czwartek, 19 stycznia 2017

KĄCIK MAŁEGO MOLIKA (2/2017) - "Raz, DWA, trzy - słyszymy" Joanny Bartosik

Umiejętność mówienia kształtuje się dzięki słuchaniu i naśladowaniu. Mówienie do malucha, czytanie, opowiadanie mu o wszystkim, to najlepsze, co możemy ofiarować naszemu dziecku, poznającemu świat. Nie zastąpi tego najlepsza, grająca, mówiąca zabawka a tym bardziej telewizor. Ważny jest w tym aspekcie głos rodzica, z którym dziecko najbardziej się identyfikuje. Przy zabawach z dźwiękami warto wspomagać się odpowiednimi narzędziami. Pomogą nam w tym oczywiście książeczki przeznaczone dla malucha, z całym repertuarem wyrazów dźwiękonaśladowczych. 

Szczególną książka pod tym względem jest kolejna publikacja młodej i ambitnej ilustratorki - Joanny Bartosik „Raz, DWA, trzy – słyszymy”, która ukazała się w wydawnictwie „Widnokrąg”. To druga część wyróżnionego przez Instytut Książki projektu TRZY/MAM/KSIĄŻKI, którego ideą jest promowanie nawyku sięgania po książkę już od najmłodszych lat. Niech rekomendacją będzie również przyznanie temu tytułowi nominacji graficznej w konkursie Polskiej Sekcji IBBY Książka Roku 2016. Z mojej perspektywy jest to wyjątkowa, dopracowana artystycznie i merytorycznie książeczka dla najmłodszego czytelnika. Zabiera ona maluszka w podróż po dźwiękach, a rodzicowi daje swobodę opowiadania i zabawy z dzieckiem. Książka staje się przewodnikiem po świecie kolorów, codziennych sytuacji i dziecięcych fantazji.
Druga część projektu Joanny Bartosik jest o wiele bardziej zróżnicowana kolorystycznie, chociaż nadal ilustratorka dobiera tak barwy, aby zaakcentować najważniejsze elementy na każdej ze stron. Ilustratorka zręcznie żongluje kolorystyką, komponując dopasowane odcienie, przyciągające wzrok. Dużym plusem tej „kartonówki” jest rozplanowanie ilustracji, które zajmują dwie, obok siebie położone strony, tworząc jeden, spójny obrazek. Każdej grafice towarzyszy konkretna onomatopeja. Maluch dowiaduje się jaki odgłos wydaje deszcz, co mówi kominiarz wychylający się z komina, jak reagujemy gdy coś nas zaboli, jakie dźwięki wydają dzięcioły w lesie czy nurek pływający pod wodą. Prezentowanym ilustracjom nie brakuje charakteru i poczucia humoru. U Joanny Bartosik biały pies jedzie na długim rowerze, słoń porusza się czterokołowym pojazdem, sześć, różnie wyglądających osób robi na drutach ogromny, czerwony szalik, a w tle rozbrzmiewa dźwięk gadu, gadu. Jest tu także miejsce dla kraczącej wrony, dżokeja na koniu czy roześmianych ludzi pomimo padającego deszczu.

Barwne ilustracje, w ciepłej, przyjaznej tonacji są bogatsze o detale, nie są już tak schematyczne jak te, występujące w pierwszej książeczce „RAZ, dwa, trzy – patrzymy”. Nadal jednak cieszy oko kreska o typowym dziecięcym charakterze. Bez zarzutu jest również solidne, kartonowe wydanie, idealne dla małych rączek, czy czcionka, bardzo wyraźna, wkomponowana w obrazki.
Książeczka „Raz, DWA, trzy – słyszymy” to nie tylko zabawa dźwiękami, ale również możliwość opowiadania tego, co prezentują ilustracje. I tym razem możemy ją wykorzystać do snucia własnych opowieści, opisywania kolorów, postaci, sytuacji.
Zarówno pierwsza część jak i druga, trójpaku „Raz, dwa, trzy” Joanny Bartosik spełniła moje oczekiwania, a mojemu maluchowi umożliwiła rozwijanie zmysłów wzroku i słuchu. Kolejne strony „kartonówki” zaskakiwały go zarówno kolorami jak i różnorodnością obrazków. Przyznaje, że styl Joanny Bartosik bardzo mi odpowiada, przyciąga wizualnie, a także posiada wszelkie walory edukacyjne. Ilustracje zawarte w książeczce bawią, są pozbawione stereotypów i kształtują poczucie estetyki. Autorka nie ogranicza się do pojedynczych ilustracji zwierząt, przedmiotów, których dźwięki możemy naśladować, ale jej grafiki są bardzo dynamiczne, pełne emocji, pokazujące sytuacje, przestrzenie (w lesie, pod wodą, na podwórku), w których dane głosy możemy usłyszeć. Na pewno będę bacznie śledzić poczynania i kolejne projekty graficzne autorki cyklu „Raz, dwa, trzy”. Mam nadzieję, że nie raz zaskoczy nas swoimi nowatorskimi pomysłami i grafikami.

  Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.

czwartek, 12 stycznia 2017

Ubrane w suknie, czyli opowieść o kobietach


Czy nie zdarzyło się wam zaglądać i szperać w szafie babci czy mamy? Czy wśród miękkich tkanin, koronek, szali, szorstkich spodni czy rozkloszowanych spódnic poczuliście powiew przeszłości, ukryte wspomnienia, schowane gdzieś głęboko w kieszeniach, rękawach, podszewkach? Mi zdarzyło się to wielokrotnie, niektóre ubrania po prostu miały swoją historię, przechowywały pamięć, towarzyszyły w ważnych chwilach. Nie pomylę się zbytnio stwierdzając, że stają one naszą drugą skórą, a nawet dziełem sztuki.
W taki świat ubrań vintage zabiera nas powieść Sophie Nicholls „Suknia”, w tłumaczeniu Justyny Rudnik, wydana przez Wydawnictwo W.A.B. Autorka niczym uzdolniona krawcowa tka historię, dobierając odpowiednie faktury i tkaniny. Bohaterkami jej powieści są matka i córka, które niczym nomadki wiodą życie na walizkach, nieustannie w podróży. Fabbia Moreno marzy jednak o stabilizacji. Wprowadzając się do angielskiego miasteczka York jest pełna nadziei i planów na własny interes związany ze sklepikiem z odzieżą typu vintage. Jej szesnastoletnia córka – Ella jest bardziej sceptyczna, ale szanuje wybory Mammy. Dziewczyna nie przywiązuje się do miejsc, jest typem samotniczki, która żyje we własnym, zamkniętym świecie. Sklep zaczyna przyciągać klientki, co staje się zasługą nie tylko talentu i wyczucia dobrego stylu oraz umiejętności szycia Fabbii, ale i dzięki tajemnym praktykom, których nauczyła ją babcia Madaar-Bozorg. Kobieta potrafi idealnie dopasować strój do klientki, wydobywając wszelkie atuty i maskując niedoskonałości figury. Jest kolorowym ptakiem wśród szarej społeczności Yorku, co nie wszystkim się podoba. Fabbią zaczyna interesować się przystojny lekarz, czy jednak kobieta jest gotowa na związek i nową miłość po utracie męża? Przed problemami z tożsamością staje również Ella, która nie przypomina typowych nastolatek. Stroni od ludzi, kolorowych ubrań, odkrywając jednak w sobie dar odczytywania tego, co dla innych niewidoczne. Ona także będzie musiała zmierzyć się z tajemnicami matki, która pod warstwą barwnych tkanin i przybranej tożsamości, ukrywa twarz irańskiej kobiety, tęskniącej za swoją przeszłością, poszukującej własnego miejsca na ziemi.

Sophie Nicholls otwierając przed nami drzwi do sklepu Fabbi Moreno, pozwala na dokładne wyobrażenie sobie pięknych, kunsztownych, eleganckich ubrań, które nie są martwymi przedmiotami ale żyją, opowiadają sobą historię. I tak każdy z rozdziałów nosi tytuł ubrania, z którym wiążą się wspomnienia lub dalszy ciąg fabuły. Oczami wyobraźni widzimy niebieską sukienkę z jedwabiu, czerwone baletki, tunikę plażowa lub apaszkę Chanel,  a wszystko to okraszone drobiazgowymi, barwnymi opisami, które sprawiają, że chciałoby się mieć daną rzecz w szafie.  
Tkaniny to tylko magiczne tło dla historii Fabii, Iranki, wychowywanej przez babkę, która nauczyła wnuczkę wszywania tajemnych słów, talizmanów, mających moc wydobywania z ubrań piękna i elegancji, dopasowując się do osób je noszących. Jako młoda dziewczyna chciała poznać świat, zostawiła więc rodzinne strony, zakochała się we Włochu i zaszła w ciążę. Życie jednak nie szczędziło Fabii, która szybko została wdową i matką, samotnie wychowującą córkę. „Suknia” tylko z pozoru wydaje się kolorową opowiastką, tak naprawdę porusza współczesny problem tolerancji, imigrantów, inności i dyskryminacji. Fabia jest obca, inaczej wygląda, ma inną karnację skóry, akcent i zawsze znajduje się ktoś, komu to przeszkadza i nazwie ją „brudną Arabką” czy „terrorystką”. Nic więc dziwnego, że ukrywa swoje pochodzenie pod warstwą finezyjnych ubrań, aby zapomnieć o przeszłości, która nie zawsze była tak jedwabista jak jej ubrania:

„Przeszłość jest niczym sukienka. Można się z nią nie rozstawać, traktować ją, jakby była drugą skórą, która w jakimś stopniu może służyć za tarczę chroniącą przed zimnem, przed szeptami i złymi słowami, przed wspomnieniem podłóg szorowanych w cudzych domach. Dzięki niej można pokazać, że jest się silniejszą i piękniejszą, można się wyróżnić lub dopasować do okoliczności. Ale można też rozpiąć zamek lub guziki, pozwolić opaść jej na ziemię i w dowolnej chwili zrobić krok w bok.” (S. Nicholls, Suknia, przeł J. Rudnik, wyd. 1, Warszawa 2016, s. 249)

Postać Elli, a raczej Izabelli jest skonstruowana na zasadzie opozycji w stosunku do matki. Nastolatka próbuje nie rzucać się w oczy, najlepiej czując się w czarnych, skromnych ubraniach. Podobnie jak Fabbia, dziedziczy dar Sygnałów, czyli wyostrzoną i niezawodną intuicję, występującą pod postacią różnych kolorów. Pomimo natury introwertyczki, zaprzyjaźnia się z Billym oraz kapryśną i bogatą Katriną.
„Suknia” to opowieść o pokoleniu kobiet, tkających magię słów. Każda z nich – czy to babka Madaar-Bozorg, Fabbia czy Ella, jest indywidualistką i panią swojego losu. Dzięki nim zwykłe ubrania zyskują niepowtarzalną historię, uszczęśliwiają i dają poczucie piękna. Oprócz głównych bohaterek pojawiają się postacie wplątane w szarą codzienność, którym brakuje odwagi aby podążyć za marzeniami. Poznajemy historię podróżniczki Eustacii czy Jean Cushworth, a także baśń o foczej skórze.

Opisy ubrań mogą oczarować, tak jak i opowieści o tajemniczej Madaar-Bozorg i dzieciństwie Fabbii w irańskiej wiosce. Rozczarowuje mnie jednak sama intryga, trącąca schematyzmem, brakiem tej „szczypty magii”, której smak całkowicie ginie w dalszym toku akcji. Autorka zbyt wiele pozostawia domysłów, wypełniając losy Fabbii i Ellii licznymi, białymi plamami. Nie przekonała mnie postać czarnego charakteru, czyli radnego Pike`a, któremu zabrakło głębszych motywacji i rysu psychologicznego. Był złym człowiekiem i to autorce w zupełności wystarczyło. Być może kolejne książki rzucą więcej światła na przeszłość Fabbi, gdyż „Suknia” to pierwsza część trylogii „Szczypta magii”. Dwie kolejne: „The Dream” i „The Glass” traktują o dalszych losach matki i córki.

Powieść Sophie Nicholls przynosi wiele refleksji dotyczących doświadczenia inności, ale i kreowania własnej osobowości. Ubrania mogą odzwierciedlać nastrój, charakter, ale mogą i być kostiumem, przebraniem, maską. Niewątpliwie „Suknia” to esencja kobiecości, rozkwitających jak słoneczniki marzeń, przetykana nićmi o różnych barwach codzienności.

 Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.

środa, 11 stycznia 2017

KĄCIK MAŁEGO MOLIKA (1/2017) - RAZ, dwa, trzy - patrzymy Joanny Bartosik

Nie ma dolnej granicy wieku, od której możemy zaczynać wprowadzać swoje maluchy w świat książek. Wszystko zależy od rodzica i jego otwartości, chęci. Ostatnio powstaje bardzo wiele książek przeznaczonych dla niemowląt, kształtujących zmysły i odbiór najmłodszych czytelników.
 Pozycją, na którą warto zwrócić uwagę, jest książeczka kartonowa z cyklu „RAZ dwa trzy – patrzymy” Joanny Bartosik. Autorka jest doktorantką na Wydziale Grafikii Komunikacji Wizualnej na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu. Jej projekt książeczek dla maluchów został wyróżniony w konkursie Instytutu Książki - TRZY/MAM/KSIĄŻKI, który miał na celu wyłonienie najlepszych książek tzw. „trójpaku”, promującego czytanie już od okresu niemowlęcego po wiek przedszkolny. „RAZ dwa trzy – patrzymy” stanowi pierwszą część cyklu i jej zadaniem jest stymulowanie zmysłu wzroku u naszego malucha. Pomocne ma być w tym zastosowanie kontrastowości, która przyciąga wzrok bobasa i pobudza w nim zainteresowanie. Większość książek kontrastowych dostępnych na rynku wydawniczym zawiera czarno-białe obrazki. W tym przypadku, co bardzo mi się spodobało, ilustratorka używa wyraźnych ale i ciepłych barw – żółtej, czerwonej czy pomarańczowej. Dla pogłębienia kontrastu ilustracjom towarzyszy wyraźne, przeciwstawne tło. Obrazki są zestawione tematycznie, pozwalając rodzicowi na opowiadanie o otaczającym świecie. Książeczkę wypełniają rysunki m.in.: słońca i księżyca, kości i psa, kota i myszy czy chmury i pioruna. Autorka pokusiła się również o zestawienie twarzy człowieka białoskórego i czarnoskórego, wskazując tym samym na różnorodność i odmienność ludzi.

Ogromną zaletą są również proste, schematyczne, geometryczne rysunki, przypominające swobodną, dziecięcą kreskę. Ilustratorka zadbała aby szczegóły nie przeważały w samej ilustracji, która przede wszystkim ma przyciągać wzrok malucha i wpływać na jego wyobraźnię. Przedstawione obrazki zazwyczaj ukazują twarze i różne miny, wyrażające emocje, co również pobudza dziecko do odczytywania i rozpoznawania uczuć. Nie szkodzi, że liść czy jabłko się uśmiechają a słońce ma ogromne czerwone rumieńce – każdy rysunek to przykład dziecięcej wrażliwości i fantazji. Przecież dzieci uwielbiają rysować uśmiechnięte słońce czy psa. Tym tropem podąża również Joanna Bartosik, dodajmy, że robi to niezwykle szczerze i ujmująco. Udaje się jej odwzorować, to jak dzieci odbierają świat.

Format książki, niewielki, poręczny, także przyciąga uwagę i jest dostosowany dla malucha, który wraz z rodzicem a później samodzielnie będzie ją przeglądał. Jeżeli chodzi o estetykę i pierwszy kontakt ze sztuką, bo cykl „Raz dwa trzy” to przede wszystkim książki obrazkowe, to można dostrzec konkretną, charakterystyczną kreskę ilustratorki, która stara się przedstawić świat oczami dzieci. Dzięki czemu jej ilustracje nawiązują do sztuki dziecięcej, nieprzeładowanej detalami, radosnej, beztroskiej. Ich tematyka jest dość szeroka – dotyczy pierwszych obrazów z jakimi niemowlę się styka, poznając świat. Mamy więc ludzi, zwierzęta, rośliny, niebo, dzień i noc, zjawiska atmosferyczne. Różnorodność ilustracji pozwala na kreatywność opowiadania, bo kontakt malucha z książką, to nie tylko wielokrotne przeglądanie samych obrazków, ale przede wszystkim ich nazywanie, lokalizowanie i umiejscawianie dokoła siebie, dzięki opowiadającym rodzicom. Ilustracje stają się narzędziem, przybliżającym świat, ułatwiającym jego zrozumienie, ale i uwrażliwiającym na kolory, geometrię, plastyczność.

Pierwsza „kartonówka” z cyklu „Raz, dwa, trzy” to przyjemne przeglądanie wraz z maluszkiem kontrastowych ilustracji, a także udany początek budowania nawyku sięgania po książkę jako formę zabawy. Szata graficzna jest bardzo przejrzysta i miła dla oka.
Szkoda, że książeczka Joanny Bartosik nie ma więcej stron, bo mój maluszek uwielbia ją przeglądać. I raczej nie wygląda aby miała mu się znudzić. Jeżeli szukacie pierwszych książeczek dla swoich maluchów, to polecam tytuł „Raz, dwa, trzy – patrzymy”. Być może właśnie ta książka stanie się nierozłącznym towarzyszem zabaw waszego dziecka.


Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.

niedziela, 18 grudnia 2016

Mapa życia Anny Seniuk

Wywiady mają to do siebie, że najczęściej otwierają wiele zamkniętych, przemilczanych rozdziałów życia, ujawniają sekrety, nakreślają postać, bohatera rozmowy. Nie są jednak łatwe, bo na szczery dialog składa się wiele czynników – porozumienie rozmawiających, zaufanie, wiedza pytającego i pytania, które niczym wędka wyłowią najciekawsze opowieści.
W wypadku książki, a raczej wywiadu –rzeki „Anna Seniuk. Nietypowa baba jestem” (wyd. Znak) to rozmowa matki i córki. Magdalena Małecka-Wippich wydaje się być osobą, która nie tylko najlepiej zna Annę Seniuk, ale i potrafi snuć rozmowę-opowieść, w której główna bohaterka, czy tego chce czy nie, musi się otworzyć. Osobowość Anny Seniuk, aktorki znanej najbardziej z roli Magdy Karwowskiej z serialu „Czterdziestolatek”, nie jest łatwa do zaszufladkowania, chociaż przez lata narosło wokół jej osoby wiele etykiet. Unika rozgłosu, blasku fleszy, dba o swoją prywatność, a przede wszystkim jest wierna własnym drogowskazom, samej sobie. Rozmowa z córką, momentami nie łatwa, jest rodzajem autobiografii, próbą uporządkowania swojego życia, ale i formą cementującą pamięć o własnej tożsamości, pamiątką dla najbliższych.

Anna Seniuk okazuje się niełatwym rozmówcą, nawet w dialogu z córką, nie odkrywa wszystkich kart, pozostawia jakąś niewypowiedzianą tajemnicę. W niektórych wywiadach bohater próbuje siebie kreować, w tym przypadku odczuwa się prawdziwą szczerość, brak tuszowania czy koloryzowania własnej osoby. Z rozmów, podzielonych tematycznie, wyłania się skromna, inteligentna, pełna życia kobieta, dla której teatr stał się wyzwoleniem, spełnieniem. To właśnie teatr był i jest jej przygodą życia, zmienił nieśmiałą dziewczynkę, surowo wychowywaną przez matkę, w kobietę niezależną, prawdziwą artystkę.

Anna Seniuk opowiada o rodzinie, o ojcu, który marząc o synu wychowywał ją jak chłopca, o cioci-babci Małgorzacie Magerlowej i jej niezwykłym, baśniowym domu, który już nie istnieje. Życie Anny już od samego dzieciństwa było nieustanną podróżą – od wygania z rodzinnego Stanisławowa, po Krzeszowice, Kraków i Warszawę. Nomadyczny tryb życia, brak stabilizacji wpłynęły na charakter młodej Anny, która ze względu na ciągłe przeprowadzki, w późniejszym życiu nie przywiązywała się do jednego miejsca, ludzi. Sporo miejsca aktorka poświęca również opowieściom o przedmiotach rodzinnych, pamiątkach, starociach, które namiętnie kolekcjonuje. Znalazły się wśród nich pocztówki z frontu wojennego, zapalniczka z łuski pocisku, maszyna do szycia, taftowa sukni babci, sztambuch w drewnianej oprawie:

„W każdym domu jest taki przedmiot. Przedmiot, który jest kawałkiem historii, można go wziąć do ręki, dotknąć, spytać, jaki był jego los, z kim był związany. Przedmiot, który jest jakimś dowodem, nieraz świadectwem ludzkiego dramatu” (s.23)

 Wyjątkową opowieścią, pełną sensualności, kolorów dzieciństwa jest rozmowa „Trochę sentymentalnie”, w której Seniuk dzieli się swoimi wspomnieniami związanymi z zapachami i smakami lat dziecięcych. Miłością do drzew i roślin zaraził ją ojciec, a w domu dominowały zapachy owoców lata, masła, mleka, lipy czy jesiennych liści. Dzisiaj najbardziej brakuje jej naturalnych dźwięków, ciszy, którą tak bardzo próbujemy zakłócić. Aktorka zauważa, że cierpimy na chorobę współczesności, czyli „szybkość”, której podporządkowujemy całe swoje życie. Obok tych familijnych retrospekcji pojawia się również historia teatru, kariery aktorskiej, która rozpoczęła się w życiu Seniuk niby przypadkiem, nagle i zawładnęła nią całkowicie. Teatr to również ludzie, znane osobistości – Gustaw Holubek, Janusz Gajos, Jan Nowicki, Jerzy Jarocki. Wystawiane sztuki nie mogły obyć się bez kostiumów, które również zajmują ważne miejsce w pamięci aktorki. Seniuk nie unika pytań osobistych, dotyczących małżeństwa z kompozytorem Maciejem Małeckim, bycia matką – aktorką czy choroby, którą próbowała ukryć przed bliskimi.

Dialog córki i matki uzupełniają dygresje Magdaleny Małeckiej-Wippich, która próbuje stworzyć swój własny portret matki, wypełniając go wspomnieniami z dzieciństwa, obserwacjami pełnymi humorystycznych anegdot. Jest tu miejsce na mamę zabieganą, pracującą, chaotyczną, ale perfekcyjną w swoim zawodzie. Z tych osobistych „migawek” wyłania się obraz bliskiej osoby – pełnej zalet i wad, oblepionej przez medialne stereotypy „ciepłej  i sympatycznej babci”, które córka próbuje zdrapać, odsłaniając jej prawdziwą twarz. Anna Seniuk nie wstydzi się swojego wieku, dystansuje się od show biznesu, obiera rolę świadka, obserwatora, znikając i chowając się przed spojrzeniem ciekawskich oczu. Seniuk zmęczona pracą, światem i ludźmi ucieka do swojego mikroświata, do swojej magicznej chatki, pod Przemyślem, odnajdując w niej swoje marzenia o własnym zakątku, z dala od pędu życia i codzienności. Po co więc ten wywiad? Otóż ta książka, dialog, pełny pięknych opowieści, ciepłych wspomnień, ale i szarych barw codzienności, trudów związanych z pracą, macierzyństwem, sławą - to hymn pamięci, utkanej z obrazów i przemienionej w słowa, w tekst. Dopełnieniem rozmów są zdjęcia aktorki, z młodości, ze sztuk teatralnych, filmowych i z rodzinnego albumu. Nie przytłaczają nadmiarem, ale przywołują konkretne historie.

Mapę życia Anny Seniuk tworzą różne przestrzenie, miejsca, miasta, role – poczynając od rodzinnego dworku, chwilowych domów, desek teatru, niezliczonych ról, które wypełniła swoją osobowością, po własny zakątek, przystań. Anna Seniuk ma wiele do opowiedzenia, jak trzeba potrafi tupnąć nogą i postawić na swoim, chociaż przylgnął do niej obraz miłej i „babcinowatej” Pani Ani. A ona jest nie tylko „nietypową babą”, ale i żywą kopalnią rodzinnych historii, teatralnych anegdot ale i uniwersalnych prawd, o których tak łatwo dzisiaj zapominamy. No bo jak pachnie lipa, jak brzmi cisza, tykanie zegara, śpiew skowronka? Czy warto zamykać się w przeszłości lub gonić za światem. Nie ma na to gotowych przepisów, ale jest wrażliwość, której na pewno nie brakuje bohaterce rozmów. Jak nie z czystej sympatii dla Seniuk, to chociażby dlatego warto przeczytać tę książkę. Jak twierdzi bohaterka – „każdy zachód słońca jest inny” i na tym przesłaniu opiera swoje życie.

Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.