środa, 18 kwietnia 2018

Układanka z Tanatosa. O debiucie prozatorskim Weroniki Gogoli


Rocznik 1988. Jesteśmy rówieśniczkami. Łączy nas jednak nie tylko nostalgia za latami 90, ale i przesiąknięcie, ukształtowanie przez przestrzeń wsi. Weronika Gogola kreśli świat dziecięcych Olszyn, który może i przypominać kontury mojej wsi. W prozie debiutantki odnajduje odbicie swojego dzieciństwa, pierwszych pęknięć beztroski spowodowanych zetknięciem ze śmiercią, odchodzeniem sąsiadów, ukochanych zwierząt, najbliższych. Przestrzeń wsi zupełnie inaczej celebruje śmierć, Tanatos staje się bliski, rytualny, okraszony przesądami, legendami, opowieściami. Po trochu każda kolejna śmierć, pogrzeby, utrata bliskich osób – zabiera dziecięcą wiarę w nieśmiertelność, wieczne trwanie i byt świata, którego jesteśmy częścią. 


Książka „Po trochu” (wyd. Książkowe Klimaty) przypomina swoją strukturą tarczę zegara. Dwanaście godzin to sekwencje utraconego mikroświata. Olszyny przypominają Prawiek z prozy Olgi Tokarczuk, są magiczne, wycięte jakby ze wspomnień, przesiąknięte nostalgią, melancholią, ubrane w dziecięcą perspektywę odbierania świata. Rodzinna wieś zdaje się być mikrokosmosem, bursztynem wspomnień, zatrzymanych obrazów, fragmentów rzeczywistości bliskiej pokoleniu lat 90. Autorka porusza czułe struny czytelników, wspominających smak gumy turbo, spędzających całe dnie na podwórku, kolekcjonujących z przejęciem karteczki trzymane z pietyzmem w segregatorze, oglądających Xenę czy doktor Quinn. Takim pokoleniem byliśmy i to udaje się uchwycić w prosty sposób Gogoli. Z lekkością pisze ona o dorastaniu i przemijaniu, układaniu funeralnych puzzli, których każdy element przypomina o odchodzeniu, zbliżaniu się po trochu do tajemnicy śmierci, do jej oswojenia. „Po trochu” to bardzo intymna podróż pokazująca kolejne przystanki, na których narratorka – mała Weronika, przezywana przez rówieśników Godzillą – spotyka Tanatosa pod różnymi postaciami. W rysach dziewczynki kryje się oczywiście sama autorka, która uruchamiając obrazy z dzieciństwa, powraca również do sposobu patrzenia dziecka, infantylnego języka, chaotycznej i bardzo emocjonalnej narracji. W powieści Gogoli nie brakuje dziecięcej ciekawości, szczerości, ale i bezpośredniości w opisywaniu śmierci, która nie jest tematem tabu. Dziewczynkę fascynują zmarli, obrzędy, czynności pogrzebowe i to, co dzieje się z ciałem człowieka, jego rozkładem. Kolekcjonuje ona obrazy, słowa, opowieści dorosłych, przywołując nawet sensualne doświadczenia – wszystko to, co związane z tematyką śmierci. 

„Po trochu” to również opowieść o pamiętaniu, o obrazach, które zostają w człowieku, rozsiadają się w naszej głowie. I nie są to tylko lukrowane obrazki, ale gorzkie i cierpkie wycinki naszego mikroświata:

„Czy nie lepiej by było, jakbyśmy się wszyscy tylko rodzili i umierali? I nic więcej? Jakbyśmy nie musieli pamiętać? I zmieniać wszystkiego w głowie? Bo czasem, jak coś się przywołuje z pamięci, to by się chciało, żeby było pięknie. A tu brzydkie wychodzi. I co z taką pamięcią? Wszystko na nic.” (s. 112) 

Śmierć, oprócz poczucia utraty, zdaje się również uruchamiać właśnie pamięć, przewijające się portrety i słowa zmarłego. Gogola właśnie przez pryzmat odchodzenia przedstawia galerię postaci swojej rodziny, mieszkańców Olszyn, znajomych, przyjaciół. Trzeba to podkreślić, że ma urzekający, przyciągający styl opowiadania, gdyż „nie potrafi zatrzymać historii w sobie, chce ją zawsze posłać dalej” (s. 106).

„Po trochu” Weroniki Gogoli to lustrzane odbicie rzeczywistości mojego dzieciństwa. To przyjemne poczucie solidarności, bycia obok bohaterki, bycia jej rówieśnikiem – daje również możliwość spojrzenia na swoje własne dzieciństwo, na przestrzeń podobnej tożsamości. To również próba opowiadania samym sobą, czerpania z siebie, przy niezwykłej otwartości dla czytelnika, z umiejętnością wyrazistego operowania detalami. „Po trochu” to mikroświat, w którym z łatwością się poruszam, utożsamiam się wpisując się w rys pokolenia, które Gogola kreśli. 

 „Po trochu” to przede wszystkim ślad przemijania życia, upływający czas, zegar pamięci, w którym każda godzina to historia życia i umierania. Weronika Gogola utkała wyjątkową opowieść, którą kończy wspomnienie śmierci ojca, z jednej strony niezwykle bolesne, obezwładniające, ale i przesiąknięte czułością pamięci, migawkami uwiecznionych, wiecznie żywych chwil córki i ojca. Pamięć, zdolność wspominania staje się swoistym kokonem, utkanym z detali, mikroobrazów, gestów, słów, zapachów, tożsamych dźwięków, rytuałów portretujących najbliższą osobę. Tylko to i aż tyle pozostaje po człowieku.


To zabrzmi jak banał, ale życie składa się z detali. Między nimi rozciąga się ta tzw. Istota. Ale to one są szkieletem. Jak te kropkowane rysowanki w przedszkolu. Od kropki do kropki i rysuje się kontur. Kiedy ktoś odchodzi, też zapamiętujesz szczegóły. Moja pierwsza miłość też już odeszła z tego świata. Czasami staram się sobie przypomnieć jego twarz. Nie mogę. Ale pamiętam jego uśmiech. Czyli detal. Kiedy myślę o mojej Babci, pierwsze, co przychodzi mi na myśl, to krem Nivea. Babcia zawsze pachnie kremem Nivea. Ten zapach to taka moja magdalenka. Ojciec to dla mnie stukot sandałów. Tak po prostu jest. Ja w ogóle mam jakąś detaliczną sensoryczność. Ja widzę świat w detalach. Na przykład nie potrafię opowiedzieć o przeczytanej książce tak, żeby to trzymało się ładu i składu. Tak już mam. Ale pamiętam wrażenia, jakieś drobne pasaże. Dla mnie to zapamiętywanie detaliczne to mapowanie świata. Bez tego bym zginęła.” (fragment wywiadu "Pogaduchy: Weronika Gogola o swojej książce "Po Trochu", z autorką rozmawia Anna Ślusareńka; http://szajnmag.pl/pogaduchy-weronika-gogola/)

*Cytaty: Weronika Gogola, Po trochu, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2017.

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

KĄCIK MAŁEGO MOLIKA (2/2018) - "Królik Franek i problem krótkiego ogonka"; "Królik Franek i tajemnica dobrej zabawy" Marta Krzemińska


Bycie przedszkolakiem wcale nie jest takie proste. Codzienne zmagania maluchów z nowym otoczeniem, wspólne zabawy, pytania, ciekawość – to ogromna dawka emocji. Przedszkolaki stykają się z różnymi problemami, które najczęściej rodzą trudne uczucia, frustracje, lęk, smutek. Rodzicom wydaje się, że uchronią swoje dzieci przed złością, brakiem zrozumienia w grupie czy brakiem akceptacji przez rówieśników. Rozmowa o problemie to pierwszy krok w stronę budowania pewności siebie i zaufania dziecka do rodzica. Warto przedszkolakom pokazywać różne strony i konsekwencje zachowania oraz trudności z jaką się borykają. Aby maluch nie czuł się osamotniony w danej sytuacji warto pokazać mu bohaterów książek, którzy również musieli zmierzyć się z podobnym problemem. Postać królika Franka wydaje się idealnie ilustrować przedszkolne dylematy maluchów.

 Dwie książki Marty Krzemińskiej : „Królik Franek i problem krótkiego ogonka” oraz „Królik Franek i tajemnica dobrej zabawy” są skierowane do dzieci w wieku przedszkolnym. Królik Franek lubi chodzić do przedszkola, stara się być grzeczny, ale okazuje się to być niezwykle trudne. Popełnia błędy, złości się, daje się ponieść emocjom – ale potrafi wyciągnąć wnioski ze swojego zachowania, potrafi przeprosić i stara się naprawić relacje – czy to w domu, czy w szkole. 

Postać Franka to typowy przedszkolak, jednak można się od niego wiele nauczyć. Przede wszystkim Franek uczy empatii, rozpoznawania własnych emocji i uczuć innych osób. Pierwsza historia „Królik Franek i problem krótkiego ogonka” dotyczy inności. Nasz bohater w przedszkolu poznaje nową koleżankę, kotkę Pusię, która jest inna, bo ma krótki ogonek. Franek boi się, że innością można się zarazić, więc nie chce bawić się z Pusią. Rozmowa z mamą i bliższe poznanie nowej koleżanki dają do myślenia Frankowi. 

W drugiej opowieści „Królik Franek i tajemnica dobrej zabawy” sympatyczny przedszkolak próbuje za wszelka cenę wygrać w ulubionej grze. Niestety szybko okazuje się, że nie można ciągle wygrywać i czasami trzeba nauczyć się przegrywać, akceptując sukces innej osoby. Rywalizacja wyzwala ogrom emocji w Franku, który jak każdy maluch pragnie zawsze zwyciężać i obraża się, kiedy mu się to nie udaje. Króliczek pokazuje jak radzić sobie w takich momentach, jak walczyć ze swoją złością i rozczarowaniem.
Seria o króliku Franku wydawnictwa Wilga to ciepłe opowieści, pokazujące bliskie relacje rodzinne, przedszkolne problemy i emocje maluchów, z którymi nie zawsze można sobie poradzić. Przedszkole to nie tylko beztroskie zabawy, zajęcia plastyczne i rówieśnicy – ale także poznawanie siebie, innych osób, reagowanie na różne zachowania i sytuacje. 

Kolorowe, łagodne ilustracje Eweliny Jaślan-Klisik, duża czcionka i edukacyjne opowieści tworzą idealna lekturę do wspólnego aplikowania. Czytanie rodzica z dzieckiem i wzajemna rozmowa, ukierunkowana poprzez pytania pomocnicze znajdujące się na ostatnich stronach książki to forma dialogu o uczuciach, o których trudno się rozmawia i definiuje. Warto dodać, że przygody królika Franka powstawały przy pomocy psychologa dziecięcego – Marty Żysko-Pałuby.    
Marta Krzemińska stworzyła bardzo wiarygodną postać, z którą maluch szybko się zidentyfikuje. Zwierzak czasami się złości, bywa smutny, kapryśny i nie zawsze jest idealny. Tak jak każde dziecko. Postać Franka uczy jak stawiać pierwsze kroki w świecie emocji, jak ważne jest przyznawanie się do swoich błędów, uczenie się bycia dobrym dla innych, akceptowania i empatii. 

Królik Franek to przedszkolak, z którym warto się zaprzyjaźnić i spróbować odnieść jego perypetie do codzienności maluchów, gdyż perspektywa bajkowego króliczka to sposób patrzenia i zachowania naszych dzieci. Myślę, że królik Franek stanie się wartościową lekturą dla rodziców i dzieci. Dwa tytuły, które dotychczas się ukazały, są tego najlepszym przykładem. 


Za egzemplarze książki dziękuję wydawnictwu WILGA 

środa, 21 marca 2018

„A moje życie tylko białe i czarne tylko czarne i białe” – o wierszach Bartłomieja Siwca


Sylwetka twórcza Bartłomieja Siwca obfituje w wiele form literackich. Bydgoszczanin z powodzeniem pisze powieści i prozę osadzając akcję w rodzinnym mieście („Zbrodnia, miłość, przeznaczenie”; „Autodestrukcja”; „Przypadek Pana Paradoksa”), dramaty („64 pozycje z życia szachisty”, „Wyszła z domu”; „Anyżek”; „Skóry”). Okazuje się, że również z materią poezji też dobrze sobie radzi, czego pokłosiem są dwa tomiki: „Instrukcja zabicia ptaka” oraz „Matka i róża”, które ukazały się w wydawnictwie Mamiko. Autor jest laureatem Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego im. Stanisława Grochowiaka, należy do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, pisze także felietony do „Bydgoskiego Informatora Kulturalnego”. Z wykształcenia jest politologiem, warto odnotować, że odnosił sukcesy również jako szachista. Nie jest to bez znaczenia, gdyż szachy wydają być ważną figurą w utworach poetyckich Bartłomieja Siwca. Chociaż na pierwszy rzut oka, nie odnajdziemy tu bezpośrednich odniesień, ale pod warstwą tekstu, okazuje się, że wiersz może być szachownicą, na której rozgrywa się nasza codzienność. Czy autor próbuje wciągnąć czytelnika w grę? 

Zbiór wierszy w tomiku „Matka i róża” charakteryzuje się prostotą, mocnymi wersami, które najmocniej wybrzmiewają w ostatnich zdaniach. Credo poety zdaje się wybrzmiewać w utworze „Słowo”:

„Piszę prosto

chciałbym przywrócić

słowu nagość

wyrwać język obedrzeć ze skóry

za dobrze się

ostatnio wiodło”
(„Słowo”, s. 37)

Poezja ma być czytelna, nienapuszona, nie może ukrywać się w napiętrzających się metaforach czy symbolach. U Siwca nie znajdziemy zbędnych słów, ornamentyki, skomplikowanych konstrukcji, filozoficznych traktatów. Liryka ma za zadanie uchwycić chwilę, obserwację codzienności, detale, gesty, mimikę, obraz tego, w czym jesteśmy zanurzeni. Zachwyca tu bezpośredniość, podmiot liryczny zdaje się mocno stąpać po ziemi, z pokorą, patrząc pod nogi. Bardziej interesuje go to, co najniżej – szarość, margines, zwykli ludzie mijani podczas spaceru, pijacy czy sąsiedzi za ścianą. Pojawiający się autotematyzm w utworach zbioru poetyckiego „Matka i róża” to świadoma refleksja, poszukiwanie własnej formy, ale i też zdefiniowanie swojej sylwetki twórcy. W jednym z moich ulubionych wierszy – „Pisanie wiersza. Rzecz od kuchni” pojawia się przepis na poezję:

„Niewiele potrzeba

łyżka dobrej woli

szczypta intuicji

i garść wspomnień świeżych

pokrojonych zgrabnie

odartych ze skórki”
(„Pisanie wiersza. Rzecz od kuchni”, s. 32).

Okazuje się, że wszelkie przyprawy, dodatki tylko psują smak wiersza, który powinien być przepełniony wrażliwością, szczerością, z celnymi refleksjami. Pisanie nie urasta w tym przypadku do metafizycznych dywagacji, skomplikowanych procesów, gromadzenia wyszukanych słów, ale jest zmaganiem się z codziennością, próbą uchwycenia niezwykłości w szarości, w najprostszej i czystej postaci. Gamma szarości okazuje się być niebywale szeroka, dominujące kolory bieli, czerni jak na czarno-białej fotografii, mają skupiać wrażliwość czytelnika na mikroobrazkach, miniaturach uchwyconych sytuacji, emocji. 

Miasto okazuje się być dominującą przestrzenią poetycką w utworach Siwca. Rozbrzmiewają między wersami echa rozmów sąsiedzkich, odgłosy blokowiska, jadąca na sygnale karetka. Spod warstwy codzienności, rutyny, zwykłości poeta stara się wyłuskać emocje, niebanalność ludzkiego życia, refleksje o przemijaniu. Trzeba pokreślić, że w tomiku „Matka i róża” wybrzmiewają dość mocno tony funeralne. Figura cmentarza pojawia się w różnych ujęciach – tych intymnych, związanych z odejściem bliskiej osoby, rozmyślaniach o własnej śmierci:

„wiem tylko że cmentarz

kiedyś był mi obcy

a teraz coraz bardziej

się do niego zbliżam”
(„Wiem tylko”, s. 9)

Przestrzeń cmentarza to przestrzeń uruchamiająca wspomnienia, obrazy przeszłości, zastygłe więzi i poczucie straty. To tutaj podmiot liryczny w ciszy i samotności, z daleka od zgiełku miasta, słyszy głos matki.

Obok sfery sacrum znajdziemy również profanum – czyli stragany zniczy przed Zaduszkami, handlarza z papierosem w ustach. Utwór „Święto Zmarłych” to swoiste zmartwychwstanie, pochód umarłych i żywych, połączenie śmierci i życia. 

Powróćmy jeszcze na chwilę do obrazu matki, którego cień kryją niektóre utwory. Ton tych wierszy („Matka”; „Wiem tylko”; „”Linia życia”; „Pytanie” ; „Odejście”; „Rada”) jest intymny, postać matki pojawia się tylko pod postacią słów, pytania skierowanego do syna, przestrogi, mglistego wspomnienia. Podmiot liryczny bardzo oszczędnie dozuje własne doświadczenia, nie odkrywa całkowicie swoich uczuć, żałoby, tęsknoty. Te wszystkie uczucia pobrzmiewają tak naprawdę w każdym wierszu, ale nie są zaakcentowane, to nie one mają skupiać uwagę odbiorcy. Nie dziwi też tytuł tomiku – ewidentnie główną postacią i bohaterką wierszy jest matka. Na jej eteryczny obraz składają się sekwencje, retrospekcje, do których klucz zna tylko podmiot liryczny. 

Motyw śmierci, przemijania dość mocno zarysowuje swoją obecność w wierszach, w których pojawia się obraz matki. Jednak powraca on również w autorefleksjach podmiotu lirycznego. Śmierć okazuje się być częścią codzienności, jest powszedniością, bolesną koniecznością. Czas zaciera pamięć, żal, tęsknotę:

„Ten który odchodzi

pamiętać dziś musi

że niedługo wszystko

i tak spowszednieje

jego zejście będzie

niczym kromka chleba

po latach przykryta

grubą warstwą liści”
(„Ten który odchodzi”, s. 48)

Utwory poetyckie przeplatają się z miniaturami prozatorskimi. Bohater próbuje odnieść swoje życie do egzystencji królika. Przypomina to opis snów, onirycznych wizji i nie współgra z całością tomiku. Być może te prozatorskie sekwencje, bardziej rozwinięte i dopracowane, mogłyby stać się swoistą i osobną całością. Warto aby autor pomyślał nad tym, przy tworzeniu kolejnego zbioru poetyckiego czy prozy. 

Bartłomiej Siwiec nie blokuje czytelnika, nie pozostawia go w swoistej sytuacji, obwieszczając  „szach-mat”, ale dzieli się przestrzenią refleksji. Niewątpliwą zaletą tomiku „Matka i róża” jest fotograficzne ujęcie współczesnych problemów mieszkańców miast. Podmiot liryczny identyfikuje się z prostotą, szczerością, prawdziwymi ludźmi. Jest poetą: „pilnującym księżyca”, „karmiącym psa”, piekącym wrażliwe wiersze, „dzielącym włos na czworo” - jak podkreśla w kilku wierszach,. W zgiełku codzienności poezja woła o uważność detali, mijanych osób, przemijanie siebie i najbliższych. Bartłomiej Siwiec nie moralizuje, daje nam mocne obrazy poetyckie, gorzko-słodkie, przetykane obserwacjami współczesności, która wartość człowieka zamyka w iluzorycznym pięknie powierzchowności, ilości nagromadzonych rzeczy. Bydgoski poeta, obserwator codzienności, zaszczepia w czytelniku wrażliwość na szarość codzienności. I to jest niezwykłe. 

Cyt. Bartłomiej Siwec, Matka i róża, wyd. Mamiko, Nowa Ruda 2017.


 Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.

wtorek, 13 marca 2018

Sceny z codzienności, czyli autobiograficzne wyimki

Zawsze, czytając autobiograficzną prozę, zastanawiam się na ile pisarz oddał samego siebie, a ile z tego portretu to kreacja literacka. Pisząc o sobie już w jakiś sposób jesteśmy nieobiektywni, stajemy się wewnętrznymi cenzorami. Chęć uzewnętrznienia, opisania swoich stanów, to być może jątrząca potrzeba ciągłego diagnozowania rzeczywistości i własnych myśli za pomocą słowa. Pisarz zaczyna przekształcać swoje życie na literaturę, pytanie na ile odsłania się w tekście. Książką niezwykle intymną i bezpośrednią w swej wymowie jest "Rok Koguta" czeskiej pisarki, scenarzystki i publicystki Terezy Boučkovej, którą przełożyła dla polskich czytelników Olga Czernikow.


Autorka ujawnia przed czytelnikiem swoje myśli, dzieli się (niczym z najbliższym powiernikiem) rodzinnymi problemami, trudnościami w związku, emocjami, których skala zazwyczaj wykracza poza normalność. Najmocniejszymi akcentami w tej książce nie są wyłącznie autobiograficzne, wewnętrzne monologi, ale bycie rodzicem dla adoptowanych dzieci, problemy pisarza, którego dotyka problem niestabilności finansowej. Boučkova nie sili się na poprawność polityczną, pisze wprost o codzienności, bezradności wobec swoich synów, romskiego pochodzenia, o poczuciu winy wynikających z ich wychowania, o kłótniach z mężem. Kobieta czuje, że nie podołała adopcji, jej synowie całkowicie nie przystosowali się do życia w społeczeństwie. Tylko jej rodzony syn - Matěj, wydaje się spełniać aspiracje rodziców.

Bohaterka książki powraca nieustannie do trudnych, zimnych relacji ze swoim ojcem, pisarzem Pavlem Kohoutem. Wydaje się, że pisarka żyje w jego cieniu. Ma żal do niego za brak zainteresowania, porzucenie matki, obnoszenie się z własną sławą. Pisarka zmaga się również z własnym pisarstwem, niemocą twórcza, bezradnością. Kiedy godzi się na reżyserowanie i adaptację swoich scenariuszy okazuje się, że musi zmierzyć się z licznymi problemami, brakiem finansowania, ciągłymi ingerencjami innych ludzi, ich punktem widzenia. Pisarka pragnie wszystko kontrolować, chce aby jej wizja nie została zniekształcona. Jej przemyślenia pełne są smutku, niemocy. Pisanie oznacza dla niej ciągłe poprawianie, skreślanie albo zmierzenie się z pustą, białą kartką:

Próbowałam coś pisać. Nie wychodziło. Nic mi nie wychodzi. Biały ekran laptopa. Jeśli pojawią się na nim jakieś zdania, to tylko na chwilę, żadne nie może zagrzać miejsca. Żadne się nie nadaje.” (s.65)

Chwile twórcze przerywają nieustanne domowe prace, kłótnie z prawie dorosłymi synami, mężem, wiecznie zapatrzonym w rower i przebyte na nim kilometry. Autorefleksje przeplatają się z przeczytanymi lekturami, obejrzanymi sztukami teatralnymi, filmami, cytatami, dialogami, słowami i sytuacjami, które pozostały w myślach. Liczne konteksty historyczne, nawiązania do Karty 77, którą autorka podpisała w młodym wieku, retrospekcje o czasach trudnego reżimu, burzliwej młodości, składają się na portret pisarki, pisarki buntowniczki i w pewnej mierze rewolucjonistki.                                                                    

"Rok Koguta" to także obraz kobiety, jej burzliwych emocji, ciągłego domagania się o czułość, bliskość, obecność. Nawarstwiające się problemy rodzinne, uczuciowe, brak także własnej akceptacji, rodzą w bohaterce stany depresyjne, rozchwianie emocjonalne, paraliż, rezygnację:

„Obudziłam się z płaczem. Powinni mnie zamknąć w psychiatryku. Każda czynność mnie przerasta. Wstanie z łóżka, pójście na parter, zrobienie sobie śniadania, egzystowanie. Jestem taka zmęczona. Najchętniej zasnęłabym i przespała to wszystko. Całe życie.” (s. 73)

Jest też bezradność przy kolejnych ujawnianych kłamstwach adoptowanego syna, które zdają się nie mieć końca:

„Nie płaczę, nie złoszczę się. Jestem wypalona, została ze mnie tylko skorupa, wewnątrz nie ma nic, wszystko mi zobojętniało, jestem powalana brudem, brudem, brudem, jestem nim umazana od stóp do głów i wysmarowana od środka” (s.100).

Bohaterka czuje się samotna w swojej rodzinie, rozkłada na czynniki pierwsze swoje relacje z bliskimi, szczególnie mocno, bez skrupułów opisuje kolejne kryminalne wyczyny Lukáša i Patrika, przed którymi musi zamykać swój pokój i chować pieniądze, zapasy żywności, laptopa. Boli ją, gdy jej adoptowani synowie rujnują swoje życie, marnują kolejne szanse. Diagnozuje jednego z synów, który cierpi na:

absoluty brak zainteresowania drugim człowiekiem, nawet tym najbliższym, i zdumiewająca obojętność wobec jakichkolwiek wzajemnych relacji czy więzi. (…) Bo człowiek pokroju Patrika po prostu nie ma pewnego szczególnego miejsca w duszy, jakiejś rysy czy bruzdy, w której uczucie mogłoby zakiełkować i rozkwitnąć” (s.29)

Boučkova nie boi się wejść na temat tabu i obwinia po części romskie pochodzenie chłopców, ich geny. Widzi w ich postawach pewne powielane stereotypy, które, nie boi się mówić głośno, że pochodzenie ma wpływ na charakter człowieka, jego drogę życiową. Autorka uzewnętrznia się jako matka ale i  porusza tematy tabu w adopcji, która jest postrzegana przez społeczeństwo wyłącznie w dobrym świetle. Jednak gdy pojawiają się głosy krytyki, problemy wychowawcze, brak współpracy z dziećmi - o taki stan rzeczy są obwiniani zazwyczaj wyłącznie przybrani rodzice. Autorka obnaża również niemoc systemu adopcyjnego, ośrodków, w których brakuje odpowiednich regulacji prawnych, umożliwiających przystosowanie trudnego dziecka do socjalizacji. Oczywiście niektóre refleksje pisarki rodzą mój sprzeciw, są zbyt mocne, przesiąknięte emocjonalnością, skrajnością. Autorka miota się, z jednej strony widzi w swoich synach ucieleśnienie wszelkich "cygańskich" przywar, a z drugiej tłumaczy ich socjopatię brakiem miłości już w życiu prenatalnym. Nie odnajduje jednak satysfakcjonującej odpowiedzi, zawsze towarzyszy jej poczucie bezradności, nieporadzenia sobie z adopcją, z brakiem wpływu na dalsze, dorosłe życie przybranych dzieci. I to ją najbardziej boli – miłość matki.


Podczas lektury „Roku Koguta” pojawia się oczywiście pytanie czy autorka nie jest zbytnią ekshibicjonistką? W książce opisuje ona wywiad do znanego czeskiego czasopisma, w którym po raz kolejny porusza temat swoich doświadczeń macierzyństwa i adopcji. Oczywiście czytelnicy ostro krytykują postawę pisarki, z łatwością oceniając bohaterkę i jej rodzinę. Przyjęcie przez autorkę postawy odsłaniającej to również gest zaufania w stronę odbiorcy. Pokazuję Ci kim jestem, umożliwiam Ci wejście w moją głowę, w moje życie, więc chcę prowadzić z Tobą dialog. Przelewanie codzienności na papier możemy również potraktować jako formę autoterapii, autowiwisekcji. 

„Rok Koguta” (wyd. Afera) porównywałabym do czytania ludzkiej duszy. Nie jest to lektura, którą z łatwością się przetrawia i przepracowuje, gdyż Boučkova potrafi jednocześnie uwieść czytelnika i go emocjonalnie pogrążyć. Życie ludzkie w jej refleksjach jest niebywale gorzkie, przesiąknięte bezradnością, miłością nieodwzajemnioną, destrukcyjną, ale składające się też z chwil zachwytu, mikrosekund radości, choćby takich jak spanie w upalną noc pod niebem pełnym gwiazd.

Cytaty: Tereza  Boučkova, Rok Koguta, wyd. Afera, przeł. Olga Czernikow, Wrocław 2017.


 Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.