niedziela, 16 września 2018

„Auschwitz-Birkenau to jest cmentarz”


Dziś człowiek nie może wyobrazić sobie życia bez internetu, telefonu i wielu innych udogodnień. A czy wyobrażacie sobie życie bez wody? Bez jedzenia? Lub że największym marzeniem człowieka jest kubek ciepłej herbaty, kromka chleba? Dziwię się, że po tym wszystkim, co zobaczyłam w obozie, a czego nie da się opisać słowami, nie oszalałam. (...) O Auschwitz trzeba mówić, trzeba pisać. Jesteśmy świadkami historii, kiedy my odejdziemy, książki zostaną” (s. 228-229).

Do swoich doświadczeń w obozach zagłady w Auschwitz musiały powrócić znowu, aby opowiedzieć, dać świadectwo. Z głębi pamięci przywołują mroczne obrazy, wyciągają wspomnienia, o których chciałyby zapomnieć. Tych obrazów jednak nie da się wymazać, brakuje słów aby opisać ogrom emocji i przeżyć. Jednak one wciąż próbują, aby nikt nie zapomniał do czego jest zdolny człowiek owładnięty ideologią totalitaryzmu, chęcią zagłady. Każda z bohaterek książki „Dziewczęta z Auschwitz. Głosy ocalonych kobiet” Sylwii Winnik, powraca ponownie do czasów wojny, opowiadając o rzeczywistości przerażającej, a dla nas wręcz niewyobrażalnej, nierealnej. To historie osobiste, jednostkowe, pokazujące kobiety patriotki, młode dziewczyny, które przez całe życie były wierne podstawowym wartościom. Obóz zagłady degradował człowieka, odzierał z godności, powodował totalne zobojętnienie, jednak jak pokazują wyjątkowe opowieści dwunastu kobiet, byłych więźniarek, które przeżyły Auschwitz, człowieczeństwo i empatia wciąż tliły się w sercach wielu uwięzionych ludzi. Takie są również bohaterki książki, silne, wrażliwe, otwarte i serdeczne, pomimo traumy i niewyobrażalnego cierpienia. Uderzające jest, że prawie każda  z nich, przez swoją dramatyczną opowieść, chce przestrzec ludzi przed wojną i okrucieństwem, które szybko wzrasta w człowieku. Wojna odbiera życie bliskim, niszczy nasz mały świat, a najczęściej podsyca mroczne instynkty, zło, któremu tak łatwo ulec gdy walczy się o życie. 

Sylwia Winnik w wstępie do książki  „Dziewczęta z Auschwitz. Głosy ocalonych kobiet” przybliża fakty historyczne i zarysowuje kontekst powstania obozów śmierci. Autorka podjęła się bardzo trudnego zadania, bo opisanie doświadczeń z Auschwitz niesie bagaż emocji, obrazów, niemożności opisania i nazwania bestialstwa hitlerowców. Sylwia Winnik postanawia oddać głos świadkom, aby wiarygodnie oddać rzeczywistość obozu. 

Opowieści byłych więźniarek KL Auschwitz-Birkenau to żywa historia, której nie można zapomnieć. Nie po to, by ją roztrząsać w poszukiwaniu kolejnych konfliktów, tylko aby nauczyć się na błędach przeszłości, że nienawiść, chęć panowania, ograniczanie wolności człowieka i łamanie podstawowych jego praw prowadzą do niewyobrażalnej destrukcji. Druga wojna światowa stanowi tego najdobitniejszy przykład i powinna być przestrogą dla wszystkich” (s. 13)

Bohaterki stają się więźniarkami w młodym wieku, Auschwitz odbiera im młodość, naiwność i radość. To, co na początku przeraża staje się codziennością. Muszą żyć i pracować na wielkim cmentarzysku, często poddawane są eksperymentom, doświadczają przemocy, dla oprawców są tylko numerami. Obrazy krematoriów, zagłodzonych więźniów, ludzi wchodzących do komór gazowych wrzynają się w pamięć, kaleczą psychikę i starają się wyprzeć dawne wspomnienia domu i ukochanych ludzi. Jednak przy nadziei i życiu, trzyma bohaterki właśnie myśl o rodzinie, troska o najbliższych. Na szacunek i pamięć zasługuje ich postawa, waleczność, niezłomność, kiedy podczas okrutnych tortur i manipulacji nie wydają konspiratorów, partyzantów, rodziny i znajomych. Opowieści, pomimo tych bolesnych doświadczeń, są pełne nadziei, obrazów powrotu do domu, odzyskania wolności i spotkań z najbliższymi. Po ponad 70 latach od wyjazdu z Auschwitz, kobiety nadal jednak żyją w cieniu wojennych wspomnień. Bohaterki cechuje też wdzięczność za każdy kolejny dzień życia, optymizm i misja pamiętania i przypominania o tych, którzy nie przeżyli i na zawsze pozostali w Auschwitz-Birkenau. 

Książka Sylwii Winnik, blogerki i autorki bloga „Czas na Książki” to dokument ludzkich losów, które poplątała wojna i naznaczył na zawsze nazistowski obóz zagłady. Każda z historii zasługuje na wnikliwą i refleksyjną lekturę. O historii Auschwitz nie można zapomnieć, a książka „Dziewczęta z Auschwitz. Głosy ocalonych kobiet” to pomnik pamięci, bolesnej, ciągłe rozdrapywanej i krwawiącej. Ważne jest, że obraz obozu nakreślają właśnie kobiety. Kobieca perspektywa, temat macierzyństwa w obozie, seksualność, cielesność, a raczej jej brak – to istotne punkty odnoszące się do  rzeczywistości obozowej, zdeformowanej i zdegenerowanej. Narracja więźniarek dotyka relacji międzyludzkich, struktury i hierarchii obozowej, codzienności naznaczonej głodem, brudem, insektami, zimnem i zobojętnieniem. Takie publikacje są ciągle potrzebne, aby podtrzymywać pamięć, pokazywać ale nie oceniać postępowania więźniów, którzy żyli w ekstremalnych  i nieporównywalnych warunkach. Sylwia Winnik poprzez opowieści ocalałych kobiet pokazuje również jak wielką wartość dla człowieka niosła literatura czy sztuka w nazistowskim piekle. Poezja zapisywana na kawałkach papieru (choćby przejmujące wiersze Krystyny Żywulskiej), proste rysunki uwieczniane na ścianach obozu, muzyka, śpiew – to wszystko ocalało okruchy wrażliwości i uwieczniało doświadczenia uwiezionych i zgładzonych. Książka „Dziewczęta z Auschwitz. Głosy ocalonych kobiet” to wierna rekonstrukcja machiny zagłady ze wspomnień więźniarek, to opowieść o nadziei i wierności w miejscu, gdzie życie ludzkie nie miało wartości. Zrozumienie tej rzeczywistości nie mieści się w naszych kategoriach współczesności, gdzie tak naprawdę mamy wszystko, a nie doceniamy życia w wolności. Bardzo wymownie brzmi Zakończenie, w którym autorka przeciwstawia sobie dwa obrazy – kobiety współczesnej i więźniarki obozu Auschwitz. Warto poddać ten fragment szczególnej refleksji. 

*Sylwia Winnik, Dziewczęta z Auschwitz. Głosy ocalonych kobiet, wyd. MUZA, Warszawa 2018.

poniedziałek, 10 września 2018

KĄCIK MAŁEGO MOLIKA (7/2018) - "Co piszczy w trawie i inne wiersze" Joanna Kulmowa, il. Joanna Karłowska



Joanna Kulmowa nie lubiła dzielenia poezji na dziecięcą i dla dorosłych. Według poetki wiersz powinien poruszać nasze człowieczeństwo i nie ma znaczenia w jakim wieku jest odbiorca. Aby przybliżyć twórczość zmarłej 17 czerwca b.r. autorki, warto sięgnąć po nową edycję jej wierszy, którą wydało Wydawnictwo IBIS. „Co piszczy w trawie i inne wiersze” to kolejna odsłona serii „Poeci dla dzieci”. Tom zawiera 31 utworów, których wspólną cechą jest odsłanianie niezwykłości w pozornie zwykłych rzeczach. W poezji Kulmowej wieszak staje się wieszająkiem, wół próbuje przypomnieć sobie swoje dzieciństwo, mak próbuje zasnąć, ciocia staje się posiadaczką pięknych, bujnych wąsów, a kot gubi swoje grajmruczenie. Co jeszcze kryją wiersze Królowej Wyobraźni? Wybrałam kilka swoich ulubionych, o których opowiem Wam w kilku słowach. 


W monografii o twórczości Joanny Kulmowej badaczka -  Urszula Chęcińska akcentuje najważniejsze drogi literackie poetki. Myślę, że jej poezję najlepiej odzwierciedlają te słowa:

„Baśniowa konwencjonalność staje się przedmiotem zabawy literackiej, w której poetka objawia pełnię swojego talentu. Jej utwory apelują do dziecięcej wyobraźni. Kulmowa daje w nich wyraz swoim poglądom na wychowanie dziecka i rolę literatury dla dzieci. Fascynacja odrębnością, charakterystyczna dla niej twórcza przewrotność, a także rodzaj wrażliwości poetyckiej kształtują jej indywidualny, osobny styl.”[1]
 
Utwór „Po to jest las” otwiera moją osobistą listę ulubionych wierszy Joanny Kulmowej ze zbioru „Co piszczy w trawie i inne wiersze”. Poetka zadaje sobie pytanie o rolę lasu, okazuje się ona bardzo przewrotna. Pojawiają się plastyczne obrazy pór roku i wiatru, który bawi się w lesie. Wiosną szumi, huśta się między sosnami, latem tańczy, jesienią huczy, a zimą pomrukuje. „Po to jest las” to tak naprawdę opowieść o wietrze, o jego harcach między drzewami, które o każdej porze roku wyglądają zupełnie inaczej. Wiatr wygrywa w lesie melodię, staje się bardzo muzykalny i zawsze można go usłyszeć:

„Żeby wiatr miał gdzie mruczeć co zimy
Aż go sobie wiosną przypomnimy
I pójdziemy
Na koncert leśny
Słuchać wiatru i jego pieśni”
(Po to jest las, s. 23)

Podobnym wierszem, w którym poczujemy leśne zapachy jest „Droga”. Opowiadającym jest leśna droga, która prowadzi nas między drzewami, przez polanę, nad strumyk. Droga nieustannie jest w ruchu, nie może się zatrzymać, dopiero nocą odpoczywa „na zielonym, zroszonym mchu”. O lesie traktuje również wiersz „Wesołe niemiasteczko”. Las staje się właśnie naturalnym wesołym miasteczkiem, dynamicznym, kolorowym, pełnym huśtawek z gałęzi czy zjeżdżalni z obłoków.
Pełnym humoru, przewrotności i zabawy językiem jest krótki utwór „Zajęcie ulubione”. Tym ulubionym zajęciem jest „odwracanie kota ogonem”:

„Aż się palę do takiej roboty
I dlatego mam cztery koty.

I gdy znudzi mnie wszelka praca
Ja te koty odwracam
Odwracam
Odracam…”
(Zajęcie ulubione, s. 37)

Spoglądanie na świat w sposób przewrotny, optymistyczny, przez okulary poezji również gości w wierszu „W aptece”. Cóż może zdarzyć się w sklepie z lekami, gdzie najczęściej przychodzą ludzie chorzy? Otóż marzeniem pewnego starszego pana jest „szkiełko najprzezroczystsze” w kolorze różu, przez które mógłby spoglądać na świat. Rzeczywistość w kolorze różowym okazuje się być najlepszym lekiem na cierpienie i smutek. 

Poetka próbuje również uchwycić proste dźwięki, które giną w naszej codzienności. Cóż stałoby się gdyby kot przestał mruczeć? „Grajmruczenie” to wspaniały wiersz dźwiękonaśladowczy, który sam mruczy neologizmami: grajmruczenie, grajmruczątko, grajmaszynka, grajgardziołek, grajmruk. Oprócz muzyki dnia codziennego, lasu pełnego ptaków, w poezji Joanny Kulmowej pełno kolorów, choćby w wierszu „Kreska”, gdzie horyzont niebieski zmienia się w krajobraz lasu, który wieczorem zmienia swoje barwy. Aby uchwycić te zmiany świata i natury trzeba być wrażliwym obserwatorem, ale i posiadać w sobie dziecięcą radość i prosty zachwyt. 

Wiersze Joanny Kulmowej zostały zilustrowane przez Joannę Karłowską. Są to barwne, ciepłe obrazy, w których dominuje błękit nieba lub granat nocy, co również jest pewnym elementem świata poezji Kulmowej. Patrzenie w niebo, podziwianie kolorów dnia i nocy nacechowane są prostolinijnym i szczerym spojrzeniem dziecka – poetki. Joanna Kulmowa potrafiła ocalić w sobie wyobraźnię dzieciństwa i dziecko, którym czuła się każdego dnia. 

„Słuchaj, słuchaj, nadstawiaj ucha:
Cichuteńko, bzyka coś jak mucha.
Zamknij oczy, nie oddychaj prawie –
To piszczy w trawie.”
(Co piszczy w trawie, s. 21)

*Joanna Kulmowa, Co piszczy w trawie i inne wiersze, il. Joanna Karłowska, wyd. IBIS, Poznań 2018.   


[1] U. Chęcińska, Wstęp [w:] tejże, Poetka i paidia. O muzie dziecięcej Joanny Kulmowej, Szczecin 2007, s.14


Za egzemplarz książki dziękuję Wydawnictwu IBIS

sobota, 1 września 2018

Nastolatka spotyka staruszka

Młodość zupełnie inaczej patrzy na świat, reagując bardzo impulsywnie i emocjonalnie na nowe doświadczenia. Każdą porażkę, upadek przeżywa się wtedy intensywnie, jakby cały świat uwziął się na nas i był przeciwko nam. Porady rodziców wydają się być zupełnie oderwane od rzeczywistości, a najlepiej wcale nie mówić o swoich problemach, bo przecież i tak dorośli nie zrozumieją. Taki okres buntu przeżywa właśnie Weronika, główna bohaterka nowej książki Marcina Szczygielskiego „Weronika i zombie”. Czego nastolatka może się nauczyć od nieznajomego staruszka, sąsiada, na którego nikt nie zwraca uwagi? Otóż ta niezwykła znajomość zmieni całkowicie świat Weroniki i stanie się pierwszym etapem w stronę dorosłości. Warto wspomnieć, że powieść została zainspirowana pewnym listem nastolatki do wydawnictwa, w którym pojawia się zmyślona historia starszego, samotnego i biednego sąsiada.

Marcin Szczygielski przyzwyczaił swoich młodszych czytelników do fabuły okraszonej szczyptą magii, niezwykłości, fantastyczności. Wydawać by się mogło, że pod tytułem „Weronika i zombie” znów kryje się powieść czerpiąca z motywów fantastycznych, może nawet z horrorów. Jednak autor stworzył bardzo przemyślaną i poruszającą powieść o dorastaniu, o byciu zwyczajnym nastolatkiem. Zwyczajnym, czyli zmagającym się z problemami, dojrzewaniem, silnymi emocjami, nad którymi ciężko zapanować. Szczygielski porusza współczesne problemy młodych ludzi, którzy coraz częściej w samotności przeżywają rozwód rodziców, prześladowania w szkole, niespełnioną miłość, brak przyjaźni, pracę pochłaniającą rodziców. Dla głównej bohaterki „ugodowy” rozwód rodziców okazuje się być prawdziwym trzęsieniem ziemi. Weronika wyprowadza się wraz z mamą do Warszawy, pozostawiając przyjaciół, szkołę i świat, nad którym miała kontrolę, w którym wszystko miała dokładnie zaplanowane. Nowa szkoła okaże się być źródłem wielu problemów, dziewczynka, która wcześniej miała status szkolnej gwiazdy, zmieni się w ofiarę i na własnej skórze doświadczy jak okrutne bywa dręczenie i prześladowanie. Nowa rodzina taty, brak zainteresowania córką również dręczą bohaterkę, która z zazdrością śledzi profil ojca i jego nowej, młodszej żony na facebooku. Mama, dla której praca nauczycielki jest pasją ale i uzależnieniem, także nie dostrzega problemów nastolatki. Weronika czuje, że rodzice nie pomogą jej rozwiązać problemów, a na pewno nie doradzą w sprawach sercowych. Kiedy nastolatka po raz kolejny planuje „przypadkowe” spotkanie z obiektem swoich westchnień, postanawia wykorzystać starszego pana, który wychodzi aby pospacerować z psem. 

Alejką za placem zabaw szedł stary mężczyzna w brudnym, brązowym płaszczu i kraciastym kaszkiecie na łysej głowie. Szedł? Raczej człapał, ciągnąc za sobą na smyczy pokracznego, grubego pieska, który sprawiał wrażenie starszego od jego właściciela. Komiczny staruszek, garbiąc się, powłóczył prawą nogą, a przy każdym kroku obracał górną połowę ciała i wyrzucał przed siebie lewe ramię. W dodatku mamrotał coś pod nosem i gapił się w asfalt alejki niewidzącym wzrokiem. Rzeczywiście, zachowywał się jak zombie w filmach” (s. 58)

Pan Jan, tytułowany przez osiedlowego urwisa ksywką „zombie”, staje się dla Weroniki zaufanym słuchaczem, powiernikiem tajemnic. Pomimo niechęci staruszka, dziewczyna odwiedza go i opowiada mu zmyślone historie oraz zwierza się z problemów, które tak bardzo ją gnębią. Pan Jan okazuje się być niezwykle mądrym człowiekiem, tajemniczym, nieufnym, ale przyciągającym. Weronika nie do końca rozumie, dlaczego staruszek wzbudza w niej zaufanie. Dziewczyna często odwiedza sąsiada, odkrywając mieszkanie pełne książek i panujący wszędzie bałagan. Największą zagadką jest jednak fortepian, umieszczony za zamkniętymi drzwiami….

Między Janem a Weroniką nawiązuje się przyjaźń, starszy pan potrafi słuchać, nie krytykuje, nie upomina, zupełnie inaczej rozmawia z dziewczynką niż jej rodzice. Pomaga jej uporać się z nadbudowaną warstwą kłamstw, które sama stworzyła i otwiera przed nią własne serce, samotne i cierpiące. Tak naprawdę obie postacie wiele łączy, pomimo ogromnej różnicy wieku i poziomu doświadczeń. Ta nietypowa znajomość okaże się doświadczeniem, które wywrze na nastolatce ogromne wrażenie i zmieni ją, pozwoli spojrzeć na siebie z dystansem.

Powieść Marcina Szczygielskiego porusza wiele istotnych wątków, pokazując obraz młodego pokolenia, które zbyt mocno polega na opinii innych, zbyt łatwo ocenia i wydaje werdykty. Pouczająco i mocno brzmią słowa pana Jana skierowane do Weroniki, które budzą w dziewczynce odwagę:

Nie postępuj tak, jak chcą inni. Nie staraj się wtopić w tłum i dopasować, bo choć dzięki temu poczujesz się w pewnym sensie bezpieczna, to na pewno nie będziesz szczęśliwa. (…) Niezwykłych ludzi znacznie łatwiej jest wyśmiać, niż zrozumieć. Opinia innych na twój temat naprawdę niewiele znaczy (…) Co więcej, ludzkie opinie są powierzchowne i bardzo nietrwałe.” (s. 316-317)

„Weronika i zombie” to proza empatyczna, skierowana do młodego człowieka, który nieraz poczuje się zagubiony w swojej pozornie uporządkowanej rzeczywistości. Wielkie problemy, jeżeli spojrzeć na nie z innej perspektywy (np. starszego, schorowanego i samotnego człowieka) stają się malutkie, przejaskrawione. Weronika to postać nastolatki z ogromnym potencjałem, z wielką wyobraźnią, która z trudem radzi sobie z rozwodem rodziców, pozyskaniem nowych przyjaciół. Wybiera milczenie i kłamstwa, a dorośli nie stają na wysokości zadania, nie zdają egzaminu zaufania. Tylko obcy, samotny staruszek daje dziewczynce prawdziwą lekcję życia, której nigdy nie zapomni. Pan Jan zaszczepia w Weronice miłość do książek i odwagę oraz przeświadczenie, że strach karmi się naszymi myślami, a każdy problem można rozwiązać, biorąc odpowiedzialność za swoje czyny. Cenię sobie w prozie Marcina Szczygielskiego eksponowanie wartości, o których często dorośli zapominają. Autor niewątpliwie zna realia młodego pokolenia i swobodnie porusza się po rzeczywistości nastoletniego odbiorcy, unikając fałszu i przejaskrawienia. Weronika mówi jak jej rówieśnicy, myśli i komunikuje się jak typowy użytkownik portali społecznościowych.

Autor obdarza bohaterów aktualnymi problemami, ale i mądrością. Każdy z nas ma w swoim otoczeniu takiego  „Pana Jana” – zombie, wyśmiewanego, samotnego, którego historia życia jest nietuzinkowa. To także refleksja o starości, samotnej, zapomnianej, która wciąż przesiąknięta jest krzywdzącymi stereotypami, które zazwyczaj weryfikuje czas:

„Weronika wierzyła, że starość równa się mądrość, spokój, nieustająca pogoda ducha i brak jakichkolwiek innych pragnień poza potrzebą ciepła, ciszy i nieograniczonego dostępu do telewizji. Podejrzenie, że sprawa wygląda kompletnie inaczej, miało się w niej pojawić dopiero za jakieś trzydzieści, czterdzieści lat, a pewność – dopiero za lat pięćdziesiąt.” (s. 69)

Zbyt łatwo przyszywamy łatki nieznajomym, sąsiadom, zbyt łatwo ulegamy szarości i dajemy się zmanipulować opiniom innych. Książka Szczygielskiego mówi właśnie o obojętności, o zacieraniu własnej oryginalności, wtapianiu się w tłum, który pozbawiony jest głębszej refleksji i poczucia empatii. „Weronika i zombie” to przecież nie tylko aktualna opowieść dla nastolatków, ale i dla dorosłych, przytłoczonych codziennością. Słowa kreują rzeczywistość, mogą pomagać, być drogowskazem, ale i krzywdzić, pozbawiać człowieka godności i wyjątkowości. Młodzi ludzie, szczególnie teraz,  powinni zdawać sobie sprawę, że słowa mają niewiarygodną moc. Uczymy się ich używać przez całe życie i to chyba chciał przekazać krnąbrnej i zagubionej nastolatce pan Jan. 

 Cyt. Marcin Szczygielski, Weronika i zombie, wyd. Instytut Wydawniczy Latarnik, Warszawa 2018.

Za egzemplarz książki dziękuję Instytutowi Wydawniczemu Latarnik 

 

czwartek, 23 sierpnia 2018

Pod skrzydłami simurga

„Są ponoć takie ptaki, których skrzydła rozpościerają się na szerokość sześciu metrów z każdej strony, jak dwa łuki tęczy. Ptaki o ogonach długich, falujących na wietrze i tak bajecznie barwnych, że mogą być porównane jedynie do rajskich ptaków” (s. 233)

Simurg to święty ptak, anioł stróż z perskich baśni, dobroć obleczona w szmaragdowe pióra. Swoimi barwnymi skrzydłami zdaje się otaczać od dzieciństwa główną bohaterkę najnowszej powieści Gabrieli Anny Kańtor„Tańcząc na czubkach palców”. W drugiej książce pisarki odnajdziemy ponownie nawiązania do śląskich korzeni, rysy silnych kobiet, psychologiczne portrety bohaterów. Na uwagę zasługuje również piękny, bardzo plastyczny język oraz zmieniające się warstwy narracyjne, od pierwszoosobowej po narrację trzecioosobową narratora wszechwiedzącego. Debiutancka powieść „Koronki z płatków śniegu” przesycona była historią rodzinną, genealogią  rodów, przeplatających się i powiązanych ze sobą obrazów przeszłości i współczesności. „Tańcząc na czubkach palców” wydaje się być silnym głosem sprzeciwu wobec patriarchalnego monolitu, który nieraz siłą formował schemat kobiecości. Autorka kreśląc losy głównej bohaterki wypunktowała jak destrukcyjny i głęboko osadzony w naszej kulturze jest model władczego, dominującego ojca i męża, dla którego kobieta nie jest partnerem lecz osobą słabszą, pozbawioną prawa decydowania o rodzinnym życiu. W postaci Pauliny odbija się nieustanne poszukiwanie wolności, niezależności, szczęścia. Podążanie za własnym simurgiem, oznacza walkę o kobiecość, krucjatę przeciwko męskiej dominacji, życie w zgodzie z samym sobą, na przekór innym. Jak powie główna bohaterka powieści „Tańcząc na czubkach placów”:

wszystkie kobiety od początku świata, wspierając się wzajemnie, szukamy Simurga; naszym życiem – każdą nadzieją, porażką, miłością czy bólem – chcemy być jak ten ptak czarowny, frunąć z wiatrem przed siebie, czuć wolność i dotrzeć do owego miejsca na ziemi, gdzie można wziąć głęboki oddech i wreszcie być sobą. Gdzie tańczy się lekko, na samych czubkach palców.”  (s. 232)

Paulina od dzieciństwa nie miała dobrych stosunków z ojcem, który przede wszystkim wymagał szacunku i uległości. Największą wadą córki, według ojca, była jej płeć. Wielokrotnie doświadczała jego irracjonalnych wybuchów złości, poniżania i przemocy. Pogodziła się z brakiem reakcji ze strony matki, potulnej i całkowicie oddanej mężowi. Zanim stała się świadomą siebie kobietą, była Dzieckiem, zagubioną istotą, nierozumiejącą źródeł nienawiści ojca, a ufającą ślepo matce. Kolejne linie życia, upływający czas nie zatarł bolesnych wspomnień. Paulina dorosła, stała się kobietą, matką i żoną, traciła i zyskiwała przyjaciółki, poświęcała się dla rodziny i uczyła się wybaczania. Jednak życie przygotowało jej jeszcze jedną niespodziankę pod postacią kobiety, która mogłaby być jej sobowtórem. Kim jest Róża, która do złudzenia przypomina Paulinę? 

Powieść Gabrieli Kańtor to gorzkie ale i prawdziwe refleksje dotyczące kobiecej rzeczywistości, zmagania się z samotnością, zdradą, porzuceniem, zniechęceniem, słabościami. To również poszukiwanie swojej drogi, przepracowanie traumatycznych przeżyć z dzieciństwa, poskładanie swojej historii na nowo. W głównej bohaterce bardzo mocno zakorzeniony zostaje bunt przeciwko ojcu, poczucie niesprawiedliwości, który zmienia swój kierunek, wręcz ulatnia się wraz ze starzeniem się rodziców. Kołowrotek życia to dla Pauliny dom, rodzina, dzieci, mąż oraz jego firma. Wraz z dorastaniem dzieci kobieta po raz kolejny styka się z samotnością, brakiem zrozumienia. Budzi się w niej uśpione marzenie napisania książki, zostania pisarką. Opowiedziana historia Pauliny nie jest jednak całkowicie pozbawiona nadziei, wielką siłę ma kobieca więź, lecząca, podnosząca na duchu, dająca wiarę, że przyszłość może być lepsza. 

„Tańcząc na czubkach palców” to galeria kobiet, w których odnajdziemy rysy naszych babć, matek, córek i nas samych. Autorka zdecydowała się włączyć do swojej powieści wiersze Ewy Parmy, które idealnie wkomponowują się w losy Pauliny, w kobiecą narrację o codzienności, mozolnym szukaniu własnej nici babiego lata i opiekuńczych skrzydeł simurga. Dzięki lirycznym obrazom powieść nabiera lekkości, poetyckości, słowa unoszą nas na czubki palców. Dobór wierszy Ewy Parmy jest wyjątkowy, spójny, ale i dający przestrzeń do refleksji, przemyślanej lektury, odniesienia poetyckich metafor do życia i emocji głównej bohaterki. Poezja Parmy jest bardzo eteryczna ale i kobieca, warto poznać tomiki poetki w całości.

Najnowsza powieść Gabrieli Anny Kańtor pokazuje dwa, znaczące i bardzo sugestywne obrazy, które zapadają czytelnikowi w pamięci – skrzywdzone dziecko pozbawione miłości ojca oraz dojrzałą kobietę, dla której życie przygotowało wiele zmian. W głównej bohaterce nieustannie drzemią obrazy z dzieciństwa, strach przed ojcem, jego brak empatii i miłości, poczucie bycia niechcianą, zdaną tylko na siebie. Ojciec nieustannie miesza w życiu Pauliny, która mimowolnie odkrywa jego tajemnice i kłamstwa.  Pomimo traumatycznych wspomnień Paulina to postać bardzo wrażliwa, empatyczna. Nie brakuje jej ironii, kiedy zaczyna przytłaczać ją codzienność czy domowa rutyna. Pojawiający się simurg, jego cień, powiew skrzydeł to metafora nadziei, mocy, kobiecej jedności i wiary, że przyjaźń może leczyć najgłębsze rany, nawet te wyżłobione w psychice. 
*Cytaty: Gabriela Anna Kańtor, Tańcząc na czubkach palców, wyd. MG, 2018.

                                         Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.