Lektura zbioru
opowiadań „Ćmy” Konrada Kissina to duże wyzwanie dla przeciętnego czytelnika.
Blurb, który widnieje na okładce jest całkowicie nietrafiony, mylący - oczywiście
spełnia swoją rolę, bo przyciąga potencjalnego odbiorcę. Górnolotne
sformułowanie głosi iż książka młodego, debiutującego autora to „doskonała
terapia dla zagubionych w szarości dnia powszedniego”. Niestety nie poczułam
się uzdrowiona po jej lekturze, nie była to również jakakolwiek forma terapii.
„Ćmy” to trudne teksty, wymagające, ciężkie od nagromadzonych dygresji,
naukowego słownictwa, iskrzących ozdobników zdaniowych. Słowa przygniatają
czytelnika, grzęźniemy w ich natłoku, w sztucznym celebrowaniu każdego zdania. Autor
jako wykształcony literaturoznawca, pasjonat Witolda Gombrowicza, tworzy bardzo
introwertyczny świat, pełen literackich nawiązań, polemik, słownych gier. Owszem,
jest to dość oryginalna proza i to jest duży plus dla autora, lecz próba
zbliżenia się do niej czytelnika, przypomina mozolną, pełną pułapek, wspinaczkę
na lodową górę. Kiedy udaje się zdobyć szczyt oczekujemy panoramicznego widoku,
zapierającego dech w piersiach, lecz w tym wypadku grzęźniemy w gęstej mgle,
która całkowicie ogranicza pole widzenia. Pozostaje nam ślepe błądzenie,
poczucie rozczarowania, co tylko wzmaga nasz dystans względem poznawanych
opowieści, migawek, fragmentów.

Opowiadania Konrada
Kissina polecam dozować powoli, pojedynczo, bez presji czasu czy chęci
szybkiego przebrnięcia przez tekst. Być może tylko wtedy uda się Wam ulec
autorowi i pozwolicie na zburzenie swoich komfortowych, czytelniczych
preferencji. „Ćmy” to książka dla tych,
którzy nie boją się wypłynąć na dalekie i głębokie wody literatury, ciągle
poszukując nowych form, oryginalnych opowieści, nowatorskich konstrukcji.
Czasami warto spróbować czegoś innego, trudniejszego, gdyż czytelnik powinien być gotowy na
nieustanne poszerzanie swoich horyzontów. Być może spróbuje jeszcze wrócić do
lektury opowiadań Kissina, aby zweryfikować swoje pierwsze wrażenie. Moje
oczekiwania nie pokryły się z lekturą, czuję się trochę zawiedziona, przytłoczona
słowami, cytatami i widmem autora, który próbuje ciągle potwierdzić swoją
erudycję. Czy jest tu jeszcze miejsce dla skromnego czytelnika? Ja, siebie tutaj nie odnajduję, ale nie
przekreślam całkowicie „Ciem”. Na pewno w tym awangardowym, literackim
labiryncie jest jakieś wyjście, tylko trzeba poznać konstrukcję i szczegółowy
plan.
Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.

Mnie by blubr na pewno przyciągnął, szczególnie ta obietnica ozdrowienia, ale teraz chyba raczej bym się powstrzymała. Nie mam ochoty na czytanie mocnych opowiadań, gdzie treść mnie przytłacza. Może kiedyś, jak będę miała ochotę na coś mocniejszego.
OdpowiedzUsuńOj nie wiem, czy książka przypadłaby mi do gustu, raczej odpuszczę.
OdpowiedzUsuń