środa, 31 maja 2017

Ocalić (w sobie) dziecko



Czasami trzeba by potrząsnąć dorosłymi,

żeby obudzić dziecko, które w nich śpi” (s.167)


Janusz Korczak, którego pisma powinni przeczytać nie tylko rodzice, twierdził: „Nie ma dzieci – są ludzie; ale o innej skali pojęć, innym zasobie doświadczenia, innych popędach, innej grze uczuć”. Dzieci zbyt szybko próbujemy wprowadzić w dorosłość, mierzymy ich skalą zysków i strat, poddajemy nieustannej ocenie i porównaniom. A z drugiej strony chcemy dać swoim dzieciom wszystko, zapominając o prostych rzeczach, codziennych chwilach, rytuałach, rozmowie. Dla tego małego człowieka jesteśmy lustrem, w którym widzi siebie, kim będzie  za kilkanaście lat. Czasami jednak tego lustra brakuje, lub jest uszkodzone, rozbite.  O dzieciach opuszczonych, pozbawionych rodzicielskiej opieki i prawdziwego domu opowiada książka francuskiego pisarza Gillesa Parisa„Nazywam się Cukinia”. Powieść ukazała się już w Polsce w 2007 roku po innym tytułem – „To ja, Matołek”.  Autor debiutował w 1991 roku powieścią „Papa et maman sont morts”. 

Cukinia nie chciał tego zrobić. Przypadkiem nacisnął spust pistoletu, który znalazł w szufladzie mamy.  Przecież wszystkiemu było winne niebo, więc postanowił je ukarać. Tak zaczyna się historia Ikara, który wychowuje się w trudnych warunkach. Codziennością jest dla niego widok nietrzeźwej mamy wpatrzonej nieustannie w telewizor, ignorującej potrzeby syna. Po jej śmierci trafia on do domu dziecka i poznaje inne dzieci, które podobnie jak on, muszą zmierzyć się z problemami, których źródłem stali się dorośli. Cukinia jest ciekawy świata, zadaje wiele pytań i odbiera świat bardzo dosłownie, z ogromną wrażliwością, pełną nadziei. W domu dziecka poznaje swoich przyjaciół – małego Ahmeda i Simona, który zdaje się wszystko wiedzieć. Niezwykłą sympatią obdarza też dziewczynkę, Camille. Podopiecznych domu dziecka łączy trudne dzieciństwo i wielkie marzenie o byciu kochanym.  Ich osobowość, wnętrze zostało zaniedbane przez dorosłych, niektóre zostały skrzywdzone, porzucone, wplątane w skomplikowane i brutalne życie rodziców i opiekunów. Ikar próbuje odnaleźć się w nowym środowisku, chociaż nie potrafi zrozumieć dorosłych, stara się przede wszystkim każdego dnia dostrzegać pozytywne strony. Radosnymi promykami w jego monotonnej codzienności są spotkania z policjantem Raymondem, który samotnie wychowuje syna. 

Cukinia dostrzega to, czego nie widzą dorośli.  Pomimo, że wielu rzeczy nie rozumie, zadaje bardzo mądre pytania, podszyte perspektywą filozoficzną, ale otoczone dziecięcą ufnością i bezpośredniością. „Nazywam się Cukinia” to obraz dziecięcej samotności, małych ludzi na siłę wciągniętych do bajki dla dorosłych, której daleko do szczęśliwych zakończeń. Narracja małego chłopca to głęboka i wzruszająca diagnoza naszej rzeczywistości, świata, w którym tak trudno zrozumieć dziecko, oddać mu głos, wysłuchać. Pod warstwą dziecięcych, wydawać by się mogło naiwnych i lapidarnych obserwacji kryje się poszukiwanie wartości, wzorca, uczuć. Ikar to świetny obserwator, odbiera świat wszystkimi zmysłami, cieszy się drobnostkami, jest pełen bezpośredniego uroku, tworząc swój własny, dziecięcy obraz rzeczywistości. Główny bohater przyznaje, że nie chce dorosnąć, nie chce udawać, że wie wszystko. Nie potrafi zrozumieć dlaczego dorośli nie zadają pytań gdy czegoś nie rozumieją, ma nawet swoją teorię na ten nurtujący go temat:

„To nie moja wina, że nie rozumiem wszystkiego, co inni mówią. Przynajmniej pytam, a jeśli mają mnie za osła albo myślą, jak Simon, że brak mi piątej klepki, to trudno. Jak człowiek nie pyta, to nie może wiedzieć wszystkiego. (…) Z dorosłymi jest tak samo. Same znaki zapytania i pytania bez odpowiedzi, bo wszystko zamykają w głowie i o niczym nie mówią. I potem te wszystkie nigdy niepostawione pytania widać na ich twarzach, bo są smutni i nieszczęśliwi. Zmarszczki to są właśnie takie pojemniczki na nigdy niepostawione pytania, i z czasem jest ich coraz więcej i robią się coraz głębsze.” (s. 225-226)

Książka Gillesa Parisa pomimo trudnej tematyki jest pełna szczerego ciepła, wzruszeń, dziecięcej energii i nadziei. Autor niesamowicie wyraźnie ukazuje perspektywę dziecka, dzięki czemu Cukinia jest postacią pełną sympatii, wyobraźni, naturalności. Swoje bolesne doświadczenia zdaje się ukrywać w jakiejś niewidzialnej szufladzie, tak aby nie przysłaniały mu świata, beztroskiego dzieciństwa. Cukinia obdarzony jest wyjątkowym mechanizmem obronnym przed złem, smutkiem – jest promykiem wśród podopiecznych domu dziecka. Jego obserwacje i spostrzeżenia dotyczące świata dorosłych łapią za serce, a jednocześnie mocno weryfikują naszą perspektywę, naszą sztuczną i smutną dorosłość. Książka „Nazywam się Cukinia” jest dla każdego kto szuka w sobie dziecięcej prostolinijności, otwartości i szczerości. Cukinia pomoże Wam ją odnaleźć.

*Cytaty Gilles Paris, Nazywam się Cukinia, tłum. E. Wilanowska, wyd. Świat Książki, Warszawa 2017. 

Książka zainspirowała reżysera Clauda Barrasa, który stworzył film animowany na jej podstawie. Obraz „Nazywam się Cukinia” zdobył wiele nagród, w tym nagrodę publiczności Warszawskiego Festiwalu Filmowego w 2016 roku. Swoją premierę kinową w Polsce będzie miał 2 czerwca.  


 Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu Świat Książki

sobota, 27 maja 2017

Zawalczyć o siebie, czyli o kobiecej wartości

Poczucie własnej wartości opiera się na kilku filarach. Jednym z nich są bliscy ludzie, w których oczach przeglądamy się jak w lustrze. Zbyt łatwo przestajemy wierzyć w siebie gdy czujemy brak akceptacji, słyszymy krytykę, która podcina skrzydła. Uległość, poddanie się, brak własnego zdania, autokrytycyzm – to wszystko składa się na obraz stereotypowego i patriarchalnego wychowania kobiet. Taka też była bohaterka powieści „Ambasadorowa” (wyd. Dlaczemu) Edyty Włoszek. Książka porusza kilka płaszczyzn tematycznych – przemoc w rodzinie, toksyczne relacje łączące córkę i matkę, macierzyństwo, rola ojca. 

„Ambasadorowa” to studium upadku poczucia własnej wartości, uległości prowadzącej do autodestrukcji, nieustannego poczucia winy i budowania w sobie przeświadczenia o byciu kimś gorszym. To historia, którą napisało samo życie, bo zarówno bohaterka jak i jej trudne doświadczenia są autentyczne. Opowieść spisana przez Edytę Włoszek to głos ambasadorowej wszystkich kobiet milczących, poniżanych, zastraszonych, będących w cieniu swoich mężów. Los głównej bohaterki Ewy jest sygnałem, że przemoc w czterech ścianach może dotknąć każdą kobietę, bez względu na status społeczny, pozycję, wiek.  Kim jest tajemnicza ambasadorowa, kryjąca się pod czerwonym kapeluszem? Kim jest ta niezwykle silna kobieta, pierwowzór powieściowej Ewy?  

Ewa za namową swojej matki poślubia Wiktora, konsula Łotwy. Małżeństwo z człowiekiem, którego prawie nie zna, ma być nową kartą w jej życiu, nowym początkiem bez widma matki. Wiktor szybko wyznacza drugiej żonie miejsce w ich wspólnym życiu, ma ona urodzić mu dziecko i zająć się domem. Pierwsza ciąża kończy się poronieniem i powikłaniami. Ewa obwinia się o utratę dziecka, kiedy więc ponownie zachodzi w ciążę postanawia bardziej na siebie uważać. Jej mąż zostaje ambasadorem Łotwy w Włoszech, więc na kilka lat kobieta opuszcza Polskę i rodzinę. Bohaterka ma nadzieję, że sprawdzi się w nowej roli ambasadorowej. Jej wszystkie plany i marzenia skutecznie niweczy brutalność i obojętność męża, który całkowicie separuje żonę od życia towarzyskiego i dyplomatycznego. Staje się ona więźniem własnego domu, gotowa na każde skinienie despotycznego Wiktora. Kiedy rodzą się synowie, Ewa ma nadzieję, że Wiktor zmieni się, będzie ją szanował, będzie czulszy i opiekuńczy. Jej życie zaczyna jednak przypominać koszmar. Kiedy próbuje zwierzyć się ze swoich problemów matce, nie znajduje w niej sojusznika, po raz kolejny zostaje obwiniona za swoje postępowanie. Nie tak wyobrażała sobie bycie ambasadorową…
Droga życiowa Ewy jest wyboista, pełna krętych serpentyn, mrocznych zaułków. Za jej osobowość częściowo odpowiada wychowanie i wpływ zaborczej matki, która na każdym kroku podkreślała swoją niezależność i stanowczość. Zarówno bohaterka jak i jej ojciec żyli wiecznie w cieniu matki, która podporządkowała sobie całkowicie rodzinę. Decydowała o wszystkim, dom był jej wizytówką, tak jak i wygląd. Posunęła się nawet do zaaranżowania małżeństwa, wybierając córce wedle własnego gustu najlepszą partię. Ewa nie potrafiła odmawiać matce, godziła się na wszystko, nawet na kupowanie dla niej bielizny. Małżeństwo miało przeciąć władzę rodzicielki, a tak naprawdę jeszcze bardziej stłamsiło Ewę, która całkowicie straciła prawo decydowania o sobie. 

„Ambasadorowa” jest jednak pełna nadziei, główna bohaterka postanawia walczyć o swoją przyszłość o przyszłość dzieci. Dzięki niezwykłej kobiecej przyjaźni ma szansę na odzyskanie wiary w swojej siły, na wyzwolenie się ze skorupy, w której schowała się przed matką i mężem. Powieść przedstawia kolejne etapy życia w nieszczęśliwym małżeństwie, poczucia niepokoju, strachu przed nieobliczalnością człowieka, z którym musi dzielić swoją codzienność. Wiktor to człowiek wykształcony, wpływowy, inteligentny, mistrz pozorów, a w głębi psychiczny gnębiciel, odzierający z pewności siebie żonę, nie odnajdujący się w roli ojca. Manipuluje Ewą, odbiera jej niezależność finansową, gnębi, zmusza do posłuszeństwa. Bycie ambasadorem wiąże się z różnymi spotkaniami, dyplomatycznymi przyjęciami, nawiązywaniem znajomości z ludźmi z całego świata. Tego wszystkiego zostaje pozbawiona Ewa, zamknięta w domu, staje się uzależniona od despotycznego męża, piastującego wysokie stanowisko.  Małżeństwo dusi ją z każdym kolejnym dniem, pełni w nim rolę ofiary:

„W wieku trzydziestu lat czułam się zupełnie jak ćma ze wstrzykniętym do środka jadem, rozpięta nieruchomo na pajęczynie, bez żadnej możliwości manewru. Wpadłam w sieć zależności, która jak pajęcze włókna, pozornie delikatnie i prawie niewidocznie, unieruchamiała wszystko, co wpadło w jej lepką strukturę, by po jakimś czasie stwardnieć na tyle, że niemożliwe wręcz jest się z niej wyswobodzić. Tak właśnie tkwiłam w tej toksycznej relacji, kompletnie zależna od mojego męża”. (s. 117-118) 

Autorka naświetla relacje Ewy i jej osobowość, pokazując czynniki jakie ukształtowały jej kobiecość, jej uległość, naiwność. Przemiana nie jest prosta, wyjście z cienia to długa i mozolna praca nad postrzeganiem samej siebie, budowaniem swojej wartości, zdrowego egoizmu, który nie jest czymś złym:

„Tymczasem uświadomiłam sobie, że ważne jest tylko to, jak ja postrzegam samą siebie. Nie mogę liczyć na uznanie czy podziw innych, jeśli nie mam go sama dla siebie. (…) To ja musiałam unieść głowę do góry, aby inni zobaczyli, że mam ją dumnie podniesioną.” (s.187)

„Ambasadorowa” to prawdziwa historia o poszukiwaniu siły, o wyswobodzeni się z kokonu niemocy, o odnalezieniu prawdziwej kobiecości i wolności. Bohaterka powieści znalazła się w takim momencie swojego życia, że musiała przełamać się, zawalczyć o lepszą wersję siebie, przerwać milczenie. Odbudowanie swojego życia, poszarpanego wnętrza i obrazu samej siebie wymaga czasu, pracy, wyrzeczeń, ale przede wszystkim wiary, że można coś zmienić i warto. Ile jest takich kobiet osamotnionych w swojej codziennej, cichej walce o godność? Ile się poddaje? Główne przesłanie zawiera się w słowach głównej bohaterki: 

„Myślę też o wszystkich innych kobietach, którym wydaje się, że nie potrafią być wolne. Niech uwierzą, że gdy znajdą w sobie dość odwagi, im też uda się żyć własnym życiem. To nie przyjdzie od razu, ale każda chwila jest tego warta. Chcę im pokazać, że nawet z takiego dna, na jakim ja się znalazłam, można się odbić i walczyć.” (s. 246).

Spotkanie z „Ambasadorową” przynosi wiele gorzkich refleksji o byciu kobietą. Dalej w ludziach pokutuje staroświeckie przeświadczenie, że miejsce kobiety jest w domu, u boku męża, wokół którego obraca się całe rodzinne życie. Bycie w takim związku to stopniowe pogrążanie się w odmętach upokorzenia, beznadziei, przedmiotowości. Gdy dochodzi do przemocy fizycznej czy psychicznej kobieta jest zastraszona, trudno jej podjąć decyzję i być konsekwentną. Tym bardziej, że jest nieustannie utwierdzana w swojej niemocy i bezwartościowości. Historia „Ambasadorowej” pokazuje, że nie można godzić się na poniżanie i przemoc. Siła poczucia własnej wartości tkwi głęboko w kobiecie, kształtuje się w jej wnętrzu. „Ambasadorowa” to opowieść przetykana bolesnymi doświadczeniami, które jednak kształtują silną kobietę, pewną siebie, patrzącą z nadzieją w przyszłość. 

Książka została objęta matronatem Centrum Praw Kobiet

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu "dlaczemu" 

środa, 24 maja 2017

Lala w roli opowiadającej

Jacek Dehnel uwiecznił swoją babcię Helenę Karpińską na kartach powieści „Lala”, która powstawała w latach 2000-2002 i ostatecznie ukazała się w 2006 roku, zdobywając Paszport Polityki. Ta przepiękna, pełna erudycji, opowieść o pamięci, starości i rodzinnej przeszłości utkwiła mi bardzo głęboko w pamięci i zapoczątkowała lekturową przygodę z pisarstwem Jacka Dehnela. „Lalę” zaliczam do moich ulubionych książek, do których lubię wracać i polecać innym. Ucieszyła mnie publikacja „Życie Lali przez nią same opowiedziane”, która niejako stała się uzupełnieniem opowieści wnuka, debiutem literackim babci, przewodniczki po świecie literatury. Lala ponownie zabrała głos, tym razem pokazując rzeczywistość z własnej perspektywy. Opublikowane zapiski i utwory zyskują ponownie życie, a sylwetka Lali, jej opowieści znów zostają ocalone, znów ożywają w głowach czytelników.

Historia tej książki złożonej z różnych tekstów (powstałych w latach 1962 – 1980), opowiadań jest tak samo niezwykła jak osobowość jej twórczyni. Jacek Dehnel, który znalazł zapiski babci, felietony, recenzje jej autorstwa, dokonał subiektywnego wyboru oraz redakcji najlepszych tekstów i wydał książkę, o której marzyła Helena Karpińska. Autor zauważa i przyznaje, że niezwykły dar snucia opowieści przez babcie nie szedł w parze z pisaniem. Część tekstów była po prostu słaba warsztatowo, więc potrzebna była ich selekcja. Być może jej praca w radiu, posługiwanie się częściej słowem mówionym i stylistyka słuchowisk, które tworzyła, przeważyły nad talentem pisarskim. Dopiero po jej śmierci niepublikowane teksty ujrzały światło dzienne, część z nich posłużyła jako inspiracja w „Lali” więc ich rys jest znany miłośnikom tej powieści, a część to piękne dopełnienie fragmentów przeszłości w jakiej żyła Helena Karpińska. 

Opowieści Lali są wypełnione nostalgiczną nutą wspominania przeszłości, uwieczniania sylwetek ludzi, zdarzeń, fikcji splatającej się z rzeczywistością drzemiącą głęboko w meandrach pamięci. Są to urywki z codzienności, czasami zapis uciekającej przeszłości czy nawet literackie próby science fiction (opowiastki futurystyczne: „Wendetta”, „Ucieczka”, „Pieski świat”, „Grzech pierworodny”). W tych krótkich tekstach pobrzmiewa echo świata przechowywanego w umyśle, starych fotografiach, w historiach ludzi. Autorka jest wrażliwą obserwatorką, strażniczką przedmiotów, artefaktów przeszłości, które zajmują szczególne miejsce w jej opowieściach. Szczegóły, drobiazgi, detale, zapachy, zapamiętane migawki codzienności zdaja się zapełniać narracje, nadając jej odpowiednia fakturę, łagodny posmak sentymentalizmu, ale takiego który przyciąga, porusza emocje, zjednuje odbiorcę. „Życie Lali” tworzą pamiętnikowe narracje, osobiste przeżycia, fragmenty historii, odbicia, cienie, literackie miniaturki. To w tych wzruszających historiach drzemie charyzma Heleny Karpińskiej, jej zapis świata, próba zmierzenia się ze swoją pamięcią, z kreowaniem rzeczywistości, wyobraźnią. Do moich ulubionych tekstów Heleny Karpińskiej muszę zaliczyć wspomnienia dotyczące dzieciństwa, osobistej Arkadii, niezwykłych, przykrytych kurzem przeszłości, anegdot rodzinnych.  

Opowieści uzupełniają archiwalne zdjęcia niczym album rodzinnych pamiątek. „Życie Lali przez nią same opowiedziane” to swoisty hołd złożony babci, wyjątkowej kobiecie, tkającej słowem proste, szczere i barwne historie o zwykłych ludziach, szkicowanych przez różne barwy i tonacje. Jacek Dehnel otoczył literacką opieką debiut nieżyjącej już autorki, bohaterki swojej powieści. Nie jest to tylko dodatek, uzupełnienie historii wnuka ale oddanie głosu niepublikowanym maszynopisom i rękopisom, literackie sportretowanie twórczości fragmentarycznej. Lala ujawnia się jako pisarka, utalentowana rejestratorka ludzkich życiorysów, anegdot rodzinnych, retrospekcji. Lapidarne ujęcia ludzkich losów stanowią esencje mikroświata Lali, tego, co postanowiła uwiecznić z pamięci, wyobraźni. I chociaż nie jest to wielka powieść, o której nieustannie opowiadała swoim bliskim i pewnie o której marzyła, ale zbiór miniaturek literackich, to ich wymiar w zupełności ujmuje strukturę i retorykę swobodnego opowiadania, gdzie dygresje, wyimki i fragmenty budują historię.

   Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.

 

poniedziałek, 22 maja 2017

Opowieści z Przygranicza

Czasem sny prowadzą ludzi w dziwne miejsca. W ogóle mózg jest rzeczą mało zrozumiałą: nigdy człowiek nie wie, w jakiej grze zaproponuje udział. Wystarczy stracić kontrolę, a już z podświadomości zaczynają wypełzać zapomniane krzywdy, a ze zwyczajnych, nieznaczących faktów, układają się obrazy pełne surrealistycznych elementów. (…) Dookoła rozpościerała się martwa śnieżna pustynia.” (s. 500). 

Przygranicze. Tajemnicze miejsce gdzie trafia się nagle w niewytłumaczalny sposób, jakby przekraczało sie niewidzialną bramę do innego wymiaru. Człowiek musi porzucić swoje dawne życie i dostosować się do warunków nowej rzeczywistości, bardzo nieprzychylnej i wrogiej rzeczywistości. Aby przeżyć trzeba przywyknąć do ekstremalnie zimowych warunków, przeszywającego mrozu, śniegu i bieli ogarniającej wszystko aż po horyzont. Przygranicze wyzuwa ludzi z uczuć, marzeń, każdy kieruje się jedną zasadą – przeżyć za wszelką cenę.
Przygranicze to cykl stworzony przez rosyjskiego pisarza z wykształcenia ekonomisty- Pawła Kornewa. Pierwsza powieść osadzona w tym specyficznym świecie to „Sopel”. Książka ukazała się w serii „Fabryczna Zona” wydawnictwa Fabryka Słów, zaliczając się w ten sposób do opowieści o  charakterze postapokaliptycznym.
 Czytelnik, podobnie jak mieszkańcy Przygranicza, trafia tutaj nagle, powoli poznając reguły i fundamenty tej mrocznej i mroźniej rzeczywistości. Naszym przewodnikiem staje się tytułowy Sopel, dla przyjaciół Śliski, należący do Patrolu. Poznajemy jego postać i formację zwiadowczą podczas polowania na wilki, w który ginie jeden z towarzyszy. Po drodze grupa napotyka również na zombie również wrogo usposobionych do Patrolu. Sopel wraz z pozostałymi wojownikami zmierza do Fortu, czyli miejsca pełniącego rolę bezpiecznego, dobrze chronionego i odseparowanego miasteczka. Narrator czyli Sopel nie jest człowiekiem łagodnym, wręcz często wybiera drogę fizycznej argumentacji. Kiedy jednak po raz kolejny zostaje zaatakowany przez nieznanych osobników, próbujących go zabić, uświadamia sobie, że komuś bardzo zależy na jego śmierci. Jakby mało problemów spoczywało na barkach Sopla, to jeszcze będzie musiał wyruszyć w drogę po niebezpiecznych obszarach Przygranicza.  

Narracja Sopla jest bardzo szczegółowa, dzięki czemu czytelnik ma okazję zapoznać się z systemem, hierarchią i prawami Przygranicza. Przeszłość głównego bohatera jest szczątkowa, najważniejsze jest to, co dzieje się teraz. Akcja jest bardzo spowolniona z powodu licznych opisów miejsc odwiedzanych przez Śliskiego. Wymienia on broń, kompletuje artefakty, amulety, leczy rany – co przypomina działania postaci w grach RPG. Sopel to taki rosyjski Mad Max, który najlepiej czuje się w swoim towarzystwie, nie przejawia empatii, jest szorstki i brutalny, a jak trzeba, potrafi przyłożyć. 

Świat Przygranicza jest równie bezwzględny, wypełniony magią, bestiami, atmosferą grozy i nieustannego napięcia. Bez odpowiedniej broni, zachowania zimnej krwi i stalowych nerwów lepiej nie wypuszczać się poza mury miasta. Konstrukcja tego powieściowego świata jest solidnie zilustrowana przez narratora, który stopniowo wtajemnicza odbiorcę w strukturę Fortu, powiązania, politykę i role jakie pełnią ludzie w danej grupie. Trudno określić czy Przygranicze to postapokaliptyczna Rosja czy jakiś inny równorzędny wymiar. Autorowi udało się jednak stworzyć taką przestrzeń, która podważa w bohaterach ich człowieczeństwo, podsyca przemoc, nieufność, wrogość, życie toczy się wokół interesów, handlu i zaspakajania fizjologicznych potrzeb. Jest to dość pesymistyczna wizja świata, wręcz prymitywna. Najciekawszym elementem powieści okazuje się być główny bohater, jego tajemniczość, ale i zaradność, inteligencja. Cechy te sprawiają, że jest intrygującym przewodnikiem i obserwatorem. 

Fabuła powieści „Sopel” zdaje się gubić w rozmiarach opisywanego świata Przygranicza, który niejako staje się samoistnym bohaterem. Paweł Kornew zalewa czytelnika informacjami, układając i budując powoli fundamenty mroźnych przestrzeni. Trzeba być cierpliwym odbiorcą, wyobrażając sobie każdy krok głównego bohatera, budzącego raczej ambiwalentne uczucia. „Sopel” w tłumaczeniu Rafała Dębskiego to wymagająca lektura, drobiazgowa, przemyślana przez autora. Narracja pierwszoosobowa ma za zadanie przybliżyć nieznany i na pierwszy rzut oka chaotyczny świat. Przygranicze zdaje się jeszcze wiele ukrywać przed nowicjuszami, dlatego chętnie tu powrócę podczas lektury kolejnych części przygód Sopla, licząc na wyjaśnienie niektórych sekretów i zaspokojenie własnej ciekawości.

  Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.
 

niedziela, 21 maja 2017

O zasypianiu trzmiela, foki i orzesznicy

Poduszka, łóżko, kołderka, ulubiona przytulanka i pidżama – tak wygląda idealny zestaw do spania każdego malucha. Przesypiamy noc aby obudzić się rano pełni energii. Sen jest nam do życia niezbędny tak jak woda czy powietrze. Dorosły człowiek potrzebuje około 8 godzin snu, a jak to wygląda u innych istot żywych? Czy zwierzęta też śpią? Jak wygląda ich sen? Z odpowiedzią na te trudne pytania, które na pewno zadadzą młodzi odkrywcy, przychodzi książka wydawnictwa Muchomor – „Jak zwierzęta śpią?” w tłumaczeniu Julii Radziwiłł. Jiří Dvořák i ilustratorka Marie Štumpfová postanowili pokazać jak czynność spania wygląda u różnych zwierząt, ptaków, ryb, owadów. Ta interesująca, barwna publikacja to przewodnik po świecie snu nie tylko dla ciekawskich adeptów przyrody ale i dla każdego kto lubi obserwować świat, odkrywać tajemnice i różne zjawiska. Czeski pisarz niczym Morfeusz zaprasza nas w podróż do krainy zwierzęcych snów, zdradzając wiele sekretów, bo ile jest istot żywych tyle różnych rodzajów zasypiania. Obiecuję, że ani razu nie ziewniecie podczas tej lektury.
Jiří Dvořák z humorem i lekkością opowiada o zasypianiu zwierząt, które również potrzebują snu. Na przykład trzmiel układa się do snu w kwiatach, papugoryba tworzy domek z własnej śliny aby bezpiecznie zasnąć, a niedźwiedź polarny wybiera odpowiedni kawałek kry i oddaje się drzemce. Zupełnie inaczej sen wygląda u fok czy wydr morskich, które zasypiają w wodzie. Krótki sen, a raczej półsen mają też żyrafy, nieustannie czuwając i wypatrując zagrożenia. Autor zdradza również jakie zwierzę jest prawdziwym królem spania i każde miejsce okazuje się być dla niego wspaniałym łóżkiem. Dowiemy się co o snach myślą lisy, gdzie śpi pyton zielony, a gdzie zasypia paw. Jak dobrze przyjrzymy się psom możemy zaobserwować, że mają naprawdę kolorowe sny i zdarza im się nawet szczekać przez sen. Okazuje się, że każde z opisywanych zwierząt zasypia po swojemu, w zależności gdzie żyją, jakiej wielkości są, czym się żywią. Od zimnego bieguna po gorące piaski pustyni, w wodzie, w powietrzu, na drzewie – każde miejsce może być wygodne do zasypiania. 

Książka dla najmłodszych „Jak zwierzęta śpią” to solidna porcja wiedzy, ciekawostek, a także uwrażliwienie młodego czytelnika na różnorodność jaka drzemie w naturze. Sen to stan budzący wiele pytań, towarzyszy mu otoczka tajemnicy i magii. Nic więc dziwnego, że o zasypianiu zwierząt czyta się z przyjemnością i wzrastającą ciekawością, porównując własny sen z charakterystyką poszczególnych stworzeń. Na szczególną uwagę zasługuje niezwykle barwna szata graficzna. Ilustracje Marie Štumpfovej, absolwentki Akademii Sztuk Pięknych w Pradze, urzekają pastelową kolorystyką, specyficzną kreską, łagodnie i subtelnie odzwierciedlającą opisywane zwierzęta. Są one pełne wdzięku i stanowią wartość artystyczną pod względem estetycznym i wizualnym.  Duży format książki również jest ogromnym atutem całości, pozwala na swobodne przeglądanie, skupienie uwagi na tekście, którego czcionka również dostosowana jest do młodszego odbiorcy. 

Czeski duet stworzył publikację przyciągającą uwagę, unikalną pod względem tematycznym, inspirującą do rozmów z dziećmi. Książka to bogaty katalog ilustrujący różne, czasami oryginalne formy snu, sposoby zasypiania w świecie przyrody. Zadziwiające jak wiele frajdy może sprawić opowieść o śpiącym trzmielu, pelikanie czy flamingach. Autor opisuje zarówno dobrze znane zwierzęta jak i te, o których nie posiadamy rozległej wiedzy. Dzięki temu poznajemy również życie i zwyczaje zwierząt, tropiąc sekrety natury. Wydawnictwo „Muchomor” wydało kolejną perełkę, którą warto mieć w swojej domowej biblioteczce. Ba, nawet dorosły pasjonat książek ilustrowanych powinien zwrócić uwagę na tytuł „Jak zwierzęta śpią”. Obok tak malarskich i oryginalnych ilustracji nie można przejść obojętnie.
 
*Ilustracje pochodzą ze strony:  https://www.muchomor.pl/pl/p/Jak-zwierzeta-spia/205

  Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.
 

piątek, 19 maja 2017

Asystować śmierci

O śmierci nie myśli się na co dzień, przy gotowaniu obiadu, oglądaniu telewizji, słuchaniu muzyki, wykonywaniu rutynowych obowiązków. Nawet tragedie nagłaśniane przez media są tylko chwilową refleksją, ale powierzchowną, bo szybko umysł wypiera uwierające cierpienie innych ludzi. Dotyka nas dopiero gdy umiera ktoś bliski, stykamy się z całą osnową śmierci, jej celebracją, nieuchronnym końcem. A jeżeli śmierć zostaje wpisana w naszą codzienność? Jak nie zatracić człowieczeństwa i wrażliwości w jej obliczu? Hospicjum to taki „przedpokój” zaświatów. I wydawać się może, że jest to miejsce pozbawione nadziei, piętnujące, skazujące na drogę w jednym, ostatecznym kierunku. „Niebo dla akrobaty” to opowieści o ludziach znajdujących się w hospicjach, pacjentach ale i także o personelu, wolontariuszach, osobach duchownych. Jan Grzegorczyk nie sięga po patos, nie chce też wzbudzać w czytelnikach współczucia. Pokazuje coś o wiele mądrzejszego, pełnego, ludzkiego – wobec tajemnicy śmierci jesteśmy równi, pozostaje ona zagadką do samego końca, do ostatniego oddechu, ostatniego uderzenia serca i westchnienia. 

 Umieranie to rozpad indywidualnego mikroświata, nikt nie chce być na tej ostatniej prostej naszego życia samotny. Czasami jednak ci najbliżsi okazują się być obcymi, nieobecnymi, a ci nieznajomi stają się w tych ostatnich chwilach najważniejszymi osobami, towarzyszami przejścia, wspierającymi umierających. „Niebo dla akrobaty” to poruszający zbiór opowiadań o ludzkich losach, doświadczeniach związanych ze śmiercią. Są to zarówno intymne historie, opowieści księdza, pielęgniarek, lekarza, matki, która przeżyła śmierć dziecka, jak i życiorysy śmiertelnie chorych ludzi. Każdy z nich inaczej doświadcza momentu umierania, dla każdej z postaci jest to utrata, cierpienie, poczucie pustki. Pisarz jednak nie pozostawia czytelników z przejmującym smutkiem, jego bohaterowie mają w sobie nadzieję, że po drugiej stronie czeka na nich coś wyjątkowego i nieznanego. Osoby pracujące w hospicjum niosą w sobie misję wspierania, czasami po prostu bycia z drugim człowiekiem w najważniejszym i ostatecznym momencie jego życia. Jak powie jedna z bohaterek:

 Czasem mam wrażenie, że jakaś historia się dzieje tylko po to, abyśmy to my ją ujrzeli. Ludzie pojawiają się przed naszymi oczami, aby odegrać powierzone im role. Zdarzenie, którego są bohaterami, ma ujawnić ukryty sens naszej zawiłej drogi” (Kto wierzy w życzenia s. 93)

Opowieści zawarte w zbiorze „Niebo dla akrobaty” pokazują różne strony umierania, emocje towarzyszące obserwatorom i bliskim, wyzwania, z którymi muszą zmierzyć się bohaterowie. Śmierć nie jest schematem, wzorem matematycznym, który łatwo opisać i zdefiniować, wpisać w sztywne ramy. U Grzegorczyka ma ona wymiar jednostkowy, intymny. Wobec śmierci nie można być obojętnym, gdyż pobudza ona wiele uczuć, czasami wręcz umożliwia dialog, otwiera drogę do wybaczenia, zażegnania dawnych uraz. „Niebo dla akrobaty” wzrusza realizmem, obrazem odchodzenia  z nadzieją w oczach, z milczącym przesłaniem iż każdy koniec jest początkiem. Autor pokazuje również hospicjum z zupełnie innej strony – oczami pracowników, duchownych, ludzi opiekujących się umierającymi. Nie ma tu łatwych rozmów, ckliwych opowieści, moralizowania – są ludzie cierpiący, śmiertelnie chorzy, próbujący pogodzić się z myślą o własnej śmierci, próbą uporządkowania swojej pamięci, życia, relacji z bliskimi. Ale także żyjący codziennością, celebrujący każdy dzień jako dar. Jan Grzegorczyk wkłada w swoje opowiadania wiele wartości, ciepła, zrozumienia, empatii i otuchy, pomimo wagi tematu, którego ciężaru nie każdy z pisarzy potrafi unieść. 

Bohaterowie „Nieba dla akrobaty” mówią o rzeczach niezwykle istotnych, mądrych, odbijających niejako nasze wątpliwości, smutek, żal, samotność i bezsilność w chwili odchodzenia kogoś bliskiego. Okazuje się bowiem, że śmierć nie jest całkowitą destrukcją, nie ma władzy nad pamięcią i wspomnieniami innych osób, w których ciągle żyje część osoby, która odeszła. 

*Cytat: Jan Grzegorczyk, Niebo dla akrobaty, wyd. II, wyd. Zysk i Ska, Poznań 2017.

                                      Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.

 

czwartek, 18 maja 2017

Jestem przede wszystkim człowiekiem

Gdybym miała wskazać kto jest dla mnie współcześnie autorytetem, bez dwóch zdań wypowiedziałabym jej imię i nazwisko. A ten niezwykły wywiad tylko utwierdza mnie w tym przekonaniu. Anna Dymna. Kobieta z bagażem doświadczeń, kobieta renesansu, utalentowana aktorka, która kroczy przez swoje życie w oparciu o dwie pasje – miłość do teatru i człowieka. W wywiadzie rzece „Warto mimo wszystko” Wojciech Szczawiński zadaje wiele trudnych, ale i interesujących pytań Annie Dymnej. Jest to dialog pełen erudycji, szacunku dla rozmówcy, pokazujący główną bohaterkę z bardzo ludzkiej strony. Z wywiadu wyłania się postać nietuzinkowej kobiety, z ogromnym sercem na dłoni, poukładanymi wartościami, celami, planami. Ten wywiad to jedna, wielka lekcja życia, dla każdego kto zarówno kocha świat jak i poszukuje wartości, zrozumienia, szczęścia. Anna Dymna uczy patrzenia na świat przez pryzmat daru jakim jest życie, talenty, wyjątkowość bycia sobą. Na ponad 300 stronach odnajdziemy prawdziwe maksymy życiowe, receptę na życie w zgodzie z sobą, na wewnętrzną radość, wystarczy zastosować te słowa w praktyce. Anna Dymna mówi o tym, co czyni nas lepszymi ludźmi, o płynięciu pod prąd, o poświęceniu swojego ego dla potrzebującego, o nieustannym poszukiwaniu dobra w ludziach. „Warto mimo wszystko” powinien przeczytać każdy kto nieustannie narzeka, nie potrafi docenić tego, co ma wokół siebie, piętnuje swoje porażki, błędy, goniąc za powierzchownym pięknem. 

Życie Anny Dymnej można podzielić na dwa okresy i dwa wizerunki medialne. Pierwszy to obraz młodej, atrakcyjnej dziewczyny, rozpoznawalnej jako Marysia Wilczurówna czy Ania Pawlaczka, o nienagannej, wręcz filigranowej figurze. Drugi natomiast to sylwetka kobiety dojrzałej, świadomej, czerpiącej siłę z wnętrza, niewalczącej z czasem, oddanej całkowicie fundacji i pomocy osobom niepełnosprawnym. Anna Dymna jako osoba medialna, popularna, wykorzystuje swój wizerunek aby pokazywać, że niepełnosprawni pragną normalności, dialogu, partnerstwa. Wojciech Szczawiński, podejmując rolę interlokutora, chciał przede wszystkim pokazać osobowość, charyzmę Anny Dymnej. Nie stroni więc od pytań szokujących, krytycznych, uwzględniających zarówno głosy przychylnie nastawione na społeczną działalność aktorki jak i głosy polemiczne, przeciwne, zawistne, bo i takich nie brakuje. Aby jednak zrozumieć motywację tej niezwykłej kobiety, damy polskiego teatru, należy poznać bliżej jej życiorys, pełen trudnych doświadczeń, dramatów i osobistych tragedii. Bycie aktorem również do łatwych zawodów nie należy i wymaga ogromnych pokładów pracy i wytrwałości, poświęcenia życia osobistego oraz wolnego czasu. W wywiadzie „Warto mimo wszystko” Anna Dymna nie czaruje, nie próbuje nikogo na siłę przekonywać, nie tłumaczy się ze swojej działalności, opowiada szczerze o tym co ją cieszy, co sprawia, że każdy dzień zaczyna z uśmiechem i jak wielka siła drzemie w prostych gestach:

„Myślę, że należy wstać rano, uśmiechnąć się do słońca, do dziecka, mężowi powiedzieć dwa ciepłe słowa, pogłaskać koty, potem popatrzeć na kwiaty i drzewa, a wtedy nawet słotny dzień wydaje się mniej szary. To cała moja filozofia istnienia” (s.218)

Anna Dymna nie kryje również swojej wielkiej miłości do teatru, ludzi, z którymi pracuje, tworzących teatralną rodzinę. Kobieta stroni od medialnej wrzawy, strzeże swojej prywatności, pozostaje wierna swoim ideałom aktorstwa, jednocześnie nie oceniając innych „celebrytów”. To właśnie stanowi o jej wyjątkowości, pięknie wewnętrznym, próbuje ona zawsze znaleźć coś dobrego w każdym człowieku, każdemu próbuje dać szansę, nie jest obojętna na cierpienie. Swoją siłę czerpie od innych ludzi, będąc propagatorką i strażniczką osób niepełnosprawnych, ich normalności. Aktorka przestrzega przed spychaniem ich na margines społeczny, w swoich programach, inicjatywach próbuje „odczarować” wizerunek osoby chorej, niepełnosprawnej. Nie chodzi tu o współczucie, powierzchowną litość ale o szansę bycia takim jak każdy zdrowy, bez specjalnej taryfy, lecz z pozytywnym nastawieniem. Wywiad przeprowadzony przez Wojciecha Szczawińskiego to moralny kodeks Dymnej. Bycie autorytetem dla wielu ludzi to najlepsza rekomendacja. 

*Cytat: Wojciech Szczawiński, Anna Dymna, Warto mimo wszystko, wyd. Znak, wyd. II poszerzone, Kraków 2017. 


 Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.
 

wtorek, 16 maja 2017

Przeciętny życiorys, czyli w czterech ścianach kamienicy

Powieści, które zawierają literacki ślad rzeczywistości bywają pasjonującym studium ludzkich losów. Niby typowych, przewidywalnych, banalnych, bo przecież bohaterowie nie wyróżniają się niczym szczególnym. Obserwując ich, powiedzielibyśmy – ot, zwykli, ludzie, żyjący przeciętnie. Świat przedstawiony w powieści „Deficyt” Klaudii Zalewskiej to okres PRL-u, zakotwiczonych stereotypów, tradycji i rodzin przesiąkniętych patriarchalnym zaduchem. Historię tworzą trzy rozdziały – „Zapachy i dźwięki (1951-1953)”, „Uciec stąd (1959-1961)” oraz „Nowe życie” (1965-1966). Wyznaczają one niejako drogę głównej postaci, jej fragmentaryczny portret. Klarę, główną bohaterkę, poznajemy jako małą dziewczynkę, przestraszoną nagłym zamieszaniem spowodowanym chorobą matki, która trafia do szpitala. Dziećmi Eugenii opiekuje się Helga, która mieszka w tej samej kamienicy wraz z babcią. Obie pogardzane przez lokatorów, uznawane za obce, pochodzenia niemieckiego, najwięcej serca okazują dzieciom Eugenii. Kiedy wraca mąż Eugenii, Jan, odbiera od sąsiadek córki i zajmuje się nimi pod nieobecność żony. Między Janem a Helgą nawiązuje się niewidzialna nić fascynacji, oboje jednak odnoszą się do siebie z dystansem. Klara obserwuje życie mieszkańców kamienicy, powoli sama wtapiając się w tło przeciętności.

Obraz kamienicy dopełniają pozostali mieszkańcy, pogrążeni w marazmie, alkoholizmie, zdradach, przemocy. Postacie „Deficytu” cierpią na brak miłości, akceptacji, wszechogarniającą samotność. Ich życie to kolekcja szarych, identycznych dni, wypełnionych pracą, rodziną, codziennymi zmartwieniami. Szare życiorysy ludzi zmęczonych przetykają linie narodzin i śmierci, osobistych dramatów, sekretnych miłości, kłótni. Nieszczęśliwa jest Eugenia, zawsze w cieniu piękniejszej siostry, zakochuje się bez pamięci w Janie, który po ślubie okazuje się być innym człowiekiem, nie stroniącym od alkoholu, oziębłym i nieobecnym. Skomplikowane relacje łączą również matkę z dziećmi. Kobieta nie traktuje jednakowo swoich córek, wyróżniając starszą Aleksandrę i ignorując aspiracje młodszej - Klary. Dziewczynka zazdrości siostrze możliwości kształcenia się, sama musi zrezygnować ze szkoły, całkowicie poświęcając się pracy i pomocy matce. Klara nieświadomie powtarza los Eugenii. Życie, ludzie, którzy ją otaczają zdają się osaczać, zaciskać pętlę na marzeniach dziewczyny. 

„Deficyt” pokazuje obraz kobiet pogardzanych przez mężczyzn, uprzedmiotowionych, całkowicie poddających się ich woli. Każda z bohaterek poddaje się losowi, nie walczy o siebie, własne uczucia, co owocuje powtarzaniem tych samych błędów. Klara ma coś w sobie z buntowniczki, ale skutecznie zagłusza jej niepokorność oschła matka. Decyduje ona nawet o wyborze przyszłego małżonka dla Klary. Eugenia nie dostrzega prawdziwych problemów, zamyka się w swoich czterech ścianach, tracąc nadzieję na lepszą przyszłość. 

Peerelowskie miasteczko jest jednym z wielu szarych, beznamiętnych miejsc na mapie mikroświata, z którego dla wielu nie ma ucieczki. Panuje tu nieustanne poczucie przejmującego deficytu perspektyw. Tak jakby mury kamienic zaszczepiały w swoich mieszkańcach poczucie beznadziei, wewnętrznego smutku. Bohaterowie egzystują w labiryntach uczuć, każdy ich wybór wydaje się pomyłką, która pociąga za sobą kolejne dramaty. „Deficyt” to proza mozaikowa, portretująca wiele życiorysów przeciętnych ludzi. Szkoda, że nie udało mi się znaleźć informacji na temat autorki, wydaje się być anonimowa, skoro nawet na stronie wydawnictwa nie ma krótkiego biogramu. Zapewne jest to literacki debiut Klaudii Zalewskiej. Czy udany? Moim zdaniem jak najbardziej, chociaż trudno szukać tej książki na blogach czy w mediach. Warto dać szansę powieści „Deficyt”, która pomimo szarości i czarnych tonacji pokazuje zwyczajnych ludzi przytłoczonych codziennością, dodajmy codziennością nieustannego braku, którego nie można niczym wypełnić. Autorka opowiada gorzką historię nieobecności, niespełnienia uczuć, utraty. To także opowieść o podciętych skrzydłach, środowisku, które ma silny wpływ na to, kim się stajemy. Dosadnie zostaje oddany również język i sposób myślenia postaci, autorka nie przebiera w słowach, celnie pokazując wulgarną i brutalną rzeczywistość silniejszych i słabszych. 

 Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.