub kokonem chroniącym przed absurdalnością nowoczesności.

 Aby opowiedzieć o wymiarach wojny polsko-polskiej poetka wykorzystuje idealne proporcje ironii, językowej wieloznaczności, literackich dygresji („Hitler nie przewraca się w grobie”), świetnie przytacza język hejtu, zawiści, internetowych trolli („wiersz o przedłużaniu penisa”; „hak z uchem prezesa”; „wiersz o polskim hejtmalaizmie”).

Tom „Bez żadnego tryby” Beaty Kołodziejczyk zaskoczył mnie tak mocną i wyczuloną grą słów, odwagą wyrażania emocji oraz doświadczeń, które często trzeba przepracować, aby mieć siłę o nich opowiadać. Szczerość i niesamowita ostrość tych wierszy daje czytelnikowi wiele satysfakcji, ale i pozwala zmierzyć się z tym, co często nienazwane, otulone milczeniem. 

Poezja Beaty Kołodziejczyk przypomina schody, zakurzone, śliskie i najczęściej zrujnowane, prowadzące  do mrocznej piwnicy, która wciąż się rozrasta, bo upychamy w niej wszelkie graty w postaci lęków, bólu, samotności, przemilczanych krzywd, niezgody na układaną przez władzę, rządzącą partię, rzeczywistość. To wiersze kłujące, cierpkie, buńczuczne. Tym bardziej więc wybrzmiewają, te wersy pełne zrozumienia, wrażliwości niosącej nadzieję, gest jedności, gest bycia z drugą osobą. To nie jest gotowa, magiczna recepta na życie, która tak łatwo i gładko wygłaszana jest przez pseudoautorytety, ale to ciągła nauka, proces, dojrzewanie, błądzenie i powracanie. Wiersze z tomu „Bez żadnego trybu” potrafią obnażać czarno-białe iluzje i przecinają zasznurowane usta, pozwalając odczuć i poznać całą gamę emocji bez wstydu i obaw.  

Cyt. Beata Kołodziejczyk, Bez żadnego trybu, wyd. Morphinum, Warszawa 2018.

poniedziałek, 10 maja 2021

Pod skrzydłami kruka, czyli słowiańskie pradzieje w baśniowo-turpistycznym płaszczu


„Na tarczę z białym orłem opada krucze pióro”

 (s. 45)


Gdy książka rozgałęzia się w sercu, rozrasta słowami, zapuszcza korzenie, przenika do myśli, to znaczy, że znalazła swojego czytelnika. Odbiorca staje się depozytariuszem opowieści, nosi ją w sobie, powraca do wątków i nieustannie odkrywa jakiś fragment siebie w przeczytanej książce. I w tym zachwycie jest ogromny paradoks – opowieść wnika bardzo głęboko w czytelnika, staje się jego „intymną przeżywalnią”, przestrzenią wzruszeń, ale i historią do opowiadania, polecania, dzielenia z innymi. „Nawiść”  to literacki materiał do (współ)dzielenia się czytelniczymi emocjami i szperania w swoich. Sam tytuł, tak skrajnie znaczeniowy, pojemny i mocny w wydźwięku, buduje warstwy emocjonalne w powieści. Chociaż „warstwy” to chyba zbyt wąskie określenie bogatego katalogu odmian nawiści, rozgałęziającej się w strukturę niezwykle barwą i wielopoziomową. Nawiść to coś szerszego, bardziej złożonego niż uczucia, biegunowe emocje, to żywa tkanka ludzkiego istnienia, komponent życia, miąższ wewnętrznego świata, mechanizm napędzający psychikę.

Kilka słów o samej fabule. Turpistyczna baśń o wiecznym dążeniu człowieka do władzy, to historia tkająca się, a trochę wijąca się wokół retrospekcji, uzupełniająca się wraz z lekturą czytelnika. „Nawiść” rozpoczyna bardzo przejmująca sceną spadającego do wody ciała kobiety, jej śmierci, która przypomina tonięcie Szekspirowskiej Ofelii. Tajemnicza, oderwana sekwencja nabiera znaczenia wraz z lekturą, czytelnik chwyta przynętę, momentalnie daje się zaciekawić, chce poznać tożsamość i historię tonącej kobiety. Warto się tej scenie mocniej przyjrzeć, bo już pierwsze zdania odkrywają bardzo metaforyczny i poetycki styl Autora Nieznanego.:

„Kobieta opada na Dno Powietrza. Tam, gdzie Księżyc rzucił linę. Na chwilę zatrzymuje ją strop Wody. Łamiący się. Otwierający z trzaskiem. (…) Przez moment na powierzchni ubranie i włosy doganiają ciało. I rozpadają się na wszystkie strony. Chwytają się falującej liny. I Tafli. Rozcapierzają. Przylegają do niej. Kiedy ciało zanurza się w Wodzie, włosy zakrzywiają się jak haki. I rozpaczliwie wczepiają w powierzchnię.” (s. 6.)

Fabuła jednak zbyt szybko nie zaspokaja pierwszej ciekawości, ale wije się własnymi ścieżkami równie zajmującymi i potęgującymi czytelnicze napięcie i niecierpliwość. Towarzyszymy synowi Księcia i Samborowi, którzy przygotowują się do obrony Grodu przed silniejszymi Najeźdźcami. W głowie Sambora rodzi się plan, który ma ocalić Gród Księcia. Równocześnie poznajemy historię sprzed kilkunastu lat kiedy również dochodzi do najazdu i krwawej bitwy.

Podczas przejęcia Grodu, następuje bratobójczy przelew krwi, który kończy się przejęciem władzy przez Księcia Mścisława. Mężczyzna opętany władzą, opiera się przed wprowadzeniem na swoje ziemie nowej religii jednego Boga, marząc o podbijaniu kolejnych ziem. Aby zaspokoić swoje aspiracje korzysta z wizji tajemniczej Wiedzminy, która żyje w ścisłej symbiozie z Przyrodą i posiada nietypowe umiejętności odczytywania powtarzających się kręgów historii. Cień ojcowskich żądz kładzie się również na osobowościach jego dzieci: bliźniąt: Licy i Zadara. W przyszłości to córka ma objąć kruczy tron po śmierci ojca. Młody książę i księżniczka zaprzyjaźniają się z Samborem, który staje się jednym z najodważniejszych wojowników w grodzie. Budzące się nawiści, przeszłość, tajemnice, niespełnione pragnienia i samotność, mocno naznaczają bohaterów i wciągają ich w dynamiczną i pełną intryg historię. Historia jest tak utkana, że jej scalenie przynosi czytelnikowi mnóstwo przyjemności i efektu zaskoczenia (zakończenie wywołało huragan w mojej głowie !).

„Nawiść” Autora Nieznanego. to książka wyrazista, korespondująca żywiołowo z legendami, słowiańską mitologią, symboliką. Rewelacyjnie też wnika, rozkłada na czynniki pierwsze  psychologię postaci, mechanizmy władzy, wojny, religii. Przejmujące jest, że straszniejszą od wszelkich potworów, smoków, wilków, topielców i stworzeń zamieszkujących praświaty i ludzką wyobraźnię, wydaje się być władza człowieka. Zabijanie dla zdobycia władzy, dla rozrywki, dla zaspokajania ambicji.

Prahistoria o polskich ziemiach, ale przejmująco współczesna, uniwersalna w pokazywaniu cech narodowych, naszych polskich skłonności, mocno zarysowuje powtarzający się bieg dziejów, pewien cykl życia i śmierci. Pierwsze, co uderza w tej opowieści, to mrok, czarny jak pióra kruka, czający się w puszczy, w odłamkach, tego co ludzki umysł nie potrafi objąć logiką i władzą. Mrok ten jest jednak o wiele gęściejszy, lepiący i odrażający, gdy sączy się do ludzkiego umysłu, serca, pozwala rozkorzeniać się nawiściom. „Nawiść” to historia o dążeniu do władzy, takiej totalitarnej, zniewalającej człowieka, gotowego poświęcić najbliższych i własne wartości. Autor bardzo głęboko schodzi do ludzkiego wnętrza, piekielnego labiryntu emocji, próbując oddać ich gwałtowność, złożoność, wielowymiarowość.

Pseudonim jaki wybrał sobie pisarz - Autor Nieznany. trochę sugeruje nam trop powieściowy, bo przecież legendy i baśnie, ludowe podania nie miały jednego twórcy, były historiami opowiadanymi, pełniącymi rolę spajającą, integrującą słuchaczy („Nawiść” też posiada taką siłę łączenia czytelników, łańcuch poleceń wciąż działa z ogromną mocą, rekomendacje na blogach: Przeczytane.Napisane, SieCzyta). Autor pozostawał kimś anonimowym, ale też wydaje mi się, że sama historia była o wiele ważniejsza od jej opowiadającego. Autor Nieznany. trzyma klimat, pozwala uchwycić tajemnicę, jest pokornym piewcą pradawnych historii, pozostaje w cieniu.

Autor Nieznany. potrafi zaplatać historie, każda nitka, czyli słowo powieści jest preparowane i oglądane z wielu stron. Opisy tworzą przestrzeń dla wyobraźni, pozwalają na wielowymiarowe przyglądanie się światom powieści. Nie dłużą się, nie powodują znudzenia, wypełniają szkielet fabularny. Dobór słów, ich intensyfikacja, rozbijanie znaczeń i wyłuskiwanie dosadnych tonacji uczuć, podkreślają oryginalny i bardzo kunsztowny styl Autora Nieznanego..Warto wspomnieć, że pisarz umiejętnie i z pasją potrafi nakreślić odpowiedni klimat opisywanych kadrów: od poetyckiego opisu włosów Wiedzminy Preterity (który zamienia się w mikrobaśń o przechowywaniu pamięci) po frywolny i sarkastyczny, bardzo naturalistyczny, ale i podszyty groteską - portret ucztujących po zwycięstwie wojowników, zanurzających się bez opamiętania w alkoholu.

 „Nawiść” zbudowana jest na wielu opozycjach, centralną stanowi Człowiek-Natura. Również pod względem przestrzeni odnajdziemy inny rytm opowiadania i poetyki: Natura jest bardziej metaforyczna, skrywająca to, co oko ludzkie nie potrafi zarejestrować. To w niej gnieżdżą się baśnie, kiełkują legendy i symbole. Autor bardzo sugestywnie rejestruje te drgania poprzez język – proste obrazy chmur czy jeziora, następującego dnia po nocy, zmieniających się pór roku, wzrastających drzew i mchów, rozwijają się poprzez słowną ornamentykę w liryczne narracje. To żywe i tajemnicze organizmy przynależne Naturze (dlatego ich nazwy pisane są wielką literą aby wskazać, że nie są tylko tłem opowieści), myślące i czujące, wrażliwe w swoim pięknie:

„Jest ciemnozielono od Mchu. Gęsto-misterne utkane Porosty są wszędzie. Na Ziemi. Na zgniłych Liściach. Na Pniach. Na zwalonych, od dawna umarłych już Drzewach. Tych, które przeniosły się do krainy przodków-Drzew, Bogów-Drzew. I na tych rosnących, kwitnących świeżą zielenią. Które dopiero marzą, żeby stać się wielkimi, sławnymi Drzewami. Mchy zwisają z Gałęzi długimi puchatymi sznurkami.” (s. 122)

Świat ludzi to katalog różnych barw nawiści, zabarwiony najczęściej mrokiem i krwią. Język, którym operuje autor przy opisie mieszkańców Grodu jest szorstki, dosadny, opierający się na cielesności, żywiołowości uczuć, iskier podpalających gwałtowny ogień ambicji i żądz. W świecie Przyrody obserwujemy porządek, szacunek, natomiast ludzki świat jest mechanizmem przewrotnym, nieprzewidywalnym, napędzany dynamiką wojen, śmierci i nienawiści.

Powieść językowo jest na bardzo wysokim poziomie, ileż niepokoju wzbudzają opisy ucztujących kruków czy turpistyczne ujęcia zmasakrowanych ciał po bitwie. Zadziwia mnie cały rozmach środków opisu, mocnych, turpistycznych, dosadnych, a także operowanie perspektywą szczegółu i detalu. W krótkich, delikatnie lapidarnych, często zamykających się w jednym słowie, zdaniach, tkwi magnetyzm świata „Nawiści”. Jedno słowo porusza lawinę skojarzeń, obrazów, tworzący się łańcuch zarysowuje jednak literacką mandalę, w której poszczególne kręgi przenikają się, nawarstwiają i zespalają w jedność. Ale czym jest opowieść o tej książce bez wchodzenia w tekst, weźmy choćby na warsztat opis siły słów:

„A słowa mają siłę. Ciepłą. Dobrą. Kojącą. Ale to trudniejszy sposób używania języka, mowy. Niewielu chce się wysilać. Szukać ważnych, dobrych, potrzebnych, mądrych słów. Których zresztą jest mniej. Wygodniej  jest wybrać te, których jest więcej. Które są łatwiejsze. Które ślina szybciej na język przyniesie. Lepiej wybrać tę drugą mowę. Mowę zła. Mowę kłamstwa. Mowę trawę. Mowę nienawiści.” (s. 279)

Takich fragmentów, które tak mocno komentują i wchodzą w naszą codzienność jest naprawdę wiele w całej książce. Pojawiają się nagle i ścinają czytelnika z nóg, wchodzą pod skórę, osiadają się w głowie, aby pokazywać jak niewiele zmieniło się w człowieku, uczucia pozostają językiem uniwersalnym, nie zmienia ich czas, ani też metamorfozy świata.

Bohaterowie to również esencja napędzająca dynamikę „Nawiści”. Każdy z nich toczy wewnętrzne walki, ich życie oplatają i wiążą tajemnice, mroczne niedopowiedzenia i milczenie przeszłości. Sambor, dziecko lasu, wychowany przez Preteritę w otoczeniu świata Przyrody, odkrywa swoje przeznaczenie, wydaje się być najjaśniejszą postacią „Nawiści”, chociaż zagubiony i samotny, przynależy bardziej do Natury. Poznaje smak przyjaźni, miłości, gwałtownych i burzliwych uczuć. Mocne, charakterystyczne rysy odnajdziemy również w postaciach królewskich bliźniąt: Licy i Zadara. Nie żyją oni tak jak pragną, przybierają kostiumy i maski, które szczegółowo zaprojektował dla nich ojciec. Lica ma być silną władczynią, więc Książę wychowuje ją jak mężczyznę. Natomiast Zadar wciąż próbuje udowodnić ojcu swoją wartość i męskość. Zarówno Młody Książę i Księżniczka są osamotnieni, pozbawieni miłości, otoczeni surowością, szukają kogoś, kto mógłby odkryć ich prawdziwą osobowość. Bardzo interesującą postacią jest Preterita, Wiedzmina, czerpiąca swoją siłę z przeczytanych ksiąg i znajomości świata roślin. To wyrazista, mocna osobowość, podobnie jak Książę, którego decyzje i charakter ukształtowały konkretne wydarzenia z przeszłości. Złożony z mrocznych „nawiści”, okryty peleryną z kruczych piór sam przybiera jakby postać człowieka-kruka, osamotnionego, przerażającego, czerpiącego radość ze śmierci, karmiącego się strachem i zadawanym cierpieniem. „Nawiść” dość mocno nawiązuje do symbolu kruka, do jego natury, ptaka traktowanego jako towarzysza śmierci, wojny. 

Powieść Autora Nieznanego., jego prozatorski debiut, porusza wiele tematów, które można wyłuskiwać i rozpatrywać z wielu stron: choćby ścieranie się religii, wojny religijne, przemocowe wprowadzanie nowej religii a zbiorcza pamięć wierzeń ludowych, problematyka władzy i jej wpływ na człowieka, mechanizmy manipulacji.

„Nawiść” Autora Nieznanego. to spleciony, z finezją i wrażliwością literacką, warkocz polskich legend, podań, słowiańskich wierzeń. Poetycka wirtuozeria oplata intensywną i dynamiczną fabułę o znamionach szekspirowskiej intrygi. Odnajduję w tej baśniowo-turpistycznej historii dużo zadr i dylematów współczesnego człowieka, to opowieść o każdym z nas, o wewnętrznym katalogu nawiści, która często wylewa się z nas, podtapia, dusi, zabiera oddech. „Nawiść” ujęła mnie precyzyjnym i wyczulonym zmysłem doboru słów, stylów, bohaterów (zwłaszcza silnych kobiecych postaci). Każdy element jest tu dokładnie przemyślany, nie ma przemilczanych scen – jest odwaga, wyrazistość, szacunek do czytelnika i do tworzonej opowieści. Pisarzowi udaje się spiąć wszystko w przemyślną i niebanalną kompozycję, która zanurza czytelnika w toni fabularnych tajemnic, niespodzianek, językowych i słownych przestrzeni.  Jestem zaskoczona, że tak świetnie można odnaleźć się w tej dość nietypowej formie, lekko eksperymentalnej, ale porywającej narracją i głębią opisu. Odczuwam w tej historii pewną szkatułkowość, rozgałęzienia te, tworzą mikrobaśnie, podszeptują czytelnikowi oniryczne obrazy, pełne fantazji i zmysłowości. „Nawiść” to opowieść stworzona z intensywnych barw: kruczoczarnej czerni, krwistej czerwieni i onirycznej zieleni. To książka do przegadania, do odkrywania, do czytania zachłannego i czytania zapamiętującego, delikatnego, podążającego za słowem. Każdy z nas odkryje w niej coś dla siebie, własną definicję nawiści. 

PS. Nie czekajcie z jej przeczytanie, nie odkładajcie. Zaufajcie, bo poleca i czuwa nad nią, prawdziwa pasjonatka literatury - Kinga Młynarska z bloga Przeczytane.Napisane. Dziękuję jej za polecenie tej książki i odkrycie drzemiącej w niej ogromnej wartości.

Cyt. Autor Nieznany., Nawiść, Wyd. PrimoLibro, wyd. I, Warszawa 2020.

piątek, 29 stycznia 2021

Kosmos, pancernik i robot – czyli w poetyckiej rekwizytorni Żanety Gorzkiej

 

Podjęcie się skatalogowania, słownego ujarzmienia i scharakteryzowania poezji Żanety Gorzkiej, jest wyzwaniem. Przypomina wędrówkę po labiryncie, im bardziej przyglądamy się poetyce tajemniczej autorki, tym bardziej rozgałęzia się strategia i droga interpretacyjna, czasami skazana na błądzenie po wersach, zderzanie się z formą. I gdy już wydaje się nam, że znajdziemy wyjście – szufladkę/etykietę dla wiersza, poetka zręcznie obraca światami (jak kostką Rubika) zamykając czytelnika w totalnym zaskoczeniu. Po debiucie, jakim był „Łokieć jelenia”, autorka kontynuuje drogę poetyckiej wyobraźni bez granic. Gorzka niejako porzuca debiutancki kostium i szyje ze słów, obrazów, poetyckich kalek, kolejne wcielenie. Wydobywa się z gorsetu początkującej poetki, nabiera pewności siebie i kontratakuje nieokiełznaną przestrzenią fantazji. Dodatkowo utrzymuje wokół siebie atmosferę tajemnicy, anonimowości, zagadkowości, ciągłej gry z czytelnikiem, który próbuje rozszyfrować tożsamość osoby piszącej wiersze. Efekt magnetyzmu zostaje podkręcony. Poetyka Gorzkiej wciąga nas jak czarna dziura, w której pozornie jest chaos nagromadzonych przedmiotów, postaci i istot. Ta struktura jest rozpięta dość szeroko – od materii codzienności przez archetypy, pop-ikony, sztuczną inteligencję aż po metaforykę kosmosu.

W tym eksperymencie wciąż jest styl i surrealistyczne korzenie „Łokcia jelenia”, ale o wiele mocniej poetka akcentuje indywidualność, przewrotność słowa i jego niebywałą plastyczność poddaną całkowicie i wyłącznie sferze wyobraźni.

 Druga książka poetycka „Lekko zdenerwowany awatar wybiega z łazienki około północy” (Wydawnictwo J) to dobrze znana (z poprzedniego tomu) zabawa formą i zaklinanie schematów, groteskowy humor, zniekształcanie rzeczywistości i fragmentów codziennego życia. „Łokieć jelenia” miał zaczepić, zaintrygować odbiorcę, drugi tom potwierdza, że Gorzka potrafi bawić się językiem, emocjami odbiorcy i płaszczyznami wiersza.

 

Śliczniutka podmiotka liryczna w świecie emotikonów

Bohaterka wierszy z lekkością przemienia banalność rzeczy i rutynowość (choćby nakładanie kremu, drażniący ubiór) w poetycką materię. Ponownie odzywa się dusza rebeliantki, łobuziary, która będzie próbowała wciągnąć czytelnika w osobliwą grę. I chociaż wydaje się, że podmiotka drwi sobie i nie traktuje poważnie rzeczywistości, zwodzi czytelnika, kryjąc się ciągle pod jakąś charakteryzacją, makijażem, awatarem odciągającym uwagę („Już miałam wam opowiedzieć/ o sobie ale z łazienki wybiegł mój awatar”), to skutecznie polemizuje z formą poezji, wywołuje interakcję.

Choćby zwykła metka odzieżowa, równie dobrze może być metaforą pewnego zaszufladkowania, przypisania i wpisania w konkretną poetykę. Ta świadomość „założonej” poetyki bywa drażniąca, irytująca, gdy chce się być twórcą nieszablonowym. Ten monolog skierowany do uwierającej metki otwiera tom „Lekko zdenerwowany awatar…” i jest to nietypowa przynęta do dalszej lektury (humorystyczna, minimalistyczna, pełna dystansu – prawie każdy z nas dyskutuje w myślach z najdziwniejszymi przedmiotami).

W kolejnych utworach autotematyzm jest tłem codzienności. I ponownie bohaterka droczy się z czytelnikiem, skupia naszą uwagę na szczególe, by później porzucić go i zmienić tło, pozostawić odbiorcę z pytaniami, nieraz w zakłopotaniu i w niemałym zaskoczeniu. Poetyckim motywem zaczynają się dwa wiersze: „Pory szeroko zamknięte” oraz „Tak to wygląda”, jednak już w następnych wersach zostaje on perfidnie przykryty warstwą trywialnej codzienności. Dobrze czyta się poezję w łazience przy jednoczesnym zachwalaniu kremu, a pisze wiersze, pieszcząc „koci zad”. Można odczytać to jako swoisty manifest Gorzkiej, który był też mocno wypunktowany w „Łokciu jelenia”, że wiersz - to przede wszystkim żywioł i życie, splatający się z codziennością, nieraz podszytą delikatną i zaczepną groteską. W tych bardzo lapidarnych i prozaicznych wierszach przebija istotna myśl, a nawet pytanie o plastykę poezji, jej język i dynamizm, poruszanie się poza schematami i przerośniętymi poetykami, zapychającą wyobraźnię „nadmetaforyką”.

Wydaje mi się, że Gorzka wyposaża swoją bohaterkę w zmysł obserwacji, rejestrowania form językowych i przekształcania ich, łączenia nietypowych słów i często kontrastowych stylistyk, co wywołuje komizm lub przemyślane zdeformowanie, humorystyczne zniekształcenie czy nagięcie rzeczywistości. Językowa zabawa w tomie „Lekko zdenerwowany awatar…” również zasługuje na uwagę, bo jest to jeden z mocniejszych filarów poetyki Gorzkiej.

W wierszach czuć wrzenie języka, jego swobodę, dynamizm ale i opieranie się na specyficznych kontrastach. Nagromadzenie zdrobnień, wplatanie dziecięcych odgłosów naśladowania świata („Wiersz dla mojego malutkiego synka który ilekroć widzi lub słyszy wóz strażacki tylekroć robi takie słodziutkie piiip piiip piiip”), kolokwializmów, to ironiczne, a momentami groteskowe portretowanie mowy. Czasami przypomina to język użytkowników mediów społecznościowych, gdzie używa się najmocniejszej retorycznej gradacji, uzyskując efekt przejaskrawiania pewnego fragmentu rzeczywistości. Bohaterka wierszy czuje się w takiej przestrzeni idealnie, mrugając do czytelnika ironicznym „oczkiem”:

Spójrzcie tylko jak prześlicznie przechylam mą kształtną główkę i

wychylam się na gwarną uliczkę z mego balkoniku w stylu francuskim i

podjadam na żywca dojrzałe awokado skropione cierpką limetką i

myślę najczulej o rogowych pachach wszystkich krokodyli różańcowych

bez wyjątku.

(Wspólnota piękna, s. 28.)

 

W wierszach znajdziemy więcej kulinarnych uniesień bohaterki, które również odwracają uwagę odbiorcy, wprowadzają akcenty humorystyczne, ale i są znakiem rozpoznawczym dla poetyki Gorzkiej, kierują uwagę na pewien styl życia i filozofię (w poemacie podmiotka pyta „co jest nie tak z warzywami wy śmieszni śmiertelni mięsożercy?”). W jednym z wierszy „Notatka z frontu poetyckiego” pada wręcz formuła szczęścia:

 Mam obłęd w oczach

i placki na gazie.

 

Czego chcieć więcej?

(Notatka z frontu poetyckiego, s. 27.)

 

Reguły gry są dość specyficzne – albo próbujemy podążać za poetką i rozszyfrowujemy jej metaforyczne kalambury, albo instynktownie przemierzamy wersy, poruszając się po subiektywnych skojarzeniach. Jakąkolwiek strategię obierzemy, nie zabraknie nam podczas lektury dobrej zabawy.

Ułożenie wierszy jest bardzo przemyślane, nie wiem czy był to zabieg celowy, czy może przypadek, ale od wiersza o awatarze, czytelnik podąża jego śladem, aby w momencie  rozdwojenia, zacząć prawdziwy poetycki rollercoaster po obrzeżach wyobraźni.

 

Gdy awatar wybiega z łazienki, czyli scenografia wiersza

Żaneta Gorzka to zręczna sztukmistrzyni, żongluje rekwizytami, światami, scenografią i narracją. W tonie absurdalnej poezji kryje się coś niezwykle teatralnego, filmowego. Poetka pod licznymi awatarami, przebrana w liczne kostiumy, w otoczeniu zwierząt, postaci, przedmiotów, wyłuskuje relacje międzyludzkie.

Osobliwy zwierzyniec, onieśmielający różnorodnością (przykładowy zestaw: pancernik, delfin butlonosy, fenek pustynny) to bohaterowie zamieszkujący wiersze Żanety Gorzkiej. Ich pojawienie się wnosi humor, sarkazm, trochę surrealizmu i abstrakcji. Szczególny pod tym względem jest wiersz, a raczej jego obszerny tytuł (długie tytuły będące same w sobie poezją, to charakterystyczne elementy twórczości Gorzkiej), w którym zwierzęta tworzą dziką matrioszkę: „Superman klasy S+++ (No Mercy) (zwłaszcza od końca października do połowy stycznia na półkuli północnej) walczy na śmierć i życie z mandrylem barwnolicym przebranym za kazuara hełmiastego udającego pytona siatkowanego zachowującego się jak obrażony na cały świat zachodni goryl wschodni i zwycięża”. Gorzka jest mistrzynią abstrakcyjnych tytułów, które całkowicie zawłaszczają przestrzeń wiersza, stają się jego centrum, wielopoziomowym miąższem. Przytoczony tytuł przypomina teatralne didaskalia, które również pojawiają się w innych utworach. Poetycką jednoaktówką nazwałabym wiersz z pogranicza teatru absurdu i awangardy – „Dawno dawno temu (jeszcze przed dinozaurami)” o relacjach damsko-męskich.

Całą paletę znaczeń zarysowuje również tytułowy awatar jako poetyckie wcielenie, kostium, teatralna maska czy rekwizyt, pozwalający na rozwijanie i poszerzanie płaszczyzny wiersza. To również sposób na przemycenie awangardowej lekkości i groteskowej narracji bohaterki, tajemniczej i nieobliczalnej młodej poetki.

Scenografie, po których porusza się awatar autorki, to wariacje komiksowych i filmowych kadrów, dekoracje z popkulturowym i feministycznym pazurem. Nie brakuje też domowych wnętrz i kątów, przyozdobionych surrealizmem. I nawet widok z okna może być zaskakujący, gdy obserwujemy waleczny poranek: „Świt przysoliwszy nocce z bańki zasiadł okrakiem/ na horyzoncie jak jakiś faraon (Ptah XXII)” lub „spryciulę” noc, która „swym niebosiężnym jęzorem zlizała przed chwilą resztki/ z dnia”.

Płaszczyzny przeszłości i przyszłości, a także współczesności nachodzą na siebie. Bardzo swobodnie i pewnie, wręcz zaczepnie, porusza się po nich bohaterka wierszy, przemierzająca zakamarki irracjonalnych snów, jak i diagnozująca świat z domowych pieleszy. W tomie Gorzkiej tło wiersza ma wiele realizacji i form: może być eksperymentalne, perswazyjne, mozaikowate, ale i codzienne, banalne i zwyczajne. Budowanie absurdalnych i surrealistycznych obrazów - to kolejny element gry, zabawy formą i przekraczania kolejnych granic.

Interesującą scenerię posiada wiersz „Robot i ja: pieśń przyszłości: a trochę legenda”, nawiązujący do postapokaliptycznych wizji świata, w którym „poetka jest od tego żeby służyć robotowi”. Bohaterka przemierza „rozległą równinę” niosąc na „grzbiecie ciężkiego w cha robota”. Postać robota wydaje się bardzo ludzka, emocjonalnie skomplikowana, doświadczająca samotności i tęsknoty. W podobnej tonacji zostaje utrzymany tanatologiczny wiersz „Elo istoty zdolne do myślenia abstrakcyjnego”. Opis śmierci przypomina rozpad ciała cyborga, maszyny z „rozklekotanym kadłubkiem”. Kiedy odpada „tabliczka znamionowa” (może to dusza, tożsamość, poczucie bycia i istnienia) kontrolę na ciałem przejmuje „Ciemny Duch”, rozkładający elementy ciała na części zamienne. Ciemny Duch (być może to metafora Śmierci) staje się jednocześnie pocieszycielem, dzięki niemu opowieść wciąż trwa: „opowie wam bajkę/ piękną jak cholera i długą jak nie wiem co”.  

Pod warstwą cynizmu i sarkazmu tętni w wierszach Gorzkiej coś przeraźliwie ludzkiego, fascynującego i pociągającego. Pozornie chaotycznie zszywana scenografia i kostiumy, sprawiają, że wiersze układają się w tematyczny patchwork. Łączenie nieprzystających do siebie obrazów, skrawków i imaginacyjnych fragmentów, tworzy wielowymiarową scenę, na której wyobraźnia gra główną rolę. Ten poetycki patchwork jest dokładnie zaprojektowany i przemyślany, a to, co wydaje się być poza marginesem naszej uwagi, zostaje sprytnie wkomponowane w całość (choćby roboty czy pojawiające się znikąd okapi albo puentujący wiersz sarkastycznie delfin: „Miła po kiego ci puder/ w wodzie?”).

 


Marzenia i trociny, czyli 1001 kosmicznych powodów bycia sobą

bo twój poemat otwiera nas na możliwości wspólnego monologu wewnętrznego z kosmitami (s.38)

Żaneta Gorzka preferującą i lubująca się w krótkich, minimalistycznych formach zaskakuje czytelnika obszernym poematem „Kosmos cię chce: poemat”. Paleta argumentacji jest tu równie abstrakcyjna, co próba zdefiniowania przestrzeni kosmicznej.

Podmiotka, zbuntowana poetka, ukrywająca się przez cały tom za kolejnymi awatarami i metaforami, nagle otwiera się przed czytelnikiem w monologu, przypominającym osobisty, wewnętrzny pojedynek na argumenty, potwierdzające przynależność do kosmicznej materii. Fragmentaryczność, rozczłonkowane urywki, – nie ułatwiają odbioru, ale czytelnik na ma tu za zadania rekonstruować spójnej opowieści, lecz dać się ponieść lawinie ekscentrycznych obrazów. 

Poemat to kreacyjna opowieść o „lirycznym ja”, to 1001 odbić podmiotki i jej irracjonalnego świata. Kolejne powody utwierdzają poetkę, że łączy ją z kosmosem bliska więź, że jest mu potrzebna. To narracja pełna humoru i ciągłego mrugania do czytelnika, który zastanawia się ile kreacji, masek, mieści ten poemat. Przypomina to trochę potok myśli, strumień świadomości, rejestrujący wszystkie obrazy, które przechowuje umysł. Wyobraźnia to impulsywna struktura, nieuporządkowana, jest wręcz wysypiskiem sformatowanych motywów zapisywanej rzeczywistości.

„Wypchana marzeniami” podmiotka nie daje się zdefiniować w kilku słowach, to projekt rozpisany na wiele wymiarów. To osobowość, której nie da się ująć w standardowy, jednolity sposób. Poemat umożliwia rozbicie osobowości bohaterki na 1001 drobiazgów, szczegółów które mogą stworzyć osobną opowieść czy kolejne wymiary. Gorzka, w groteskowy sobie sposób, pyta o kondycję poezji, o jej odbiór we współczesnym świecie, ironizuje, bywa uszczypliwa, trywialna, ale i polemiczna.

W tym gąszczu słów i obrazów znajdujemy ujęcia cielesności - ponownie ujętej biegunowo: w fazie młodości (traktowanej ironicznie: „jako młoda dziewczyna czujesz się najczęściej jak kompostowiec różowy szukający na ślepo miłości”) ale i rozpadu (dosadny turpizm) :

 

bo większa powierzchnia twojego ciała pokryta jest gęstą siatką pęk-

nieć przypominająca zmarszczki zwisające z oczodołów żyły zadomowiły

się tu na dobre brakuje dolnych kończyn i miednicy straszy sparszywiały

mózg z którego odpadło sporo płatów (ech) (s.41).

 

W tej filuternej i groteskowej argumentacji próbujemy złożyć własny obraz bohaterki, kobiety kosmicznej, która okazuje się miłośniczką zwierząt, „patrzącą do wewnątrz”, wielbicielką zdrowej żywności i ekologii, czerpiącą radość równie intensywną z jedzenia, jak i z tworzenia poetyckich światów. Pozostaje wciąż jednak nieodkrytą i tajemniczą postacią, pełną sprzeczności i dystansu do siebie i rzeczywistości. Zastanawiające jest, że wśród tych odłamków wybrzmiewa też jej nieoczywista wrażliwość:

bo lubisz ciszę tuż po deszczu (szacuj drzew) więc zaraz po tęczy

wyruszasz w podróż i wracasz zakochana (nie zawsze) (s. 42).

 

Po tych wersach poemat się urywa, przerzucana argumentacja trwa dalej w umyśle bohaterki, by zakończyć się na liczbie 1001. Spośród 1001 drobiazgów poetka dokonuje selekcji, ponownie raczy czytelnika fragmentami, ukrywając głęboko całość (pytanie brzmi: czy napisaną czy pozostająca w domysłach).

„Lekko zdenerwowany awatar wybiega z łazienki około północy” i zabiera nas w podróż po najbardziej krętych zakamarkach wyobraźni. Połacie abstrakcji przemierzamy mając za przewodników: tytułowy awatar, liczny zwierzyniec (który często ma wiele do powiedzenia) i umysł młodej dziewczyny, „wypchany marzeniami i trocinami”. Poetyka Żanety Gorzkiej zarysowana w debiutanckim „Łokciu jelenia” ponownie nawarstwia się i prowokuje w drugiej książce poetyckiej. To rozgałęzienie form i obrazów ma na celu uwieść czytelnika zaskoczeniem i imaginacyjną anarchią wobec schematów. Poetycki kolaż Żanety Gorzkiej wciąż wywołuje efekt bycia kilka kroków przed czytelnikiem. To wiersze pełne szczelin, grząskich rejonów i eksperymentów, zachęcające do otwartych i polemicznych odczytań. Efekt Żanety Gorzkiej wciąż trwa, oby jak najdłużej zaskakiwał i karmił wyobraźnię odbiorców. 

Cyt. Żaneta Gorzka, Lekko zdenerwowany awatar wybiega z łazienki około północy, Wydawnictwo J, Wrocław 2020.

Dziękuję Autorce za egzemplarz książki