środa, 19 kwietnia 2017

Gimnazjologia, czyli świat okiem młodego człowieka

Gdybym chciała napisać dekalog młodości na pierwszym miejscu znalazłyby się: burza uczuć oraz poszukiwanie własnej tożsamości, kształtowanie osobowości. Mądrzy dorośli piszą książki dla młodzieży, często wtłaczając siebie, dorosłego człowieka w świat nastolatków. I to jest cyniczne, sztuczne, a jeżeli autor uderza w ton moralizatorski, mentorski, to już lepiej niech zajmie się literaturą dla dorosłych. 
Literaturę młodzieżową tworzą przede wszystkim dorośli, jednym udaje się oddać szczere emocje i wejść w duszę młodego człowieka, co wiąże się z obserwacją, empatią i słuchaniem nastolatków. Są też tacy autorzy, którzy udają, próbując z różnych wyimków, frazesów, stworzyć współczesny obraz młodzieży. A gdyby oddać głos młodym ludziom? Chyba oni najlepiej wiedzą co im „w duszy gra”. Ciekawym, literackim eksperymentem, pokazującym świat nastolatków od wewnątrz jest powieść „Kalesony Sokratesa”  Jakuba Łaszkiewicza. Autor, fan rocka i literatury, sam będący gimnazjalistą, wydał książkę. Wydawałoby się, że jest ona skierowana do konkretnej grupy wiekowej – 13-18-latków, o czym wspomina na wstępie sam autor. Cóż kiedyś też byłam gimnazjalistką i ta powieść obudziła we mnie dawne wspomnienia, pozwoliła abym znów mogła poczuć się jak szalona nastolatka.  „Kalesony Sokratesa” przyrównałabym do różowych okularów ale w wersji męskiej, bo w tej powieści to faceci rządzą, a raczej ich hormony. Okazuje się bowiem, że płeć piękna to zarówno źródło uczuciowych niespodzianek jak i niekończących się tarapatów. 
 
Bohaterem, który relacjonuje swoją, nastoletnią codzienność jest Maciek. Z racji, że chłopak zmienił szkołę, pozostawiając swoich dawnych znajomych, zakłada bloga, który pełni funkcję osobistego pamiętnika. Maciek mieszka wraz z mamą, łączą ich bardzo dobre stosunki, czego nie można powiedzieć o ojcu chłopca, który ignoruje fakt istnienia syna. Nastolatek próbuje zaklimatyzować się w nowej szkole, co nie jest łatwe. Jego uwagę przykuwa dziewczyna o imieniu Weronika, która chętnie zaprzyjaźnia się z naszym bohaterem. Wspólne pasje, słuchanie muzyki, spacery stają się dobrym początkiem znajomości. Maciek daje się ponieść uczuciom i szybko wspólne koleżeństwo przeradza się w coś o wiele poważniejszego. To co jednak szybko płonie, szybko też się spala. Podobne dylematy natury damsko – męskiej przeżywa kolega z klasy – Patryk, członek zespołu punkowego o dość zagadkowej nazwie – Kalesony Sokratesa. Zakochany bez pamięci, platonicznie w dziewczynie z klasy, próbuje nieskutecznie urzeczywistnić swoje emocjonalne marzenia.

Książka pomimo, że porusza tematy różnego kalibru – pierwsze miłości, związki, współżycie, rodzinne relacje, empatia wobec drugiego człowieka – nie jest fabularnie przeładowana. Okazuje się, że młodym ludziom trudno mówić o emocjach, trudno nawiązywać nowe znajomości – częściej odbywa się to wirtualnie. Autor czerpie całymi garściami z młodzieżowej popkultury, uposaża swojego bohatera w dystans do świata, humor rodem z Monty Pythona i zabawne porównania, pozwalające na pokazanie swojej rzeczywistości z delikatnym przymrużeniem oka. Cenię sobie pisarzy, którzy potrafią wywołać uśmiech u czytelnika, a „Kalesony Sokratesa” to solidna dawka dobrego humoru. Maciek jest postacią niezwykle sympatyczną, ma swoje wady i zalety, przejawia cechy empatyczne i potrafi pomóc, chociażby nieznajomej, głodnej i biednej staruszce. Bohater zaznacza też ostrą granicę między dziewczynami a chłopakami. „Płeć piękna” okazuje się być pełna sprzeczności, dziwnych zachowań, których nie potrafią zrozumieć młodzi mężczyźni. Autor wkracza również w strefę intymną. Uderza szybkość uczuciowego i fizycznego angażowania się. Wszystko dzieje się szybko, jest to istna uczuciowa burza, pełna niepewności, zagubienia, ale i euforii oraz endorfin. Taka jest właśnie młodość – przeżywa intensywnie, burzliwie, emocjonalnie, ucząc się na własnych błędach, robiąc wiele rzeczy po swojemu. 

„Kalesony Sokratesa” Jakuba Łaszkiewicza to świetna lektura dla nastolatków, którzy na pewno odnajdą wiele odniesień do własnego życia. Autor z łatwością nawiązuje kontakt z czytelnikiem, puszcza do niego oko. Powieść jest przepełniona entuzjazmem, szkolna codzienność przeplata się z młodzieńczymi inicjacjami, muzyką, która wielokrotnie wpisuje się w stany emocjonalne młodych ludzi. Na pewno jest kilka wątków, które autor mógłby pociągnąć, poszerzyć, uszczegółowić (choćby historię staruszki Józefiny). Interesujące byłoby również poprowadzenie narracji dwutorowej, z różnych perspektyw – czyli Maćka i Patryka, który niestety pojawia się prawie na końcu powieści, a jego postać i losy opisuje narrator.

 Jeżeli szukacie prawdziwej, ale pełnej humoru powieści o perypetiach nastolatków to sięgnijcie po „Kalesony Sokratesa”. Jesteście fanami muzyki rockowej a popkultura nie jest wam obca, to lektura wpasuje się w wasze zainteresowania. Nie znajdziecie tutaj przepisu na młodość, pierwszą miłość czy przyjaźń, ale gwarantuję, że poczujecie, iż nie jesteście z tym wszystkim sami. Ktoś obok, wasza koleżanka, nowy kolega – przeżywają podobne rozterki, rozczarowania, kryzysy, emocjonalne burze. Uczucia nie są łatwe, życie nie jest systemem zero-jedynkowym, ale przypomina sinusoidę. I niech ten matematyczny akcent będzie podsumowaniem debiutanckiej powieści Jakuba Łaszkiewicza.  

*Jakub Łaszkiewicz, Kalesony Sokratesa, wyd. Novae Res, Gdynia 2017.   

Za egzemplarz książki dziękuję autorowi. 

środa, 12 kwietnia 2017

Echa przeszłości

Rodzinne historie jak stare fotografie wypełniają książkę Gabrieli Anny Kańtor „Koronki z płatków śniegu”. Pierwsze strony to zaproszenie w podróż wehikułem czasu, który zabierze  nas na dawne Polesie i Śląsk, gdzie spotkamy kolejnych przedstawicieli rodziny Ruczajewskich – Ruczaj. Pokoleniowe drzewo rozrasta się wraz z narodzinami dzieci, dorastaniem, zakładaniem własnych rodzin – życie zatacza koło – ktoś umiera i rodzi się, przedłużając gałąź rodu. Czym wyróżnia się ta saga od innych? Powieść ta, jest potwierdzeniem fascynacji autorki tematyką i przestrzenią Śląska, jego historycznymi losami oraz kolorytem lokalnym. Nie bez znaczenia jest sam tytuł, gdyż koronki zdają się towarzyszyć głównym bohaterom w najważniejszych chwilach, są zarówno tłem i symbolem domu jak i stanowią rodzinną pamiątkę. Przeszłość przenika teraźniejszość, z każdym rozdziałem poznajemy zagmatwane losy członków rodziny, na których historia odbiła swoje mroczne piętno.

Rok 1864. Młody hrabia Juliusz Ruczajewski traci ojca walczącego podczas powstania na Polesiu, sam ucieka aż na Śląsk, aby tam rozpocząć nowe życie, zmienia też nazwisko na Ruczaj. Podejmuje się ciężkiej pracy fizycznej i poznaje prawdziwą, śląską dziewczynę – Jadwigę. Równocześnie poznajemy Jagodę praprawnuczkę Juliusza Ruczaja. Akcja przenosi się do roku 2005, kiedy to kobieta wraz z mężem Marcelem i dziećmi postanawia wybudować dworek w Przysieku, na wsi położonej w Małopolsce. Budowa domu jest dużym wyzwaniem, okazuje się bowiem, że kobieta marzy o prawdziwym dworku, o którym słyszała z rodzinnych opowieści. Przeplatanie współczesności z przeszłością powoduje, że czytelnik składa historię jak puzzle, wpasowując w pełen obraz poszczególne elementy. W rodzinie Ruczajów panuje dziwne porzekadło – kiedy ktoś z rodziny umiera to robi miejsce nowemu członkowi rodu. Tak więc śmierć przeplata się z narodzinami, ale opowieść pokazuje jednocześnie jak wiele dziedziczymy od swoich przodków – czy jest to charakter, czy kolor oczu, to pozostaje w nas ślad naszych dziadków. Historię uzupełniają i komentują szepty zmarłych. Są to bardzo trafne spostrzeżenia dotyczące bieżących, rodzinnych wydarzeń jak i tego, co minęło. One również wiążą, niczym niewidzialną nicią, poszczególne losy, zdarzenia, opowieści. 

Autorka dużo miejsca poświęca Śląskowi kojarzonemu przede wszystkim z osobą babci. Na kartach powieści rozbrzmiewa śląska gwara, zwyczaje i tradycje. W krwi rodu Ruczajów płynie ogromna miłość do ojczyzny, definiująca pewien etos, krąg wartości, przynależności do ludzi honoru. Bohaterowie powieści „Koronki z płatków śniegu” często muszą podejmować trudne wybory, są uwikłani w historię i sami ją tworzą. 
Gabriela Anna Kańtor zręcznie szkicuje trudne historyczno – społeczne tło Śląska. Porusza ona bolesne tematy, spory, dotyczące autonomii i różnic tego rejonu Polski. Klimatu opowieści dodają stare czarno – białe fotografie, teksty ludowych, harcerskich piosenek wplecionych w fabułę. Autorka pozwala mówić również zmarłym. Ich słowa są jak zasuszone kwiaty w pamiątkowym albumie. Ich życie kończy się, ale pozostają obserwatorami przyszłych pokoleń, czuwają i wspierają. 

Męskim, silnym postaciom towarzyszą również zaradne, kobiece bohaterki, trwające wiernie jak Penelopa przy swoich mężach. Pomimo, że zajmują się głównie domem i wychowywaniem dzieci nie są ilustrowane stereotypowo. Drzemie w nich ogromne poczucie obowiązku, pielęgnowanie pamięci o przodkach, budowanie solidnych fundamentów życia rodzinnego i domowego. Kańtor nie pokazuje lukrowych obrazków z przeszłości, nie opowiada rodzinnej bajki, ale czerpie z wielu odcieni życia W jej sadze jest miejsce na cały wachlarz emocji, ludzkich charakterów, problemów, dramatów ale i radości. Najprzyjemniej czyta się o losach przodków Jagody, jej rodzinnych korzeniach. „Koronki z płatków śniegu” smakują nad wyraz przyjemnie, żal tylko gdy historia zbyt szybko się kończy i trzeba pożegnać rodzinę Ruczajów. 


 Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.
 

wtorek, 11 kwietnia 2017

Spalone ćmy i samotność czytelnika

Lektura zbioru opowiadań „Ćmy” Konrada Kissina to duże wyzwanie dla przeciętnego czytelnika. Blurb, który widnieje na okładce jest całkowicie nietrafiony, mylący - oczywiście spełnia swoją rolę, bo przyciąga potencjalnego odbiorcę. Górnolotne sformułowanie głosi iż książka młodego, debiutującego autora to „doskonała terapia dla zagubionych w szarości dnia powszedniego”. Niestety nie poczułam się uzdrowiona po jej lekturze, nie była to również jakakolwiek forma terapii. „Ćmy” to trudne teksty, wymagające, ciężkie od nagromadzonych dygresji, naukowego słownictwa, iskrzących ozdobników zdaniowych. Słowa przygniatają czytelnika, grzęźniemy w ich natłoku, w sztucznym celebrowaniu każdego zdania. Autor jako wykształcony literaturoznawca, pasjonat Witolda Gombrowicza, tworzy bardzo introwertyczny świat, pełen literackich nawiązań, polemik, słownych gier. Owszem, jest to dość oryginalna proza i to jest duży plus dla autora, lecz próba zbliżenia się do niej czytelnika, przypomina mozolną, pełną pułapek, wspinaczkę na lodową górę. Kiedy udaje się zdobyć szczyt oczekujemy panoramicznego widoku, zapierającego dech w piersiach, lecz w tym wypadku grzęźniemy w gęstej mgle, która całkowicie ogranicza pole widzenia. Pozostaje nam ślepe błądzenie, poczucie rozczarowania, co tylko wzmaga nasz dystans względem poznawanych opowieści, migawek, fragmentów.
„Ćmy” składają się z sześciu opowiadań: „Ćma barowa”; „Psychotka”; „Utopiec”; „Diana. O psie, który bał się jeździć koleją”; „Enfant terrible”; „Kukułka”. Trudno przytoczyć fabułę każdego z nich, gdyż nie jest ona najważniejsza w tych tekstach. Autor bawi się stylistyką, intertekstualnością, stylizacjami, językiem. Jest to proza awangardowa, przez co staje się hermetyczna, posiadająca wąskie grono zwolenników. Świat ukazany w krzywym zwierciadle, przejaskrawiony nawiązuje do tradycji Gombrowiczowskiej. Mamy tu do czynienia z ludźmi chorymi psychicznie, alkoholikami, zmarłymi  - postaciami niepasującymi do zwykłego, normalnego świata. Autor chętnie wplata sytuacje groteskowe, potęgujące zagubienie czytelnika, poczucie dyskomfortu. W skomplikowanej konstrukcji literackich światów przytłaczają autorskie komentarze, powtarzające się nieustannie sformułowanie „mocno osadzony w sobie”. Zdaje się, że słowa spływają jak lawina, mnożą się nielogicznie, grzebią odbiorcę w domysłach, który z mozołem próbuje towarzyszyć narratorowi. Obrazy, zdarzenia, dialogi tworzą istną przeplatankę, zdają się żyć własnym życiem, bez ingerencji autora. Niecierpliwy odbiorca szybko się zniechęca takim stylem pisania, nie sprawią mu przyjemności słowne potyczki czy intertekstualne tropy. Tytuł zbioru okazuje się adekwatny do treści  - pełno w tej prozie mroku, rozpadu, destrukcji. Ćmami są bohaterowie, podążający ślepo za światłem, które imituje świat. Są oni na straconej pozycji, ulegają spaleniu, gdyż nie potrafią dostosować się do ram rzeczywistości.
Opowiadania Konrada Kissina polecam dozować powoli, pojedynczo, bez presji czasu czy chęci szybkiego przebrnięcia przez tekst. Być może tylko wtedy uda się Wam ulec autorowi i pozwolicie na zburzenie swoich komfortowych, czytelniczych preferencji. „Ćmy”  to książka dla tych, którzy nie boją się wypłynąć na dalekie i głębokie wody literatury, ciągle poszukując nowych form, oryginalnych opowieści, nowatorskich konstrukcji. Czasami warto spróbować czegoś innego, trudniejszego,  gdyż czytelnik powinien być gotowy na nieustanne poszerzanie swoich horyzontów. Być może spróbuje jeszcze wrócić do lektury opowiadań Kissina, aby zweryfikować swoje pierwsze wrażenie. Moje oczekiwania nie pokryły się z lekturą, czuję się trochę zawiedziona, przytłoczona słowami, cytatami i widmem autora, który próbuje ciągle potwierdzić swoją erudycję. Czy jest tu jeszcze miejsce dla skromnego czytelnika?  Ja, siebie tutaj nie odnajduję, ale nie przekreślam całkowicie „Ciem”. Na pewno w tym awangardowym, literackim labiryncie jest jakieś wyjście, tylko trzeba poznać konstrukcję i szczegółowy plan.  

 Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.
 

niedziela, 9 kwietnia 2017

Nie zapominajmy o baśniach

Gdańskie wydawnictwo Adamada wydaje świetne książki dla dzieci. Przekonałam się o tym wiele razy, co sprawiło, że darzę ich dużym zaufaniem. Niezmiernie ucieszyły mnie baśnie wydane przez to wydawnictwo – „Miejsca rzeczy zapomnianych” Krystyny Chołoniewskiej z ilustracjami Dobrosławy Rurańskiej. Do baśni mam szczególny sentyment, nie skłamię jeśli napiszę, że towarzyszą mi one całe życie i w pewien sposób wpłynęły na to kim jestem i czym się zajmuję. One pierwsze wzbudziły moją miłość do książek.
Baśnie autorstwa Krystyny Chołoniewskiej są zbudowane na podstawowych wartościach, o których często zapominamy. To współczesne opowieści o poszukiwaniu szczęścia z pobrzmiewającą nutą magii w tle, dzięki której bohaterowie dowiadują się prawdy o sobie. Autorka, twórczyni sztuk teatralnych i słuchowisk radiowych, przedstawia pięć baśni: „Dziewczynka ze śniegu”, „Niezapominajki 1”, „Obudź się!”, „Złote buciki” oraz tytułowy utwór „Miejsca rzeczy zapomnianych”.  Historie nawiązują do innych baśni, nie brakuje w nich magicznych postaci, tajemniczych przestrzeni, mówiących zwierząt czy rozmawiających mebli. Świat ludzi obserwują zdawałoby się zwykłe przedmioty – sofa, znudzony, stary dom czy buty. Dostrzegają one o wiele więcej, skupiają swoją uwagę na uczuciach, wychwytują istotne drobiazgi i rozmowy. Ich narracja zamienia się w opowieść o codziennych trudach, problemach, zapatrzeniu w siebie, pogoni za bogactwem. Lekarstwem jest w tym wypadku miłość, przyjaźń, uśmiech, okazanie drugiemu człowiekowi empatii i serca. Baśniowi bohaterowie to również dzieci, które uczą dorosłych bezpośredniego spojrzenia na świat jak i same uczą się szacunku. Każda z historii odkrywa przed czytelnikiem wiele interesujących prawd, życiowych morałów. Spotykamy małżeństwo, którego wielkim marzeniem jest dziecko, samotnego człowieka, zamkniętego w starym domu, separującego się od świata, chorą dziewczynkę narzekającą nieustannie na swój los, szewca, który stworzył piękne buty dla biednej Marysi oraz Kasię, przyszłą gwiazdę telewizyjną. Pojawienie się magii w życiu bohaterów zmienia ich perspektywę, wyczula na rzeczywistość, uczy dostrzegania drobnych radości.  

Tytułowa baśń mówi o tajemniczym miejscu pełnym zapomnianych rzeczy, znajduje się tam również baśń o córce młynarza, która przez gadulstwo swojego ojca musiała udowodnić królowi, że potrafi prząść złoto ze słomy. Ta baśń to nic innego jak utwór braci Grimm „Rumpelsztyk” chociaż autorka posługuje się innym imieniem czarodziejskiego karła – Tit-tot. Miejsce, do którego trafiają rzeczy zapomniane okazuje się być magicznym światem, w którym można odnaleźć wartości ważniejsze niż sława i pieniądze, przekonuje się o tym mała Kasia. Autorka osadza swoje baśniowe opowieści we współczesnych realiach, dotyka uniwersalnych problemów i udaje jej się uchwycić rzeczywistość oczami dziecka. Książkę zdobią nie tylko ciekawe, biało-czarne ilustracje Dobrosławy Rurańskiej, ale i roślinne motywy nawiązujące do kolorowej, kwiecistej  okładki. To klasyczne i minimalistyczne ilustrowanie to ukłon w stronę starych, tradycyjnych baśni.
Książka Krystyny Chołoniewskiej zawiera proste przesłanie – nie zapominajmy o baśniach, gdyż w nich zawiera się klucz do szczerych emocji i ponadczasowych wartości. Opowieści w zbiorze „Miejsca rzeczy zapomnianych” mają refleksyjne zakończenie, najczęściej otwarte. Autorka przedstawia walkę dobra ze złem w zupełnie inny sposób – wskazując, że nie ma biało-czarnych postaci, ale każdy z nas ma w sobie zalety i wady, codziennie toczymy wewnętrzny spór o wartości i idee. To także walka z własnymi słabościami, egoizmem, który oślepia – jak powie jedna z bohaterek – „jak się tylko w siebie patrzy, to prawdy się nie zobaczy” (s.64). Baśnie są potrzebne i dzieciom i dorosłym. Cieszę się, kiedy powstają nowe, zainspirowane tradycyjnymi, dawnymi baśniami, ale w nowoczesnej oprawie. „Miejsca rzeczy zapomnianych” to literacka podróż do krainy dzieciństwa. 

 Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.