poniedziałek, 13 maja 2019

(Bez)silna. Peerelowski portret nauczycielstwa na prowincji


Gdyby nakreślić współczesny portret nauczyciela, to składałby się on z miliona odłamków wyobrażeń i doświadczeń związanych z edukacją i szkołą. Nauczyciel coraz rzadziej jest traktowany jako autorytet, chociaż ma ogromny wpływ na wychowanie dziecka. Uczenie w szkole to droga ciągłych wyzwań, papierologii, walki o ucznia w nieprzystosowanym do współczesności systemie i nieustanne  spieranie się politykami, którzy narzucają swoją amatorską wizję edukacji. 

Książkowi nauczyciele, bohaterowie znani z lektur to często postacie heroiczne, pasjonaci walczący z wiatrakami. Problemy nauczycielskie, pomimo upływu lat, ciągle są aktualne, pozostają niezmienne. „Tygiel” Krystyny Jarockiej (wyd. WFW) to próba sportretowania nauczycieli w PRL-u. To gorzka, surowa diagnoza  roli nauczyciela, szczególnie młodego, zaczynającego pracę. Tak jak i dzisiaj, w wolnej, demokratycznej Polsce, piętrzą się problemy braku solidarności, wzajemnego zaufania pomiędzy rodzicem a nauczycielem, braku  perspektyw finansowych i rozwojowych, dylematów związanych z metodyką nauczania. Symboliczna okładka powieści Krystyny Jarockiej nawiązuje zarówno do życia jak i zawodu nauczyciela – w słoiku znajduje się zarówno miód, jak i czarna substancja. Ta mieszanina, tygiel goryczy i słodkości, obrazuje blaski i cienie życiowych wyborów głównej bohaterki. Magda rozpoczyna swoją pracę w wiejskiej szkole w Wisnej, szkolna codzienność zupełnie weryfikuje wyobrażenia dziewczyny o byciu nauczycielką:

 „Najdziwniejsze było to, że czuła się jednocześnie i nauczycielką, i uczennicą – widziała siebie jakby z obu stron równocześnie. To było okropne, bo czuła wrogość, objawioną w tym geście i w ich utkwionych w siebie oczach, których wyzywające spojrzenia pytały: „No i co teraz zrobisz, ty napuszona belferko?”, jednocześnie widziała siebie jak stoi nadęta i ważną „pani nauczycielka” – śmieszna i żałosna. I sama do siebie nie czuła sympatii.” (s. 23)

Kobieta nie potrafi nawiązać porozumienia z dziećmi, których teraźniejszość i przyszłość, zaplanowana przez rodziców, to ciężka praca fizyczna w PGE-ze. Ubóstwo, brud, analfabetyzm i brak motywacji do nauki przerażają Magdę, która czuje się obco w nowym środowisku. Bohaterka musi sama zmierzyć się z problemami. Nie lepsza atmosfera panuje w pokoju nauczycielskim. Pozostali nauczyciele są nastawieni do niej negatywnie wręcz wrogo, kierownik szkoły nieustannie kontroluje wszystkich, spychając trudniejsze zadania na Magdę. Każdy liczy tylko na siebie, nie można nikomu zaufać. Trafną diagnozę grona pedagogicznego stawia jeden z nauczycieli, Nowak, uczący muzyki:

 „Czas Judymów i siłaczek się skończył. Zresztą oni się też wiele nie nawojowali. A poza tym, czy warto? (…) Czy warto robić coś dla ludzi takich jak tu? Przecież to twardzi, bezwzględni ludzie, czy pani jeszcze tego nie dostrzega? (…) Każdy przechodzi koło ciebie, jakbyś był kamieniem. Z nikim wspólnego języka. Kilka zdawkowych słów na przerwach i to wszystko. (…) Byłem w różnych miejscach, ale takich obojętnych ludzi jeszcze nie spotkałem…”( s. 112).

Nauczyciel muzyki cierpi na samotność, nie odnajduje on porozumienia ani ze współpracownikami, ani z mieszkańcami, popada w depresję i alkoholizm. Refleksje Magdy są dość podobne, szybko przekonuje się, że dni zlewają się w jeden ciąg, praca pochłania każdą wolną chwilę, a ludzie uważnie ją obserwują i szybko oceniają. W małej wiosce nic nie może się ukryć. Bohaterka styka się również z silnie zarysowanymi kontrastami społecznymi – do szkoły uczęszczają biedne, zaniedbane dzieci „centralniaków”, pracujących w PGR-ze, dzieci rybaków i Cyganie. Są również jednostki, „kwiatki”, których rodzice zajmują wyższe stanowiska. 

 „Tygiel” to tak naprawdę wiele odcieni szarości, goryczy, ciągłych błędów i niespełnionych marzeń. Magda spotyka się z Elką, Marylą i Miśką, które również pracują w szkole. Ich drogi podążają w różnych kierunkach, każda zupełnie inaczej postrzega świat. Monotonność dni przełamuje znajomość z Fredem, mechanikiem samochodowym, który zakochuje się w młodej nauczycielce. Bohaterka broni się przed uczuciem, miota się. Ich wzajemny związek pełny jest szamotaniny, niedomówień, błysków ciepła, wzajemnych rozmów, na które Magda czeka z utęsknieniem, namiętności, ale i błędów, zazdrości, pretensji i zdrad. Główna bohaterka zmienia się, z naiwnej marzycielki nie pozostaje zbyt wiele – Magda staje się cyniczna, zgorzkniała, łamie wszelkie zasady jakie wpojono w nią w dzieciństwie. Uwolnione instynkty, trzymane przez wiele lat na wodzy, plączą życie Magdy. Kobieta jest zrezygnowana, praca nauczycielki nie spełnia jej oczekiwań, nie przynosi efektów ani rezultatów. Nic się nie zmienia.:

„Nie! Dla tego mirażu, który mógłby urzeczywistnić się tylko wówczas, gdyby wszyscy zachcieli o coś zadbać, coś dać z siebie; dla tego ryzyka nie pozbawi się szansy na przyszłość. To beznadziejne. Ale ktoś musi zacząć. Ktoś taki musi wreszcie się znaleźć. Tylko dlaczego tym kimś ma być ona?! Magda przeżywała rozterki i buntowała się przeciwko pytaniom, które rodziły się w niej i pozbawiały spokoju. – Nie jestem Judymem! Nie jestem siłaczką!” (s. 243).

Powieść Krystyny Jarockiej „Tygiel” wpisuje się w aktualny dyskurs dotyczący misji nauczyciela, jego rozczarowań i zadań. Autora nie kreuje heroicznej siłaczki, ale stawia bohaterkę przed życiowym zakrętem, portretując jej „podwójną” szkołę życia na wsi. „Tygiel” jest pełen psychologicznych rysów, stanów emocjonalnych, ludzi zrezygnowanych, wypalonych, pozbawionych pasji i zaangażowania. Główna bohaterka szybko przekonuje się, że zawód nauczyciela niewiele ma wspólnego z teorią wykładaną w Liceum Pedagogiczny. W „koszmarnym mieście – niemieście” szybko dorasta, uczy się samodzielności, własnymi siłami musi wyremontować mieszkanie, ogrzać wiecznie wyziębiony pokój. W tej szarości i codziennych zmaganiach w roli nauczyciela kiełkuje uczucie, przed którym ostatecznie Magda ucieka, z którego rezygnuje. 

Mam problem z „Tyglem” Krystyny Jarockiej, z jednej strony świetnie i realistycznie, z surową wnikliwością opisuje rzeczywistość peerelowskiej prowincji oraz szkoły. W tym świecie nie ma szans na szczęśliwe zakończenie i czytelnik przeczuwa, że główna bohaterka wybierze zupełnie inną drogę, formę tymczasowości. Urok tkwi również w opisach przestrzeni, bardzo sugestywnej, ukazanej sensorycznie. A z drugiej strony, opisywane stany emocjonalne Magdy przytłaczają. Jej cielesne, kobiece przebudzenie przesłania zupełnie pozostałe postacie i wątki. Praca w szkole również schodzi na drugi plan, a zakończenie rewiduje całkowicie obraz Magdy, młodej i niedoświadczonej nauczycielki. Bohaterka w pewnym sensie zdradza samą siebie, potwierdzając iż „każdy czysty nurt ma swój kanał ścieków”. Ciągle myślę o tej książce i jej bohaterach oraz zakończeniu, pozostawiającym wiele pytań, ale to dobrze, skoro tyle emocji po sobie pozostawia lektura „Tygla”.

niedziela, 17 lutego 2019

Małomiasteczkowa nostalgia


„Pamięć  o dzieciństwie jest jak dobry sen, który towarzyszy nam przez cały dzień albo jak koszmar do nas przylegający." (s.8)

Bardzo podoba mi się metafora porównująca drzewo do życia człowieka. Mamy wiele wspólnego z drzewami, podobnie jak one jesteśmy zakorzenieni – czy to w miejscu, społeczeństwie, kulturze, języku. Korzenie są w nas samych, budujemy je przez całe życie, niejednokrotnie próbujemy je przerwać, oderwać, tworząc nowe połączenia. Miejsce kojarzone z dzieciństwem jest mikrokosmosem, tkanką na której budujemy naszą tożsamość. Z czasem zmienia się wyobrażenie tej przestrzeni, jest demonizowana lub mitologizowana, w zależności od doświadczeń jednostki. To miejsce to „prakorzeń”, od niego rozrastają się kolejne, tworząc mapę pamięci, wspomnień, przestrzeni, w której odciskamy swoje ślady. Debiut Alicji Mielcarek jest ponownym zaglądaniem do starych szuflad, które zamknęło się wraz z porzuceniem warstwy kokonu dziecięcej naiwności. 

„Pępowina” (wyd. Mamiko) to opowieść z pogranicza realizmu magicznego, urzekająca polifonia kobiecych historii, wypełnianie barwami słów portretów postaci z przeszłości. Pępowiną jest nić wiążąca człowieka z miejscem rodzinnym, przechowującym wspomnienia, nasiąkniętym obrazami zapamiętanymi przez oczy dziecka. Pępowiną jest też pamięć, siłą kierującą główną bohaterkę do gniazda, do Nowej Rudy aby wypełnić białe plamy z przeszłości i odkryć, ukształtować siebie na nowo, „rozwikłać wewnętrzne supły”. Luśka, z wykształcenia psycholożka, wraca do Nowej Rudy, do domu, aby odetchnąć, nabrać dystansu od codzienności. Kobieta daje się porwać małomiasteczkowości, z nową wrażliwością patrzy na miejsca, pozornie znane i oswojone. Ta siła zaszczepi w bohaterce „Pępowiny” coś czego nie da nie nauczyć czy zdiagnozować za pomocą analizy psychologicznej, coś co jest nieuchwytne, ledwo dostrzegalne. Małe miasteczko, oplatające spokojem i wspomnieniami, miasteczko kobiecych opowieści, tętniące dramatami i radościami, niezwykłością i pozornością. 

Necia i Luśka w dzieciństwie były nierozłączne, po tragicznej śmierci rodziców ich drogi podążyły w przeciwnych kierunkach. Necia wyjechała do Stanów Zjednoczonych, a Luśka realizowała się w zawodzie psychologa. Wraz z powrotem do Nowej Rudy, do starego domu babci, przypominającego  „graciarnię” z ogromem przedmiotów i rzeczy, wracają wspomnienia dzieciństwa, siostrzane seanse spirytualistyczne, pierwsze podmuchy dorosłości i niewyjaśnione zabójstwo młodej kobiety, której spotkania z ukochanym na rzeczką Szumką, podglądała mała Luśka. Kim była B.B. i dlaczego ktoś ją zabił? Obraz martwej kobiety wciąż wydaje się żywy i prześladuje Luśkę, która postanawia rozwiązać tajemnicę kochanków sprzed lat… Szukając śladów przeszłości, podświadomie sama będzie próbowała uporządkować swoje życie i nadać mu ponownie sens. 

„Im bardziej błądzimy, tym nasze lustrzane odbicie wydaje się obce. Udać się na poszukiwanie siebie to najtrudniejsza i najbardziej fascynująca z podróży, w jaką można wyruszyć. Po nitce do pępka.” (s.23)

Powieść Alicji Mielcarek rysuje nową mapę Nowej Rudy, lekko baśniową, tajemniczą, szkatułkową – otóż jedno miasteczko ma wiele wersji, każdy interpretuje przestrzeń wewnętrznie, na fragmenty dzieciństwa nakładają się współczesne miejsca. Jesteśmy pewni rozczarowania głównej bohaterki, zbyt dorosłej aby zrozumieć magię swoich korzeni. Autorka jednak wyposaża Luśkę w niebywałą wyobraźnię, pamięć sensualną, jest ona dojrzałą kobietą, lecz przestrzeń rodzinnej Nowej Rudy zdziera z niej maski, pozwala wydobyć dziecięcy zachwyt, naiwność, zaufanie. 

Przewodniczką Luśki staje się kobieta wykluczona ze społeczności, pogardzana ze względu na swój wygląd,  szalona, współczesna czarownica – Garbata, przyjaciółka babci Kostki. Młoda dziewczyna i staruszka zaprzyjaźniają się, Garbata okazuje się prawdziwą znawczynią ludzkich dusz, buntowniczką, która ocaliła swoją dziecięcą wrażliwość pomimo wielu rozczarowań i krzywdzących ludzkich słów. Jest to najbardziej niezwykła i ciepła postać w powieści, jej słowa trafiają prosto w serce, są poetyckie, uniwersalne i mądre. Jest jedną z postaci tak bliskich bohaterkom Olgi Tokarczuk, istniejących w rzeczywistości, ale czujących i widzących o wiele więcej:


„Kiedy porzuciła świat i stworzyła swój własny, utkany z wolności, przestrzeni, natury i książek, z czasem odzyskała spokój i pogodziła się z losem. (…) Książki stały się jej sprzymierzeńcami” (s. 100).

Kiedy sensem dla ludzi staje się ciągłe gromadzenie rzeczy, to Garbata, mieszkanka noworudzkiej Doliny Muminków, na przekór cały swój dobytek nosi w kilku starych torbach. Znajdują się w nich ulubione cytaty z literatury, z przeczytanych książek, które były jej „sprzymierzeńcami”, a także „trochę szmat, kubek i kilka bieżących ziół”. To Garbata budzi w Luśce zapomnianą tęsknotę i nostalgię za domem, staje się jej opiekunką i duchową mentorką, przybraną babcią, która opowiada o życiu jak baśniarka:

Niektórzy pielęgnują obumarłych siebie i noszą niewidzialny ciężar obumarłych komórek, nie mają siły się z nich otrzepać. To jedyne, co mają, i z tej martwej przeszłości tworzą kożuch, czy, (…) pancerz. To są żyjące trupy. Trzeba wielkiej rzeczy, żeby im ta skorupa pękła. Czasami, razem ze skorupą, pękają oni sami, bo przeszłość to jedyna rzecz, którą posiadają. Bez niej więc i oni przestają istnieć” (s. 126).

Nową Rudę odkrywamy wraz z bohaterką, podążamy ulicami, zaglądamy do baru mlecznego, patrzymy na Szumkę, odwiedzamy redakcję tygodnika „Noworudzkie życie”, wędrujemy po leśnych ścieżkach za Garbatą,  próbujemy złapać senny rytm miasteczka, kreśląc jednocześnie linie, nitki wiążące główną bohaterkę z labiryntem, w którym nakładają się na siebie różne mapy – myśli, uczuć, zapachów, postaci. Miasteczko okazuje się mieć wiele wymiarów, ale by je odkryć, trzeba posłuchać głosu pamięci, głosu duchów, dźwięku „prakorzeni”. Czy bohaterka „Pępowiny” wsłucha się w małomiasteczkową melodię, czy zapełni nią ciszę i brak sensu?


„Pępowina” Alicji Mielcarek to wyjątkowa, proza akcentująca więź z miejscem, nadająca sens pozornie zwykłym rzeczom. To opowieść o zapominaniu i powrotach do przeszłości, wypływaniu na powierzchnię wspomnień, uruchamianych lawinowo przez bliskie przedmioty, detale, kartografie miejsc. To w końcu historie kobiet, poszukujących, niepokornych, napiętnowanych przez poczucie braku i samotności. Jednak w „Pępowinie” wiele jest ciepłą i nadziei, wyczuwalnej empatii w kreśleniu przez pisarkę zarysów przestrzeni. Łącząca bohaterkę z Nową Rudą pępowina przekształca się, nabiera nowego wymiaru, jest spoiwem, żywą tkanką pamięci. Przecięcie jej odznacza przecięcie własnych korzeni, eutanazję wspomnień. Tytułowa pępowina zmienia się, nadaje nowy tembr życiu bohaterki, staje się jej częścią. Jest to ukłon pisarki w stronę małomiasteczkowości. Każdy z nas, pochodzący z małej miejscowości, miasteczka czy ze wsi, wielokrotnie próbuje uciekać, wierząc w nomadyczność, oswojenie nowych miejsc. Rodzinne strony to nasza pierwsza przestrzeń, najbliższa, mamy wiec jej mapę rozrysowaną w sercu, czyli na zawsze. Powraca do nas w snach, przypływa na żaglach nostalgii, ale i wyłania się z rodzinnych rozmów, spotkań, pokoleniowych pamiątek. „Pępowina” to wrażliwy i niebywale czuły głos literackich przestrzeni, małych ojczyzn, do których tęsknimy jak małe dzieci. Polecam!

Cyt. Alicja Mielcarek, Pępowina, wyd. Mamiko, Nowa Ruda 2018. 


Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki. 

sobota, 2 lutego 2019

Baśń o samotnym księżycu. „W kim zakochał się Księżyc” Julita Pasikowska


Droga do pięknych rzeczy jest długa i trudna. Nie jest łatwo je osiągnąć. Pewnie dlatego nazywamy je pięknymi, bo nie widujemy ich na co dzień i wydają nam się nie do zdobycia.” s. 32.
 
Elegancki, z zakręconym wąsem, strażnik Ziemi, marzyciel i romantyk. Taki jest Księżyc, filozofujący o samotności i miłości, bohater debiutanckiej książki Julity Pasikowskiej, miłośniczki książek i baśni. O swojej pasji do literatury dziecięcej i młodzieżowej autorka pisze na blogu „Bajkochłonka”, na którym znajdziemy profesjonalne omówienia nowości wydawniczych dla najmłodszych. 
„W kim zakochał się Księżyc” jest również zapowiedzią nowego wydawnictwa Sto Stron, które pragnie wydawać przede wszystkim książki dla dzieci. Wierzę, że uda im się podbić malutkie serca najszczerszych krytyków, bo „W kim zakochał się Księżyc” jest opowieścią pełną ciepła, o emocjach, barwach samotności i nieszczęśliwej miłości. W sercach bohaterów odnajdziemy przede wszystkim blask nadziei, odsłaniającej moc niezwykłej przyjaźni. Okazuje się, że nie trzeba przemierzać całego kosmosu aby znaleźć to, co jest najważniejsze. Najczęściej to, czego szukamy jest bliżej nas, niż nam się wydaje. 

Księżyc co noc wstaje i obserwuje wszechświat oraz migoczące gwiazdy. Jego zadaniem jest chronienie Ziemi przez całą noc. Czuje się jednak bardzo samotny. Niespodziewanie zakochuje się w najpiękniejszej damie na całym niebie. Nie wie jak ma wyznać swoją miłość, więc prosi o pomoc gęś, która staje się miłosnym posłańcem. Księżyc często obserwuje mieszkańców Ziemi, którzy rzadko patrzą w nocne niebo. Pewnej nocy Księżyc poznaje Człowieka, o najbardziej wyczulonym słuchu na Ziemi. Człowiek cierpi na bezsenność i liczy gwiazdy na nocnym niebie, siedząc w swoim ogrodzie i czekając na upragniony sen. Księżyc wyznaje mu swoje uczucia i wątpliwości. Rozmowie przysłuchuje się mała, nieśmiała Gwiazdka, która najbardziej pragnie aby Księżyc był szczęśliwy. Kiedy powraca gęś, nie ma dobrych wiadomości dla swojego okrągłego przyjaciela. Księżyc będzie musiał stawić czoło trudnym uczuciom, rozczarowaniu, tęsknocie, rezygnacji. Ktoś jednak nie pozwoli aby czuł się samotny…. 

Julita Pasikowska stworzyła uroczą, baśniową historię skrywającą mądre przesłanie. Miłość nie zawsze bywa spełniona, czasami poszukując wielkich uczuć tracimy z oczu to, co mamy blisko. Podobnie jak Księżyc, zakochujemy się w wyobrażeniu, marzeniu, powierzchownym pięknie. Rozmowa Księżyca z Człowiekiem to piękna miniaturka dziecięcej wyobraźni. To właśnie małe dziecko słyszy więcej i potrafi dostrzec niebo przepełnione ogromem tajemnic i baśniowości. Człowiek słyszący głos srebrnego Księżyca to metafora dziecięcej wrażliwości. Tylko on patrzy w nocne niebo i tylko on z empatią rozmawia z nietypowym przyjacielem. Księżyc niczym Mały Książę próbuje dowiedzieć się czym jest samotność i co czyni go wyjątkowym we wszechświecie. Dzięki rozmowie i przyjaźni potrafi dostrzec i opisać jak wygląda samotność. Jest ona przede wszystkim brakiem drugiej osoby:

Samotność jest wtedy (…) kiedy widzimy najpiękniejszą w życiu tęczę i nie mamy z kim podzielić się jej widokiem. (…) Samotność to zakaz gier planszowych, skakania w gumę i wszystkich sportów zespołowych. Samotność to brak przyjaciela, brak wspólnych pasji, brak wspólnych wyjść do kina, brak pożyczania zeszytów, kiedy jest się chorym, brak trzymania się za ręce, brak przytulania, brak wszystkiego, co najpiękniejsze. (…) Samotność jest wtedy, kiedy musimy wyobrażać sobie kogoś, do kogo mówimy, bo nie mamy nikogo innego” s. 49-50.

„W kim zakochał się Księżyc” to baśń pełna metafor, płynnych przejść pomiędzy baśniowością, onirycznością a realnością, prawdziwym życiem. Odnajdziemy tu proste odpowiedzi, szczerość dziecka spoglądającego na Księżyc w rozgwieżdżoną noc, niebywałą wartość przyjaźni, która potrafi skleić nawet złamane księżycowe serce. 


Książka „W kim zakochał się Księżyc” Julity Pasikowskiej jest dostępna jako ebook oraz audiobook. Słuchając audiobooka, usłyszymy głosy lektorów: Anny Wysockiej-Jaworskiej i Rafała Pierzaka. Jest to idealna opowieść na dobranoc dla cierpiących na bezsenność i niekwestionowanych śpiochów – słowem dla wszystkich wielbicieli księżycowych baśni. Zjawiskową okładkę tej magicznej opowieści zaprojektowała Gabriela Dec.  

„W kim zakochał się Księżyc” wyd. Sto Stron to wartościowa, nastrojowa historia o małym, zagubionym Księżycu, który jak każdy z nas, szuka miłości, akceptacji i sensu istnienia. Księżyc okazuje się być niezłym myślicielem i niepoprawnym marzycielem, w którym odnajdziemy po części własne, człowiecze odbicie. Piękne zakończenie mówi każdemu z nas, że nawet Księżyc nie jest samotny w wielkim wszechświecie, każdego z nas może spotkać przyjaźń, nie trzeba jej szukać daleko. Piękno nie jest powierzchowne, nie jest "błyszczące" i przysłaniające czy oślepiające, ale wydobywa się z wewnątrz serca, jest ukryte w gestach i czułości, sygnałach empatii. Bohaterowie tej wzruszającej historii uczą, że warto rozmawiać o swoich uczuciach, pytać i szukać odpowiedzi nawet na najtrudniejsze pytania. Dzięki dialogowi, rozmowie rodzi się zaufanie, które jest kluczem do prawdziwej przyjaźni.

Książka "W kim zakochał się Księżyc" Julity Pasikowskiej jest pod patronatem KSIĄŻKOJADÓW

 https://wydawnictwostostron.pl/w-kim-zakochal-sie-ksiezyc/

sobota, 19 stycznia 2019

U pana Boga w Leszczynach

O pojawieniu się kolejnej powieści rzeszowskiego pisarza – Janusza Koryla  nie było zbyt głośno. Już sama liczba recenzji, których ukazało się dosłownie kilka, pokazuje, że „Pióro anioła” zginęło w natłoku premier wydawniczych. Szkoda, bo jest to dobra, przemyślana i wrażliwa proza. Janusz Koryl to przede wszystkim poeta, co daje odczuć się nawet w prozatorskich tekstach. Liryczność odnajdziemy również w opowieści o mieszkańcach Leszczyn, autor z przekorą i ironią obrazuje stosunki międzyludzkie na wsi, w której wszyscy się znają, a ostatnie słowo zawsze należy do proboszcza. Szara rzeczywistość przeplatana jest  tutaj onirycznością, magicznością, autor stara się zwrócić uwagę czytelnika na detale – piękno piejącego koguta, tęskny dźwięk akordeonu, zmieniający się krajobraz rzeki w zależności od pory roku. Leszczyny, chciałoby się rzec polskie Betlejem, to literacka soczewka, w której skupiają się wszystkie nasze narodowe przywary, z jednej strony budzące uśmiech, cynizm, a z drugiej tak bardzo ludzkie, prozaiczne. 

Wieś, której obraz wyszedł spod pióra Janusza Koryla nie jest przerysowana, nie mogę też powiedzieć, że jest karykaturą, raczej staje się „nadwyrazistą” miniaturą polskiej, zapomnianej wsi, dawnego świata, scentralizowanego, opartego na prostych zasadach, w którym zabobony, ludowość i wiara uzupełniają się i dyktują tętno codzienności. Oczekiwanie na ponowne narodziny mesjasza w Leszczynach obnaża brak wrażliwości i intymności we współczesnym świecie. Leszczyny stają miejscem taniej sensacji, a narodziny mesjasza zamieniają się w reality show. Janusz Koryl pokazuje gorzką lekcję, że przez 2000 lat, tak naprawdę nic się nie zmieniło w ludzkiej mentalności…

„Pióro anioła” to reinterpretacja historii z Betlejem, narodzin Jezusa. Autor jednak pokusił się umieścić akcję narodzin kolejnego mesjasza w polskiej wiosce, w czasach współczesnych. Maria, sprzątaczka w szkole i Józek, cieśla i pracownik pobliskiego tartaku są małżeństwem, od sześciu lat starają się o dziecko, bezskutecznie. Pewnej nocy do kobiety przychodzi mężczyzna w białej szacie, okazuje się być aniołem, posłańcem Boga. Historia z Ewangelii zdaje się powtarzać, Maria ma za dziewięć miesięcy urodzić syna:

„Świat zmierza ku nieuchronnej zagładzie. (…) Stwórca postanowił interweniować i na świat ma przyjść nowy mesjasz. Dzięki niemu będzie można zapobiec apokalipsie, dopóki nie jest za późno” (s. 9)

Większą dozę sceptycyzmu wykazuje mąż, który nie może uwierzyć w boskie objawienie, więc udaje się do baru „Pod skrzydłem”, aby przemyśleć słowa Marii przy kilku kuflach piwa. Oczywiście dość szybko rozwiązuje mu się język i zwierza się kolegom. Niebywała wiadomość szybko roznosi się po Leszczynach, budzi niedowierzanie ale i zdziwienie. Ostatecznie to jednak proboszcz potwierdza słowa Marii, wierząc w nadejście mesjasza. Słowa księdza okazują się być niepodważalne, niemal dogmatyczne i każdy z mieszkańców jest przekonany, że dokładnie 25 grudnia Maria Solecka urodzi drugiego mesjasza, który zbawi świat. W małej wiosce zaczynają się dziać cuda, a podkarpackie Leszczyny stają się słynne w całej Polsce. Okazuje się, że na cudach można dobrze zarobić…

Niepozorne, spokojne Leszczyny, w których mamy wrażenie, że czas się dawno zatrzymał, stają się centrum niezwykłych, boskich wydarzeń. W groteskowym świecie polskiej wsi Janusz Koryl ujął barwne ludzkie portrety. Przestrzeń Leszczyn to miejsce gdzie ścierają się ze sobą sacrum i profanum, to miejsce cudów i tragedii, żyjące swoim wewnętrznym rytmem odmierzanym przez naturę. Autor piętnuje polski katolicyzm, małostkowość, pozorną pobożność, przerysowaną religijność. Mieszkańcy Leszczyn rozgrzeszeni podczas niedzielnej mszy, pogrążają się na nowo w grzechach podczas pozostałych dni tygodnia. Rozruszona szyba z wizerunkiem Matki Boskiej, urastająca do cudu może zapewnić niezły zarobek, podobnie transmisja na żywo z narodzin mesjasza. Wszystko można sprzedać i kupić, i nikt nie ma skrupułów aby wiarę również sprowadzić do materialnych wymiarów.  Jedynym sceptykiem i niedowiarkiem we wsi okazuje się być Sobieraj, który w wyniku wypadku stał się inwalidą. Za swoje cierpienie obwinia Boga, zamyka się w domu, ucieka przed ludźmi, popadając w depresję. Bóg jednak okazuje się być o wiele łaskawszy niż uważa Sobieraj…

„Pióro anioła” to wzruszająca opowieść przede wszystkim o ludziach, wiejskich „odszczepieńcach” dryfujących pomiędzy marzeniami, fantasmagoriami a codziennością. Niejeden z tych marzycieli, oderwanych od wioskowych problemów chciałby przekroczyć leszczyński rubikon. Choćby niesforny trzynastoletni Michał:

pragnął się wyrwać z tego zaklętego kręgu, który otaczał jego dzieciństwo, Pragą zagarnąć jak najwięcej świata i doznać czegoś, co wykraczałoby daleko poza zwyczajną codzienność” (s. 57)

Wśród śniących na jawie, „nadwrażliwców”, buntowników rzeczywistości jest Gagarin – kolekcjoner ptasich piór, współczesny Ikar pragnący wznieść się ponad Leszczyny aby sprawdzić czy „niebo jest miękkie jak brzuch noworodka” (s. 75). 

Jest tez grający na akordeonie Rozmaryn, który najczęściej przesiaduje nad rzeką, grając roślinom i zwierzętom:

Ale najbardziej Rozmaryn lubił grać nad rzeką. Stał na brzegu, z pasją rozciągając miech, a spod jego ruchliwych palców ulatywały w górę płomienne dźwięki. (…) Grał niestrudzenie, o różnych porach dnia i nocy, jakby chciał w sobie zagłuszyć gorzką melancholię. W dzień grał obłokom na niebie, rybom w rzece, leśnym drzewom i każdej drobnej roślince. W nocy grał gwiazdom i księżycowi w podziękowaniu za towarzystwo i świetlne pręgi na wodzie, drgające przy każdym westchnieniu rzeki” (s.115)

 W tej nietypowej galerii „dziwaków” jest również staruszek Sęk, piszący co tydzień listy do papieża. Każda z tych postaci utkana jest z wielką wrażliwością, lirycznością, wyczuciem. Zarówno Gagarin jak i Sęk są zakładnikami swoich marzeń, które ostatecznie prowadzą do tragicznego finału. Bohaterowie odznaczający się innością wydają się być najciekawszymi postaciami, nie Maria i Józek Soleccy czy zaradny proboszcz, ale właśnie marzyciel Gagarin, staruszek Sęk i Rozmaryn są wykreowani z ogromną czułością, sympatią, zrozumieniem.

W powieści „Pióro anioła” mamy do czynienia z realizmem magicznym, który potęguje wrażenie, że wiejska społeczność podkarpackiej wsi egzystuje w osobliwym mikrokosmosie, hierarchiczności, według ustalonych zasad. Początkowo czytelnik ma wrażenie, że znalazł się w czasach gdy nie było jeszcze Internetu, telefonów i mediów, czas biegnie tutaj spokojnie, a ludzie skupieni są na własnych problemach. Kiedy jednak informacja o mesjaszu dociera poza Leszczyny, pojawiają się znamiona współczesności – wszechobecne media, telewizja, hałaśliwa nowoczesność wkracza bezczelnie do małej wioski. Autor zaskakuje zakończeniem, aż prosi się o jakieś dopowiedzenie. Pozostajemy ze zdziwieniem, zawieszeni między oczekiwaniem na cud, a dramatem.

„Pióro anioła” Janusza Koryla nie może być książką nieobecną, przemilczaną, zapomnianą, bo jest to bardzo wrażliwa proza, punktująca celnie i z przymrużeniem oka, opisująca obraz polskiej, małej społeczności. Interesująca i odważnie potraktowany jest temat wiary, która zamienia się w towar, tracąc wymiar duchowy. Autor kreśli niezwykły świat Leszczyn, w którym ludzie rozmawiają ze sobą, dzielą się swoimi troskami, czasami filozofują, czasami plotkują, spędzają czas w barze świętując, wspominając lub rozpaczając, ale tworzą solidarną społeczność. „Pióro anioła” obrazuje oczekiwanie na ponowne Boże Narodzenie, na ocalenie świata przed kataklizmem, ale jak pokazuje autor, ludzie wciąż nie są przygotowani, pogrążeni we własnych troskach, chciwości, nie dostrzegają tragedii drugiego człowieka, swojego sąsiada. Tytułowe pióro anioła jest schowane, ukryte w skrzyni, staje się przedmiotem, który dzieli. Marzy o nim Gagarin, który chce oddać swoją kolekcję piór w zamian za anielskie pióro, ale nie znajduje o Marii zrozumienia, gestu czułości i empatii. W powieściowych Leszczynach ludzie pozornie są zjednoczeni, tak naprawdę dzieli ich wiele. Są tacy jak w śnie Rozmaryna, zajęci przeżywaniem, pogrążeni w sobie, przeglądający nieustannie fotografie, zamknięci w przeszłości lub teraźniejszości. Skupieni wyłącznie na sobie.

Cyt. Janusz Koryl, Pióro anioła, wyd. Novae Res, Gdynia 2018.
  
Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.