wtorek, 24 marca 2020

Kobiecy teren pisania – o debiucie Żanety Gorzkiej


                                                                                       
                                                                                            "Obecne tu ciało
                                                                                                                  wiersza zsuwa się
                                                                                                                 z języka drapieżne i wściekłe.”
                                                                                                                   (Bestia nienasycona, s. 54. )

Debiut poetycki to zawsze jakaś forma eksperymentu, efekt procesu poszukiwań i odkrywania  możliwości i barier, które rodzi tworzywo słowne. A nad słowem nie jest łatwo zapanować, wczuć się w tembr i melodię środków poetyckich. To, co może ożywić wiersz, nadać mu głębi, w nadmiarze powoduje jego zanikanie, a wtedy łatwo już niestety przekroczyć granicę grafomanii. Albo się czuje słowa, swobodę ich przepływania w dynamicznym krwiobiegu wyobraźni, albo walczy się z nimi, próbując zniewolić i unieruchomić żywiołowość obrazów, co zazwyczaj kończy się ulepieniem tworów „poetycko podobnych” pełnych banalności i nadmuchanej sztuczności. Lektura debiutu to zawsze mieszanka podejrzliwości i ciekawości i próba odszukania w wierszach tętna słów. 

Czym tętni debiut Żanety Gorzkiej? Gdybym miała określić charakter „Łokcia jelenia” w lapidarny sposób, na pewno ujęłabym to jako kobiecość, mrużąca przekornie oczy i wyłaniająca się zza każdego rogu wiersza. Ale w tym tomie jest o wiele większe spektrum poetyckich zaułków i labiryntów, które odkrywa się z rosnącym apetytem. Żaneta Gorzka eksperymentuje, intryguje i pokazuje czytelnikowi jak świetnie potrafi bawić się słowem, onirycznością i nadrealizmem. W tych wierszach dzieje się i może zdarzyć się wszystko, życie codzienne poddane zostaje surrealistycznej reinterpretacji, co daje nieograniczone możliwości dla wyobraźni. A poetka czerpie z niej całymi garściami, nie rezygnując z inspiracji literackich i popkulturowych ikon. 

Przytoczony cytat z wiersza „Bestia nienasycona” już wiele mówi i odkrywa charakter całego tomiku o dość przewrotnym i absurdalnym tytule „Łokieć jelenia” debiutującej Żanety Gorzkiej.  Język poetycki autorki to połączenie drapieżności ze słowną wściekłością, pełną żywiołowych, ulicznych rozmów, zasłyszanych i odtworzonych w lirycznym minimalizmie. Bohaterka wierszy obserwuje codzienność, wyłuskując z niej pospolitość, powtarzalność, nakładając na nią surrealistyczne czasami absurdalne witraże. 

Kreowany świat Żanety Gorzkiej to z jednej strony spacer po miejskiej przestrzeni, która rozwarstwia się, zagina, by w pewnym momencie przekształcić się w dziwne fantasmagorie, przenoszące odbiorcę na niepewny grunt klimatu groteski i ironii. Z drugiej strony to zadziorne i cielesne odsłanianie kobiecych terytoriów, ciągłe podważanie męskiego punktu widzenia i mruganie kobiecym okiem. „Podmiotka” liryczna szydzi ze stereotypów, buntuje się przeciwko „udomowieniu” kobiety, osadzeniu jej w przestrzeni zwyczajności, trywialności. Może dlatego tak wiele w tym zbiorze wierszy dotykających sfery domowej, ale i intymnej. Dla bohaterki jest to tylko pretekst, aby na fundamencie codzienności ponownie zbudować własne łobuzerskie i abstrakcyjne uniwersum. 

Podmiotka liryczna na pierwszym planie – o cielesności

„Chwała lirycznym dziewczynkom”  - wybrzmiewa w jednym z wierszy Żanety Gorzkiej. Bohaterka wierszy solidaryzuje się z kobietami piszącymi, ale i bezkompromisowo osłania to, co ukryte, przemilczane, tabuizowane. Spoglądając całościowo na tom od razu dostrzegamy dominującą kobiecą perspektywę, osadzoną dość głęboko we współczesnym ilustrowaniu fizyczności i seksualności. Pojawiające się lecące łona, łydki, sutki, piersi, ale i język, to słowa-symbole naznaczone zmysłowością, eksponujące ciało, fizjologię, anatomię zmetaforyzowanej erotyki. Żaneta Gorzka nie jest jednak w opisywaniu cielesności wulgarna, ale dzięki stosowaniu humoru, wyrafinowanego cynizmu i kategorii absurdu potrafi ująć ciało (czy to kobiece, czy męskie) w intymności, ale i w codziennych sytuacjach. Ciało okazuje się kolejnym pretekstem lub raczej doskonałym tworzywem tematycznym do konstruowania poetyckich miniatur, lekko prześmiewczych, otwartych na wyobraźnię czytelnika:

Na oparciu krzesła
wiszą rajstopki
i kategorycznie
domagają się ciała”
[Po prostu spróbuj być dla niego miła (…c..-…c..), s. 51]

Podmiotka liryczna próbuje wejść w rolę koleżanki, przyjaciółki, feministki, zdystansowanej i unikającej patosu emocjonalnego. Mężczyznom, a raczej „zimnym samczykom” nieźle się obrywa, w większości utworów otrzymujemy ich karykatury, jakby wycięte z modelu systemu patriarchalnego, napuchniętego od testosteronu. Kobiety żądzą w „Łokciu jelenia”, co przypieczętowuje ostatni retoryczny wers jednego z wierszy: „A ty tu facet czego?!”. Na terytorium kobiecej poetyki Żanety Gorzkiej nie ma miejsca dla samców, spoglądających na kobiety przez pryzmat płci.
W prezentowanym debiucie nie brakuje jednak relacji damsko-męskich, konstruowanych w formie poetyckich mozaik, minimalistycznych obrazków z codzienności:

„Jeżeli mężczyźni wyginęli
to co robi ten paź królowej
w moim żołądku?

(Hej, ty!
upewniam się)

I czy to już na pewno jest
miłość?"
[Tak bym chciała, s. 45]

To krótkie refleksje w formie tekstów z graffiti czy przełamanych ironią definicji stanów emocjonalnych. Minimalizm słowny, charakterystyczny dla tego tomu, to również redukcja emocjonalności, uczucia okazują się być źródłem cierpienia, a miłość „jarzmem emocji”. Więcej w tych wierszach anatomii, czułości względem własnej kobiecości i natury niż uczuciowości. Z jednej strony mógłby to być zarzut, ale po głębszej lekturze uderza samotność bohaterki wierszy, samotność kobiecości tak bardzo uprzedmiotowionej i włożonej w ramy męskiego, dominującego świata. Jednym z poważniejszych wierszy, wyróżniających się klimatem jest „Wojna i pokój”. To samotne wypłynięcie na głębię, ofeliowe zanurzenie się w wodzie, ucieczka od uczuć i wrośniętych w kobietę ról, bycia ciągle poza sobą, bycia wtłoczoną w gotowe scenariusze życia matki, żony, kochanki.


Pod maską absurdu, czyli kroniki codzienności  

„Czterdziesta pierwsza rozbójniczka Ali Baby” jak określa siebie podmiot liryczny ma dość specyficzny i oryginalny model własnej sztuki poetyckiej. To dążenie do skrótowości, lapidarności i redukcji słownej przy dużej rozpiętości tematycznej. Wiersze składające się na tom „Łokieć jelenia” odznaczają się spójną formą, ale i topiką. Obrazki codzienności, miejscami wyczulone na detal, kiedy indziej brutalne, marginesowe, to paleta, z którą spotykamy się każdego dnia. Autorka nie zostawia nas jednak z wiernymi odbiciami, realnymi kopiami rzeczywistości, ale wprowadza furtki, konstruuje przejścia podziemne, poszerza wiersze o przestrzeń dla wyobraźni. Żaneta Gorzka z dużą umiejętnością i wyczuciem gier słownych dekonstruuje codzienne sytuacje, rozbiera je na detale i ponownie składa w oniryczno-groteskowe metafory. 

Poczynając od samego tytułu tomu, po przez zaskakujące tytuły wierszy (będącymi już samymi w sobie mikropoetyckimi sekwencjami: „I wezbrały wody ślinotoku a usta piszących rozstąpiły się” ; „Tajemnice rurki próżniowej (albo gonitwa myśli na 400 metrów przez płotki”)), projekt graficzny (którego kształt i wyjątkowy charakter również jest spójny, kunsztowny i dopracowany), a kończąc na utworach, „Łokieć jelenia” odznacza się pewną dozą awangardowości i zakorzenianiu świata poetyckiego w przewrotnym absurdzie. Momentami tytuły odgrywają ważniejszą rolę niż sam wiersz. Czy nie jest to zabieg przesadny, pełniący rolę, zaskakującego, ale ozdobnika? Myślę, że to jednak świadomy mechanizm budowania klimatu zaskoczenia, nowatorskiego podejścia do formy wiersza, która w wypadku debiutu Żanety Gorzkiej jest plastyczna i giętka.
Poszczególne wiersze dążą do efektu zaskoczenia, zburzenia poczucia czytelniczego bezpieczeństwa. Czytanie wierszy Gorzkiej to trochę jak podróż bez mapy, całkowicie spontaniczna, żywiołowa, ale i niebezpieczna, łatwo zbłądzić w labiryntach wyobraźni. Tym bardziej, że nie mamy kompasu w postaci utartych metafor, ale dysponujemy własną intuicją i wrażliwością. I warto im zaufać. Ufa też czytelnikowi sama poetka, nie bojąc się nadrealistycznych i irracjonalnych opowieści. Pomimo stosowania groteskowej perspektywy, mocnej ironii, to pod warstwą surrealistycznego i eksperymentalnego obrazowania kryje się to, co ludzkie, jątrzące, stosunek człowieka do natury, zwierząt (aby poznać życie trzeba „zajrzeć kotce pod powieki” – wiersz „W życiu trzeba miau miau”), relacji międzyludzkich, pytanie o sens egzystencji, słabości i niewiedzy. 

Wiersz jak bestia, wiersz jak wilk  

Oprócz absurdu pojawiają się u Żanety Gorzkiej nawiązania do popkultury, konsumpcjonizmu, bohaterów z legend, kina, baśni (3 wiersze mają w tytule słowo Bajka) czy literackich postaci. Przekrój jest tu naprawdę pojemny – i tak między wersami goszczą: Yeti, Michael Jackson, Ewa Chodakowska, psychopatyczny Fredy Krueger, Tarzan, Godzilla, Mona Lisa, poeta Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, św. Augustyn, Lucyna Ćwierczakiewiczowa, Ilona [W] zapewne Witkowska, Kira [P], czyli Pietrek, filozof Jacques Derrida, Piero Manzoni, i nawet Muminki w dość ekscentrycznym wierszu (pomijam oryginalne podziękowania, w których też roi się od tropów inspiracyjnych). Dlaczego tak dużo tych postaci? Co ma na celu ten różnobarwny korowód? Widziałabym w takiej konwencji ślady postmodernizmu, ale i celowe zestawianie kontrowersyjnych ikon naszej współczesności. Tylko w takiej poezji jest miejsce w jednym wierszu dla celebrytki i poety (wiersz „Weź się zastanów”). 

Warsztat poetycki, którym dysponuje debiutująca poetka jest naprawdę przemyślany i konsekwentny. Słowa, stosowane oszczędnie i ostro, mają szokować, ciągle polemizować z czytelniczą wyobraźnią. Pobrzmiewają w nich echa miejskich ulic, opuszczonych peryferii, pogłosy podsłuchanych rozmów, znaczeń dobranych fantazyjnie i zadziwiająco. To język poetycki pełen zakamarków, wypełnionych imaginacją i nieustannie ripostującymi wersami.
Wiersze ciągle zmuszają odbiorcę do reakcji, do polemiki, do poetyckiego dialogu. Słowa wręcz same tworzą się, nie panuje na nimi podmiot, wyskakują spod języka w postaci wilka („Bajka na dobranoc”) czy drapieżnej bestii, trudno je okiełzać i oswoić. Wiersz staje się osobnym tworem, żywiołowym, plastycznym, pozornie wymykającym się spod kontroli poetki. Pozornie, bo autorka panuje nad materią słów, spina je delikatną nicią spójnej, indywidualnej, nieco zadziornej ale i osobliwej poetyki.


Żaneta Gorzka swoim tomikiem poetyckim udowadnia, że można zadebiutować bardzo dojrzale, z wyrazistym konceptem i zaskakującą tematyką. „Łokieć jelenia” to poezja eksperymentalna, lekko postmodernistyczna, zakorzeniona w kobiecości. Słowo ma oddziaływać, wywierać wpływ na odbiorcę, odciskać się w myślach. Forma wiersza Gorzkiej to często szyfr wyobraźni, onirycznych przebłysków i plastycznego przenikania świata i iluzji. Poetka często mruga okiem do czytelnika, jej podmiotka jest zdystansowana, ale i przekorna, eksponująca to, co fizyczne. Materia codzienności w „Łokciu jelenia” nabiera wielosemantyczności, słowo przenosi czytelnika ponad banalność i zwyczajność, stawia go przed krzywym zwierciadłem, pozwala bawić się znaczeniem i metaforyką. I to zabawa słowem sprawia czytelnikowi największą frajdę. „Łokieć jelenia” to zapowiedź poezji łobuzerskiej i buntowniczej, słowem - kobieco-rebelianckiej. To specyficzny kobiecy teren pisania, terytorium absurdu, ale i słownej żywiołowości i niekonwencjonalności. Warto tej  ekscentrycznej kobiecości zaufać. 

Żaneta Gorzka, Łokieć jelenia, Wydawnictwo, Warszawa 2020.

Dziękuję Autorce za egzemplarz książki.

czwartek, 20 lutego 2020

Odcienie niebieskiego. „Niebieskie nie schnie” Adrian Tujek


Woda nie wygląda z każdej strony tak samo
(fragm. wiersza „Szkatułka”)




Z każdym kolejnym czytaniem tomiku Adriana Tujka „Niebieskie nie schnie” wyłaniają się, przebijają przez kolejne wiersze „znaki wodne”, które przy pobieżnej lekturze są niewidoczne, dopiero ustawione pod odpowiednim kątem odbioru stają się czytelne. Pod wierszem kryje się kolejna warstwa opowieści, prześwietlenie detali, ledwie widocznych drobin, ukazuje zachwyt z mikroperspektywy. Podobnie jak żywa, przesączająca się między poetyckimi obrazami smuga niebieskości, drzemie pod kolejnymi historiami układanymi przez podmiot. Tonacja tytułu tomiku sugestywnie nawiązuje do obszernej palety znaczeniowej niebieskiej barwy.
Mam wrażenie, że poezja Tujka to wartki strumień życia, ludzkich słabości, zmiennego i zwodniczego rytmu pozornej stabilności egzystencji. Życie jest jak toń – im bliżej dna, staje się bardziej czarna, mroczna, gęsta i duszna. Te odcienie niebieskiego rozmywają się jak akwarele, jednak zamiast wysychających farb zamykających cząstkę obrazu, perspektywy, poeta dozuje słowa, nie pozwalając im zastygnąć. Słowa stają się materiałem dynamicznym, organizmem płynnym, elastycznym, zmieniającym barwy w zależności od wrażliwości czytelnika. Nawet podmiot zamienia się z jednym z wierszy w „taflę jeziora” by po chwili opaść na dno jak rzucony kamień. 

„Wątpliwości sprawiają, że myśli się kolorami”
W utworze „Poszlaki” odnajduję wyjaśnienie zafascynowania i lejmotywu całego zbioru – żonglowanie barwami, a raczej ich odcieniami i opisywanie za ich pomocą uczuć, doświadczeń, migawek życia kojarzy mi się z synestezją, czyli wyjątkowym odczuwaniem kolorów, każdy dźwięk czy słowo przybiera konkretną barwę.

„Wątpliwości sprawiają, że myśli się kolorami
i to jest czarny w dwóch odcieniach,
bardzo niepodobnych do siebie”
(Poszlaki, s. 21)

Odcienie niebieskiego, przekształcającego się momentami w czerń, ukryte są pod obrazami morza, motywami wody. Podmiot przepuszcza świat przez specyficzną soczewkę:

„Mam w aparat wmontowany filtr, który udaje w was
wodę, i szkło powiększające, żeby było miejsce na miliony
podręcznikowych zachłyśnięć nią.”
(Morza Czarnego się nie zamaluje, s. 33)

Przestrzeń wody jest mroczna, duszna, a z drugiej strony oczyszcza, pozostawiając w bohaterze wierszy niepokój współczesności. Wchodzenie do wody, jak wchodzenie w wiersze to przesiewanie w sobie uczuć, pozostają tylko te, które najsilniej oplatają człowieka. 

„podnosi się poziom morza, przypływ cuci brzeg
przez chwilę, by w nieskończoność  skupiać się na sobie,
ocierać falę o falę.

Tak myślałem,
żeby ktoś mnie uszczypnął,
ale woda naprawdę podchodzi do gardła i się cofa,
skoro czas nie potrafi, a pies nie chce.
(Niedosyt, s. 40)

Dwa ostatnie wersy, zamykającego tomik, wiersza „Niedosyt” to metafora poczucia śmiertelności, sinusoida ludzkiego życia. Mam wrażenie, że to przestrzeń wody kontroluje podmiot, pokazuje swoją siłę i przewagę nad czasem biegnącym tylko naprzód, przeszłości nie da się cofnąć. A struktura wody jest płynna, zależna od natury, od przypływów i odpływów. Pierwsze cytowane strofy tego wiersza to obraz żywiołu, zmagania się dwóch płaszczyzn, ale i odwołanie do relacji międzyludzkich, poczucia samotności. W większości utworów z tomu „Niebieskie nie schnie” wybrzmiewa smutek i swoista przestroga przed rozczarowaniem.

O dłoniach bez palców, o kasztanach bez łupin

„Nie wolno się przywiązywać
jak psów do tłustego konaru.
Włosy mają być luźno osadzone
i przypominać niewyciągnięte góry, ciche rzeki.”
(Znaczenie terenu, s. 23)

„Znaczenie terenu” to jeden z piękniejszych wierszy Adriana Tujka, to właśnie tu pobrzmiewa kruchość relacji, nieufność wobec drugiej osoby, ukrywanie własnych uczuć, utrzymywanie emocji na wodzy. Bezpieczny dystans jest dla podmiotu zabezpieczeniem przez rozczarowaniem. Mówi on – jesteśmy razem, ale z bagażem racjonalnych kalkulacji, poczuciem krótkotrwałości, niestabilności. 

Podobny obraz prezentuje jeden z moich ulubionych wierszy w tym tomie. Już sam tytuł kipi od poetyckości, już w nim samym jest zawarta opowieść podmiotu: „Jesień jest smutna, nawet kiedy zbierasz dwa kasztany, żeby przynieść mi je po pracy”.

„Dwa trybiki, mieszczą się w ściśniętej jak gardło pięści.
Dłonie bez palców, czy to wciąż dłonie?
Nie chwycisz ani nie utrzymasz.
Sturlają się, zostaną zebrane, ktoś mi je przyniesie
po pracy, a ja zapytam: czy słuchacie siebie jeszcze,
kiedy próbuję liczyć na placach jednej ręki?”
(„Jesień jest smutna, nawet kiedy zbierasz dwa kasztany, żeby przynieść mi je po pracy”, s. 12)

Kasztany, niby banalne symptomy jesieni, w tym utworze autor poddaje transformacji, nadając im intymnej emocjonalności.”Dwa trybiki” stają się przedmiotem pustki, rozczarowania, rozstania. Może kasztany odzwierciedlają uczucia, podarowane drugiej osobie zaufanie. Ściskająca je dłoń zamienia się w pięść, brutalną, zamkniętą (w przeciwieństwie do dłoni – otwartej, symbolizującej gest zaufania), która więzi, zadaje ból, nie potrafi utrzymać, tego, co ważne i ukochane. To poetycka i metaforyczna wiwisekcja rozpadu związku, wygaszanych uczuć, więzionych nadziei jak kurczowe trzymanie kasztanów w zaciśniętej pięści.

„Żyłki nie schną, pękają” – o ulotności

Bohater wierszy Adriana Tujka odnajduje się w przestrzeni przyrody, ucieka z miasta aby znaleźć swoją opowieść w egzystencji drzew, zwierząt, lasu, ptaków. Poeta odnajduje własną formę i styl kształtowania historii. Jest to misterna mistyfikacja, dobrze przemyślana strategia opowiadania o tęsknotach i ludzkich potrzebach. 
Choćby w utworze „Usta pełne i ciężkie jak stado jaskółek”, w którym podmiot po raz kolejny nie spełnia oczekiwań bliskiej osoby, będąc „kosem, który staje/ na parapecie i pragnie  (…) latać” zamiast „zasadzić w sobie drzewo,/ rzucić się w las i wyszumieć”. Nic w tych utworach nie zgrzyta, jest delikatnie ale im głębiej w słowo tym dosadniej. Sens trzeba wyłuskać, postarać się odczytać „znaki wodne”, pozwolić sobie na ukłucie niepokoju, na wahanie przed nadaniem kształtu wersom i całym wierszom. 

Turpistyczny i brutalnie naturalistyczny wiersz „MOM” obrazowo jest makabryczny, ale językowo piękny! Opisany karambol i śmierć świń przewożonych tirem na rzeź skojarzona z jedzeniem parówek musi i ma wybrzmieć tak bardzo drastycznie, że odbiorca odczuje ciarki na samą myśl wypadku/konsumpcji. Zwierzę zamienia się w mięso, cała jego fizjonomia zostaje zredukowana do aktu spożywania, produkcji, bezrefleksyjnego i niewrażliwego konsumpcjonizmu. Gdyby dobrze poszukać, to tom „Niebieskie nie schnie” akcentuje ekotematy/geotematy i przygląda się stosunkom : człowiek- natura, człowiek-(z)Ziemia.

Warsztat Tujka jest mocny, wyrazisty, emblematyczny, poszukujący, tematycznie spójny. „Niebieskie nie schnie” to poezja konstrukcji osadzonych na detalu, złapanych jakby w wodnych refleksjach. Podmiot i jego emocje nie są tak dobrze widoczne jak w odbiciu lustrzanym, raczej przepuszczone zostają przez taflę wody, ulegają dynamizmowi, płynności, nie są stabilne. Metafory wypływają jak fale, odbijają się od czytelnika i pozostawiają uczucie oczyszczenia, ale i zdziwienia, zachwytu, niepokoju. Uczucie ocierania się fal, płynącej wody to miniatura ludzkiego życia, psychiki, ciągłego ruchu i przemijania. Adrian Tujek potrafi zaskoczyć puentą, zamyka wiersz, ale tak aby  pozostawić choćby szczelinę niedopowiedzenia, niedosytu – tak jak pierwszy i ostatni wiersz tomu.
                     
            
Dziękuję Autorowi za egzemplarz książki. 

Adrian Tujek, Niebieskie nie schnie, Wydawnictwo Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu, Poznań 2019.

środa, 15 stycznia 2020

Melancholia kota


„Nie wiem, kto pierwszy przestał być dzieckiem – ja czy Wnuk. Faktem jest, że coraz częściej przesiadywałem na kolanach Dziadka albo wylegiwałem się na stosach książek piętrzących się na jego biurku. Gabinet dziadka pachniał trochę kurzem, od którego kręciło się nosie, trochę lawendową wodą po goleniu, a trochę fajkowym tytoniem.” (s. 4)

Kocia filozofia nie ma sobie równych. Aby poznać jej tajemnicze meandry musimy wsłuchać się w opowieść rudego kota o imieniu Philo. Mieszkanie z filologiem klasycznym pod jednym dachem wyzwala u kota, bohatera powieści Katarzyny Ryrych niepohamowaną ciekawość i wrażliwość na świat i ludzkie problemy. Philo to kot bardzo spostrzegawczy, trafnie rozpoznający ludzkie charaktery i motywacje, trzymający zawsze w zanadrzu łacińskie sentencje, służące do spuentowania konkretnych sytuacji. „Philo. Kot w drodze” to książka o wielkiej przyjaźni człowieka i kota, krętych drogach i labiryntach przeznaczenia i wyjścia poza strefę kociego komfortu. Bo co może być gorszego od choroby i zniknięcia człowieka, który zawsze był w domu i dbał o pełną miskę, okazywał czułość i zainteresowanie? Nagle przytulny dom staje się pusty, z każdego kąta spogląda samotność i cisza, zapachy zacierają się, ulatniają, a fotel, na którym siadała ukochana osoba, przywołuje tak wiele wspomnień. 

Philo to kot filozof, przesiadujący na kolanach Dziadka, wsłuchujący się w szelest kartek i rozmów prowadzonych przez swojego pana i Doktora, jego przyjaciela. Łączy go z Dziadkiem silna więź -„miłość męska i solidna, bez tych wszystkich słodkich imion, aksamitnych obróżek i wydziwiań”. Kiedy więc jego właściciel traci przytomność kot przeczuwając najgorsze, opuszcza bezpieczne mieszkanie i biegnie po pomoc. Prowadzi go dobrze znany zapach Doktora, biegnie więc za samochodem, aby przekazać ważną wiadomość. Akcja ratunkowa Philo udaje się, ale kot przepełniony tak nagłymi i bolesnymi emocjami mdleje. Budzi się w obcym miejscu, którym okazuje się być gabinet weterynarza. Wraz z nim w klatce przebywa inny kot – Tetryk. Podstarzały kocurek został oddany ze względu na swój wiek i miał znaleźć się w domu spokojnej starości. Jego pani również zachorowała, a rodzina postanowiła pozbyć się zwierzaka. Philo nie poddaje się, postanawia odszukać Dziadka, ucieka wraz z Tetrykiem i tak rozpoczyna się jego wielka przygoda…

Philo to taki bohater, w którego ciepłym spojrzeniu i refleksjach możemy grzać się w zimowe wieczory. To kot wrażliwiec, rozpoznający świat za pomocą zmysłów, zapachów, z których stworzony jest koci świat. Jest z jednym z kocich muszkieterów, odważny, pełen serdeczności dla Tetryka i młodego kociaka Smarkacza. Poszukiwania Dziadka budzą w nim uśpioną duszę podróżnika, wielbiciela morza. Kot filozof zna potęgę wyobraźni i zadawania pytań, myślenia:

„Morze szumiało jak sosnowy las, do którego Dziadek zabierał mnie i Wnuka na niedzielne spacery – nagrzane sosny wydzielały słodki żywiczny zapach, a pod łapami miękko ustępował kosmaty mech albo złocisty piasek, przemieszany z sosnowymi igiełkami.” (s. 101).

Morze urzeka kota, zapach wodorostów i ryb jest czymś nowym, nieznanym w codziennym wachlarzu zapachów jakie ukrywał dom i ogród Dziadka. Philo poznaje ludzi zakochanych w morzu, które „mruczy tak, jakby było szczęśliwe, ale smak ma taki jak ludzkie łzy”. Autorka wyposażyła kociego bohatera w dozę melancholii, delikatności, spoglądania na świat przez perspektywę poszukującą piękna. Philo posługuje się narracją poetycką gdy pojawiają się opisy przestrzeni lub relacji z Dziadkiem. To liryczne ale i pełne wewnętrznego ciepła spojrzenie na naturę:

Byłem zakochany w zapachu morskiego wiatru, smaku świeżych ryb, malutkich kropelkach wody osiadających na moim futrze. Może to moi leśni przodkowie zaszczepili mi swoją tęsknotę – sny o długich łodziach i wielkich, nieodkrytych przestrzeniach” (s. 135).

 Brak opiekuna wywołuje w kocim bohaterze tęsknotę, która sprawia, że Philo często jest zamyślony, ale jego cel odnalezienia starszego pana jest bardzo klarowny i dominujący w kocich emocjach.
Katarzyna Ryrych pokazuje różne portrety ludzi, tak bardzo niezrozumiałych i dziwnych dla kota. Są ludzie dobrzy – jak Dziadek, rybacy, Pan Doktor, Karmicielka (którą Tetryk dość stereotypowo opisywał jako starszą panią przypominającą Babę-Jagę, co okazało się źródłem niezbyt przyjemnych sytuacji, w które wplątali się Philo i jego starszy towarzysz) kochający swoich kocich towarzyszy miłością bezinteresowną i prawdziwą, ale są też ci, którzy żywią niechęć do czworonogów – choćby zawistne i chciwe Ciotki, którym zależy wyłącznie na wartościach materialnych. Philo spotyka też inne koty, żyjące bez domu, zdane na surowe warunki ulicy. 

„Philo. Kot w drodze” to opowieść pełna humoru, zwrotów akcji, kocich pościgów i potyczek. Koci bohaterowie prężą się  w rysunkach stworzonych przez Joannę Rusinek. Ilustracje w formie biało czarnych szkiców układają się w serię pocztówek z niezwykłej podróży Philo w poszukiwaniu esencji przyjaźni. Katarzyna Ryrych kreśli barwną i dynamiczną historię, oddając narrację kotu, obdarzonemu darem wnikliwej i emocjonalnej perspektywy. Gwarantuję, że między stronami poczujecie zapach morskiej bryzy i usłyszycie kojące mruczenie fal…  Ta opowieść to przede wszystkim poruszający obraz miłości kota, jego przywiązania, tęsknoty za bliskim człowiekiem, oznaczającym Dom, schronienie, bezpieczeństwo. To relacja obustronna, silna jak instynkt, dodająca sił i nadziei, że rozłąka pozwala na zrozumienie czym jest bliskość i obecność, i jak gorzka bywa tęsknota za tym co było dobre , a co być może codzienność przysłoniła i zamgliła. To nauka dla młodych i starszych jak ważne jest to, co mamy obok siebie.

„ja i Dziadek potrzebowaliśmy się nawzajem. On dawał mi ciepły kąt, fotel, wieczorne pogawędki, a ja – jak przystało na prawdziwego kota – tworzyłem jego Dom. Wypełniłem mruczeniem długie jesienne wieczory, gdy o okna bębnił ulewny deszcz, a po ogrodzie snuły się szare, lepkie i wilgotne mgły, siedząc przy kominku w zimowe popołudnia przypominałem, że wkrótce nadejdą święta – a Dziadek po prosty był” (s. 80).

Cyt. Katarzyna Ryrych, Philo. Kot w drodze, il. Joanna Rusinek, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2019.