piątek, 7 grudnia 2018

Antykultura śmierci


Śmierć pozostaje tajemnicą, coraz częściej przykrywana milczeniem, zobojętnieniem, mnoży sprzeczne uczucia, ale zawsze przywołuje lęk. Pomimo współczesnych technologii, rozwoju medycyny i nauki, człowiek nie uzyskał precyzyjnej odpowiedzi czym jest śmierć i co czeka każdego z nas po śmierci. Opisywanie Tanatosa, próba jego ujarzmiania za pomocą paradygmatów filozoficznych, teologicznych, socjologicznych czy medycznych to nieustanne ścieranie się z widmem kresu, odchodzenia. 

Wachlarz pojmowania śmierci jest niebywale szeroki i wydaje się być nieskończony, niejasny. Nie ma uniwersalności w tanatologicznych rozważaniach, śmierć jest nieuchwytna, ukształtowana na wzór jednostki, niepowtarzalnie przerażająca, ale i nieuchronna. Interesującą publikacją traktującą o wielowymiarowości śmierci jest „Człowiek w obliczu kresu życia. Studia interdyscyplinarne” pod redakcją Beaty Antoszewskiej i Sławomira Przybylińskiego (wyd. Impuls). Rozpiętość tematyczna artykułów, sposoby naświetlania problematyki współczesnego obrazu śmierci, pokazują tabuizację umierania, zmiany kulturowe, brak odpowiedniej opieki paliatywnej, przepisów prawnych. Autorzy tekstów, specjaliści z różnych dziedzin, podjęli się tematyki trudnej, kontrowersyjnej, jednak poszerzającej perspektywę patrzenia na śmierć. Każdy z artykułów zasługuje na uwagę, głęboką refleksję ze strony czytelnika. Publikacja „Człowiek w obliczu kresu życia” to pigułka newralgicznych tematów o śmierci, które współcześnie wymagają społecznej, wielowymiarowej dyskusji. 

Artykuły, które znalazły się w książce zostały podzielone na trzy części – wymiary: współczesne zainteresowanie śmiercią, doświadczenie śmierci i śmierć społeczna. Każdy z osiemnastu tekstów próbuje przyjrzeć się doświadczeniu umierania w oparciu o różne metody badawcze. Warto wspomnieć o kilku tekstach, które wydały mi się intrygujące i nowatorskie. Krzysztof Leśniewski w swoim artykule „Osoba ludzka wobec decyzji obdarowywania swoim ciałem w obliczu śmierci mózgowej” poddaje refleksji medycznej, etycznej zagadnienie śmierci mózgu, które rodzi wiele wątpliwości. Czym jest śmierć mózgu, czy jest „niepewnym istnieniem”, czy procesem umierania, gdzie tak naprawdę znajduje się ludzka dusza – czy rzeczywiście jest umiejscowiona w mózgu? Autor mnoży pytania, nie próbuje stawiać jednoznacznych tez, ale poddaje w wątpliwość termin „śmierć mózgu”, który funkcjonuje od 1968 roku i oznacza ustanie procesów życiowych. O antykulturze śmierci pisze Grzegorz Kazberuk. W tekście „Współczesna kultura śmierci – śmiercią kultury współczesnej” opisuje kontrowersyjne wystawy, ubieranie Tanatosa w modne gadżety, wykorzystywanie tematyki śmierci do komercjalizacji. 

W myśleniu o umieraniu pojawia się problem dialogu. Jak o śmierci rozmawiać z dziećmi, z młodzieżą, z uczniami? Pomocne w tym kontekście okazują się artykuły: Elżbiety Minczakiewicz, Marcina Wlazło, Agnieszki Paczkowskiej, Piotra Krakowiaka, Aleksandry Toboty i Beaty Antoszewskiej. Autorzy próbują uwrażliwić dorosłych – rodziców i wychowawców na wrażliwość młodego odbiorcy. Wczesna edukacja tanatologiczna to szczera rozmowa, w przestrzeni zaufania, podparta tekstami literackimi dostosowanymi do wieku odbiorcy, które inicjują trudny temat. Jestem ogromną zwolenniczką biblioterapii, więc wydaje mi się istotne przy rozmowach z dzieckiem o śmierci nawiązać do książek, bajek, opowiadań. Artykułem uzmysławiającym rozumienie doświadczenia śmierci w zależności od wieku (dzieci a młodzież) jest tekst „Śmierć w świecie dziecka i nastolatka – wpływ rodziców i innych dorosłych”. 

Żałoba w kontekście śmierci bliskiej osoby jest czymś oczyszczającym, pozwalającym przepracować ból, stratę, cierpienie, bezsens. Ma ona powoli przygotować człowieka do powrotu do codzienności, rutyny, odnalezienia ponownie sensu i celu życia. Gorzką refleksję rodzą badania dotyczące opieki paliatywno-hospicyjnej, ciągle niedofinansowanej i nieadekwatnej do wrażliwości umierających i rodzin. Brak wsparcia psychologicznego, a także empatii, pokazuje jak niegodnie traktowani są pacjenci hospicjów. Człowiek, który umiera, zdaje się mieć o wiele mnie praw, jego potrzeby, uczucia są lekceważone, pomijane. Czym jest śmierć społeczna? Doświadczają jej więźniowie, osoby napiętnowane przez własne zbrodnie. Zakład karny okazuje się być miejscem pełnym degradacji, barierą społeczną, separującą od rodzinnych relacji, przyjaźni. 

Kult piękna i młodości, kultura nastawiona na konsumpcjonizm, intensywne przeżywanie, bombardowanie szokującymi i tragicznymi wiadomościami, nie sprzyjają refleksji nad śmiercią w pełnym wymiarze ducha humanizmu. Próbujemy uciekać od widma kresu życia, pojawia się w nas obojętność na śmierć, póki nie dotyka naszych bliskich i nas samych. Publikacja „Człowiek w obliczu kresu życia. Studia interdyscyplinarne” jest ważnym i potrzebnym głosem refleksji nad tabuizacją śmierci, jej zdegradowaniem. Nie jest to lektura łatwa, autorzy raczej negatywnie oceniają społeczne i kulturowe zmiany doświadczania śmierci. Z niektórymi tekstami nie będziemy się zgadzać, niektóre wręcz nas zabolą, pokazując jak kiepsko wygląda w Polsce opieka paliatywna. Artykuły nie odpowiadają czym jest śmierć, nie odsłaniają tajemnicy kresu życia, bo nie jest to możliwe. Z odpowiedzią czym jest śmierć każdy będzie musiał zmierzyć się osobiście. Warto w tych tekstach raczej poszukać odbicia naszej rzeczywistości, odnalezienia miejsca dla Tanatosa w przestrzeni społecznej. 

                                   Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.


poniedziałek, 3 grudnia 2018

Rebelia wobec rzeczywistości, czyli kilka słów o poezji Patryka Muszyńskiego


„my obok siebie
stworzeni się różnić

kwadratowi trójkątni
od owalnych i podłużnych
(…)
 buntownicy rebelianci
od posłusznych i usłużnych
(…)
opisani na potrzeby chwili
dwuwersami wątpliwości różnych”
[Dwugopis, s. 13]


Gdy płoną wartości, a ogień nienawiści spopiela fundamenty empatii i człowieczeństwa, to słowa powinny nieść nadzieję, stając się feniksem współczesności. Czy jednak można „tańczyć w płonącym domu”, gdy strach o jutro przesłania optymizm i poczucie bezpieczeństwa? Poetycki zbiór Patryka Muszyńskiego „Taniec w płonącym domu” tętni od buntu słownego, od obrazów samotności, która wydaje się być główną bohaterką utworów. Szorstki smutek, gorzkie diagnozy obserwowanej codzienności wybrzmiewają w końcowych wersach utworów, pozostawiając odbiorcy otwarte "wyjście ewakuacyjne" z płonącej codzienności.
Obok pustki, braku dominują refleksje autotematyczne, zmagania poety ze słowem, formą. Patryk Muszyński, autor czterech tomów poetyckich („Nie myśl o samobójstwie”; „Generalnie”; „Pod skórą”; „Taniec w płonącym domu”) nieustannie szuka formy i odpowiednich środków wyrazu, żongluje konwencjami, wyrazami, brzmieniami, korzystając z bogactwa języka. Warto wspomnieć tu choćby wiersz „Terroryzm na kartce”, w którym słowni terroryści (współcześni użytkownicy języka polskiego) eliminują samogłoski, ale i polskie znaki (ś,ć,ń). Ciekawie prezentuje się również utwór „Minimalizm”, w którym autor poprzez używanie dużych liter buduje tytuł wiersza. Twory skojarzeń brzmieniowych powstają również w „Ulecznicy”, potraktowanej bardzo eksperymentalnie przez podmiot liryczny. Takich zabaw słowem znajdziemy w tomiku więcej („Nawet”; Usprawiedliwienie”). Jak zauważa Kinga Młynarska w „Posłowiu” autor dynamizuje swój styl, eksperymentuje, tworząc zgrabne neologizmy.

Poetyckie odbicie rzeczywistości kreślone są przez podmiot przepełniony buntem. Podmiot-buntownik nie cukruje, nie metaforyzuje, ale dobiera słowa mocne, dosadne, brutalne. Poezja ma, według niego, być rebelianckim głosem, niezgodą na świat pozbawiony empatii i nadziei. Obok tych dosadnych, mrocznych obrazów podmiot liryczny akcentuje artyzm fragmentaryczności, chwili, momentu. Koncentruje się na emocjach, które szczerze przebijają z poetyckich migawek. Autor zdaje sobie sprawę, że nie można całkowicie opisać ludzkiej duszy, pozostawia więc tropy-słowne, które budują przestrzeń emocji, pozwalając odbiorcy na osobiste spotkanie z uczuciami.

Podmiot „Tańca w płonącym domu” odkrywa samotność odchodzącej osoby („Samotność – Tryptyk”), zagłębiając się również w lęk przed przemijaniem. Rewelacyjny, chyba najlepszy wiersz w tomiku, „Okruchy dnia” podejmuje temat starości i Baumanowskiej płynnej nowoczesności. Pęd współczesności nie lubi braku, pustki, więc nawet przestrzeń śmierci musi być zastąpiona czymś nowym, użytkowym. Według podmiotu świat jest „jednorazowy”, więc nie dziwi, że „za okruchy dnia/można dostać nobla”. Przemijanie, nieuchwytność czasu wybrzmiewa również w utworze „Ziarna piasku”. Dialog sekundy, minuty, miesięcy i kolejnych jednostek czasowych pokazuje jak ambiwalentne jest upływanie czasu i jego odbieranie – czym jest sekunda wobec wieczności, jak na przemijanie patrzy dziecko a starzec? Przesypujące się „Ziarna piasku” niczym w klepsydrze, to plastyczna metafora upływającego życia, uciekających chwil, dni, lat.

„dekada milczała z niepokojem
patrząc na wiek i tysiąclecie
gdy przemówiła wieczność

a co wy o czasie wiecie
moje dzieci[e]”
[Ziarna piasku, s. 43]

Autor poświęca wiele miejsca dwuznacznościom, cielesności, przemycając pomiędzy wersami erotyzm fizyczny, gwałtowny. Nie do końca przemawia do mnie stosowanie tych figur, ich dosadne i miejscami brutalne przejaskrawienie – choćby w wierszach „Od czego dłoń”; „Dziś, teraz” czy „Poziomo”. Seksualność zostaje ograniczona tylko do stosunku, krótkotrwałego, fizycznego aktu – w tym wypadku nie jest ona już dwuznaczna, zawoalowana, domyślna – ale mocno zaakcentowana, z premedytacją przez podmiot. Rzecz gustu, ale wolałabym aby autor więcej ukrywał niż odsłaniał (dobrym kierunkiem jest utwór „Pragnienia”). Podmiot jak na rebelianta przystało, pluje na wszelkie tabuizację, więc mniemam, że i erotyzm wybrzmiewa tu o wiele silniej, bujniej, mocniej -odzwierciedlając zapewne również stosunki międzyludzkie.

Patryk Muszyński opowiada o współczesnych wędrowcach, porusza tematy emigracji, polityki, ekologii, braku autorytetów i wartości. I jak mówi gorzko podmiot w jednym z wierszy -dzisiejsza samotność to „w kontaktach telefonicznych/tylko numery alarmowe”. Tańcząc w płonącym domu, podmiot próbuje smakować chwile pomimo pożaru samotności, pustki, przemijania, braku głębszych emocji. Wiersze z lat 2015-2017 cechuje nierówność, znajdziemy naprawdę dopracowane i przemyślane poetyckie manifesty rebelianta, jak i mniej udane utwory, pokazujące zmaganie się z formą („Dziś, teraz”) i szukaniem na siłę przestrzeni obrazowania („Cyrk”). Poezja Patryka Muszyńskiego to słowna rebelia rzeczywistości, obnażająca szarą, nieczułą codzienność. Obrazy polskiego piekiełka przewijają się z ujęciami ludzkiej duszy – samotnej, łaknącej dotyku i czułości. Jaką drogą pójdą kolejne wiersze Muszyńskiego?  Warto poczekać. 

Za egzemplarz książki dziękuję Autorowi. 

*Cyt. Patryk Muszyński, Taniec w płonącym domu, posłowie: Kinga Młynarska, Kielce 2018.

piątek, 2 listopada 2018

Płonąca i wypalona


„Pamiętaj (…) – czasem trzeba wszystko spalić do gołej ziemi, żeby móc zacząć od nowa. Ale po pożarze gleba staje się żyźniejsza i mogą na niej wyrosnąć nowe rośliny. Ludzie też tacy są. Potrafią zacząć od początku. Znaleźć wyjście”. (s.403)

Życie składa się z dużych pożarów, z których pozostają zgliszcza, wypalone przyjaźnie, spopielone marzenia, naderwane wizje rzeczywistości. Każdy problem czy troska to ognisko, które spala nasze wnętrze. Jednak istnieje coś w człowieku, czego nie można zamienić w popiół – to właśnie nadzieja. To ona pcha każdego z nas dalej, na przód, aby po każdej katastrofie podnieść się i zacząć od nowa. W najnowszej powieści Celeste Ng „Małe ogniska” (wyd. Papierowy Księżyc) przebija jednak coś więcej niż pozorne pocieszenie, że wszystko można zacząć od nowa. Autorka prezentuje dwa światy – uporządkowany, zaplanowany, dostatni, przewidywalny i drugi – kontrastowy, nomadyczny, żywiołowy, spontaniczny. Zetknięcie tych dwóch rzeczywistości roznieci pożar w spokojnym amerykańskim miasteczku Shaker Heights. Celeste Ng wskrzesza lata 90. ubiegłego wieku, próbując pokazać jak wiele problemów amerykańskiej społeczności jest nieustannie aktualnych i współcześnie. 

Matka i córka to podróżniczki, ceniące wolność i nomadyczny styl życia. Mia Warren zajmuje się fotografowaniem, nie przywiązuje się do miejsc, ludzi, problemów, społeczności i tego samego uczy córkę. Nastoletnia Pearl marzy o stabilizacji, własnym domu i przyjaciołach. Shaker Heights wydaje się być najlepszym miejscem na rozpoczęcie nowego życia i być może zakorzenienia się. Pearl szybko zaprzyjaźnia się z dziećmi Richardsonów, którzy wynajmują dom dla Mii. Dziewczynie podoba się bezproblemowe życie w luksusie, za wszelką cenę chce wpasować się w świat monotonnego miasteczka Shaker Heights. Jej matka nie podziela entuzjazmu i zachwytu nowymi znajomymi. Obecność Mii i jej tajemniczość, nieszablonowość staną się szczególnie niepokojące dla Eleny Richardson, kobiety budującej swój świat na prostych, jasnych zasadach. Kobiety poróżni sprawa adopcji chińskiego niemowlaka. Elena, ceniąca sobie przede wszystkim szczęście rodzinne i kontakty towarzyskie, będzie chciała zdemaskować Mię, odkryć kim naprawdę jest. Wykorzysta swoje dziennikarskie zdolności i wyruszy po śladach przeszłości Mii i Pearl. 

Powieść opiera się na dobrze znanym schemacie – w zamkniętej społeczności pojawiają się nowi, Inni, którzy wzbudzają niepokój, zainteresowanie. Swoim zachowaniem, poglądami i sposobem życia nie pasują, odstają od wzorcowych życiorysów mieszkańców idealistycznego świata. Tę konstrukcję odnajdziemy choćby w powieści „Czekolada” Joanne Harris. Wydawać by się mogło, że Amerykanie nie powinni mieć problemu z otwartością i akceptacją. Autorka „Małych ognisk” nie ma zamiaru wnikać w amerykańskie, społeczne podłoże, ale wychodzi ku uniwersalizacji. Opisywane tematy możemy potraktować jako odniesienie do zachowań i lęków większości narodów, strach przed innością jest nieustannie aktualny. Pojawienie się Mii i Pearl to koniec, ale i początek pozornie szczęśliwego życia mieszkańców Shaker Heights, którzy przejęli i przesiąkli ideą utopii perfekcjonizmu i porządku od – szejkerów:

„Szejkerzy wierzyli, że jeśli zaplanują każdy szczegół, mogą stworzyć na ziemi kawałek nieba, niewielkie schronienie od trosk tego świata” (s. 34)

Utopię łatwo zniszczyć jeżeli pojawią ludzie, którzy żyją diametralnie inaczej, wyłamując się ze schematów i modelów postępowania. „Małe ogniska” to nieustanna konfrontacja dwóch portretów kobiet – wolnej i buntowniczej Mii oraz znudzonej życiem perfekcjonistki Eleny. Ich macierzyństwo opiera się na różnych doświadczeniach i poglądach. Mia, utalentowana artystka nie miała lekkiego życia, walczyła o swoją przyszłość, podejmowała trudne decyzje, próbując odciąć się od przeszłości. Dla mnie, Mia była urzekającą postacią, marzycielką, żyjącą fotografowaniem, sztuką. Autorka pięknie i dozą wrażliwości opisuje dzieciństwo Mii, odkrywanie tajników fotografii, mozolne odkładanie zaoszczędzonych pieniędzy na lepszy aparat, a z drugiej strony całkowity brak zrozumienia i wsparcia rodziców, wierzących w praktycyzm i oszczędność czasu. Dla fotografowania Mia chciała poświęcić coś bardzo cennego, ostatecznie wybrała zupełnie inne życie, bycie samotną matką.

Elena również miała wielkie aspiracje aby zostać sławną dziennikarką. Jednak życie rodzinne, narodziny dzieci a szczególnie problemy zdrowotne najmłodszej córki Izzy, pochłonęły jej marzenia. Nadopiekuńczość względem Izzy, nieustanne doszukiwanie się w córce wad, wytykanie błędów, strach przed niepełnosprawnością – to wszystko oddalało od siebie matkę i córkę oraz zaostrzało konflikt. Pani Richardson bardzo dbała o wizerunek swojej rodziny w oczach sąsiadów, starała się być dobroduszna, pomagała – jednak jej działania miały jeden cel, bycie poważaną osobą w miasteczku. Elena to postać, która interpretowała rzeczywistość w kategoriach białe lub czarne. Mia natomiast widziała wiele odcieni, bo sama dostała mocną i dosadną lekcję życia. 

„Małe ogniska” kruszą wizję świata opartego na idealnych filarach. Skrupulatne wypełnianie planu na życie, podporządkowanie się zasadom, kompromisy, spartańska rutynowość nie gwarantują szczęścia, a przede wszystkim spełnienia. Taki sposób bycia ogranicza, buduje klatkę, w której spontaniczność szybko zostaje zduszona. Ta filozofia porządku, którą upodobała sobie Elena i pozostali mieszkańcy Shaker Heights pozwoliła na pozorne, spokojne życie, które nic nie miało wspólnego z prawdziwym przeżywaniem, budowaniem szczerych i silnych relacji.

„W ciągu całego swojego życia nauczyła się, że namiętność jest niebezpieczna jak ogień. Tak łatwo wyrywa się spod kontroli. Zdolna wdrapać się na najwyższą ścianę i przeskoczyć przez najgłębsze okopy. Iskry skakały niczym pchły i równie szybko jak one rozprzestrzeniały się dookoła. (…) Lepiej trzymać tę iskrę w ryzach (…). Pod staranną kontrolą. Udomowione. Szczęśliwe w niewoli. Kluczem, pomyślała, było unikanie pożogi” (s. 204-205)  

Autorka w swojej powieści próbuje uchwycić spektrum macierzyństwa. Poznamy kobiety, które nie mogą zostać matkami, ale i te, które pozostają same i muszą podejmować trudne decyzje. Aborcja, adopcja, poronienia, matki surogatki – rozpiętość tematyczna roli matki jest w powieści dość duża. Błędy są wpisane w macierzyństwo, bo bycia matką nie można się nauczyć, rodzicielstwa nie można zaplanować, tak jak charakteru dzieci. Taki wydźwięk rodzą „Małe ogniska”

„Dla rodziców dziecko jest czymś więcej niż osobą, jest miejscem, rodzajem Narni, rozległą i wieczną krainą, gdzie teraźniejszość, w której żyją, przeszłość, którą pamiętają, i przyszłość, której pragną, istnieją w tym samym czasie.” (s. 156)

Celeste Ng nie poświęca zbyt wiele uwagi męskim bohaterom, którzy zaznaczają swoją obecność i na tym głównie ich rola się kończy. Plusem jest dla mnie osadzenie akcji w latach 90., pełnych nostalgii ale i diametralnie różniących się od polskiej rzeczywistości. Przeglądamy migawki życia amerykańskiej młodzieży i dochodzimy do wniosku, że młodym ludziom brakuje autorytetu, pomysłu na przyszłość, akceptacji. Czyli tak naprawdę nic się nie zmieniło przez te 30 lat. Warto dodać, że „Małe ogniska” to również historia jednostek, tych, którzy wyłamali się z uporządkowanej idylli. Taka jest Izzy, Mia czy Pearl. Podsumowując, „Małe ogniska” to interesująca historia, burzliwa, aktualna, ale niewnosząca zbyt wiele nowych głosów do tematyki macierzyństwa i kobiecości. 

Za egzemplarz książki dziękuję wyd. "Papierowy Księżyc"

niedziela, 16 września 2018

„Auschwitz-Birkenau to jest cmentarz”


Dziś człowiek nie może wyobrazić sobie życia bez internetu, telefonu i wielu innych udogodnień. A czy wyobrażacie sobie życie bez wody? Bez jedzenia? Lub że największym marzeniem człowieka jest kubek ciepłej herbaty, kromka chleba? Dziwię się, że po tym wszystkim, co zobaczyłam w obozie, a czego nie da się opisać słowami, nie oszalałam. (...) O Auschwitz trzeba mówić, trzeba pisać. Jesteśmy świadkami historii, kiedy my odejdziemy, książki zostaną” (s. 228-229).

Do swoich doświadczeń w obozach zagłady w Auschwitz musiały powrócić znowu, aby opowiedzieć, dać świadectwo. Z głębi pamięci przywołują mroczne obrazy, wyciągają wspomnienia, o których chciałyby zapomnieć. Tych obrazów jednak nie da się wymazać, brakuje słów aby opisać ogrom emocji i przeżyć. Jednak one wciąż próbują, aby nikt nie zapomniał do czego jest zdolny człowiek owładnięty ideologią totalitaryzmu, chęcią zagłady. Każda z bohaterek książki „Dziewczęta z Auschwitz. Głosy ocalonych kobiet” Sylwii Winnik, powraca ponownie do czasów wojny, opowiadając o rzeczywistości przerażającej, a dla nas wręcz niewyobrażalnej, nierealnej. To historie osobiste, jednostkowe, pokazujące kobiety patriotki, młode dziewczyny, które przez całe życie były wierne podstawowym wartościom. Obóz zagłady degradował człowieka, odzierał z godności, powodował totalne zobojętnienie, jednak jak pokazują wyjątkowe opowieści dwunastu kobiet, byłych więźniarek, które przeżyły Auschwitz, człowieczeństwo i empatia wciąż tliły się w sercach wielu uwięzionych ludzi. Takie są również bohaterki książki, silne, wrażliwe, otwarte i serdeczne, pomimo traumy i niewyobrażalnego cierpienia. Uderzające jest, że prawie każda  z nich, przez swoją dramatyczną opowieść, chce przestrzec ludzi przed wojną i okrucieństwem, które szybko wzrasta w człowieku. Wojna odbiera życie bliskim, niszczy nasz mały świat, a najczęściej podsyca mroczne instynkty, zło, któremu tak łatwo ulec gdy walczy się o życie. 

Sylwia Winnik w wstępie do książki  „Dziewczęta z Auschwitz. Głosy ocalonych kobiet” przybliża fakty historyczne i zarysowuje kontekst powstania obozów śmierci. Autorka podjęła się bardzo trudnego zadania, bo opisanie doświadczeń z Auschwitz niesie bagaż emocji, obrazów, niemożności opisania i nazwania bestialstwa hitlerowców. Sylwia Winnik postanawia oddać głos świadkom, aby wiarygodnie oddać rzeczywistość obozu. 

Opowieści byłych więźniarek KL Auschwitz-Birkenau to żywa historia, której nie można zapomnieć. Nie po to, by ją roztrząsać w poszukiwaniu kolejnych konfliktów, tylko aby nauczyć się na błędach przeszłości, że nienawiść, chęć panowania, ograniczanie wolności człowieka i łamanie podstawowych jego praw prowadzą do niewyobrażalnej destrukcji. Druga wojna światowa stanowi tego najdobitniejszy przykład i powinna być przestrogą dla wszystkich” (s. 13)

Bohaterki stają się więźniarkami w młodym wieku, Auschwitz odbiera im młodość, naiwność i radość. To, co na początku przeraża staje się codziennością. Muszą żyć i pracować na wielkim cmentarzysku, często poddawane są eksperymentom, doświadczają przemocy, dla oprawców są tylko numerami. Obrazy krematoriów, zagłodzonych więźniów, ludzi wchodzących do komór gazowych wrzynają się w pamięć, kaleczą psychikę i starają się wyprzeć dawne wspomnienia domu i ukochanych ludzi. Jednak przy nadziei i życiu, trzyma bohaterki właśnie myśl o rodzinie, troska o najbliższych. Na szacunek i pamięć zasługuje ich postawa, waleczność, niezłomność, kiedy podczas okrutnych tortur i manipulacji nie wydają konspiratorów, partyzantów, rodziny i znajomych. Opowieści, pomimo tych bolesnych doświadczeń, są pełne nadziei, obrazów powrotu do domu, odzyskania wolności i spotkań z najbliższymi. Po ponad 70 latach od wyjazdu z Auschwitz, kobiety nadal jednak żyją w cieniu wojennych wspomnień. Bohaterki cechuje też wdzięczność za każdy kolejny dzień życia, optymizm i misja pamiętania i przypominania o tych, którzy nie przeżyli i na zawsze pozostali w Auschwitz-Birkenau. 

Książka Sylwii Winnik, blogerki i autorki bloga „Czas na Książki” to dokument ludzkich losów, które poplątała wojna i naznaczył na zawsze nazistowski obóz zagłady. Każda z historii zasługuje na wnikliwą i refleksyjną lekturę. O historii Auschwitz nie można zapomnieć, a książka „Dziewczęta z Auschwitz. Głosy ocalonych kobiet” to pomnik pamięci, bolesnej, ciągłe rozdrapywanej i krwawiącej. Ważne jest, że obraz obozu nakreślają właśnie kobiety. Kobieca perspektywa, temat macierzyństwa w obozie, seksualność, cielesność, a raczej jej brak – to istotne punkty odnoszące się do  rzeczywistości obozowej, zdeformowanej i zdegenerowanej. Narracja więźniarek dotyka relacji międzyludzkich, struktury i hierarchii obozowej, codzienności naznaczonej głodem, brudem, insektami, zimnem i zobojętnieniem. Takie publikacje są ciągle potrzebne, aby podtrzymywać pamięć, pokazywać ale nie oceniać postępowania więźniów, którzy żyli w ekstremalnych  i nieporównywalnych warunkach. Sylwia Winnik poprzez opowieści ocalałych kobiet pokazuje również jak wielką wartość dla człowieka niosła literatura czy sztuka w nazistowskim piekle. Poezja zapisywana na kawałkach papieru (choćby przejmujące wiersze Krystyny Żywulskiej), proste rysunki uwieczniane na ścianach obozu, muzyka, śpiew – to wszystko ocalało okruchy wrażliwości i uwieczniało doświadczenia uwiezionych i zgładzonych. Książka „Dziewczęta z Auschwitz. Głosy ocalonych kobiet” to wierna rekonstrukcja machiny zagłady ze wspomnień więźniarek, to opowieść o nadziei i wierności w miejscu, gdzie życie ludzkie nie miało wartości. Zrozumienie tej rzeczywistości nie mieści się w naszych kategoriach współczesności, gdzie tak naprawdę mamy wszystko, a nie doceniamy życia w wolności. Bardzo wymownie brzmi Zakończenie, w którym autorka przeciwstawia sobie dwa obrazy – kobiety współczesnej i więźniarki obozu Auschwitz. Warto poddać ten fragment szczególnej refleksji. 

*Sylwia Winnik, Dziewczęta z Auschwitz. Głosy ocalonych kobiet, wyd. MUZA, Warszawa 2018.