piątek, 2 listopada 2018

Płonąca i wypalona


„Pamiętaj (…) – czasem trzeba wszystko spalić do gołej ziemi, żeby móc zacząć od nowa. Ale po pożarze gleba staje się żyźniejsza i mogą na niej wyrosnąć nowe rośliny. Ludzie też tacy są. Potrafią zacząć od początku. Znaleźć wyjście”. (s.403)

Życie składa się z dużych pożarów, z których pozostają zgliszcza, wypalone przyjaźnie, spopielone marzenia, naderwane wizje rzeczywistości. Każdy problem czy troska to ognisko, które spala nasze wnętrze. Jednak istnieje coś w człowieku, czego nie można zamienić w popiół – to właśnie nadzieja. To ona pcha każdego z nas dalej, na przód, aby po każdej katastrofie podnieść się i zacząć od nowa. W najnowszej powieści Celeste Ng „Małe ogniska” (wyd. Papierowy Księżyc) przebija jednak coś więcej niż pozorne pocieszenie, że wszystko można zacząć od nowa. Autorka prezentuje dwa światy – uporządkowany, zaplanowany, dostatni, przewidywalny i drugi – kontrastowy, nomadyczny, żywiołowy, spontaniczny. Zetknięcie tych dwóch rzeczywistości roznieci pożar w spokojnym amerykańskim miasteczku Shaker Heights. Celeste Ng wskrzesza lata 90. ubiegłego wieku, próbując pokazać jak wiele problemów amerykańskiej społeczności jest nieustannie aktualnych i współcześnie. 

Matka i córka to podróżniczki, ceniące wolność i nomadyczny styl życia. Mia Warren zajmuje się fotografowaniem, nie przywiązuje się do miejsc, ludzi, problemów, społeczności i tego samego uczy córkę. Nastoletnia Pearl marzy o stabilizacji, własnym domu i przyjaciołach. Shaker Heights wydaje się być najlepszym miejscem na rozpoczęcie nowego życia i być może zakorzenienia się. Pearl szybko zaprzyjaźnia się z dziećmi Richardsonów, którzy wynajmują dom dla Mii. Dziewczynie podoba się bezproblemowe życie w luksusie, za wszelką cenę chce wpasować się w świat monotonnego miasteczka Shaker Heights. Jej matka nie podziela entuzjazmu i zachwytu nowymi znajomymi. Obecność Mii i jej tajemniczość, nieszablonowość staną się szczególnie niepokojące dla Eleny Richardson, kobiety budującej swój świat na prostych, jasnych zasadach. Kobiety poróżni sprawa adopcji chińskiego niemowlaka. Elena, ceniąca sobie przede wszystkim szczęście rodzinne i kontakty towarzyskie, będzie chciała zdemaskować Mię, odkryć kim naprawdę jest. Wykorzysta swoje dziennikarskie zdolności i wyruszy po śladach przeszłości Mii i Pearl. 

Powieść opiera się na dobrze znanym schemacie – w zamkniętej społeczności pojawiają się nowi, Inni, którzy wzbudzają niepokój, zainteresowanie. Swoim zachowaniem, poglądami i sposobem życia nie pasują, odstają od wzorcowych życiorysów mieszkańców idealistycznego świata. Tę konstrukcję odnajdziemy choćby w powieści „Czekolada” Joanne Harris. Wydawać by się mogło, że Amerykanie nie powinni mieć problemu z otwartością i akceptacją. Autorka „Małych ognisk” nie ma zamiaru wnikać w amerykańskie, społeczne podłoże, ale wychodzi ku uniwersalizacji. Opisywane tematy możemy potraktować jako odniesienie do zachowań i lęków większości narodów, strach przed innością jest nieustannie aktualny. Pojawienie się Mii i Pearl to koniec, ale i początek pozornie szczęśliwego życia mieszkańców Shaker Heights, którzy przejęli i przesiąkli ideą utopii perfekcjonizmu i porządku od – szejkerów:

„Szejkerzy wierzyli, że jeśli zaplanują każdy szczegół, mogą stworzyć na ziemi kawałek nieba, niewielkie schronienie od trosk tego świata” (s. 34)

Utopię łatwo zniszczyć jeżeli pojawią ludzie, którzy żyją diametralnie inaczej, wyłamując się ze schematów i modelów postępowania. „Małe ogniska” to nieustanna konfrontacja dwóch portretów kobiet – wolnej i buntowniczej Mii oraz znudzonej życiem perfekcjonistki Eleny. Ich macierzyństwo opiera się na różnych doświadczeniach i poglądach. Mia, utalentowana artystka nie miała lekkiego życia, walczyła o swoją przyszłość, podejmowała trudne decyzje, próbując odciąć się od przeszłości. Dla mnie, Mia była urzekającą postacią, marzycielką, żyjącą fotografowaniem, sztuką. Autorka pięknie i dozą wrażliwości opisuje dzieciństwo Mii, odkrywanie tajników fotografii, mozolne odkładanie zaoszczędzonych pieniędzy na lepszy aparat, a z drugiej strony całkowity brak zrozumienia i wsparcia rodziców, wierzących w praktycyzm i oszczędność czasu. Dla fotografowania Mia chciała poświęcić coś bardzo cennego, ostatecznie wybrała zupełnie inne życie, bycie samotną matką.

Elena również miała wielkie aspiracje aby zostać sławną dziennikarką. Jednak życie rodzinne, narodziny dzieci a szczególnie problemy zdrowotne najmłodszej córki Izzy, pochłonęły jej marzenia. Nadopiekuńczość względem Izzy, nieustanne doszukiwanie się w córce wad, wytykanie błędów, strach przed niepełnosprawnością – to wszystko oddalało od siebie matkę i córkę oraz zaostrzało konflikt. Pani Richardson bardzo dbała o wizerunek swojej rodziny w oczach sąsiadów, starała się być dobroduszna, pomagała – jednak jej działania miały jeden cel, bycie poważaną osobą w miasteczku. Elena to postać, która interpretowała rzeczywistość w kategoriach białe lub czarne. Mia natomiast widziała wiele odcieni, bo sama dostała mocną i dosadną lekcję życia. 

„Małe ogniska” kruszą wizję świata opartego na idealnych filarach. Skrupulatne wypełnianie planu na życie, podporządkowanie się zasadom, kompromisy, spartańska rutynowość nie gwarantują szczęścia, a przede wszystkim spełnienia. Taki sposób bycia ogranicza, buduje klatkę, w której spontaniczność szybko zostaje zduszona. Ta filozofia porządku, którą upodobała sobie Elena i pozostali mieszkańcy Shaker Heights pozwoliła na pozorne, spokojne życie, które nic nie miało wspólnego z prawdziwym przeżywaniem, budowaniem szczerych i silnych relacji.

„W ciągu całego swojego życia nauczyła się, że namiętność jest niebezpieczna jak ogień. Tak łatwo wyrywa się spod kontroli. Zdolna wdrapać się na najwyższą ścianę i przeskoczyć przez najgłębsze okopy. Iskry skakały niczym pchły i równie szybko jak one rozprzestrzeniały się dookoła. (…) Lepiej trzymać tę iskrę w ryzach (…). Pod staranną kontrolą. Udomowione. Szczęśliwe w niewoli. Kluczem, pomyślała, było unikanie pożogi” (s. 204-205)  

Autorka w swojej powieści próbuje uchwycić spektrum macierzyństwa. Poznamy kobiety, które nie mogą zostać matkami, ale i te, które pozostają same i muszą podejmować trudne decyzje. Aborcja, adopcja, poronienia, matki surogatki – rozpiętość tematyczna roli matki jest w powieści dość duża. Błędy są wpisane w macierzyństwo, bo bycia matką nie można się nauczyć, rodzicielstwa nie można zaplanować, tak jak charakteru dzieci. Taki wydźwięk rodzą „Małe ogniska”

„Dla rodziców dziecko jest czymś więcej niż osobą, jest miejscem, rodzajem Narni, rozległą i wieczną krainą, gdzie teraźniejszość, w której żyją, przeszłość, którą pamiętają, i przyszłość, której pragną, istnieją w tym samym czasie.” (s. 156)

Celeste Ng nie poświęca zbyt wiele uwagi męskim bohaterom, którzy zaznaczają swoją obecność i na tym głównie ich rola się kończy. Plusem jest dla mnie osadzenie akcji w latach 90., pełnych nostalgii ale i diametralnie różniących się od polskiej rzeczywistości. Przeglądamy migawki życia amerykańskiej młodzieży i dochodzimy do wniosku, że młodym ludziom brakuje autorytetu, pomysłu na przyszłość, akceptacji. Czyli tak naprawdę nic się nie zmieniło przez te 30 lat. Warto dodać, że „Małe ogniska” to również historia jednostek, tych, którzy wyłamali się z uporządkowanej idylli. Taka jest Izzy, Mia czy Pearl. Podsumowując, „Małe ogniska” to interesująca historia, burzliwa, aktualna, ale niewnosząca zbyt wiele nowych głosów do tematyki macierzyństwa i kobiecości. 

Za egzemplarz książki dziękuję wyd. "Papierowy Księżyc"