piątek, 2 listopada 2018

Płonąca i wypalona


„Pamiętaj (…) – czasem trzeba wszystko spalić do gołej ziemi, żeby móc zacząć od nowa. Ale po pożarze gleba staje się żyźniejsza i mogą na niej wyrosnąć nowe rośliny. Ludzie też tacy są. Potrafią zacząć od początku. Znaleźć wyjście”. (s.403)

Życie składa się z dużych pożarów, z których pozostają zgliszcza, wypalone przyjaźnie, spopielone marzenia, naderwane wizje rzeczywistości. Każdy problem czy troska to ognisko, które spala nasze wnętrze. Jednak istnieje coś w człowieku, czego nie można zamienić w popiół – to właśnie nadzieja. To ona pcha każdego z nas dalej, na przód, aby po każdej katastrofie podnieść się i zacząć od nowa. W najnowszej powieści Celeste Ng „Małe ogniska” (wyd. Papierowy Księżyc) przebija jednak coś więcej niż pozorne pocieszenie, że wszystko można zacząć od nowa. Autorka prezentuje dwa światy – uporządkowany, zaplanowany, dostatni, przewidywalny i drugi – kontrastowy, nomadyczny, żywiołowy, spontaniczny. Zetknięcie tych dwóch rzeczywistości roznieci pożar w spokojnym amerykańskim miasteczku Shaker Heights. Celeste Ng wskrzesza lata 90. ubiegłego wieku, próbując pokazać jak wiele problemów amerykańskiej społeczności jest nieustannie aktualnych i współcześnie. 

Matka i córka to podróżniczki, ceniące wolność i nomadyczny styl życia. Mia Warren zajmuje się fotografowaniem, nie przywiązuje się do miejsc, ludzi, problemów, społeczności i tego samego uczy córkę. Nastoletnia Pearl marzy o stabilizacji, własnym domu i przyjaciołach. Shaker Heights wydaje się być najlepszym miejscem na rozpoczęcie nowego życia i być może zakorzenienia się. Pearl szybko zaprzyjaźnia się z dziećmi Richardsonów, którzy wynajmują dom dla Mii. Dziewczynie podoba się bezproblemowe życie w luksusie, za wszelką cenę chce wpasować się w świat monotonnego miasteczka Shaker Heights. Jej matka nie podziela entuzjazmu i zachwytu nowymi znajomymi. Obecność Mii i jej tajemniczość, nieszablonowość staną się szczególnie niepokojące dla Eleny Richardson, kobiety budującej swój świat na prostych, jasnych zasadach. Kobiety poróżni sprawa adopcji chińskiego niemowlaka. Elena, ceniąca sobie przede wszystkim szczęście rodzinne i kontakty towarzyskie, będzie chciała zdemaskować Mię, odkryć kim naprawdę jest. Wykorzysta swoje dziennikarskie zdolności i wyruszy po śladach przeszłości Mii i Pearl. 

Powieść opiera się na dobrze znanym schemacie – w zamkniętej społeczności pojawiają się nowi, Inni, którzy wzbudzają niepokój, zainteresowanie. Swoim zachowaniem, poglądami i sposobem życia nie pasują, odstają od wzorcowych życiorysów mieszkańców idealistycznego świata. Tę konstrukcję odnajdziemy choćby w powieści „Czekolada” Joanne Harris. Wydawać by się mogło, że Amerykanie nie powinni mieć problemu z otwartością i akceptacją. Autorka „Małych ognisk” nie ma zamiaru wnikać w amerykańskie, społeczne podłoże, ale wychodzi ku uniwersalizacji. Opisywane tematy możemy potraktować jako odniesienie do zachowań i lęków większości narodów, strach przed innością jest nieustannie aktualny. Pojawienie się Mii i Pearl to koniec, ale i początek pozornie szczęśliwego życia mieszkańców Shaker Heights, którzy przejęli i przesiąkli ideą utopii perfekcjonizmu i porządku od – szejkerów:

„Szejkerzy wierzyli, że jeśli zaplanują każdy szczegół, mogą stworzyć na ziemi kawałek nieba, niewielkie schronienie od trosk tego świata” (s. 34)

Utopię łatwo zniszczyć jeżeli pojawią ludzie, którzy żyją diametralnie inaczej, wyłamując się ze schematów i modelów postępowania. „Małe ogniska” to nieustanna konfrontacja dwóch portretów kobiet – wolnej i buntowniczej Mii oraz znudzonej życiem perfekcjonistki Eleny. Ich macierzyństwo opiera się na różnych doświadczeniach i poglądach. Mia, utalentowana artystka nie miała lekkiego życia, walczyła o swoją przyszłość, podejmowała trudne decyzje, próbując odciąć się od przeszłości. Dla mnie, Mia była urzekającą postacią, marzycielką, żyjącą fotografowaniem, sztuką. Autorka pięknie i dozą wrażliwości opisuje dzieciństwo Mii, odkrywanie tajników fotografii, mozolne odkładanie zaoszczędzonych pieniędzy na lepszy aparat, a z drugiej strony całkowity brak zrozumienia i wsparcia rodziców, wierzących w praktycyzm i oszczędność czasu. Dla fotografowania Mia chciała poświęcić coś bardzo cennego, ostatecznie wybrała zupełnie inne życie, bycie samotną matką.

Elena również miała wielkie aspiracje aby zostać sławną dziennikarką. Jednak życie rodzinne, narodziny dzieci a szczególnie problemy zdrowotne najmłodszej córki Izzy, pochłonęły jej marzenia. Nadopiekuńczość względem Izzy, nieustanne doszukiwanie się w córce wad, wytykanie błędów, strach przed niepełnosprawnością – to wszystko oddalało od siebie matkę i córkę oraz zaostrzało konflikt. Pani Richardson bardzo dbała o wizerunek swojej rodziny w oczach sąsiadów, starała się być dobroduszna, pomagała – jednak jej działania miały jeden cel, bycie poważaną osobą w miasteczku. Elena to postać, która interpretowała rzeczywistość w kategoriach białe lub czarne. Mia natomiast widziała wiele odcieni, bo sama dostała mocną i dosadną lekcję życia. 

„Małe ogniska” kruszą wizję świata opartego na idealnych filarach. Skrupulatne wypełnianie planu na życie, podporządkowanie się zasadom, kompromisy, spartańska rutynowość nie gwarantują szczęścia, a przede wszystkim spełnienia. Taki sposób bycia ogranicza, buduje klatkę, w której spontaniczność szybko zostaje zduszona. Ta filozofia porządku, którą upodobała sobie Elena i pozostali mieszkańcy Shaker Heights pozwoliła na pozorne, spokojne życie, które nic nie miało wspólnego z prawdziwym przeżywaniem, budowaniem szczerych i silnych relacji.

„W ciągu całego swojego życia nauczyła się, że namiętność jest niebezpieczna jak ogień. Tak łatwo wyrywa się spod kontroli. Zdolna wdrapać się na najwyższą ścianę i przeskoczyć przez najgłębsze okopy. Iskry skakały niczym pchły i równie szybko jak one rozprzestrzeniały się dookoła. (…) Lepiej trzymać tę iskrę w ryzach (…). Pod staranną kontrolą. Udomowione. Szczęśliwe w niewoli. Kluczem, pomyślała, było unikanie pożogi” (s. 204-205)  

Autorka w swojej powieści próbuje uchwycić spektrum macierzyństwa. Poznamy kobiety, które nie mogą zostać matkami, ale i te, które pozostają same i muszą podejmować trudne decyzje. Aborcja, adopcja, poronienia, matki surogatki – rozpiętość tematyczna roli matki jest w powieści dość duża. Błędy są wpisane w macierzyństwo, bo bycia matką nie można się nauczyć, rodzicielstwa nie można zaplanować, tak jak charakteru dzieci. Taki wydźwięk rodzą „Małe ogniska”

„Dla rodziców dziecko jest czymś więcej niż osobą, jest miejscem, rodzajem Narni, rozległą i wieczną krainą, gdzie teraźniejszość, w której żyją, przeszłość, którą pamiętają, i przyszłość, której pragną, istnieją w tym samym czasie.” (s. 156)

Celeste Ng nie poświęca zbyt wiele uwagi męskim bohaterom, którzy zaznaczają swoją obecność i na tym głównie ich rola się kończy. Plusem jest dla mnie osadzenie akcji w latach 90., pełnych nostalgii ale i diametralnie różniących się od polskiej rzeczywistości. Przeglądamy migawki życia amerykańskiej młodzieży i dochodzimy do wniosku, że młodym ludziom brakuje autorytetu, pomysłu na przyszłość, akceptacji. Czyli tak naprawdę nic się nie zmieniło przez te 30 lat. Warto dodać, że „Małe ogniska” to również historia jednostek, tych, którzy wyłamali się z uporządkowanej idylli. Taka jest Izzy, Mia czy Pearl. Podsumowując, „Małe ogniska” to interesująca historia, burzliwa, aktualna, ale niewnosząca zbyt wiele nowych głosów do tematyki macierzyństwa i kobiecości. 

Za egzemplarz książki dziękuję wyd. "Papierowy Księżyc"

niedziela, 16 września 2018

„Auschwitz-Birkenau to jest cmentarz”


Dziś człowiek nie może wyobrazić sobie życia bez internetu, telefonu i wielu innych udogodnień. A czy wyobrażacie sobie życie bez wody? Bez jedzenia? Lub że największym marzeniem człowieka jest kubek ciepłej herbaty, kromka chleba? Dziwię się, że po tym wszystkim, co zobaczyłam w obozie, a czego nie da się opisać słowami, nie oszalałam. (...) O Auschwitz trzeba mówić, trzeba pisać. Jesteśmy świadkami historii, kiedy my odejdziemy, książki zostaną” (s. 228-229).

Do swoich doświadczeń w obozach zagłady w Auschwitz musiały powrócić znowu, aby opowiedzieć, dać świadectwo. Z głębi pamięci przywołują mroczne obrazy, wyciągają wspomnienia, o których chciałyby zapomnieć. Tych obrazów jednak nie da się wymazać, brakuje słów aby opisać ogrom emocji i przeżyć. Jednak one wciąż próbują, aby nikt nie zapomniał do czego jest zdolny człowiek owładnięty ideologią totalitaryzmu, chęcią zagłady. Każda z bohaterek książki „Dziewczęta z Auschwitz. Głosy ocalonych kobiet” Sylwii Winnik, powraca ponownie do czasów wojny, opowiadając o rzeczywistości przerażającej, a dla nas wręcz niewyobrażalnej, nierealnej. To historie osobiste, jednostkowe, pokazujące kobiety patriotki, młode dziewczyny, które przez całe życie były wierne podstawowym wartościom. Obóz zagłady degradował człowieka, odzierał z godności, powodował totalne zobojętnienie, jednak jak pokazują wyjątkowe opowieści dwunastu kobiet, byłych więźniarek, które przeżyły Auschwitz, człowieczeństwo i empatia wciąż tliły się w sercach wielu uwięzionych ludzi. Takie są również bohaterki książki, silne, wrażliwe, otwarte i serdeczne, pomimo traumy i niewyobrażalnego cierpienia. Uderzające jest, że prawie każda  z nich, przez swoją dramatyczną opowieść, chce przestrzec ludzi przed wojną i okrucieństwem, które szybko wzrasta w człowieku. Wojna odbiera życie bliskim, niszczy nasz mały świat, a najczęściej podsyca mroczne instynkty, zło, któremu tak łatwo ulec gdy walczy się o życie. 

Sylwia Winnik w wstępie do książki  „Dziewczęta z Auschwitz. Głosy ocalonych kobiet” przybliża fakty historyczne i zarysowuje kontekst powstania obozów śmierci. Autorka podjęła się bardzo trudnego zadania, bo opisanie doświadczeń z Auschwitz niesie bagaż emocji, obrazów, niemożności opisania i nazwania bestialstwa hitlerowców. Sylwia Winnik postanawia oddać głos świadkom, aby wiarygodnie oddać rzeczywistość obozu. 

Opowieści byłych więźniarek KL Auschwitz-Birkenau to żywa historia, której nie można zapomnieć. Nie po to, by ją roztrząsać w poszukiwaniu kolejnych konfliktów, tylko aby nauczyć się na błędach przeszłości, że nienawiść, chęć panowania, ograniczanie wolności człowieka i łamanie podstawowych jego praw prowadzą do niewyobrażalnej destrukcji. Druga wojna światowa stanowi tego najdobitniejszy przykład i powinna być przestrogą dla wszystkich” (s. 13)

Bohaterki stają się więźniarkami w młodym wieku, Auschwitz odbiera im młodość, naiwność i radość. To, co na początku przeraża staje się codziennością. Muszą żyć i pracować na wielkim cmentarzysku, często poddawane są eksperymentom, doświadczają przemocy, dla oprawców są tylko numerami. Obrazy krematoriów, zagłodzonych więźniów, ludzi wchodzących do komór gazowych wrzynają się w pamięć, kaleczą psychikę i starają się wyprzeć dawne wspomnienia domu i ukochanych ludzi. Jednak przy nadziei i życiu, trzyma bohaterki właśnie myśl o rodzinie, troska o najbliższych. Na szacunek i pamięć zasługuje ich postawa, waleczność, niezłomność, kiedy podczas okrutnych tortur i manipulacji nie wydają konspiratorów, partyzantów, rodziny i znajomych. Opowieści, pomimo tych bolesnych doświadczeń, są pełne nadziei, obrazów powrotu do domu, odzyskania wolności i spotkań z najbliższymi. Po ponad 70 latach od wyjazdu z Auschwitz, kobiety nadal jednak żyją w cieniu wojennych wspomnień. Bohaterki cechuje też wdzięczność za każdy kolejny dzień życia, optymizm i misja pamiętania i przypominania o tych, którzy nie przeżyli i na zawsze pozostali w Auschwitz-Birkenau. 

Książka Sylwii Winnik, blogerki i autorki bloga „Czas na Książki” to dokument ludzkich losów, które poplątała wojna i naznaczył na zawsze nazistowski obóz zagłady. Każda z historii zasługuje na wnikliwą i refleksyjną lekturę. O historii Auschwitz nie można zapomnieć, a książka „Dziewczęta z Auschwitz. Głosy ocalonych kobiet” to pomnik pamięci, bolesnej, ciągłe rozdrapywanej i krwawiącej. Ważne jest, że obraz obozu nakreślają właśnie kobiety. Kobieca perspektywa, temat macierzyństwa w obozie, seksualność, cielesność, a raczej jej brak – to istotne punkty odnoszące się do  rzeczywistości obozowej, zdeformowanej i zdegenerowanej. Narracja więźniarek dotyka relacji międzyludzkich, struktury i hierarchii obozowej, codzienności naznaczonej głodem, brudem, insektami, zimnem i zobojętnieniem. Takie publikacje są ciągle potrzebne, aby podtrzymywać pamięć, pokazywać ale nie oceniać postępowania więźniów, którzy żyli w ekstremalnych  i nieporównywalnych warunkach. Sylwia Winnik poprzez opowieści ocalałych kobiet pokazuje również jak wielką wartość dla człowieka niosła literatura czy sztuka w nazistowskim piekle. Poezja zapisywana na kawałkach papieru (choćby przejmujące wiersze Krystyny Żywulskiej), proste rysunki uwieczniane na ścianach obozu, muzyka, śpiew – to wszystko ocalało okruchy wrażliwości i uwieczniało doświadczenia uwiezionych i zgładzonych. Książka „Dziewczęta z Auschwitz. Głosy ocalonych kobiet” to wierna rekonstrukcja machiny zagłady ze wspomnień więźniarek, to opowieść o nadziei i wierności w miejscu, gdzie życie ludzkie nie miało wartości. Zrozumienie tej rzeczywistości nie mieści się w naszych kategoriach współczesności, gdzie tak naprawdę mamy wszystko, a nie doceniamy życia w wolności. Bardzo wymownie brzmi Zakończenie, w którym autorka przeciwstawia sobie dwa obrazy – kobiety współczesnej i więźniarki obozu Auschwitz. Warto poddać ten fragment szczególnej refleksji. 

*Sylwia Winnik, Dziewczęta z Auschwitz. Głosy ocalonych kobiet, wyd. MUZA, Warszawa 2018.

poniedziałek, 10 września 2018

KĄCIK MAŁEGO MOLIKA (7/2018) - "Co piszczy w trawie i inne wiersze" Joanna Kulmowa, il. Joanna Karłowska



Joanna Kulmowa nie lubiła dzielenia poezji na dziecięcą i dla dorosłych. Według poetki wiersz powinien poruszać nasze człowieczeństwo i nie ma znaczenia w jakim wieku jest odbiorca. Aby przybliżyć twórczość zmarłej 17 czerwca b.r. autorki, warto sięgnąć po nową edycję jej wierszy, którą wydało Wydawnictwo IBIS. „Co piszczy w trawie i inne wiersze” to kolejna odsłona serii „Poeci dla dzieci”. Tom zawiera 31 utworów, których wspólną cechą jest odsłanianie niezwykłości w pozornie zwykłych rzeczach. W poezji Kulmowej wieszak staje się wieszająkiem, wół próbuje przypomnieć sobie swoje dzieciństwo, mak próbuje zasnąć, ciocia staje się posiadaczką pięknych, bujnych wąsów, a kot gubi swoje grajmruczenie. Co jeszcze kryją wiersze Królowej Wyobraźni? Wybrałam kilka swoich ulubionych, o których opowiem Wam w kilku słowach. 


W monografii o twórczości Joanny Kulmowej badaczka -  Urszula Chęcińska akcentuje najważniejsze drogi literackie poetki. Myślę, że jej poezję najlepiej odzwierciedlają te słowa:

„Baśniowa konwencjonalność staje się przedmiotem zabawy literackiej, w której poetka objawia pełnię swojego talentu. Jej utwory apelują do dziecięcej wyobraźni. Kulmowa daje w nich wyraz swoim poglądom na wychowanie dziecka i rolę literatury dla dzieci. Fascynacja odrębnością, charakterystyczna dla niej twórcza przewrotność, a także rodzaj wrażliwości poetyckiej kształtują jej indywidualny, osobny styl.”[1]
 
Utwór „Po to jest las” otwiera moją osobistą listę ulubionych wierszy Joanny Kulmowej ze zbioru „Co piszczy w trawie i inne wiersze”. Poetka zadaje sobie pytanie o rolę lasu, okazuje się ona bardzo przewrotna. Pojawiają się plastyczne obrazy pór roku i wiatru, który bawi się w lesie. Wiosną szumi, huśta się między sosnami, latem tańczy, jesienią huczy, a zimą pomrukuje. „Po to jest las” to tak naprawdę opowieść o wietrze, o jego harcach między drzewami, które o każdej porze roku wyglądają zupełnie inaczej. Wiatr wygrywa w lesie melodię, staje się bardzo muzykalny i zawsze można go usłyszeć:

„Żeby wiatr miał gdzie mruczeć co zimy
Aż go sobie wiosną przypomnimy
I pójdziemy
Na koncert leśny
Słuchać wiatru i jego pieśni”
(Po to jest las, s. 23)

Podobnym wierszem, w którym poczujemy leśne zapachy jest „Droga”. Opowiadającym jest leśna droga, która prowadzi nas między drzewami, przez polanę, nad strumyk. Droga nieustannie jest w ruchu, nie może się zatrzymać, dopiero nocą odpoczywa „na zielonym, zroszonym mchu”. O lesie traktuje również wiersz „Wesołe niemiasteczko”. Las staje się właśnie naturalnym wesołym miasteczkiem, dynamicznym, kolorowym, pełnym huśtawek z gałęzi czy zjeżdżalni z obłoków.
Pełnym humoru, przewrotności i zabawy językiem jest krótki utwór „Zajęcie ulubione”. Tym ulubionym zajęciem jest „odwracanie kota ogonem”:

„Aż się palę do takiej roboty
I dlatego mam cztery koty.

I gdy znudzi mnie wszelka praca
Ja te koty odwracam
Odwracam
Odracam…”
(Zajęcie ulubione, s. 37)

Spoglądanie na świat w sposób przewrotny, optymistyczny, przez okulary poezji również gości w wierszu „W aptece”. Cóż może zdarzyć się w sklepie z lekami, gdzie najczęściej przychodzą ludzie chorzy? Otóż marzeniem pewnego starszego pana jest „szkiełko najprzezroczystsze” w kolorze różu, przez które mógłby spoglądać na świat. Rzeczywistość w kolorze różowym okazuje się być najlepszym lekiem na cierpienie i smutek. 

Poetka próbuje również uchwycić proste dźwięki, które giną w naszej codzienności. Cóż stałoby się gdyby kot przestał mruczeć? „Grajmruczenie” to wspaniały wiersz dźwiękonaśladowczy, który sam mruczy neologizmami: grajmruczenie, grajmruczątko, grajmaszynka, grajgardziołek, grajmruk. Oprócz muzyki dnia codziennego, lasu pełnego ptaków, w poezji Joanny Kulmowej pełno kolorów, choćby w wierszu „Kreska”, gdzie horyzont niebieski zmienia się w krajobraz lasu, który wieczorem zmienia swoje barwy. Aby uchwycić te zmiany świata i natury trzeba być wrażliwym obserwatorem, ale i posiadać w sobie dziecięcą radość i prosty zachwyt. 

Wiersze Joanny Kulmowej zostały zilustrowane przez Joannę Karłowską. Są to barwne, ciepłe obrazy, w których dominuje błękit nieba lub granat nocy, co również jest pewnym elementem świata poezji Kulmowej. Patrzenie w niebo, podziwianie kolorów dnia i nocy nacechowane są prostolinijnym i szczerym spojrzeniem dziecka – poetki. Joanna Kulmowa potrafiła ocalić w sobie wyobraźnię dzieciństwa i dziecko, którym czuła się każdego dnia. 

„Słuchaj, słuchaj, nadstawiaj ucha:
Cichuteńko, bzyka coś jak mucha.
Zamknij oczy, nie oddychaj prawie –
To piszczy w trawie.”
(Co piszczy w trawie, s. 21)

*Joanna Kulmowa, Co piszczy w trawie i inne wiersze, il. Joanna Karłowska, wyd. IBIS, Poznań 2018.   


[1] U. Chęcińska, Wstęp [w:] tejże, Poetka i paidia. O muzie dziecięcej Joanny Kulmowej, Szczecin 2007, s.14


Za egzemplarz książki dziękuję Wydawnictwu IBIS

sobota, 1 września 2018

Nastolatka spotyka staruszka

Młodość zupełnie inaczej patrzy na świat, reagując bardzo impulsywnie i emocjonalnie na nowe doświadczenia. Każdą porażkę, upadek przeżywa się wtedy intensywnie, jakby cały świat uwziął się na nas i był przeciwko nam. Porady rodziców wydają się być zupełnie oderwane od rzeczywistości, a najlepiej wcale nie mówić o swoich problemach, bo przecież i tak dorośli nie zrozumieją. Taki okres buntu przeżywa właśnie Weronika, główna bohaterka nowej książki Marcina Szczygielskiego „Weronika i zombie”. Czego nastolatka może się nauczyć od nieznajomego staruszka, sąsiada, na którego nikt nie zwraca uwagi? Otóż ta niezwykła znajomość zmieni całkowicie świat Weroniki i stanie się pierwszym etapem w stronę dorosłości. Warto wspomnieć, że powieść została zainspirowana pewnym listem nastolatki do wydawnictwa, w którym pojawia się zmyślona historia starszego, samotnego i biednego sąsiada.

Marcin Szczygielski przyzwyczaił swoich młodszych czytelników do fabuły okraszonej szczyptą magii, niezwykłości, fantastyczności. Wydawać by się mogło, że pod tytułem „Weronika i zombie” znów kryje się powieść czerpiąca z motywów fantastycznych, może nawet z horrorów. Jednak autor stworzył bardzo przemyślaną i poruszającą powieść o dorastaniu, o byciu zwyczajnym nastolatkiem. Zwyczajnym, czyli zmagającym się z problemami, dojrzewaniem, silnymi emocjami, nad którymi ciężko zapanować. Szczygielski porusza współczesne problemy młodych ludzi, którzy coraz częściej w samotności przeżywają rozwód rodziców, prześladowania w szkole, niespełnioną miłość, brak przyjaźni, pracę pochłaniającą rodziców. Dla głównej bohaterki „ugodowy” rozwód rodziców okazuje się być prawdziwym trzęsieniem ziemi. Weronika wyprowadza się wraz z mamą do Warszawy, pozostawiając przyjaciół, szkołę i świat, nad którym miała kontrolę, w którym wszystko miała dokładnie zaplanowane. Nowa szkoła okaże się być źródłem wielu problemów, dziewczynka, która wcześniej miała status szkolnej gwiazdy, zmieni się w ofiarę i na własnej skórze doświadczy jak okrutne bywa dręczenie i prześladowanie. Nowa rodzina taty, brak zainteresowania córką również dręczą bohaterkę, która z zazdrością śledzi profil ojca i jego nowej, młodszej żony na facebooku. Mama, dla której praca nauczycielki jest pasją ale i uzależnieniem, także nie dostrzega problemów nastolatki. Weronika czuje, że rodzice nie pomogą jej rozwiązać problemów, a na pewno nie doradzą w sprawach sercowych. Kiedy nastolatka po raz kolejny planuje „przypadkowe” spotkanie z obiektem swoich westchnień, postanawia wykorzystać starszego pana, który wychodzi aby pospacerować z psem. 

Alejką za placem zabaw szedł stary mężczyzna w brudnym, brązowym płaszczu i kraciastym kaszkiecie na łysej głowie. Szedł? Raczej człapał, ciągnąc za sobą na smyczy pokracznego, grubego pieska, który sprawiał wrażenie starszego od jego właściciela. Komiczny staruszek, garbiąc się, powłóczył prawą nogą, a przy każdym kroku obracał górną połowę ciała i wyrzucał przed siebie lewe ramię. W dodatku mamrotał coś pod nosem i gapił się w asfalt alejki niewidzącym wzrokiem. Rzeczywiście, zachowywał się jak zombie w filmach” (s. 58)

Pan Jan, tytułowany przez osiedlowego urwisa ksywką „zombie”, staje się dla Weroniki zaufanym słuchaczem, powiernikiem tajemnic. Pomimo niechęci staruszka, dziewczyna odwiedza go i opowiada mu zmyślone historie oraz zwierza się z problemów, które tak bardzo ją gnębią. Pan Jan okazuje się być niezwykle mądrym człowiekiem, tajemniczym, nieufnym, ale przyciągającym. Weronika nie do końca rozumie, dlaczego staruszek wzbudza w niej zaufanie. Dziewczyna często odwiedza sąsiada, odkrywając mieszkanie pełne książek i panujący wszędzie bałagan. Największą zagadką jest jednak fortepian, umieszczony za zamkniętymi drzwiami….

Między Janem a Weroniką nawiązuje się przyjaźń, starszy pan potrafi słuchać, nie krytykuje, nie upomina, zupełnie inaczej rozmawia z dziewczynką niż jej rodzice. Pomaga jej uporać się z nadbudowaną warstwą kłamstw, które sama stworzyła i otwiera przed nią własne serce, samotne i cierpiące. Tak naprawdę obie postacie wiele łączy, pomimo ogromnej różnicy wieku i poziomu doświadczeń. Ta nietypowa znajomość okaże się doświadczeniem, które wywrze na nastolatce ogromne wrażenie i zmieni ją, pozwoli spojrzeć na siebie z dystansem.

Powieść Marcina Szczygielskiego porusza wiele istotnych wątków, pokazując obraz młodego pokolenia, które zbyt mocno polega na opinii innych, zbyt łatwo ocenia i wydaje werdykty. Pouczająco i mocno brzmią słowa pana Jana skierowane do Weroniki, które budzą w dziewczynce odwagę:

Nie postępuj tak, jak chcą inni. Nie staraj się wtopić w tłum i dopasować, bo choć dzięki temu poczujesz się w pewnym sensie bezpieczna, to na pewno nie będziesz szczęśliwa. (…) Niezwykłych ludzi znacznie łatwiej jest wyśmiać, niż zrozumieć. Opinia innych na twój temat naprawdę niewiele znaczy (…) Co więcej, ludzkie opinie są powierzchowne i bardzo nietrwałe.” (s. 316-317)

„Weronika i zombie” to proza empatyczna, skierowana do młodego człowieka, który nieraz poczuje się zagubiony w swojej pozornie uporządkowanej rzeczywistości. Wielkie problemy, jeżeli spojrzeć na nie z innej perspektywy (np. starszego, schorowanego i samotnego człowieka) stają się malutkie, przejaskrawione. Weronika to postać nastolatki z ogromnym potencjałem, z wielką wyobraźnią, która z trudem radzi sobie z rozwodem rodziców, pozyskaniem nowych przyjaciół. Wybiera milczenie i kłamstwa, a dorośli nie stają na wysokości zadania, nie zdają egzaminu zaufania. Tylko obcy, samotny staruszek daje dziewczynce prawdziwą lekcję życia, której nigdy nie zapomni. Pan Jan zaszczepia w Weronice miłość do książek i odwagę oraz przeświadczenie, że strach karmi się naszymi myślami, a każdy problem można rozwiązać, biorąc odpowiedzialność za swoje czyny. Cenię sobie w prozie Marcina Szczygielskiego eksponowanie wartości, o których często dorośli zapominają. Autor niewątpliwie zna realia młodego pokolenia i swobodnie porusza się po rzeczywistości nastoletniego odbiorcy, unikając fałszu i przejaskrawienia. Weronika mówi jak jej rówieśnicy, myśli i komunikuje się jak typowy użytkownik portali społecznościowych.

Autor obdarza bohaterów aktualnymi problemami, ale i mądrością. Każdy z nas ma w swoim otoczeniu takiego  „Pana Jana” – zombie, wyśmiewanego, samotnego, którego historia życia jest nietuzinkowa. To także refleksja o starości, samotnej, zapomnianej, która wciąż przesiąknięta jest krzywdzącymi stereotypami, które zazwyczaj weryfikuje czas:

„Weronika wierzyła, że starość równa się mądrość, spokój, nieustająca pogoda ducha i brak jakichkolwiek innych pragnień poza potrzebą ciepła, ciszy i nieograniczonego dostępu do telewizji. Podejrzenie, że sprawa wygląda kompletnie inaczej, miało się w niej pojawić dopiero za jakieś trzydzieści, czterdzieści lat, a pewność – dopiero za lat pięćdziesiąt.” (s. 69)

Zbyt łatwo przyszywamy łatki nieznajomym, sąsiadom, zbyt łatwo ulegamy szarości i dajemy się zmanipulować opiniom innych. Książka Szczygielskiego mówi właśnie o obojętności, o zacieraniu własnej oryginalności, wtapianiu się w tłum, który pozbawiony jest głębszej refleksji i poczucia empatii. „Weronika i zombie” to przecież nie tylko aktualna opowieść dla nastolatków, ale i dla dorosłych, przytłoczonych codziennością. Słowa kreują rzeczywistość, mogą pomagać, być drogowskazem, ale i krzywdzić, pozbawiać człowieka godności i wyjątkowości. Młodzi ludzie, szczególnie teraz,  powinni zdawać sobie sprawę, że słowa mają niewiarygodną moc. Uczymy się ich używać przez całe życie i to chyba chciał przekazać krnąbrnej i zagubionej nastolatce pan Jan. 

 Cyt. Marcin Szczygielski, Weronika i zombie, wyd. Instytut Wydawniczy Latarnik, Warszawa 2018.

Za egzemplarz książki dziękuję Instytutowi Wydawniczemu Latarnik