poniedziałek, 29 września 2014

Fabryka koszmarów Mastertona


Graham Masterton należy do pisarzy, którzy potrafią trzymać w napięciu czytelnika aż do ostatnich stron. Tym razem autor zabiera nas w podróż do świata snu, irracjonalnych zdarzeń  i indiańskich wierzeń. Powieść o wymownym tytule „Śpiączka” zainspirowana została historią związaną z wulkanem Shasta w Kalifornii. Indianie wierzyli, że Shasta posiada magiczną moc, jest miejscem boskim. Amerykanie dalej  wierzą w jej legendarną moc, nic więc dziwnego, że Shasta staje się tłem przedziwnych wydarzeń.   
Michael wraz z narzeczoną stają się ofiarami wypadku samochodowego. Kobieta ginie, a mężczyzna z ciężkimi obrażeniami trafia do pobliskiego szpitala. Bohater traci pamięć, nie wie kim jest i dlaczego znalazł się w klinice. Michael zostaje otoczony troskliwą opieką, a w powrocie do zdrowia pomagają mu mieszkańcy Trinity. W tym czasie gościnę proponuje mu Isobel, która wydaje się bardzo atrakcyjną i życzliwą osobą. Mężczyzna jest jednak nieufny, podejrzewa, że nie jest Gregorym Merrickiem, za którego wszyscy go uważają. Niestety nie może sobie przypomnieć kim naprawdę jest. Jednego jest pewny, znalazł się w dziwnym miejscu, kryjącym wielką tajemnicę. Przerażają go ludzie, którzy obserwują w nocy dom Isobel, zastanawia brak ludzkich śladów na śniegu oraz własna amnezja.  Michael nie potrafi zrozumieć dlaczego ciało Isobel jest zimne. Kim tak naprawdę są mieszkańcy Trinity? Dlaczego żyją na pustkowiu, pozbawieni łączności ze światem? Co tak naprawdę kryje góra Shasta? Może Michael dalej śni, pogrążony w komie, a może prawda jest o wiele bardziej przerażająca…
Lubię opowieści, które wypływają spod pióra Mastertona. Owszem są czasami absurdalne, niewiarygodne, ociekające brutalnością i demonicznością. Ale jestem czytelnikiem, który lubi się bać. Śpiączka raczej do takich powieści nie należy, ale ciekawość każe nam przewracać jak najszybciej kolejne stronice. 
Spodziewałam się bardziej skomplikowanego rozwiązania tajemnicy. Interesujące jest zakończenie, które równie dobrze mogłoby być początkiem kolejnej opowieści. Masterton lubi otwarte zakończenia i stosuje ten chwyt w wielu swoich książkach. Miasteczko Trinity przypomina kryjówkę zombie, pułapkę, z której nie można uciec. Z jednej strony miejsce to jest przeklęte, a z drugiej staje się przepustką do nieśmiertelności. Michael jako jedyny w tej spokojnej społeczności pragnie odkryć prawdę. Jest wręcz chorobliwie ciekawski i podejrzliwy. Podświadomie nie akceptuje swojej nowej tożsamości. Niczym rasowy detektyw śledzi, analizuje wypowiedzi mieszkańców, lekarzy. Wszystko czego doświadcza bohater Śpiączki wymyka się racjonalnemu pojmowaniu rzeczywistości.
 Michael stanie przed wieloma wyborami moralnymi, co również nie jest obce prozie Mastertona. Jego bohaterowie w trudnych, ekstremalnych sytuacjach pokazują zupełnie inną twarz. Autor Śpiączki grzebie w ludzkiej psychice, wyciągając najmroczniejsze potwory i koszmary. 

Masterton miesza erotyzm, horror, thriller i fantastykę, tworząc wciągające powieści. Pomysłowości i kreatywności nie można mu zarzucić. Chociaż nie wszystkie jego książki trzymają ten sam poziom, to jednak Śpiączka zalicza się do tych lepszych.    

sobota, 27 września 2014

Odkryć historię Polski na nowo, czyli niezwykła Cherezińska

Historia Polski to gąszcz nazwisk, dat, bitew oraz całe dynastie władców, w których można się pogubić i znienawidzić. Nic więc dziwnego, że nie przyciąga to zwykłych śmiertelników. Przygoda z historią kończy się zazwyczaj wraz z ukończeniem szkoły. Nie ma się czym chwalić ale i ja byłam ignorantką jeżeli chodzi o historię. Wszystko zmieniło się dzięki książce Elżbiety Cherezińskiej "Korona śniegu i krwi", porównywanej do "Gry o tron" Martina. A ja powiedziałabym nawet więcej - to niezwykła historia Polski, która budzi w czytelniku uśpionego miłośnika średniowiecznej Polski. Delikatna fantastyczna osnowa jest tylko tłem dla "soczystych" portretów bohaterów. Cherezińska w niebywały sposób inspiruje się słowiańską mitologią, która okazuje się być intrygująca, magiczna i dodatkowo nasza.

"Korona śniegu i krwi" opowiada historię Przemysława II, księcia Starszej Polski, który dojrzewa do walki o polski tron. Obok głównego wątku autorka maluje losy ludzi z otoczenia księcia, jego kolejnych żon, przyjaciół i wrogów. O przyszłość państwa polskiego walczą nie tylko książęta i szlachta, ale i zapomniani czciciele pogańskich bogów. Kult Matki Ziemi współistnieje z wzrastającym chrześcijaństwem. Obok historycznych faktów, które zostają przedstawione wyjątkowo pociągająco, niczym powieść sensacyjna, pełna intryg, spisków i trucizn płynących w wielu kielichach, czytelnik poznaje świat baśni, dziwów i cudów. Cherezińska nie boi się powołać do życia strzygi, demony oraz wilkołaczyce. Nawet herby możnowładców żyją własnym życiem, niczym dusze ich władców. A jeżeli księżna Kinga, żona Bolesława V Wstydliwego, nazwana jest świętą to zostaje opisana w taki sposób, że nie mamy absolutnie żadnych wątpliwości, że tak jest.
Piastowie to ludzie, którymi targają silne emocje, pełne namiętności i pasji. Nic więc dziwnego, że płaczemy wraz z bohaterami na pogrzebach, cieszymy się na ucztach i turniejach. Nie brakuje także humoru i tego wyjątkowego kolorytu epoki średniowiecza. Autorka zręcznie żongluje postaciami, zmyślnie snuje opowieści połączone z legendami. Okazuje się, że kobiety uwiecznione przez historię jako cienie swych wielkich mężów, miały o wiele więcej do powiedzenia niż się nam wydaje. To prawdziwe intrygantki, waleczne lwice, oddane całkowicie swojej sprawie. Czy to niewinne księżne czy uwodzicielskie kurtyzany, pracowite gospodynie czy dwórki - autorka znajduje dla nich godne miejsce w swojej historii. Pisarka wyciąga najciekawsze, mroczne tajemnice Piastów, tym samym zarażając czytelników magią niedocenianego średniowiecza, czasów prawdziwych rycerzy, krwawych bitew i przedziwnych intryg.
 Świat "Korony śniegu i krwi" przyciąga, pochłania naszą całą uwagę, nie pozwala oderwać się nawet na chwilę. Powrót do współczesności jest wyjątkowo bolesny, bo chciałoby się jak najbardziej odwlec w czasie lekturę. Tym bardziej, że zakończenie powieści pozostawia czytelnika z pustką, niedosytem.
Książkę Elżbiety Cherezińskiej można polecić nawet tym, którzy omijają historię szerokim łukiem. Niezwykłość snucia opowieści przez Cherezińską uwiedzie każdego i otworzy oczy na wiele spraw związanych z naszą przeszłością. A mamy być z czego dumni. Nasza historia dzięki tej książce nabiera żywych kolorów, czerwonych jak krew, białych jak skrzydła orła i zielonych jak dziewicze lasy, pełne kapłanek Matki Ziemi. 
Elżbieta Cherezińska potrafi ożywić zakurzony świat polskich Piastów i robi to z niebywałą lekkością, zmysłowością i pasją, niespotykaną wśród polskich pisarzy. Dla takich książek warto poświęcić kilka nocy i polecać każdemu kto lubi czytać. Dla takich książek warto czytać :)
 A może ta książka przełamie także barierę nieczytania wśród ludzi stroniących od książek...

środa, 24 września 2014

Książkojad w kinie: Miasto 44

Miasto 44 to pomnik naszej przeszłości, hołd oddany powstańcom, całemu pokoleniu, które poświeciło swoją młodość w imię walki o lepsze jutro. To film, który budzi wiele kontrowersji, ma swoich przeciwników, którzy zarzucają mu banalność i wybujałe efekty specjalne czy nadmierny wpływ popkultury. Jan Komasa to odważny, młody reżyser, który postanowił nakręcić film o młodych ludziach, którzy uczestniczyli w Powstaniu Warszawskim. Nie jest to film historyczny o powstaniu i nawet go nie udaje. To film o ludziach, emocjach, o utraconej młodości. O stracie. O tym czym jest piekło.

Kiedy oglądamy zniszczoną Warszawę, jej ruiny, zamieniające się w cmentarzysko chcemy uciec, schować się przed koszmarem. Drżymy na samą myśl co czai się za kolejnym murem, gruzowiskiem. Widzimy jak młodzi ludzie tracą swoje złudzenia. Wojna to nie zabawa, śmierć jest szybka i niespodziewana. Ich wyobrażenia o byciu żołnierzem są wyidealizowane, przesiąknięte romantycznym heroizmem. Zderzenie z brutalnym, mrocznym i diabolicznym żywiołem wojny kształtuje innych ludzi. 
Pomimo wojennej apokalipsy, makabrycznych obrazów śmierci czy destrukcji miasta w młodych ludziach rodzi się uczucie. Stefan, Biedronka i Kama kochają, nienawidzą, zdradzają. Chłoną zachłannie emocje i uczucia, proste obrazy. Bo jutro nie istnieje. 
Nowe, nieznane twarze aktorów występujących w Mieście 44 to zaleta filmu. Są oni nieskażeni popularnością, celebrytowaniem, są wiarygodni w historii, którą pokazują.

Jedna scena była dla mnie zgrzytem i wielkim rozczarowaniem - pierwszy pocałunek Stefana i Biedronki podczas ostrzału. Poczułam się jakbym oglądała film fantasy na granicy kiczu. Ale tak właśnie wygląda pierwsza część filmu pokazująca przyszłych powstańców jako herosów o wybujałym ego, których powstanie uczy pokory. Tracą wszystko co kochają, a cała magia ginie pod ostrzałem niemieckich czołgów. Komasa ostro zarysowuje granicę, pokazując przemianę bohaterów, ich problemy i dorastanie. 
Miasto 44 to bolesny film, drastyczny, uwypuklający to,co najbardziej przeraża w wojnie. Tak naprawdę nie zdajemy sobie sprawy przez jakie piekło musieli przejść ci ludzie. Dla niektórych to będzie tylko film, po którym powrócą do swoich domów, tabletów, rutyny. Ale być może dla części widzów będzie to powód do zastanowienia nad rzeczywistością, nad tym jak wiele mamy. Miasto 44 przypomina nam o odwadze i poświęceniu ale i o stracie wszystkiego co kształtuje człowieka.  Obraz Jana Komasy niesie ziarno nadziei ale zamknięte w ogromie przerażenia i katastroficznych wizji. 
Powstanie Warszawskie 1944 to dramatyczne historie wielu istnień, a Miasto 44 pokazuje tylko wycinek losu powstańców . Ale jakże skondensowany, wymowny, brutalny i ... prawdziwy.

Piosenka z filmu "Zakazane piosenki" - "Warszawo ma"


niedziela, 21 września 2014

Podręcznik optymisty

   Macie za sobą ciężki tydzień? A może wstaliście lewą nogą? Mam dla Was wspaniałe antidotum na wszelkie smutki i smuteczki, pochmurną niedzielę oraz przypalony obiad . Wyłączcie telewizor i otwórzcie książkę. "Poradnik pozytywnego myślenia" pokaże Wam świat w innych kolorach i nawet nie musicie zakładać różowych okularów...
Matthew Quick  stworzył niesamowitą powieść, ciepłą, humorystyczną, niosącą dużą dawkę optymizmu. 
Pat po kilku latach w psychiatryku wraca do rodzinnego domu. Nie pamięta dlaczego znalazł się w szpitalu, ale ma jedno ogromne marzenie, którym jest powrót jego ukochanej żony. Pat jest gotowy na wszystko aby stać się lepszym człowiekiem i odzyskać małżonkę. Mordercze treningi, tabletki, regularna terapia, spotkania z terapeutą i bycie miłym mają mu w tym pomóc. Rodzice i znajomi unikają tematu jego obsesji. Ale on wierzy, że jego życie to film i wszystko zmierza do szczęśliwego zakończenia. Musi tylko zmienić się, przeczytać te same książki co jego żona i panować nad swoimi emocjami, a wtedy wszystko się ułoży. Kiedy poznaje Tiffany, nie potrafi znieść jej natrętnego towarzystwa i wspólnego biegania. Tiffany to kobieta po przejściach, zwariowana nimfomanka, cyniczna i wulgarna. Pomiędzy nimi rodzi się przyjaźń, która zostaje wystawiona na ciężką próbę.

"Poradnik pozytywnego myślenia" to historia wielu ludzi, którzy mają problemy z relacjami międzyludzkimi, z okazywaniem uczuć, z utratą kogoś bliskiego. Autor jednak unika dramatyzmu, pozwala spojrzeć na świat oczami Pata, który niczym dziecko wierzy, że każda historia ma szczęśliwe zakończenie, a życie to bajka. Bohater stawia czoło nie tylko brutalnej rzeczywistości ale i próbuje walczyć z własnymi lękami i wspomnieniami. Jego prawdziwym antidotum staje się Tiffany. To dzięki niej Pat przypomina sobie powód rozstania z żoną. Natomiast kobieta odnajduje prawdziwe oparcie dzięki przyjaźni z Patem. 
Szczęście to spotkania z bliskimi, wspólne pasje ( w tym przypadku sport i ulubiona drużyna, której dopinguje cała rodzina), rozmowy i zaufanie. Nie tylko Pat czy Tiffany mają problem ze swoim wnętrzem ale i ojciec Pata, zawsze milczący, surowy, gburowaty. Bohaterowie pokazują nam, że trudno jest okazywać uczucia, co rodzi barierę między nami, a światem.
Urzekły mnie wspaniałe kreacje głównych bohaterów, ich upór i optymizm, zaraźliwy i szczery. W tym wypadku warto przeczytać książkę i obejrzeć film, który jest tylko inspiracją powieści i wiele wątków zostaje inaczej zinterpretowanych. Ma to duży plus, bo czyta się i ogląda "Poradnik pozytywnego myślenia" z przyjemnością.

sobota, 13 września 2014

Erotyzm okiem polskich pisarzy i pisarek

Nie czytuję powieści erotycznych. Chociaż wypróbowałam na sobie "Pięćdziesiąt twarzy Greya" i nie czuję się z tym dobrze. Wypożyczyłam, przeczytałam i nic. Nawet nie chciało mi się pisać o tej powieści recenzji, bo jak ktoś się uprze to i tak przeczyta. 
Co więc podkusiło mnie do przeczytania zbioru 10 opowiadań "Zachcianki". Nazwiska autorów . Sylwia Chutnik, Łukasz Dębski, Jacek Dukaj, Manuela Gretkowska, Krystyna Kofta, Wojciech Kuczok, Zygmunt Miłoszewski, Grażyna Plebanek, Magdalena Tulli, Szczepan Twardoch. Znakomite grono, z nimi nie mogłam się nudzić. Tak przynajmniej myślałam...
Chciałam przekonać się jak polscy literaci zmierzą się z tematem seksu, erotyki. Okazuje się, że nie jest to proste zadanie i niektóre z tych opowiadań są po prostu nudne, aż musiałam sprawdzać kilka razy nazwisko autora czy to na pewno spod jego pióra wyszło to "dzieło". Na pewno najmniej pasowała do całej reszty opowiadanie Jacka Dukaja, z wyższej półki, zbyt trudne aby je połknąć w całości. Jednak to kobiece utwory szokowały najbardziej wulgarnością i bezpośredniością, panowie pisarze tak jakby słabiej, bardziej stonowani. Może właśnie na tym zależało wydawnictwu, aby kombinacja była oryginalna, kontrastowa. 

"Zachcianki"  to bukiet różnych barw erotyzmu i miłości - od wyzwolonej, zakazanej, kazirodczej po futurystyczną, opisywaną jako towar, rodzaj usługi, sprawiającej przyjemność i wyzwalającej od zła ówczesnego świata.
Podobało mi opowiadanie Sylwii Chutnik łączące losy dwóch kobiet, doświadczających w różnym stopniu  utraty. Jest to historia kobiecych poszukiwań, w których namiętność jest tylko delikatnym tłem. Wojciech Kuczok zaskakuje w "Momentach" zaskakuje, prowadzi czytelnika niewinnymi ścieżkami, które okazują się być mocno pokręcone.
Z Miłoszewskim chyba najbardziej było mi po drodze i jego wizja korporacyjnego biznesu erotycznego jak najbardziej mnie przekonała. "Idealny dzień lata"  pokazuje jak mógłby wyglądać nasz świat nastawiony wyłącznie na przyjemności seksualne. Szkoda tylko, że opowiadanie takie krótkie, ale  mogłoby przerodzić się w jakąś futurystyczną powieść z wątkiem kryminalnym. 
Najwięcej spodziewałam się po Szczepanie Twardochu ale jego utwór "A martyr for my love for you"  wywietrzał mi całkowicie z głowy i nie pamiętałam fabuły kolejnego dnia. 
Łukasz Dębski i jego bohater doktor Motyl, zaskoczył oryginalnym humorem i ciekawymi motywami filmowymi. Niestety ciężaru antologii nie uniosła Manuela Gretkowska swoim "Chanel5", chyba miało być komicznie ale efekt ten nie utrzymał się zbyt długo, jak podrobione perfumy...

Podsumowując, "Zachcianki" to niezbyt udany eksperyment, ale o niebo lepszy niż powieści erotyczne, znajdujące się na listach bestsellerów.

A o tym jak pisać się nie powinno i do czego to prowadzi możecie przeczytać tutaj.  Ten tekst powalił mnie z nóg. :)
 Ku przestrodze drodzy czytelnicy, ku przestrodze..


Książka przeczytana w ramach wyzwania :

czwartek, 11 września 2014

Czeskie spotkania Mariusza Szczygła


    Mariusz Szczygieł to niekwestionowany mistrz literackiego reportażu. To ludzie tworzą historię i tego trzyma się autor niezwykłej książki o Czechach. „Gottland” to zbiór reportaży ukazujących trujące opary komunistycznej ideologii, reżimu, zniewalającego wszelkie dziedziny życia społecznego i kulturowego. 
Uderzyło mnie, że tak mało wiem o naszym sąsiedzie. Książka Szczygła pozwala odetchnąć czeskim życiem, posmakować  fragmentów historii oraz języka. „Gottland” nie odkrywa wszystkich kart, zostawia czytelnika z poczuciem braku ale i chęcią poszerzenia swojej wiedzy.  Dziennikarz dzieli się z swoją ogromną fascynacją  jaką są Czechy i robi to zaraźliwie.
Kilka reportaży zapadło mi głęboko w pamięci – o korzeniach firmy Bata, która dla przeciętnego człowieka jest firmą produkującą buty. Tak naprawdę jej historia to dzieje dwóch mężczyzn, którzy chcieli stworzyć ogromne imperium produkcyjne. Pracownicy Baty żyli w sztucznym świecie, w którym liczyła się tylko sprzedaż oraz żelazne zasady. Skomplikowane wydaja się być także losy Lidy Baarovej, aktorki, kochanki Göbbelsa.  
Okładka książki ukazuje zburzony już monumentalny pomnik Stalina, którego twórcą był niejaki Otakar  Švec. Jego kosztowne „dzieło” zniszczyło zarówno jego życie jak i najbliższych.
Czescy pisarze w okresie komunizmu nie mieli lekko. Najbardziej ucierpiała na tym literatura popularna:

„Władza zarządza, że zlikwiduje się to, co sprawia łatwą radość. Powołuje komisje likwidujące. Mają one zewsząd jak najprędzej usunąć powieści przygodowe, kryminalne, miłosne, szpiegowskie, science fiction oraz horrory.  (…) Komisje przeszukują księgarnie, drukarnie i wydawnictwa, a szczególną uwagę poświęcają antykwariatom. (…)Ponieważ komisje nie dają rady z selekcją, organizuje się publiczne zbiórki szmiry. Uczniowie szkoły podstawowej (…) rozdzierają książki na bardzo małe kawałki (od razu na miejscu zbiórki), aby mieć pewność, że egzemplarze nigdy nie wrócą do czytelniczego obiegu.” (s. 171-172)

Szczygieł splata ludzie losy, śledzi ich drogi, które przeplatają się z najważniejszymi wydarzeniami z historii Czech. Jego reportażom daleko do optymizmu, odbijająca się w nich rzeczywistość jest realistycznie szczera aż do bólu.  
 Jeżeli jeszcze nie zetknęliście się z twórczością Szczygła to pora nadrobić zaległości, bo tak wciągających  reportaży jest bardzo mało i trafiają się niezwykle sporadycznie. 

*Cytaty pochodzą z książki M. Szczygła, "Gottland", Wyd. Czarne, Wołowiec 2010. 

czwartek, 4 września 2014

Celaena Sardothien powraca

     Długo nie mogłam otrząsnąć się po lekturze drugiej części „Szklanego tronu” S. J. Maas. Zachodzę w głowę co autorka zrobiła z główną bohaterką? Z silnej i niezależnej kobiety  nie pozostało dosłownie nic.  Zamiast tego autorka uraczyła nas postacią rozchwianej emocjonalnie nastolatki, która nie jest świadoma swoich pragnień, marzeń, nie potrafiąca stawić czoła problemom. To nie jest Celaena, którą  polubiłam. Czuję się oszukana, bo postać była głównym atutem tej powieści.
„Korona w mroku” rozpoczyna się od kolejnego zlecenia, które realizuje Królewska Zabójczyni.  Tym razem Celaena likwiduje wrogów króla, trafiając na ślad buntowników, chcących usunąć go z tronu. Dziewczyna nie ufa swojemu zwierzchnikowi i podejmuje się dość ryzykownej gry. Po odrzuceniu zalotów Doriana, rzuca się w ramiona Chaola. Kapitan próbuje ukryć swoje uczucia, walczy sam ze sobą, ale tak naprawdę dobrze wie, że przed miłością nie ma ucieczki. Ich romans osłabia czujność zabójczyni, co doprowadzi do wielu dramatycznych sytuacji.  Dawna, mroczna magia również nie śpi i ujawnia się w najmniej oczekiwanym momencie. 
 Celaena znów będzie musiała stawić czoła przeszłości, magii i własnym słabościom. Od jej wyborów zależy życie jej najbliższych przyjaciół...

Po lekturze „Szklanego tronu” postawiłam wysoko poprzeczkę drugiej części. I okazało się, że „Korona w mroku” to słaba podróbka. Owszem nie brakuje niezwykłych zwrotów akcji i zaskoczenia. Celaena kocha czytać książki i to w nich zagłębia się na długie noce, szukając odpowiedzi na wiele pytań.  Niestety jej rozterki miłosne przysłaniają całą historię. W tym tomie zyskuje w moich oczach Dorian, który z rozpieszczonego książątka staje się dojrzałym i szlachetnym mężczyzną. Chaol nie wydaje mi się interesującą postacią, jest nudy i nijaki w porównaniu z innymi. Cechuje go ogromna odwaga, tego nie można mu odmówić, ale jest zamknięty w sobie, wiecznie zatroskany i pochmurny. Jego romans z zabójczynią to jeden z najsłabszych momentów w powieści. Nie wspomnę o samej Celaenie, której postać zmieniła się diametralnie. Nie brakuje jej odwagi aby pozbawiać innych ludzi życia, ale blednie na sama myśl o odpowiedzialności. Podświadomie wie kim naprawdę jest, ale próbuje za wszelką cenę okłamywać siebie i innych. Obwinia Chaola za własne błędy, zrzucając na jego barki winę. Jej nastoletnie rozterki irytują. Autorka zafundowała głównej bohaterce rozdwojenie jaźni, bo inaczej nie potrafię wytłumaczyć sobie takiej zmiany. Pani Maas pokusiła się też na uśmiercenie kilku ciekawych postaci, niszcząc intrygujące wątki. No cóż nie każdy może być Georgem Martinem…
Taka wersja „Korony w mroku” jest dla mnie ogromnym rozczarowaniem. Zabrakło tej magii i rozmachu, dzięki którym „Szklany tron” podbił moje serce. Może i Celaena jest bardziej ludzka, kiedy targają nią sprzeczne emocje – dla mnie to marionetka, której los jest mi obojętny.

Pozostaje mi tylko nadzieja, że trzeci tom osuszy łzy i spotkam znowu prawdziwą Celaenę…
Ciekawa jestem opinii innych czytelników, czy podzielają moje wrażenia czy wręcz przeciwnie -  "Korona w mroku" okazała się o wiele lepsza od pierwszego tomu?    
Zapraszam do pozostawienia swojej opinii w komentarzach  :) 

środa, 3 września 2014

Książkojad w kinie: LUCY

      Luc Besson lubi niewiarygodne historie i chyba za to go podziwiam. Nie będę udawać, że jestem ekspertem od kinematografii a ta recenzja jest tylko emocjonalnym zlepkiem moich obserwacji. Są filmy, które zmieniają ludzkie życie, ale spokojnie "Lucy" do nich nie należy (niestety!). 
Fani kina Bessona nie będę potrzebowali specjalnej przynęty aby obejrzeć jego najnowszą produkcję. Spodoba się też umiarkowanym wielbicielom kina akcji i fantastycznych teorii. 

Tytułowa bohaterka to zwykła, przeciętna studentka, która staje się ofiarą przemytników nowoczesnego narkotyku. Jej brzuch staje się skrytką, w której zostają umieszczone saszetki z narkotykiem. Mafia nie przebiera w środkach i Lucy nie ma innego wyboru, musi przemycić tajemnicze tabletki do Europy. W trakcie podróży zostaje pobita przez jednego z gangsterów, co powoduje pękniecie jednego z woreczków z narkotykiem, który przedostaje się do organizmu dziewczyny. Lucy przeistacza się w istotę, wykorzystującą w pełni swój mózg. Teraz świat nie ma dla niej granic...
Zaskoczyła mnie Scarlett Johansson w roli głównej bohaterki, która jest taką hybrydą Terminatora i Neo z filmu "Matriks". Historia nie jest odkrywacza, to już było i to w różnorodnych konfiguracjach. Otoczkę tworzy naukowa teoria (a raczej hipoteza), głosząca o niepełnym wykorzystywaniu możliwości naszego mózgu. A w tle pobrzmiewa pytanie o ludzkość, o jej początek i główne cele. Wiedza czy raczej inteligencja stają się punktem centralnym całej historii.  
Początek i koniec. Lucy to także jedno z ogniw ewolucji człowieka, fragment układanki praczłowieka, a Besson stworzył najinteligentniejszą jej wersję - super człowieka, a raczej istotę wykraczającą ponad rozumienie gatunku homo sapiens.
Może to tylko złudzenie ale Besson lubi  kobiety. Tworzy bohaterki posiadające wdzięk i niezwykłe umiejętności. To jakiś fragment bogini, który próbuje wskrzesić. Jego bohaterki to klucze, artefakty surrealistycznego świata, zmieniające rzeczywistość. Siła kobiet jest niezaprzeczalnie większa niż osobników płci męskiej.
Lucy staje się kimś obcym, wzbudzającym strach i przerażenie. Nie jest jednak sobą, ta zwykła dziewczyna, studentka staje się formą, ciałem dla innego wcielenia. Ile jest prawdziwej Lucy w jej ulepszonej wersji? Z każdym procentem inteligencji, coraz mniej....

Zakończenie. To chyba największe rozczarowanie całego filmu. Rozczarowanie i zdziwienie nawet widać na twarzach pozostałych bohaterow, którzy są tak samo zaskoczeni jak widzowie. 
 Jest kilka scen, które dobrze się ogląda, jest tajemnica i napięcie, ale potencjał "Lucy" jest wykorzystany w 60 % a przecież obiecali nam 100 % dobrego kina. Trailer też wiele obiecuje, ale to już wiemy że jest to banalna forma kija i marchewki (na którą lubię się nabierać).
Chyba jedną z zalet "Lucy" jest  to, że pokazuje jedną z dróg jaką może pójść ludzkość. Zostawia nas z pytaniem o własne możliwości i rozwój naszej świadomości. Czy nasz mózg rzeczywiście jest zamkniętym labiryntem, którego przejście umożliwi nam pojęcie praw wszechświata?

Polecam wszystkim maniakom nietypowych historii, wykraczających poza normalność. Zachęcam też tych, którzy twardo trzymają się ziemi i wierzą tylko w to, co zobaczą. Będą mile zaskoczeni.