piątek, 29 stycznia 2021

Kosmos, pancernik i robot – czyli w poetyckiej rekwizytorni Żanety Gorzkiej

 

Podjęcie się skatalogowania, słownego ujarzmienia i scharakteryzowania poezji Żanety Gorzkiej, jest wyzwaniem. Przypomina wędrówkę po labiryncie, im bardziej przyglądamy się poetyce tajemniczej autorki, tym bardziej rozgałęzia się strategia i droga interpretacyjna, czasami skazana na błądzenie po wersach, zderzanie się z formą. I gdy już wydaje się nam, że znajdziemy wyjście – szufladkę/etykietę dla wiersza, poetka zręcznie obraca światami (jak kostką Rubika) zamykając czytelnika w totalnym zaskoczeniu. Po debiucie, jakim był „Łokieć jelenia”, autorka kontynuuje drogę poetyckiej wyobraźni bez granic. Gorzka niejako porzuca debiutancki kostium i szyje ze słów, obrazów, poetyckich kalek, kolejne wcielenie. Wydobywa się z gorsetu początkującej poetki, nabiera pewności siebie i kontratakuje nieokiełznaną przestrzenią fantazji. Dodatkowo utrzymuje wokół siebie atmosferę tajemnicy, anonimowości, zagadkowości, ciągłej gry z czytelnikiem, który próbuje rozszyfrować tożsamość osoby piszącej wiersze. Efekt magnetyzmu zostaje podkręcony. Poetyka Gorzkiej wciąga nas jak czarna dziura, w której pozornie jest chaos nagromadzonych przedmiotów, postaci i istot. Ta struktura jest rozpięta dość szeroko – od materii codzienności przez archetypy, pop-ikony, sztuczną inteligencję aż po metaforykę kosmosu.

W tym eksperymencie wciąż jest styl i surrealistyczne korzenie „Łokcia jelenia”, ale o wiele mocniej poetka akcentuje indywidualność, przewrotność słowa i jego niebywałą plastyczność poddaną całkowicie i wyłącznie sferze wyobraźni.

 Druga książka poetycka „Lekko zdenerwowany awatar wybiega z łazienki około północy” (Wydawnictwo J) to dobrze znana (z poprzedniego tomu) zabawa formą i zaklinanie schematów, groteskowy humor, zniekształcanie rzeczywistości i fragmentów codziennego życia. „Łokieć jelenia” miał zaczepić, zaintrygować odbiorcę, drugi tom potwierdza, że Gorzka potrafi bawić się językiem, emocjami odbiorcy i płaszczyznami wiersza.

 

Śliczniutka podmiotka liryczna w świecie emotikonów

Bohaterka wierszy z lekkością przemienia banalność rzeczy i rutynowość (choćby nakładanie kremu, drażniący ubiór) w poetycką materię. Ponownie odzywa się dusza rebeliantki, łobuziary, która będzie próbowała wciągnąć czytelnika w osobliwą grę. I chociaż wydaje się, że podmiotka drwi sobie i nie traktuje poważnie rzeczywistości, zwodzi czytelnika, kryjąc się ciągle pod jakąś charakteryzacją, makijażem, awatarem odciągającym uwagę („Już miałam wam opowiedzieć/ o sobie ale z łazienki wybiegł mój awatar”), to skutecznie polemizuje z formą poezji, wywołuje interakcję.

Choćby zwykła metka odzieżowa, równie dobrze może być metaforą pewnego zaszufladkowania, przypisania i wpisania w konkretną poetykę. Ta świadomość „założonej” poetyki bywa drażniąca, irytująca, gdy chce się być twórcą nieszablonowym. Ten monolog skierowany do uwierającej metki otwiera tom „Lekko zdenerwowany awatar…” i jest to nietypowa przynęta do dalszej lektury (humorystyczna, minimalistyczna, pełna dystansu – prawie każdy z nas dyskutuje w myślach z najdziwniejszymi przedmiotami).

W kolejnych utworach autotematyzm jest tłem codzienności. I ponownie bohaterka droczy się z czytelnikiem, skupia naszą uwagę na szczególe, by później porzucić go i zmienić tło, pozostawić odbiorcę z pytaniami, nieraz w zakłopotaniu i w niemałym zaskoczeniu. Poetyckim motywem zaczynają się dwa wiersze: „Pory szeroko zamknięte” oraz „Tak to wygląda”, jednak już w następnych wersach zostaje on perfidnie przykryty warstwą trywialnej codzienności. Dobrze czyta się poezję w łazience przy jednoczesnym zachwalaniu kremu, a pisze wiersze, pieszcząc „koci zad”. Można odczytać to jako swoisty manifest Gorzkiej, który był też mocno wypunktowany w „Łokciu jelenia”, że wiersz - to przede wszystkim żywioł i życie, splatający się z codziennością, nieraz podszytą delikatną i zaczepną groteską. W tych bardzo lapidarnych i prozaicznych wierszach przebija istotna myśl, a nawet pytanie o plastykę poezji, jej język i dynamizm, poruszanie się poza schematami i przerośniętymi poetykami, zapychającą wyobraźnię „nadmetaforyką”.

Wydaje mi się, że Gorzka wyposaża swoją bohaterkę w zmysł obserwacji, rejestrowania form językowych i przekształcania ich, łączenia nietypowych słów i często kontrastowych stylistyk, co wywołuje komizm lub przemyślane zdeformowanie, humorystyczne zniekształcenie czy nagięcie rzeczywistości. Językowa zabawa w tomie „Lekko zdenerwowany awatar…” również zasługuje na uwagę, bo jest to jeden z mocniejszych filarów poetyki Gorzkiej.

W wierszach czuć wrzenie języka, jego swobodę, dynamizm ale i opieranie się na specyficznych kontrastach. Nagromadzenie zdrobnień, wplatanie dziecięcych odgłosów naśladowania świata („Wiersz dla mojego malutkiego synka który ilekroć widzi lub słyszy wóz strażacki tylekroć robi takie słodziutkie piiip piiip piiip”), kolokwializmów, to ironiczne, a momentami groteskowe portretowanie mowy. Czasami przypomina to język użytkowników mediów społecznościowych, gdzie używa się najmocniejszej retorycznej gradacji, uzyskując efekt przejaskrawiania pewnego fragmentu rzeczywistości. Bohaterka wierszy czuje się w takiej przestrzeni idealnie, mrugając do czytelnika ironicznym „oczkiem”:

Spójrzcie tylko jak prześlicznie przechylam mą kształtną główkę i

wychylam się na gwarną uliczkę z mego balkoniku w stylu francuskim i

podjadam na żywca dojrzałe awokado skropione cierpką limetką i

myślę najczulej o rogowych pachach wszystkich krokodyli różańcowych

bez wyjątku.

(Wspólnota piękna, s. 28.)

 

W wierszach znajdziemy więcej kulinarnych uniesień bohaterki, które również odwracają uwagę odbiorcy, wprowadzają akcenty humorystyczne, ale i są znakiem rozpoznawczym dla poetyki Gorzkiej, kierują uwagę na pewien styl życia i filozofię (w poemacie podmiotka pyta „co jest nie tak z warzywami wy śmieszni śmiertelni mięsożercy?”). W jednym z wierszy „Notatka z frontu poetyckiego” pada wręcz formuła szczęścia:

 Mam obłęd w oczach

i placki na gazie.

 

Czego chcieć więcej?

(Notatka z frontu poetyckiego, s. 27.)

 

Reguły gry są dość specyficzne – albo próbujemy podążać za poetką i rozszyfrowujemy jej metaforyczne kalambury, albo instynktownie przemierzamy wersy, poruszając się po subiektywnych skojarzeniach. Jakąkolwiek strategię obierzemy, nie zabraknie nam podczas lektury dobrej zabawy.

Ułożenie wierszy jest bardzo przemyślane, nie wiem czy był to zabieg celowy, czy może przypadek, ale od wiersza o awatarze, czytelnik podąża jego śladem, aby w momencie  rozdwojenia, zacząć prawdziwy poetycki rollercoaster po obrzeżach wyobraźni.

 

Gdy awatar wybiega z łazienki, czyli scenografia wiersza

Żaneta Gorzka to zręczna sztukmistrzyni, żongluje rekwizytami, światami, scenografią i narracją. W tonie absurdalnej poezji kryje się coś niezwykle teatralnego, filmowego. Poetka pod licznymi awatarami, przebrana w liczne kostiumy, w otoczeniu zwierząt, postaci, przedmiotów, wyłuskuje relacje międzyludzkie.

Osobliwy zwierzyniec, onieśmielający różnorodnością (przykładowy zestaw: pancernik, delfin butlonosy, fenek pustynny) to bohaterowie zamieszkujący wiersze Żanety Gorzkiej. Ich pojawienie się wnosi humor, sarkazm, trochę surrealizmu i abstrakcji. Szczególny pod tym względem jest wiersz, a raczej jego obszerny tytuł (długie tytuły będące same w sobie poezją, to charakterystyczne elementy twórczości Gorzkiej), w którym zwierzęta tworzą dziką matrioszkę: „Superman klasy S+++ (No Mercy) (zwłaszcza od końca października do połowy stycznia na półkuli północnej) walczy na śmierć i życie z mandrylem barwnolicym przebranym za kazuara hełmiastego udającego pytona siatkowanego zachowującego się jak obrażony na cały świat zachodni goryl wschodni i zwycięża”. Gorzka jest mistrzynią abstrakcyjnych tytułów, które całkowicie zawłaszczają przestrzeń wiersza, stają się jego centrum, wielopoziomowym miąższem. Przytoczony tytuł przypomina teatralne didaskalia, które również pojawiają się w innych utworach. Poetycką jednoaktówką nazwałabym wiersz z pogranicza teatru absurdu i awangardy – „Dawno dawno temu (jeszcze przed dinozaurami)” o relacjach damsko-męskich.

Całą paletę znaczeń zarysowuje również tytułowy awatar jako poetyckie wcielenie, kostium, teatralna maska czy rekwizyt, pozwalający na rozwijanie i poszerzanie płaszczyzny wiersza. To również sposób na przemycenie awangardowej lekkości i groteskowej narracji bohaterki, tajemniczej i nieobliczalnej młodej poetki.

Scenografie, po których porusza się awatar autorki, to wariacje komiksowych i filmowych kadrów, dekoracje z popkulturowym i feministycznym pazurem. Nie brakuje też domowych wnętrz i kątów, przyozdobionych surrealizmem. I nawet widok z okna może być zaskakujący, gdy obserwujemy waleczny poranek: „Świt przysoliwszy nocce z bańki zasiadł okrakiem/ na horyzoncie jak jakiś faraon (Ptah XXII)” lub „spryciulę” noc, która „swym niebosiężnym jęzorem zlizała przed chwilą resztki/ z dnia”.

Płaszczyzny przeszłości i przyszłości, a także współczesności nachodzą na siebie. Bardzo swobodnie i pewnie, wręcz zaczepnie, porusza się po nich bohaterka wierszy, przemierzająca zakamarki irracjonalnych snów, jak i diagnozująca świat z domowych pieleszy. W tomie Gorzkiej tło wiersza ma wiele realizacji i form: może być eksperymentalne, perswazyjne, mozaikowate, ale i codzienne, banalne i zwyczajne. Budowanie absurdalnych i surrealistycznych obrazów - to kolejny element gry, zabawy formą i przekraczania kolejnych granic.

Interesującą scenerię posiada wiersz „Robot i ja: pieśń przyszłości: a trochę legenda”, nawiązujący do postapokaliptycznych wizji świata, w którym „poetka jest od tego żeby służyć robotowi”. Bohaterka przemierza „rozległą równinę” niosąc na „grzbiecie ciężkiego w cha robota”. Postać robota wydaje się bardzo ludzka, emocjonalnie skomplikowana, doświadczająca samotności i tęsknoty. W podobnej tonacji zostaje utrzymany tanatologiczny wiersz „Elo istoty zdolne do myślenia abstrakcyjnego”. Opis śmierci przypomina rozpad ciała cyborga, maszyny z „rozklekotanym kadłubkiem”. Kiedy odpada „tabliczka znamionowa” (może to dusza, tożsamość, poczucie bycia i istnienia) kontrolę na ciałem przejmuje „Ciemny Duch”, rozkładający elementy ciała na części zamienne. Ciemny Duch (być może to metafora Śmierci) staje się jednocześnie pocieszycielem, dzięki niemu opowieść wciąż trwa: „opowie wam bajkę/ piękną jak cholera i długą jak nie wiem co”.  

Pod warstwą cynizmu i sarkazmu tętni w wierszach Gorzkiej coś przeraźliwie ludzkiego, fascynującego i pociągającego. Pozornie chaotycznie zszywana scenografia i kostiumy, sprawiają, że wiersze układają się w tematyczny patchwork. Łączenie nieprzystających do siebie obrazów, skrawków i imaginacyjnych fragmentów, tworzy wielowymiarową scenę, na której wyobraźnia gra główną rolę. Ten poetycki patchwork jest dokładnie zaprojektowany i przemyślany, a to, co wydaje się być poza marginesem naszej uwagi, zostaje sprytnie wkomponowane w całość (choćby roboty czy pojawiające się znikąd okapi albo puentujący wiersz sarkastycznie delfin: „Miła po kiego ci puder/ w wodzie?”).

 


Marzenia i trociny, czyli 1001 kosmicznych powodów bycia sobą

bo twój poemat otwiera nas na możliwości wspólnego monologu wewnętrznego z kosmitami (s.38)

Żaneta Gorzka preferującą i lubująca się w krótkich, minimalistycznych formach zaskakuje czytelnika obszernym poematem „Kosmos cię chce: poemat”. Paleta argumentacji jest tu równie abstrakcyjna, co próba zdefiniowania przestrzeni kosmicznej.

Podmiotka, zbuntowana poetka, ukrywająca się przez cały tom za kolejnymi awatarami i metaforami, nagle otwiera się przed czytelnikiem w monologu, przypominającym osobisty, wewnętrzny pojedynek na argumenty, potwierdzające przynależność do kosmicznej materii. Fragmentaryczność, rozczłonkowane urywki, – nie ułatwiają odbioru, ale czytelnik na ma tu za zadania rekonstruować spójnej opowieści, lecz dać się ponieść lawinie ekscentrycznych obrazów. 

Poemat to kreacyjna opowieść o „lirycznym ja”, to 1001 odbić podmiotki i jej irracjonalnego świata. Kolejne powody utwierdzają poetkę, że łączy ją z kosmosem bliska więź, że jest mu potrzebna. To narracja pełna humoru i ciągłego mrugania do czytelnika, który zastanawia się ile kreacji, masek, mieści ten poemat. Przypomina to trochę potok myśli, strumień świadomości, rejestrujący wszystkie obrazy, które przechowuje umysł. Wyobraźnia to impulsywna struktura, nieuporządkowana, jest wręcz wysypiskiem sformatowanych motywów zapisywanej rzeczywistości.

„Wypchana marzeniami” podmiotka nie daje się zdefiniować w kilku słowach, to projekt rozpisany na wiele wymiarów. To osobowość, której nie da się ująć w standardowy, jednolity sposób. Poemat umożliwia rozbicie osobowości bohaterki na 1001 drobiazgów, szczegółów które mogą stworzyć osobną opowieść czy kolejne wymiary. Gorzka, w groteskowy sobie sposób, pyta o kondycję poezji, o jej odbiór we współczesnym świecie, ironizuje, bywa uszczypliwa, trywialna, ale i polemiczna.

W tym gąszczu słów i obrazów znajdujemy ujęcia cielesności - ponownie ujętej biegunowo: w fazie młodości (traktowanej ironicznie: „jako młoda dziewczyna czujesz się najczęściej jak kompostowiec różowy szukający na ślepo miłości”) ale i rozpadu (dosadny turpizm) :

 

bo większa powierzchnia twojego ciała pokryta jest gęstą siatką pęk-

nieć przypominająca zmarszczki zwisające z oczodołów żyły zadomowiły

się tu na dobre brakuje dolnych kończyn i miednicy straszy sparszywiały

mózg z którego odpadło sporo płatów (ech) (s.41).

 

W tej filuternej i groteskowej argumentacji próbujemy złożyć własny obraz bohaterki, kobiety kosmicznej, która okazuje się miłośniczką zwierząt, „patrzącą do wewnątrz”, wielbicielką zdrowej żywności i ekologii, czerpiącą radość równie intensywną z jedzenia, jak i z tworzenia poetyckich światów. Pozostaje wciąż jednak nieodkrytą i tajemniczą postacią, pełną sprzeczności i dystansu do siebie i rzeczywistości. Zastanawiające jest, że wśród tych odłamków wybrzmiewa też jej nieoczywista wrażliwość:

bo lubisz ciszę tuż po deszczu (szacuj drzew) więc zaraz po tęczy

wyruszasz w podróż i wracasz zakochana (nie zawsze) (s. 42).

 

Po tych wersach poemat się urywa, przerzucana argumentacja trwa dalej w umyśle bohaterki, by zakończyć się na liczbie 1001. Spośród 1001 drobiazgów poetka dokonuje selekcji, ponownie raczy czytelnika fragmentami, ukrywając głęboko całość (pytanie brzmi: czy napisaną czy pozostająca w domysłach).

„Lekko zdenerwowany awatar wybiega z łazienki około północy” i zabiera nas w podróż po najbardziej krętych zakamarkach wyobraźni. Połacie abstrakcji przemierzamy mając za przewodników: tytułowy awatar, liczny zwierzyniec (który często ma wiele do powiedzenia) i umysł młodej dziewczyny, „wypchany marzeniami i trocinami”. Poetyka Żanety Gorzkiej zarysowana w debiutanckim „Łokciu jelenia” ponownie nawarstwia się i prowokuje w drugiej książce poetyckiej. To rozgałęzienie form i obrazów ma na celu uwieść czytelnika zaskoczeniem i imaginacyjną anarchią wobec schematów. Poetycki kolaż Żanety Gorzkiej wciąż wywołuje efekt bycia kilka kroków przed czytelnikiem. To wiersze pełne szczelin, grząskich rejonów i eksperymentów, zachęcające do otwartych i polemicznych odczytań. Efekt Żanety Gorzkiej wciąż trwa, oby jak najdłużej zaskakiwał i karmił wyobraźnię odbiorców. 

Cyt. Żaneta Gorzka, Lekko zdenerwowany awatar wybiega z łazienki około północy, Wydawnictwo J, Wrocław 2020.

Dziękuję Autorce za egzemplarz książki

środa, 13 stycznia 2021

Rozpruwanie i zszywanie słów – o debiucie Sławomira Hornika

 

Mrok wydaje się bezpostaciowy,  Sławomir Hornik w swoim poetyckim debiucie ”Szwy” nadaje mu cielesność, nawleka na lapidarne wersy niepokój, niedopowiedzenie, pustkę, zmysłowość, instynktowość. Słowa pełnią tu funkcję nici, włókien, łączących dwa biegunowe światy: rzeczywistość i sen. Poeta przewraca rzeczywistość na lewą stronę, pozwala podmiotowi przejść na drugą stronę lustra, komponować mozaikę ze snów i oniryzmu, który mocno oplata pajęczą siecią metafor kolejne utwory. Z tego mroku wyłania się jednak poetyka pamięci, poetyka rejestrowania emocji, wewnętrznych sprzeczności.

Poszczególne wiersze nie mają tytułów, uporządkowane są według numerów. Brak tytułu sprawia, że wchodzimy w tkankę wiersza bez zatrzymywania się, zanurzamy się w pierwszy wers. Tytuł wielokrotnie jest delikatną sugestią tematyczną, kierunkiem podążania lub nawet legendą objaśniającą drogę podmiotu. „Szwy” są tak minimalistyczną, fragmentaryczną strukturą, że tytuł mógłby zaburzyć nasze czytanie, esencją więc pozostają słowa w wersach, słowa, z których można zbudować pewien krąg zainteresowań i dywagacji podmiotu.

„kiedy nie ma ciała, / pozostaje zapach”

Poetyka „Szwów” jest symboliczno-oniryczna, miejscami słowa obrastają szkielet, obrazowany przez mroczną i fizyczną przestrzeń ciała. Metaforyka snu, który „przychodzi od wewnątrz”, pozwala wejść w opowieść o śmierci („nieznającej początku i końca”, ta która posiada takie samo imię), która ociera się i przemyka nieustannie przez poszczególne wiersze. Podmiot szuka jej imion w różnych językach (wiersz "8".), porównuje jej nadejście z pierwszymi, najsilniejszymi emocjami dziecka, doświadczającego niepokoju „pierwszego dnia”, tego co nieznane i obezwładniające (wiersz "7". i "9".). 

 Podmiot znajduje się jakby na granicy światów, obraz zaświatów często nakłada się na rzeczywistość, wyłania się z mgły, z drobnych szczegółów, często z kolorów: ciemnych jak krew, czerwonobrunatnych kojarzonych z ziemią, ale i żółci (nawiązującej do bezkresnych połaci pól pełnych dojrzałych zbóż). Jest również pewna paleta przezroczystości, mglistości, która nasuwa obraz świata spod powiek. Między wersami pojawia się obraz zimy, ośnieżonych dróg, zapisanych przez ptasie ślady (piękny wiersz "11." pokazujący kontrast bieli oraz ptaków o czarnych piórach):

„(…) Kawko,

gawronie, kruku, wypełniliście tę połać,

przez cały grudzień zostawiając klinowe pismo.”

 ("11". s. 17.)

Bezruch często zostaje zestawiony z nadmiarem dynamizmu, z którego nie można się wyswobodzić. Podmiot często tkwi w tkankach snu, we wnętrzu swoich myśli, w świecie odwróconym, pod powierzchnią. Przyglądamy się wraz z nim rzeczywistości wywróconej na lewą stronę, w której dokładnie widać jak przebiega szew, spajający enigmatyczną i mozaikową opowieść.

 „Szwy” to 31 wierszy – migawek, połączonych nie tylko numeracją, ale i motywem nitek, spajania, łączenia tego, co ulega  destrukcji, rozpruciu, przerwaniu więzi życia.

 Szwy to metafora pamięci, mozaikowych wspomnień, które podmiot chce zespolić, połączyć, pozszywać trudne, silne emocje, które wymagają przepracowania. Szwy kojarzą mi się również z bliznami, raną, utratą – i to również wybrzmiewa w wierszach Hornika.

Zwijanie/Rozwijanie przędzy pamięci

Wspomnienia bohatera wierszy są jak „ostre krawędzie” lub jak myszy „dzikie, bezbronne”. Przeszukiwanie pamięci, „szperanie” w głowie, okazuje się procesem bolesnym, jątrzącym, zapętlającym myśli.

W poetyckiej narracji powraca natrętnie obraz grudniowych, krótkich, ciemnych dni („W grudniu / prząść, nawijać, szamotać samotnych”) , przeplatanych z mocnymi obrazami corpus mortale  („Daj nam je umyć, uczesać. Wyjąć z siebie”). Obraz pożegnania tak bardzo lapidarny ale i ostry, wprowadza niewysłowioną intymność, w kilku wyrazach zostaje ujęte to, co oznacza pogrzebanie ciała, ostatnie gesty czułości najbliższych wobec niego. 

Zimowa sceneria łączy w sobie tak wiele kontrastów: dynamiczność (nagromadzenie czasowników), żywiołowość, nerwowe działanie, z niemocą, bezruchem, zamarciem. Czynności są wykonywane mechanicznie, jakby bez namysłu, to rytuały względem ciała, jest w nich jakaś symbolika przygotowywania ciała do drogi.

Wyłuskanie esencji cielesności pojawia się w wierszu „16.”, w którym ciało zostaje porównane do „wnętrza granatu” i „przestraszonego lisa”. Wiersz ten można czytać na wiele sposobów, na wielu poziomach zostaje on rozpisany, i jest jednym z piękniejszych w tomie „Szwy”. Ciało to powłoka, która zawiera w sobie tajemnicę istnienia, zmysłowość ale i turpistyczną fascynację, dzikość i zachłanność doświadczania tego, co dotykalne. W ciele kryje się mrok, powolne i nieubłagane doświadczanie kresu, zbliżanie się do śmierci. Podmiot spogląda na anatomię ciała, dostrzegając jego słabość, kruchość, fizjologię, granicę.

Śmierć pojawia się w milczeniu, w urwanych słowach (choćby wiersz „18.”), dochodzą nas echa Celanowskiego mroku (wiersz „13.”, w którym pojawia się prawdziwe nazwisko Celana – Antschel, sugeruje nam pewne nawiązania do jego poetyki), które być może są tylko odniesieniem do doświadczenia utraty, które zawsze będzie jednostkowe, naznaczone samotnością.

Hornik nie powiela, nie kontynuuje poetyki tanatologicznego mroku, ale wychodzi on w stronę poetyckiej płaszczyzny pamięci, istnienia obok siebie życia i śmierci. Podąża ku redukcji słownej, minimum słów ma uchwycić to, co najczęściej przemilczane, niewysłowione, odczuwane, ale niewyrażalne przez język. To właśnie próba przeniesienia doświadczenia utraty na płaszczyznę własnego języka, symboliki, indywidualnych figur i skojarzeń. Muszę przyznać, że „Szwy” to bardzo intymne obrazy, wyjęte z pamięci: szczegóły, fragmentaryczne nitki myśli i przędza snów.

Pamięć fascynuje podmiot, stara się on jej nadać kształt, więc jest ona „pomięta, pofałdowana”, mozaikowata, zmienna, niestabilna, tylko słowo może ją zszyć, zrekonstruować, zatrzymać w języku. Jednak na jak długo?

W „Szwach” pojawiają się tropy żydowskiej Kabały, hebrajskiej symboliki (dość szczegółowo pisał o tym Jakub Skurtys w recenzji „Szwa”). Początek i koniec drogi wyznaczają litery alfabetu Alef i Taw, a także zapis ich lustrzanego odbicia, jakby z zaświatów, z innej płaszczyzny. Lustro to przedmiot pozwalający na spojrzenie w świat odwrócony, zwierciadło to także metaforyczna brama do innej rzeczywistości, równoległej, ale jakby efemerycznej, refleksyjnej. Metaforyka lustra poszerza przestrzeń, zapętla ją w nieskończoność „lustro spoglądające w głąb siebie” a jego odbicie to „lustro, które widzi siebie w sobie”. Podmiot sam staje się lustrem, w którym odbijają się ukryte emocje, a może i światy tych, których jest  się częścią, co powoduje jego rozbicie i powielenie (wręcz nieskończone). Pamięć też często reprodukuje obrazy, tworzy wiele wersji, zamyka doświadczenia w mikroświecie jednostki. Jest subiektywna, często zaszyfrowana i rozpisana w umyśle według osobliwego, unikatowego kodu.

Rozpruwanie szwów

Rozdartą, wciąż krwawiącą, otwartą pustkę po śmierci, zszywa czas, czasami cienkimi nitkami codzienności. Upływający czas pozwala przyjrzeć się bliżej przestrzeni utraty, dochodzi do rozpruwania pamięci, mozolnego łączenia dwóch biegunów: życia i śmierci. W miniaturowych i bardzo zmetaforyzowanych obrazach pojawia się kontrastowość: „Nie ma: jest”. W tych opozycjach przejawia się metafizyka, tajemnica, pytanie o sens śmierci:

„Skoro już cię nie ma, przez które

załamane mapy przychodzisz do nas?”

 ("23.", s. 29.)

Odpowiedź kryje się być może w wierszu „30.”:

„Po dniu, miesiącu, roku, dziesięciu latach jesteś

obiecanym pyłem z dobrej księgi.”

("30.", s. 36.)

Ciało staje się częścią ziemi, zamienia się w pył, „rytm odejść” wciąż rozgrywa się i jest doświadczeniem każdego człowieka, ale przeżywanego indywidualnie, samotnie. 

Hornik wielokrotnie przywołuje obraz zwierząt, w wierszu otwierającym tom jest to samotność psa i zapach ciała którego nie ma, a w końcowym skowyt (ponownie nasuwający skojarzenie z zawodzeniem psa). Dźwięk, zapach, faktura, kolor, dotyk – to bardzo sensualne odczuwanie świata przez podmiot, który pieczołowicie dobiera słowa i zamyka własne emocje w specyficznych miniaturach, przy użyciu własnego kodu, szyfru poetyckiego.

„W kącie oka cała jest opowieść twoja, kontynent, ohel

murowany oddechem, po ziemi chodzi osaczone zwierzę

z grudką śniegu pod żebrem”

("29.", s. 35.)

 

Oprócz języka, słów, to oczy przechowują obrazy, doświadczają i zapamiętują, rejestrują to, co selekcjonuje pamięć. I ponownie poeta powraca do kultury judaistycznej, ohel jako grobowiec wprowadza konotacje tanatologiczne, ale zestawienie z „oddechem” czyli życiem sytuuje podmiot znowu na biegunowych płaszczyznach. Gdyby jednak przyjrzeć się bliżej, taką też konstrukcję wertykalną, zaobserwujemy w innych wierszach, tam gdzie południe (życie), tam i jest północ (śmierć). 

„Szwy” nieustannie balansują na krawędzi, łamią schematyczność lektury, emocjonalnie  intensyfikują dobierane słowa, odbijają bardzo wąski kawałek rzeczywistości, wielokrotnie przesłoniętej symboliką, topiką snu i warstwami przebłysków pamięci.

Poezja Sławomira Hornika wydaje się eklektyczna, sens „Szwów” trzeba wydobywać i odsłaniać z kolejnych warstw symboli i fragmentów, strzępów obrazów. Nie tylko poeta posługuje się umiejętnie włóknem słowa, zszywającym pamięć i doświadczenie, czytelnik również musi wykazać się umiejętnością splatania, a raczej rozplatania poszczególnych wersów i tkania z nich własnej, subiektywnej płaszczyzny odczytań, stycznych doświadczeń i szczegółów, rozświetlających ciemne korytarze pamięci. Zadziwia mnie, że wiersze Hornika są zarówno tak zamknięte, intymne, enigmatyczne, jak i otwarte na czytelnika, jego wrażliwość. 

Motto, które zostaje zaczerpnięte z wiersza Ryszarda Krynickiego „niech pozostanie/ otwarta” ponownie sugeruje, że nie każde doświadczenie zamyka pewien rozdział, nie da się zapomnieć, pamięć pozostanie zawsze otwarta. Więc po co podmiotowi szwy? Jakim stają się tworzywem wobec pamięci, słów, języka, osobowości? Czy bardziej łączą emocje i pamięć, czy raczej są rozpruwane przez kolejne wiersze, aż do momentu ostatniego skowyczącego dźwięku, żałosnego i dzikiego? Pytań jest znacznie więcej, ale właśnie to jest materią dobrej poezji, aby szukać własnych odpowiedzi lub pozostawić je otwarte jak rana.

„Szwy” Sławomira Hornika ukazały się nakładem łódzkiego Stowarzyszenia Literackiego im. K. K. Baczyńskiego. Tom został doceniony, zdobywając nagrodę TETIS.

Cyt. Sławomir Hornik, Szwy, Stowarzyszenie Literackie Im. K.K. Baczyńskiego, Łódź 2018.


wtorek, 6 października 2020

Blizny macierzyństwa – „Mamidło” Barbary Janas-Dudek


„Jestem nieznośna przede wszystkim

wobec siebie. Nie będzie łatwo chociaż mówią

siłaczka. Moc topnieje. Z nocy na noc zasypiam

mniej odporna, pchnięta na ścianę,

ograniczona.” (s. 19)

 

Czytanie „mamidłowych” wierszy jest jak precyzyjne i bolesne wyciąganie z siebie fragmentów włókien zszywających mocno doświadczenie matki. Te szwy to obrazy, portrety, poszarpane „makatki” macierzyństwa, wyjęte żywcem z porodówek, pokoi wypełnionych dziecięcym krzykiem lub ciszą. To emocjonalna opowieść z miejsc pomiędzy, bo kobieta-matka jest zawieszona pomiędzy sobą, a dzieckiem. Kobieca jedność rozpada się, ulega metamorfozie (często gwałtownej, bolesnej, nieodwracalnej), narodziny dziecka to jakby utrata fragmentu siebie, to emocje które przepracowuje się samotnie, w kontrze do świata celebrującego idyllę macierzyństwa. 

Temat połogu otoczony jest duszącą atmosferą tabu, podobnie jak poronienie – kobietom stawia się wymagania, a rola matki to często wrzucenie na głęboką wodę niezrozumiałych emocji, galopujących hormonów i samotności. „Mamidło” Barbary Janas-Dudek wzmacnia głos i perspektywę macierzyństwa trudnego, podkreślając samotność kobiet, ich psychiczne zagubienie. Okładka tego tomu, czarna z fotografią blizny, już nakreśla czytelnikowi klimat wierszy, które zamieniają się w namacalne doświadczenie kobiet, są głosem mówiącym: „nie jesteś sama, mam podobne uczucia, mnie również to spotkało, nie bój się mówić o tym głośno.” Jesteśmy mamidłami, makatkami, matkami, nasze macierzyństwo rozpina się pomiędzy uzurpatorstwem, ciągłym poczuciem „podwójnego życia”, a bezwarunkowa miłością, która potrafi doczepić skrzydła swoim dzieciom.

„Mamidło” Barbary Janas-Dudek to poruszanie się po mrocznych i jątrzących marginesach kobiecych wnętrz. To podróż po obrzeżach przemilczanych, przytłaczających emocjonalnością i realnością i jak mówi podmiot liryczny to poetycki lament:

„za mnie, za ciebie,

tych, którzy krzyczą,

i tych bez słów

wobec prawdy

 

ronię”

(Lament, s. 61)

Naturalizm wierszy tworzą historie kobiet rodzących, zmagających się z traumą, depresją poporodową, chorobą dziecka, śmiercią. To poetycki dokument  niezagojonych blizn, matczynych samotni, które wypełniają codzienność.

„Mamidło” kojarzy mi się ze zdejmowaniem kolejnych masek i filtrów z instagramowych wycinków życia matki, jest tu cała gama zduszonych i chowanych głęboko uczuć. Może wydawać się, że jest to zimna i szorstka, brutalna i pełna fizyczności, a miejscami wręcz epatująca cielesnym naturalizmem (przejmujący fragment wiersza: „Martwe. Wywołano bóle porodowe. Kazano przeć./ Kawałek łożyska gnije w macicy. Będą łyżeczkować”, s. 24) kronika cichej rozpaczy, bezradności, wewnętrznego przeżywania. Jednak przez mocne wersy przebija czułość i intymność emocji. To intensywne, cielesno-psychiczne przeżywanie, wręcz rozrywa bohaterki wierszy, rozpruwa ich makatkowe złudzenia (bohaterka wierszy pyta swoje dzieci: „Do kogo przychodzicie? Do tej strzępiącej się makatki? Kawałka materiału, z którego wypruto litery?”, s. 22).

Metafora makatki jest pod tym względem wyjątkowo trafna i głęboka – materiał pełniący rolę dekoracyjną, barwny fragment tkaniny przykrywający to, co często chce się ukryć – to próba przyjrzenia się kobiecie zmieniającej się w matkę, od której będzie się wymagało deklaracji siły i poświecenia, która ma być „precyzyjnie wyhaftowana”, „wykrochmalona”. Kobieta staje się produktem patriarchalnej i konserwatywnej wizji macierzyństwa, idealnego i heroicznego, tu nie ma miejsca na strzępy emocji, epatowanie cierpieniem i połogowym bólem. Ciąża sprowadza się do dziewięciomiesięcznych procedur, podobnie poród.  To powolne zmarginalizowanie indywidualności kobiety.

Na szczęście „Mamidło” uwalnia głos kobiet, nadaje im podmiotowy wymiar. Liryczny obserwator przygląda się szpitalnej rzeczywistości, kadruje oddział patologii ciąży, noworodki w inkubatorach, pierwsze spotkania i niepewne oczekiwanie matek, drżących o życie dziecka. Jest blisko, „daje się wciągnąć w materię tego miejsca” jest jednocześnie jedną z matek, jak i opowiadającą. 

W tej poetyce matczynych blizn pojawia się także połóg, któremu poetka przywraca ważne miejsce w dyskusji o macierzyństwie. Takie dekonstruowanie przestrzeni tabuizowanych przez ostre ale i kobiece poetyckie narracje, uwalnia punkty styczne ciała i emocji. Ciała zawłaszczonego przez szpitalne aparatury, ciała „ograniczonego”, zniekształconego, ale i ukazanego tak bardzo naturalnie, w opozycji do kultu konsumpcyjnego piękna. 

Poetycka odwaga tego tomu odbija się w postaciach, bohaterkach, „siłaczkach” codzienności, krzątających się w kuchniach, rozdartych między sobą, a macierzyństwem. Te wiersze rodzą przestrzeń kobiecej solidarności, nie koloryzują, ale uwrażliwiają, że o bolesnych emocjach trzeba mówić, trzeba je wydobywać na powierzchnię. Mamidło mówi właśnie o tych, które milczą, zmarginalizowanych, samotnych, doświadczających trudów i mroków macierzyństwa. Bo czy macierzyństwo może być mroczne? Poemat Barbary Janas-Dudek rozbija wszelkie mury milczenia o poronieniu, komplikacjach przy porodzie, samotnych i wykluczonych matkach rodzących chore dzieci. Jest to również gorzka diagnoza polskiej opieki okołoporodowej, braku empatii i traktowaniu kobiet przedmiotowo. 

Poetka wrażliwie i czule odsłania kolejne kobiece blizny, pozwala im przejąć opowieść, ujawnić nawet te najmroczniejsze myśli, chwile rozpaczy, zwątpienia, pojawiające się kryzysy i rysy, dzięki którym macierzyństwo zostaje ukazane wielowymiarowo. Poszczególne fazy macierzyństwa wyznaczają skrajne doświadczenia, poczucie ciągłej utraty, tęsknoty, przybliżania się i oddalania. Podmiot liryczny zwierza się w jednym z wierszy: „Każdy dzień jest krokiem w pęknięcie”. Czy nie jest to trafna definicja początków macierzyństwa?

„Mamidło” to emocjonalny przekrój etapów, przez które przechodzi matka. W części „Punkty zwrotne” odnajdziemy obrazy macierzyństwa dojrzałego, „wyrastania” dzieci, nieuchronnego oddalania się od opiekuńczych ramion rodzicielki. Z mamy staje się ona mamidłem (w użyciu tego słowa brzmi zarówno pewna pieszczota, ale i pobłażliwość, a gdyby przyjrzeć się mocniej semantyce to mamidłem jest coś nierealnego, jakieś perswazyjne złudzenie; może to obraz matki, do którego każda  matka dąży, chociaż jest nieosiągalny, być może macierzyństwo to ciąg mamideł, planów, marzeń, często nierealnych, ale tkwiących w kobiecie), mającym jednak ciągle moc „doklejania skrzydeł” swoim dzieciom. I to jest najpiękniejsza i najbardziej uderzająca myśl wyłaniająca się z tomu Barbary Janas-Dudek. 

„Mamidło” Barbary Janas-Dudek wypełnia białe plamy obrazu macierzyństwa dosadną i wrażliwą metaforyką, otacza bohaterki czułością, zrozumieniem, kształtuje ich myśli w kolejne wersy, które na długo pozostają w głowie. To emocjonalna kronika matczynych blizn, wyszywanych na ciele grubymi, ciemnymi i szorstkimi nićmi strachu, obaw, niepewności, braku pewności siebie i zagubienia, ale i nadziei,wnikającymi tak mocno w duszę. 

Cyt. Barbara Janas-Dudek, Mamidło, Zaułek Wydawniczy Pomyłka, Szczecin 2020. 

 

 Za egzemplarz książki dziękuję Autorce.