środa, 13 stycznia 2021

Rozpruwanie i zszywanie słów – o debiucie Sławomira Hornika

 

Mrok wydaje się bezpostaciowy,  Sławomir Hornik w swoim poetyckim debiucie ”Szwy” nadaje mu cielesność, nawleka na lapidarne wersy niepokój, niedopowiedzenie, pustkę, zmysłowość, instynktowość. Słowa pełnią tu funkcję nici, włókien, łączących dwa biegunowe światy: rzeczywistość i sen. Poeta przewraca rzeczywistość na lewą stronę, pozwala podmiotowi przejść na drugą stronę lustra, komponować mozaikę ze snów i oniryzmu, który mocno oplata pajęczą siecią metafor kolejne utwory. Z tego mroku wyłania się jednak poetyka pamięci, poetyka rejestrowania emocji, wewnętrznych sprzeczności.

Poszczególne wiersze nie mają tytułów, uporządkowane są według numerów. Brak tytułu sprawia, że wchodzimy w tkankę wiersza bez zatrzymywania się, zanurzamy się w pierwszy wers. Tytuł wielokrotnie jest delikatną sugestią tematyczną, kierunkiem podążania lub nawet legendą objaśniającą drogę podmiotu. „Szwy” są tak minimalistyczną, fragmentaryczną strukturą, że tytuł mógłby zaburzyć nasze czytanie, esencją więc pozostają słowa w wersach, słowa, z których można zbudować pewien krąg zainteresowań i dywagacji podmiotu.

„kiedy nie ma ciała, / pozostaje zapach”

Poetyka „Szwów” jest symboliczno-oniryczna, miejscami słowa obrastają szkielet, obrazowany przez mroczną i fizyczną przestrzeń ciała. Metaforyka snu, który „przychodzi od wewnątrz”, pozwala wejść w opowieść o śmierci („nieznającej początku i końca”, ta która posiada takie samo imię), która ociera się i przemyka nieustannie przez poszczególne wiersze. Podmiot szuka jej imion w różnych językach (wiersz "8".), porównuje jej nadejście z pierwszymi, najsilniejszymi emocjami dziecka, doświadczającego niepokoju „pierwszego dnia”, tego co nieznane i obezwładniające (wiersz "7". i "9".). 

 Podmiot znajduje się jakby na granicy światów, obraz zaświatów często nakłada się na rzeczywistość, wyłania się z mgły, z drobnych szczegółów, często z kolorów: ciemnych jak krew, czerwonobrunatnych kojarzonych z ziemią, ale i żółci (nawiązującej do bezkresnych połaci pól pełnych dojrzałych zbóż). Jest również pewna paleta przezroczystości, mglistości, która nasuwa obraz świata spod powiek. Między wersami pojawia się obraz zimy, ośnieżonych dróg, zapisanych przez ptasie ślady (piękny wiersz "11." pokazujący kontrast bieli oraz ptaków o czarnych piórach):

„(…) Kawko,

gawronie, kruku, wypełniliście tę połać,

przez cały grudzień zostawiając klinowe pismo.”

 ("11". s. 17.)

Bezruch często zostaje zestawiony z nadmiarem dynamizmu, z którego nie można się wyswobodzić. Podmiot często tkwi w tkankach snu, we wnętrzu swoich myśli, w świecie odwróconym, pod powierzchnią. Przyglądamy się wraz z nim rzeczywistości wywróconej na lewą stronę, w której dokładnie widać jak przebiega szew, spajający enigmatyczną i mozaikową opowieść.

 „Szwy” to 31 wierszy – migawek, połączonych nie tylko numeracją, ale i motywem nitek, spajania, łączenia tego, co ulega  destrukcji, rozpruciu, przerwaniu więzi życia.

 Szwy to metafora pamięci, mozaikowych wspomnień, które podmiot chce zespolić, połączyć, pozszywać trudne, silne emocje, które wymagają przepracowania. Szwy kojarzą mi się również z bliznami, raną, utratą – i to również wybrzmiewa w wierszach Hornika.

Zwijanie/Rozwijanie przędzy pamięci

Wspomnienia bohatera wierszy są jak „ostre krawędzie” lub jak myszy „dzikie, bezbronne”. Przeszukiwanie pamięci, „szperanie” w głowie, okazuje się procesem bolesnym, jątrzącym, zapętlającym myśli.

W poetyckiej narracji powraca natrętnie obraz grudniowych, krótkich, ciemnych dni („W grudniu / prząść, nawijać, szamotać samotnych”) , przeplatanych z mocnymi obrazami corpus mortale  („Daj nam je umyć, uczesać. Wyjąć z siebie”). Obraz pożegnania tak bardzo lapidarny ale i ostry, wprowadza niewysłowioną intymność, w kilku wyrazach zostaje ujęte to, co oznacza pogrzebanie ciała, ostatnie gesty czułości najbliższych wobec niego. 

Zimowa sceneria łączy w sobie tak wiele kontrastów: dynamiczność (nagromadzenie czasowników), żywiołowość, nerwowe działanie, z niemocą, bezruchem, zamarciem. Czynności są wykonywane mechanicznie, jakby bez namysłu, to rytuały względem ciała, jest w nich jakaś symbolika przygotowywania ciała do drogi.

Wyłuskanie esencji cielesności pojawia się w wierszu „16.”, w którym ciało zostaje porównane do „wnętrza granatu” i „przestraszonego lisa”. Wiersz ten można czytać na wiele sposobów, na wielu poziomach zostaje on rozpisany, i jest jednym z piękniejszych w tomie „Szwy”. Ciało to powłoka, która zawiera w sobie tajemnicę istnienia, zmysłowość ale i turpistyczną fascynację, dzikość i zachłanność doświadczania tego, co dotykalne. W ciele kryje się mrok, powolne i nieubłagane doświadczanie kresu, zbliżanie się do śmierci. Podmiot spogląda na anatomię ciała, dostrzegając jego słabość, kruchość, fizjologię, granicę.

Śmierć pojawia się w milczeniu, w urwanych słowach (choćby wiersz „18.”), dochodzą nas echa Celanowskiego mroku (wiersz „13.”, w którym pojawia się prawdziwe nazwisko Celana – Antschel, sugeruje nam pewne nawiązania do jego poetyki), które być może są tylko odniesieniem do doświadczenia utraty, które zawsze będzie jednostkowe, naznaczone samotnością.

Hornik nie powiela, nie kontynuuje poetyki tanatologicznego mroku, ale wychodzi on w stronę poetyckiej płaszczyzny pamięci, istnienia obok siebie życia i śmierci. Podąża ku redukcji słownej, minimum słów ma uchwycić to, co najczęściej przemilczane, niewysłowione, odczuwane, ale niewyrażalne przez język. To właśnie próba przeniesienia doświadczenia utraty na płaszczyznę własnego języka, symboliki, indywidualnych figur i skojarzeń. Muszę przyznać, że „Szwy” to bardzo intymne obrazy, wyjęte z pamięci: szczegóły, fragmentaryczne nitki myśli i przędza snów.

Pamięć fascynuje podmiot, stara się on jej nadać kształt, więc jest ona „pomięta, pofałdowana”, mozaikowata, zmienna, niestabilna, tylko słowo może ją zszyć, zrekonstruować, zatrzymać w języku. Jednak na jak długo?

W „Szwach” pojawiają się tropy żydowskiej Kabały, hebrajskiej symboliki (dość szczegółowo pisał o tym Jakub Skurtys w recenzji „Szwa”). Początek i koniec drogi wyznaczają litery alfabetu Alef i Taw, a także zapis ich lustrzanego odbicia, jakby z zaświatów, z innej płaszczyzny. Lustro to przedmiot pozwalający na spojrzenie w świat odwrócony, zwierciadło to także metaforyczna brama do innej rzeczywistości, równoległej, ale jakby efemerycznej, refleksyjnej. Metaforyka lustra poszerza przestrzeń, zapętla ją w nieskończoność „lustro spoglądające w głąb siebie” a jego odbicie to „lustro, które widzi siebie w sobie”. Podmiot sam staje się lustrem, w którym odbijają się ukryte emocje, a może i światy tych, których jest  się częścią, co powoduje jego rozbicie i powielenie (wręcz nieskończone). Pamięć też często reprodukuje obrazy, tworzy wiele wersji, zamyka doświadczenia w mikroświecie jednostki. Jest subiektywna, często zaszyfrowana i rozpisana w umyśle według osobliwego, unikatowego kodu.

Rozpruwanie szwów

Rozdartą, wciąż krwawiącą, otwartą pustkę po śmierci, zszywa czas, czasami cienkimi nitkami codzienności. Upływający czas pozwala przyjrzeć się bliżej przestrzeni utraty, dochodzi do rozpruwania pamięci, mozolnego łączenia dwóch biegunów: życia i śmierci. W miniaturowych i bardzo zmetaforyzowanych obrazach pojawia się kontrastowość: „Nie ma: jest”. W tych opozycjach przejawia się metafizyka, tajemnica, pytanie o sens śmierci:

„Skoro już cię nie ma, przez które

załamane mapy przychodzisz do nas?”

 ("23.", s. 29.)

Odpowiedź kryje się być może w wierszu „30.”:

„Po dniu, miesiącu, roku, dziesięciu latach jesteś

obiecanym pyłem z dobrej księgi.”

("30.", s. 36.)

Ciało staje się częścią ziemi, zamienia się w pył, „rytm odejść” wciąż rozgrywa się i jest doświadczeniem każdego człowieka, ale przeżywanego indywidualnie, samotnie. 

Hornik wielokrotnie przywołuje obraz zwierząt, w wierszu otwierającym tom jest to samotność psa i zapach ciała którego nie ma, a w końcowym skowyt (ponownie nasuwający skojarzenie z zawodzeniem psa). Dźwięk, zapach, faktura, kolor, dotyk – to bardzo sensualne odczuwanie świata przez podmiot, który pieczołowicie dobiera słowa i zamyka własne emocje w specyficznych miniaturach, przy użyciu własnego kodu, szyfru poetyckiego.

„W kącie oka cała jest opowieść twoja, kontynent, ohel

murowany oddechem, po ziemi chodzi osaczone zwierzę

z grudką śniegu pod żebrem”

("29.", s. 35.)

 

Oprócz języka, słów, to oczy przechowują obrazy, doświadczają i zapamiętują, rejestrują to, co selekcjonuje pamięć. I ponownie poeta powraca do kultury judaistycznej, ohel jako grobowiec wprowadza konotacje tanatologiczne, ale zestawienie z „oddechem” czyli życiem sytuuje podmiot znowu na biegunowych płaszczyznach. Gdyby jednak przyjrzeć się bliżej, taką też konstrukcję wertykalną, zaobserwujemy w innych wierszach, tam gdzie południe (życie), tam i jest północ (śmierć). 

„Szwy” nieustannie balansują na krawędzi, łamią schematyczność lektury, emocjonalnie  intensyfikują dobierane słowa, odbijają bardzo wąski kawałek rzeczywistości, wielokrotnie przesłoniętej symboliką, topiką snu i warstwami przebłysków pamięci.

Poezja Sławomira Hornika wydaje się eklektyczna, sens „Szwów” trzeba wydobywać i odsłaniać z kolejnych warstw symboli i fragmentów, strzępów obrazów. Nie tylko poeta posługuje się umiejętnie włóknem słowa, zszywającym pamięć i doświadczenie, czytelnik również musi wykazać się umiejętnością splatania, a raczej rozplatania poszczególnych wersów i tkania z nich własnej, subiektywnej płaszczyzny odczytań, stycznych doświadczeń i szczegółów, rozświetlających ciemne korytarze pamięci. Zadziwia mnie, że wiersze Hornika są zarówno tak zamknięte, intymne, enigmatyczne, jak i otwarte na czytelnika, jego wrażliwość. 

Motto, które zostaje zaczerpnięte z wiersza Ryszarda Krynickiego „niech pozostanie/ otwarta” ponownie sugeruje, że nie każde doświadczenie zamyka pewien rozdział, nie da się zapomnieć, pamięć pozostanie zawsze otwarta. Więc po co podmiotowi szwy? Jakim stają się tworzywem wobec pamięci, słów, języka, osobowości? Czy bardziej łączą emocje i pamięć, czy raczej są rozpruwane przez kolejne wiersze, aż do momentu ostatniego skowyczącego dźwięku, żałosnego i dzikiego? Pytań jest znacznie więcej, ale właśnie to jest materią dobrej poezji, aby szukać własnych odpowiedzi lub pozostawić je otwarte jak rana.

„Szwy” Sławomira Hornika ukazały się nakładem łódzkiego Stowarzyszenia Literackiego im. K. K. Baczyńskiego. Tom został doceniony, zdobywając nagrodę TETIS.

Cyt. Sławomir Hornik, Szwy, Stowarzyszenie Literackie Im. K.K. Baczyńskiego, Łódź 2018.


wtorek, 6 października 2020

Blizny macierzyństwa – „Mamidło” Barbary Janas-Dudek


„Jestem nieznośna przede wszystkim

wobec siebie. Nie będzie łatwo chociaż mówią

siłaczka. Moc topnieje. Z nocy na noc zasypiam

mniej odporna, pchnięta na ścianę,

ograniczona.” (s. 19)

 

Czytanie „mamidłowych” wierszy jest jak precyzyjne i bolesne wyciąganie z siebie fragmentów włókien zszywających mocno doświadczenie matki. Te szwy to obrazy, portrety, poszarpane „makatki” macierzyństwa, wyjęte żywcem z porodówek, pokoi wypełnionych dziecięcym krzykiem lub ciszą. To emocjonalna opowieść z miejsc pomiędzy, bo kobieta-matka jest zawieszona pomiędzy sobą, a dzieckiem. Kobieca jedność rozpada się, ulega metamorfozie (często gwałtownej, bolesnej, nieodwracalnej), narodziny dziecka to jakby utrata fragmentu siebie, to emocje które przepracowuje się samotnie, w kontrze do świata celebrującego idyllę macierzyństwa. 

Temat połogu otoczony jest duszącą atmosferą tabu, podobnie jak poronienie – kobietom stawia się wymagania, a rola matki to często wrzucenie na głęboką wodę niezrozumiałych emocji, galopujących hormonów i samotności. „Mamidło” Barbary Janas-Dudek wzmacnia głos i perspektywę macierzyństwa trudnego, podkreślając samotność kobiet, ich psychiczne zagubienie. Okładka tego tomu, czarna z fotografią blizny, już nakreśla czytelnikowi klimat wierszy, które zamieniają się w namacalne doświadczenie kobiet, są głosem mówiącym: „nie jesteś sama, mam podobne uczucia, mnie również to spotkało, nie bój się mówić o tym głośno.” Jesteśmy mamidłami, makatkami, matkami, nasze macierzyństwo rozpina się pomiędzy uzurpatorstwem, ciągłym poczuciem „podwójnego życia”, a bezwarunkowa miłością, która potrafi doczepić skrzydła swoim dzieciom.

„Mamidło” Barbary Janas-Dudek to poruszanie się po mrocznych i jątrzących marginesach kobiecych wnętrz. To podróż po obrzeżach przemilczanych, przytłaczających emocjonalnością i realnością i jak mówi podmiot liryczny to poetycki lament:

„za mnie, za ciebie,

tych, którzy krzyczą,

i tych bez słów

wobec prawdy

 

ronię”

(Lament, s. 61)

Naturalizm wierszy tworzą historie kobiet rodzących, zmagających się z traumą, depresją poporodową, chorobą dziecka, śmiercią. To poetycki dokument  niezagojonych blizn, matczynych samotni, które wypełniają codzienność.

„Mamidło” kojarzy mi się ze zdejmowaniem kolejnych masek i filtrów z instagramowych wycinków życia matki, jest tu cała gama zduszonych i chowanych głęboko uczuć. Może wydawać się, że jest to zimna i szorstka, brutalna i pełna fizyczności, a miejscami wręcz epatująca cielesnym naturalizmem (przejmujący fragment wiersza: „Martwe. Wywołano bóle porodowe. Kazano przeć./ Kawałek łożyska gnije w macicy. Będą łyżeczkować”, s. 24) kronika cichej rozpaczy, bezradności, wewnętrznego przeżywania. Jednak przez mocne wersy przebija czułość i intymność emocji. To intensywne, cielesno-psychiczne przeżywanie, wręcz rozrywa bohaterki wierszy, rozpruwa ich makatkowe złudzenia (bohaterka wierszy pyta swoje dzieci: „Do kogo przychodzicie? Do tej strzępiącej się makatki? Kawałka materiału, z którego wypruto litery?”, s. 22).

Metafora makatki jest pod tym względem wyjątkowo trafna i głęboka – materiał pełniący rolę dekoracyjną, barwny fragment tkaniny przykrywający to, co często chce się ukryć – to próba przyjrzenia się kobiecie zmieniającej się w matkę, od której będzie się wymagało deklaracji siły i poświecenia, która ma być „precyzyjnie wyhaftowana”, „wykrochmalona”. Kobieta staje się produktem patriarchalnej i konserwatywnej wizji macierzyństwa, idealnego i heroicznego, tu nie ma miejsca na strzępy emocji, epatowanie cierpieniem i połogowym bólem. Ciąża sprowadza się do dziewięciomiesięcznych procedur, podobnie poród.  To powolne zmarginalizowanie indywidualności kobiety.

Na szczęście „Mamidło” uwalnia głos kobiet, nadaje im podmiotowy wymiar. Liryczny obserwator przygląda się szpitalnej rzeczywistości, kadruje oddział patologii ciąży, noworodki w inkubatorach, pierwsze spotkania i niepewne oczekiwanie matek, drżących o życie dziecka. Jest blisko, „daje się wciągnąć w materię tego miejsca” jest jednocześnie jedną z matek, jak i opowiadającą. 

W tej poetyce matczynych blizn pojawia się także połóg, któremu poetka przywraca ważne miejsce w dyskusji o macierzyństwie. Takie dekonstruowanie przestrzeni tabuizowanych przez ostre ale i kobiece poetyckie narracje, uwalnia punkty styczne ciała i emocji. Ciała zawłaszczonego przez szpitalne aparatury, ciała „ograniczonego”, zniekształconego, ale i ukazanego tak bardzo naturalnie, w opozycji do kultu konsumpcyjnego piękna. 

Poetycka odwaga tego tomu odbija się w postaciach, bohaterkach, „siłaczkach” codzienności, krzątających się w kuchniach, rozdartych między sobą, a macierzyństwem. Te wiersze rodzą przestrzeń kobiecej solidarności, nie koloryzują, ale uwrażliwiają, że o bolesnych emocjach trzeba mówić, trzeba je wydobywać na powierzchnię. Mamidło mówi właśnie o tych, które milczą, zmarginalizowanych, samotnych, doświadczających trudów i mroków macierzyństwa. Bo czy macierzyństwo może być mroczne? Poemat Barbary Janas-Dudek rozbija wszelkie mury milczenia o poronieniu, komplikacjach przy porodzie, samotnych i wykluczonych matkach rodzących chore dzieci. Jest to również gorzka diagnoza polskiej opieki okołoporodowej, braku empatii i traktowaniu kobiet przedmiotowo. 

Poetka wrażliwie i czule odsłania kolejne kobiece blizny, pozwala im przejąć opowieść, ujawnić nawet te najmroczniejsze myśli, chwile rozpaczy, zwątpienia, pojawiające się kryzysy i rysy, dzięki którym macierzyństwo zostaje ukazane wielowymiarowo. Poszczególne fazy macierzyństwa wyznaczają skrajne doświadczenia, poczucie ciągłej utraty, tęsknoty, przybliżania się i oddalania. Podmiot liryczny zwierza się w jednym z wierszy: „Każdy dzień jest krokiem w pęknięcie”. Czy nie jest to trafna definicja początków macierzyństwa?

„Mamidło” to emocjonalny przekrój etapów, przez które przechodzi matka. W części „Punkty zwrotne” odnajdziemy obrazy macierzyństwa dojrzałego, „wyrastania” dzieci, nieuchronnego oddalania się od opiekuńczych ramion rodzicielki. Z mamy staje się ona mamidłem (w użyciu tego słowa brzmi zarówno pewna pieszczota, ale i pobłażliwość, a gdyby przyjrzeć się mocniej semantyce to mamidłem jest coś nierealnego, jakieś perswazyjne złudzenie; może to obraz matki, do którego każda  matka dąży, chociaż jest nieosiągalny, być może macierzyństwo to ciąg mamideł, planów, marzeń, często nierealnych, ale tkwiących w kobiecie), mającym jednak ciągle moc „doklejania skrzydeł” swoim dzieciom. I to jest najpiękniejsza i najbardziej uderzająca myśl wyłaniająca się z tomu Barbary Janas-Dudek. 

„Mamidło” Barbary Janas-Dudek wypełnia białe plamy obrazu macierzyństwa dosadną i wrażliwą metaforyką, otacza bohaterki czułością, zrozumieniem, kształtuje ich myśli w kolejne wersy, które na długo pozostają w głowie. To emocjonalna kronika matczynych blizn, wyszywanych na ciele grubymi, ciemnymi i szorstkimi nićmi strachu, obaw, niepewności, braku pewności siebie i zagubienia, ale i nadziei,wnikającymi tak mocno w duszę. 

Cyt. Barbara Janas-Dudek, Mamidło, Zaułek Wydawniczy Pomyłka, Szczecin 2020. 

 

 Za egzemplarz książki dziękuję Autorce.

poniedziałek, 15 czerwca 2020

Pani Miłość i inne cierpienia - o wierszach Agnieszki Świderskiej

Poetyckie tworzywo oddaje to, o czym ciężko opowiedzieć i opisać. W słowach można zamknąć myśli i emocje, nadając im kształt lirycznego zwierzenia, szeptu. Taki portret czy raczej katalog emocji, rejestrowanych stanów namiętności, tęsknoty i samotności, zawiera poetycki tom Agnieszki Świderskiej „Z nadzieją i lękiem w tle” (wydawnictwo WFW). Tło tej poezji stanowią jaskrawe barwy miłości, wyznań i zmysłowych opisów podmiotu lirycznego:

„Pisząc o miłości,
Mam na myśli wszechobecną cnotę boską,
Jedyną taką, która wszystko potrafi,
Jedyną, która rozumie,”
[Życzenia, s. 44]

Miłość nie jest jednak stanem spokoju i błogości, ale w jej palecie mieszczą się też inne, mroczniejsze  emocje. Bohater/bohaterka wierszy zdaje sobie sprawę, że wraz z namiętnością przychodzi i milcząca tęsknota. Nie brakuje więc wierszy-monologów, dręczących pytań o stabilność uczuciową ukochanego (choćby „Dzień i noc. Wszystko” czy „Szczęście”). Zmysłowość chwil, spotkania kochanków, cielesne doświadczenia, ścierają się z momentami samotności („Woda”, „Tęsknota”). Emocje zakochanego to prawdziwa sinusoida, dlatego tom Agnieszki Świderskiej zawiera tak różne oblicza miłości. 

Forma opisywania uczuć wybrana przez poetkę nie jest zbyt przekonująca, a na pewno brakuje jej metaforyczności i nowatorstwa. Poetka miejscami zbyt dosłownie traktuje miłość, nie pozostawia czytelnikowi zbyt dużo miejsca na liryczną wyobraźnię czy niedopowiedzenie, które wywołałoby znacznie lepszy efekt („Miłość”; „Bez końca”). W wierszach, bardzo emocjonalnych, natarczywie rzucają się w oczy zbyt ogólne, trywialne frazy, które spłycają treść i czynią wiersz przewidywalnym („Spaliłam mosty” czy utwór „Słowa”, w którym pojawiają się truistyczne wersy: „W słowach zmieszczę cały świat”; „Słowem namaluję obraz”). 

Pani Miłość, opisywana przez podmiot liryczny wzniośle, miejscami nad wyraz patetycznie i pretensjonalnie, traci na tajemniczości i plastyczności. Miłość oddawana zostaje przy pomocy „wielkich słów” („Wszystkim jesteś”; „Gdzie Twoje myśli?”) i prostych skojarzeń typu: włamanie się do serca, zatopienie się w ustach, połączenie ciał. Kochanek/Kochanka również portretowani są dość schematycznie, będąc: „lekkim wiatrem”, „złotym deszczem”, słońcem, oceanem („Satysfakcja”), urodziwym rycerzem („Pozwól mi zasnąć”), królem („Dobranoc, królu”). Kim natomiast jest bohater/bohaterka wierszy? W wielu utworach ujawnia się jako zakochana kobieta, szalejąca z miłości i tęsknoty. To „niczyja córka przestworzy”, nieuleczalnie chora, miotana przez gwałtowne i nieprzewidywalne uczucia. 

Wśród przeciętnych wierszy wyróżniają się te, w których odbija się codzienność podmiotu lirycznego. Właśnie w tych utworach odczuwam szczerość i prawdziwą wrażliwość poetki. „Przepis na życie”; „Zapominam Cię”; „Kraków”; „Może”; „Jesień”; „Nowa zmarszczka”  - to wiersze, które czyta się przyjemnie, mając nadzieję, że autorka w przyszłości obierze taką formułę własnej „ars poetica”.  W tych utworach podmiot wydaje się dojrzalszy, o wiele więcej ma do zaoferowania odbiorcy, choćby w wierszu „Nowa zmarszczka” pojawia się taki obraz: „Palcami dotykam je czule/ Każdą głębinę w mej skórze/ I szukam poprzedniej nocy/ I poprzedniego wschodu słońca”. Malarsko wręcz wybrzmiewa obraz miasta „pachnącego majem” w wierszu „Kraków”. Podobną strukturę prezentuje „Jesień”, w którym bohaterka poddaje się jesiennej chandrze i emocjom, przyznając: „Nie ma we mnie bogini/Ni walecznego herosa”. W ujmującym „Przepisie na życie” mieści się również receptura i atmosfera liryczna dominująca w całym tomie Agnieszki Świderskiej „Z nadzieją i lękiem w tle”. W poetyckich kulinariach pojawiają się więc: łzy goryczy, cierpienie zamknięte w słoiku, ból, obawy, udręczenie mierzone w kilogramach, ziarenka troski, melancholia, rozżalenie, chandra. Te pejoratywne uczucia możemy odnieść do różnych faz zakochania, bo miłość to również zmierzenie się z cierpieniem i niepewnością. 

Wiersze Agnieszki Świderskiej z tomu „Z nadzieją i lękiem w tle” to składanka życiowych refleksji, w której prym wiodą miłosne wyznania i namiętne monologi. Poetka nie wychodzi jednak poza utarte i banalne obrazowanie miłości czy tęsknoty. Czytelnik otrzymuje rozpiętą gamę emocji, ale brakuje w niej zaskakującej metaforyki i czegoś nowego, co mogłoby odbiorcę zatrzymać na dłużej przy podmiocie lirycznym. Gdyby autorka wyszło poza powszechny paradygmat miłości, wyłamując się schematyczności, wiersze zyskałyby na wyrazistości i oryginalności. Tworzenie poezji to ciągłe poszukiwanie i otwieranie nowych przestrzeni wyrazu, wierzę, że autorka nie zatrzyma się w granicach, które tak mocno wytyczyła sobie w tomie „Z nadzieją i lękiem w tle”.

                                   Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.

środa, 10 czerwca 2020

Warmińska wioska pod warstwą legend, snów i duchów


Warmia jest skalistą wyspą zawieszoną w powietrzu na sznurach wyplatanych z traw i wyschniętych zbóż. Tkwi w przestrzeni pomiędzy Niebem a Piekłem. Silne wiatry, które wieją tu dość często, targają wyspą raz w górę, raz w dół. Ale częściej w dół, zanurzając ją na chwilę w otchłani Grzechu. Sznury jednak nie pozwalają polecieć za daleko, zawracając zaraz Warmię w kierunku Pomiędzy.”


Przytoczony fragment tak bardzo poetycki i metaforyczny podsuwa mi skojarzenie z lirycznymi i onirycznymi obrazami „Niewidzialnych miast” Italo Calvino. Ta paralela nie jest przypadkowa, warmińskie przestrzenie w mozaikowych ujęciach Łukasza Staniszewskiego to baśniowe etiudy oparte na fasadach ludowości, etnografii, otulone klimatem lokalnych i osobistych legend i podań. 

Narracja zostaje podyktowana małej mitologii, co czyni z opisywanego świata „warmiński Prawiek”, czyli miejsce magiczne, wielowymiarowe, gdzie żyją obok siebie żywi i duchy zmarłych, a natura niejednokrotnie przybiera postać Tanatosa. Topografia Warmii, jej natura, pierwotna architektura lasów i jezior to fundament bardzo oryginalnego debiutu  Łukasza Staniszewskiego, który w „Małych Grozach” powołuje do życia barwne, niejednoznaczne postacie, poddające się własnej cielesności i płynące w rytmie praw natury. W Małych Grozach czas odmierzany jest przez zegar biologiczny, pierwotny, wyznaczający bujne godziny życia i gorzkie godziny śmierci. 

Jednym z takich warmińskich miejsc zawieszonym pomiędzy snem, a wiejską codziennością, przestrzenią, w której granice wytycza wyobraźnia, jest pozornie zwyczajna wioska Małe Grozy. Obserwujemy jej tajemnice zaglądając do domostw, zahaczając delikatnie o las i jeziora, które stanowią granice opowieści i życia mieszkańców Małych Gróz. Ich przekroczenie, wejście w świat natury oznacza odejście, śmierć, przejście do zaświatów lub zawieszenie gdzieś pomiędzy rzeczywistością a snem. 

Odkrywanie warmijskiej wioski odbywa się fragmentarycznie, szybko dajemy porwać się narracji i onirycznym migawkom z życia prostych ludzi. Jesteśmy jak dzieci zasłuchane w klimatyczne ale podszyte grozą i strachem opowieści dziadka Jerycho, jednego z głównych bohaterów, którego kontury życia wymykają się ze wszelkich realistycznych ram. Jerycho to człowiek-tajemnica, staruszek znający recepturę wyrabiania pereł z warmińskiego piasku, opowiadacz o głosie jak „ciepły warmiński wiatr, przepalony słońcem i mocą bimbru”. To jego wspomnienie pielęgnuje wnuk, główny narrator, próbujący nakreślić i uchwycić obraz człowieka znającego zapomniany język lasu, starca pachnącego mchem i mokrymi drzewami. Postać białowłosego Jerycha wydaje się fantastyczna, zmyślona, a jednocześnie fascynująca pod względem jego więzi z naturą, tym co duchowe i niematerialne. Jerycho to postać-symbol, zmitologizowany obraz mędrca, strażnika opowieści, znachora, człowieka pierwotnego, zjednoczonego z ziemią i przyrodą. 

Mieszkańcy Małych Gróz bardzo mocno uwikłani są w namiętności, silne i wyraziste uczucia, pozbawione hamulców moralności czy sfery tabu. Dużo w tych mikroopowieściach erotyzmu i seksualności, co również wydaje się odzwierciedlać świat naturalny, poddany prawom biologii. Nie brakuje więc zdrad, niespełnionych miłości, romansów czy śmierci spowodowanej gwałtownym uczuciem. Obiektem miłości możne stać się strach na wróble, Golem, duch Dzięcioł przybierający ludzkie kształty, czy Huba, mityczny leśny demon, słowiański Bachus wabiący kobiety na prawdziwe orgie. 

W opowieściach Łukasza Staniszewskiego ciało ściera się dość mocno z tym co ulotne, niematerialne, z przestrzenią duchową. Ta kontrastowa kompozycja sprzyja atmosferze baśniowości, pewnej ludowej tradycji snucia historii i potrzeby okiełznania tego, co budzi strach, jest nieznane, prastare. W narracjach wybrzmiewa bardzo mocno wrażliwość metaforyczna autora, który uwodzi stylizacją, opisami warmińskich krajobrazów, a także fabularną wyobraźnią. Taka kreacja świata urzeka, prostota, cielesność, wyrazistość dialogów, oryginalni bohaterowie i wszechobecna natura -  zostają czule przewiązane poetycką wrażliwością. Małe Grozy to dzika, nieokiełznana sensualność oraz mroczna, balladowa eteryczność, to połączenie dwóch światów w jeden przestrzenny organizm za pomocą krwioobiegu realizmu magicznego, sprawiającego, że literackie topografie nabierają głębi, stają się równoprawnym bohaterem wyłuskiwanych historii.   

Cały urok debiutu Łukasza Staniszewskiego tkwi w swobodnym reinterpretowaniu motywów folklorystycznych i ich podkoloryzowaniu, co daje wrażenie prozy plastycznej, minimalistycznej pod względem fabularnym, ale bogatej językowo i znaczeniowo. Dajemy uwieść się baśniowemu korowodowi postaci, nasuwającemu odbiorcy Wyspiańskie konotacje. Małe Grozy to przestrzeń ze snów, koszmarów, wypełniona marami, duchami, postaciami z legend i podań, mitologii, symboliką słowiańską i chrześcijańską. Narrator to czuły obserwator świata i natury, którą potrafi opisywać z całym pięknem, zachwytem, poetyckością i tajemniczością. 

Po lekturze książki chciałoby się odnaleźć tytułowe „Małe Grozy”, zajrzeć przez okno, napić się wywaru z rumianku i sprawdzić jak żyją bohaterowie opowiadań. Czy nadal tkwią w magicznej bańce praświata pomiędzy jawą, a snem? A może śpią głęboko w pobliskim jeziorze? Jak odnaleźć drogę na Warmię, kreśloną tak barwnie, nostalgicznie, ale i z pewną dozą mroku i grozy, przez Łukasza Staniszewskiego? 

„Jak tu trafić? Zapytaj dziecko. Ono wskaże ci drogę na Warmię. A jeśli jesteś zbyt głuchy i ślepy, żeby zrozumieć cokolwiek, dziecko cię zaprowadzi. Polecicie na łabędziu przytulni do jego białej szyi, uważając, żeby głową nie zahaczyć o gwiazdy. W świetle księżyca zobaczysz rozwidlenie drogi. To tam.” 

Cyt. Łukasz Staniszewski, Małe Grozy, wyd. Literackie, Kraków 2020.

Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz książki.