wtorek, 23 sierpnia 2022

Wyłuskani z piasku


„Dłonie to jeden z dwóch największych wynalazków człowieka we własnym ciele. Szczebel, cała drabina rozwoju  (…) Bo dłonie to taki bezgłośny język człowieka” (s. 213)

Z baśniowej przeszłości „Nawiści”, osnutej na legendach Autor Nieznany. zabiera czytelnika w mroczną przyszłość, zderzając dwie rzeczywistości- cybernetyczną i pierwotną. „Dotyka… poderwać gęsią skórkę do lotu” to interesująca polemika dotycząca oplatającej nas technologii, która staje się drugim światem, lepszym, uzależniającym, dającym poczucie nieśmiertelności. Ewolucja człowieka, zmierzająca do zniesienia wszelkich ograniczeń, okazuje się jednak destrukcją. Misterna konstrukcja nowoczesnej, hologramowej, wieży Babel zostaje zrównana z ziemią przez Naturę. Piaskowe burze niszczą wszystko, grzebią całe miasta, odbierają życie. Ziemia staje się pustynią, w powietrzu nieustanie unosi się pył. Nieliczni ocaleńcy zdani będą na pamięć i wiedzę starych ludzi. Starość, pogardzana, znieważana, przezroczysta, wyśmiewana - staje się nagle wartością bezcenną. Starzy ludzie wiedzą jak przeżyć, jak nauczyć się własnego ciała, nauczyć się prawdziwego świata, odbierając go, uśpionymi przez technologię, zmysłami. Uczą na nowo bycia człowiekiem…

„Pyłowa dżungla” rządzi się własnymi prawami, w nielicznych osadach odbywają się licytacje, w których „towarem” są starzy ludzie – przewrotnie jednak nie wygrywa ten kto może zaoferować namiastkę wirtualności, władzy, dobrobytu -  ale ten, który zapewni dobrą opiekę staruszkowi.

Prawo starych ludzi. Do decydowania. Ostatniego słowa w transakcji. Prawo wyboru życia, któremu chce się poddać. Albo wyboru śmierci. Bo to może być ostatnia grupa starego człowieka. Ostatni etap jego życia. I to stary człowiek wybiera, z kim chce spędzić ten miodowy, albo dziegciowy, etap swojego życia” (s. 28)

O wiedzę Starego rywalizują dwa obozy- bracia Anti i Adm oraz ojciec z córką. Jednak planowanie i budowanie przyszłości na piachu jest złudne, bo piasek pochłania wszystko, jest śmiercionośnym żywiołem, nieobliczalnym, zawłaszczającym wszystko. Człowiek okazuje się być silną istotą, konstruującą fundamenty codzienności nawet na ruchomych piaskach, na grobach, bo chęć życia jest siłą ogromną, siłą nadziei i wiary w jutro.

Autor Nieznany. bardzo powoli i fragmentarycznie odkrywa rysy i życie bohaterów „Dotyka…”. Najbardziej silną postacią, pełną ciepła, ale i humoru, ironii jest Stary, to on staje się opiekunem swojej grupy, on zarówno jest obserwatorem, nauczycielem jak i pocieszycielem. On jedyny zna doskonale swoje ciało i jest pełen nadziei, którą obdarowuje innych. Jego wiedza, a raczej doświadczenie, wysoka wrażliwość i empatia pozwalają młodym ludziom przeżyć. Stary to naprawdę wyjątkowa postać, chciałoby się go nazwać czarodziejem codzienności, zwyczajności. Adm i An to przeciwieństwa, Adm nie potrafi żyć w realu, wciąż marząc o wirtualnym świecie jest „technologicznym zombi”.

Virnita! To jest jego świat! Virtual infiniti. Wirtualna nieskończoność. Adm nie potrafi bez niej żyć. Ale też nie potrafi do niej wejść. A potrzebuje. Pragnie. Podłączenia do zasilania. Już teraz natychmiast. Na zawsze. Do śmierci. Jego albo baterii. Lepiej jego.” (s. 24)

Natomiast An przejmuje rolę opiekunki, jest bardzo związana z naturą, rodziną, jest gotowa do poświęceń. Ich losy złączą się, mimo niechęci i wrogości, potrzeba bliskości okaże się nadrzędną wartością. I taki jest również przekaz tej historii – człowiek nie może żyć w samotności, być bytem jednostkowym, egocentrycznym. Dopiero totalna apokalipsa przewartościowuje życie, usuwa to, co człowiek zgromadził wokół siebie i nazwał szczęściem. Potop piasku przesiewa przez sito destrukcji złudzenia, namiastki, maski, ludzkie prawa i osiągnięcia, pozostawiając tylko to, co prawdziwe, szczere, ważne.  

„Dotyka..” to niezwykła opowieść, tak bardzo przemawiająca do wyobraźni, szczególnie teraz, gdy w pogoni za nowoczesnością, ułatwiającą ludziom życie, niszczymy i dewastujemy przyrodę, całe systemy ekologiczne. Porusza mnie to mocne przesłanie, które wybrzmiewa w poszczególnych opisach wszechogarniającej pustyni pyłu, otaczającego ocalonych szczelnie jak całun.

To przesłanie o wściekłości Matki Natury, o destrukcyjnej manii wielkości, która pcha człowieka ku zagładzie. Autor Nieznany. zadaje wiele ważnych pytań o naszą przyszłość, rozwój technologii, relacje młodość-starość, człowiek - natura. Szczególnie warto zatrzymać się nad kwestią ciała, które okazuje się być powłoką, bezwładną skorupą. Ciało to ograniczenie, balast, więc ludzkość przestaje go używać, poznawać za pomocą zmysłów drugiego człowieka. Zamiast emocji, uczuć, życie zamknięte zostaje w impulsach, sztucznych bańkach generujących w umysłach konkretne intensywne przeżycia.

Piach odwraca bieg świata, to co wielkie staje się bezużyteczne, powraca rola mędrca, starego człowieka, który wie jak przetrwać w świecie pozbawionym technologii. Tylko starzy ludzie wiedzą jak wiele siły niesie dotyk, gest, mimika, język. Młodzi zdają się wychodzić z jaskini niewiedzy, życie w Viralu pozbawiło ich cielesności, szczerości uczuć, prawdziwej bliskości i rozmowy z drugim człowiekiem. Już to wydaje się być jednym z etapów samozagłady.

 W tej apokaliptycznej wizji przyszłości człowiek nagle zostaje odcięty od holoświata, matriksa, rodzi się na nowo w rzeczywistości, w której jedyną władzę sprawuje nieokiełznana natura. Potop piachu pochłania i grzebie iluzje, jest śmiercią, ale i ocaleniem przed całkowitą dehumanizacją, przed wirtualnością, która pozbawia ludzkie ciało siły, sensualności, odczuwania. Autor Nieznany. w poszczególnych rozdziałach przybliża nam świat przed katastrofą. Virnita to dążenie człowieka do szybkości, skrótowości, stworzenie nowego sposobu komunikowania się – nie przez język, ale przez palce. Brzmi to bardzo znajomo, boleśnie znajomo…

W virnicie nie używa się języka w gębie. Ten czerwony goły mięsień jest niepotrzebny. Zanika. Bo jest za wolny. Za dużo ruchów musi wykonać; za bardzo się napocić, naślinić. Dotknąć podniebienia, zębów, wydłużyć się, cofnąć, zmusić do ruchu wargi, w przy wyraźnym artykułowaniu – też policzki…”  (s. 39)

To świat hologramów, lepszych i identycznych wersji nas samych, to przejmująca samotność jednostki powielonej i bytującej w wielu wersjach, kopiach siebie. To jest prawdziwa apokalipsa, „techapokalipsa, istnienie tylko dla siebie, dla własnej przyjemności:

„Dla ludzi holo były ludźmi. Takimi prawdziwymi. Realniejszymi niż ci z krwi i kości. Lepszymi. Najdoskonalszymi. (…) Przecież inny człowiek nie będzie robił tego samego. Nie będzie bawił się w te same gry, rozmowy, marzenia, przyszłości. A hologram nie narzeka, nie opiera się. Jest chętny, zapalony, oddany. Robi wszystko co jego człowiek. Bo jest nim. Jego człowiek robi wszystko co hologram. Bo jest nim. (…) Kompan idealny, Idealny drugi ja. Pierwszy ja.” (s. 109)

Autor Nieznany. dozuje napięcie, stawia na krótkie zdania, słowa-klucze, otwierające nasze emocje, wyobraźnię i bramy skojarzeń. Bardzo lubię struktury językowe, które wybiera pisarz, są one rozbudowane, łańcuchowe, świetnie opisują bohaterów jak i przestrzenie (dodajmy, że to puste krajobrazy, szare, pozbawione roślinności, życia). Pisarz wyczuwa tkankę języka, tworzy oryginalne metafory, postapokaliptycznej prozie, ciężkiej i mrocznej -  nadaje poetyckich korzeni. Ten charakterystyczny styl językowego obrazowania świata, znany z debiutanckiej powieści „Nawiść”, pozwala słowom, rozsypanym jak ziarenka piasku, stworzyć wrażenie labiryntowej konstrukcji, w której zatracamy i się gubimy wraz z bohaterami.

 „Dotyka… poderwać gęsią skórkę do lotu” (wydawnictwo nieznane.) opowiada właśnie o tym, co najprostsze, najbliższe, najważniejsze, jednak niedoceniane, pomijane, spychane na margines w naszej pędzącej rzeczywistości. Wydaje się, że to powieść o nie tak oddalonej przeszłości. I chociaż drży serce na myśl o technologii hologramów i burzach piaskowych, to intuicja podpowiada, że to bardzo prawdopodobny plan przyszłości człowieka, jeżeli bez refleksji będziemy nieustannie gonić za nieśmiertelnością i władzą totalną nad życiem i przyrodą.

Wyjątkową osobliwość stanowi okładka książki – trójwymiarowa, ożywa wraz z dotykiem czytelnika! To tylko podkreśla jak spójne i dopracowane projekty książkowe tworzy Autor Nieznany.

Książka Autora Nieznanego. ukazała się w 2021 roku pod skrzydłami: Przeczytane. Napisane, SieCzyta oraz Książkojadów.

Cyt. Autor Nieznany., „Dotyka… poderwać gęsią skórkę do lotu”, wydawnictwo nieznane.

niedziela, 21 sierpnia 2022

O ciemności, która "rozsiewa się przez język" - debiut poetycki Dariusza Patkowskiego

Czerń nokturnu wypełni treść naszych domostw 

(***)

„Nokturny” Dariusza Patkowskiego (wyd. Kwadratura) przywędrowały od samego autora, który ukrywa się pod pseudonimem. Dość obszernie o tym debiucie pisała już Kinga Młynarska, zachęcam do przeczytania jej tekstu. Swojej lektury nie zaczęłam od pierwszych wierszy, ale wybrałam jak z talii kart, kilka przypadkowych utworów, trafiając akurat na poetyckie przestrzenie tętniące sierpniowym upałem, bez-czasem, oślepiającym błękitem „poprzecinanym sierpniem”. Pierwszy impuls przeczucia, że jest to rewelacyjny tom, przyszedł wraz z wierszem „Wychodząc rano z domu, widziałem”, który zamienia obraz sierpniowego miasta, rozgrzanych blokowisk  w bukiet kwiatów. Obserwujący rejestruje i tym samym puentuje : „Lato skondensowało osiedle w bukiet”.

 Jednak uważna lektura całego tomu oraz mott dotyczących materii snu, pokazuje nieustanne przenikanie się ciemności, która „rozsiewa się przez język” oraz światła  - tego porannego, łagodnego, sączącego się światła ulicznych lamp lub z „kwadratowych okien” miasta. Nie są to jednak obrazy zestawiane na zasadach opozycji, raczej jako spleciony warkocz, warkocz jawy i snu.

 Tu ciemność jest kokonem utkanym ze snu, materią metamorfozy, przekształceń, natomiast światło zdaje się być skrzydłami, już ukształtowaną formą rzeczywistości. Przebudzenie, porzucenie kokonu nocy przez bohatera wierszy jest nagłe, ostre, surowe. Oślepiające światło nadaje rytm codzienności, jest w nim jednak coś paraliżującego, poranek to „świetlisty skalpel” rozpruwający „skórę nocnej syreny”. Świt jest dla podmiotu również momentem twórczym, gdy wiersze noszone w „przegródkach portfela” „na małych, kwadratowych karteluszkach” zostają przepisane i utrwalone w pliku tekstowym.

Światło obrysowuje kontury, dookreśla obraz, wyostrza lub przeciwnie - oświetlony detal, fragment zostaje skąpany w łagodności, jakbyśmy widzieli go spod delikatnie przymrużonych oczu. Ten moment wystarcza aby wyobraźnia poruszyła turbiny i wywołała emocjo-wstrząsy. Obserwator świata w „Nokturnach” opowiada historie przedmiotów, ale podąża własną drogą, unika schematów i skrótów myślowych, zaskakuje czytelnika – choćby obrazem dziecięcej zabawy w rzucanie kamyków do wody (wiersz „Lustra”). Z perspektywy dziecięcej kamień uzyskuje osobowość, jest czymś więcej niż przedmiotem.

Jakkolwiek światło nie rozjaśniałoby mroków, to ciemność i noc stają się sprzyjającą scenerią wyobraźni, wykluwania się słów.

(…) W mieszkaniu zapada noc

Wychodząca z ramion zasypiającej żony.

Na świt jeszcze trzeba poczekać” (New Era, s. 23)

 

Czym jest ta ciemność, która przenika, skrada się, oplata każdy z wierszy? W wierszu „Chesed” chyba znajdujemy odpowiedź w bardzo poruszającej, intymnej scenie - bohater przebudzony ze snu próbuje dotknąć ciemności, dookreślić czym jest i wtedy bliska mu osoba w jakby sennym letargu odpowiada: „To jest świat”. I kiedy w jednej z wizji podmiotu „Czerń nokturnu wypełni treść (…) domostw”  czujemy własną niepewność i lęk, to emocje bohatera wydają się być sprzężone, zakorzenione w nocy. Jest w tych metaforach i tajemnica, i łagodność, czułość:


„(…) Ciemność

nachyla się, kładąc ciężką dłoń

na mojej twarzy” (Niechciane, s. 41)

 

W przestrzeni miasta, które jest „ogromną pajęczyną wysamplowanych wspomnień”  powracają obrazy przeszłości, dzieciństwo, dawne relacje, znajomości. Okno staje się miejscem rejestrującym codzienność, przez nie podmiot obserwuje nocne miasto. Noc jest kobieca, otacza, zatapia, jest nieuchwytnym oddechem, który można tylko poczuć i zapamiętać.

Poeta operuje nie tylko scenerią ciemności, ale i sięga po ciszę, obrazy przyrody (drzewo jako „ rozkwitający krzew codzienności”), zmieniających się pór roku.

„Nokturny” przetykają nostalgiczne wersy i historie, obok zachwytu jest też gorzki smak rozczarowania. Wyobraźnia „opustoszała i otwarta” jak „zrabowany skarbiec” – jest jednak „niezastąpiona”, słowa ścierają się z chęcią przemilczenia, nieodpowiedzenia świata. Ostatnie wersy przejmujących wierszy, pełnych goryczy i mroku oplata zaskakująca i troskliwa nitka nadziei. Niektóre jednak utwory kończą wersy pełne pytań, otwartych przestrzeni, nieodkrytych tajemnic i nieodczytanych snów.

Dariusz Patkowski debiutuje wspaniale, z wyobraźnią, otwartością, wyjątkowym zmysłem splatania metafor i symboli. „Nokturny” to zachwyt nad tajemnicą snów, nocnych przestrzeni, bliskością drugiego człowieka, ale warto zauważyć, że są one również naznaczone poczuciem upływającego czasu, przemijania odbijającego się w przedmiotach, codzienności. Sny odwracają role, dopowiadają to, co przemilczane w ciągu dnia. Na pewno jest to książka, do której się wraca – latem, odkrywając blokowiska zastygłe w błękicie i zimą gdy noc rozświetlają okna budynków „jak częściowo otwarty kalendarz adwentowy, w którym czekają długie i ciemne godziny”. Ciemność można próbować oswoić, można ją odkrywać, odczytywać jej kształty, pozwolić na jej dotyk i niepewność. Bardzo dobry, nietuzinkowy debiut!

Cyt. Dariusz Patkowski, Nokturny, wyd. Kwadratura, Łódź 2021. 

czwartek, 27 maja 2021

Rozsznurować usta i zaczerpnąć słów

 

„może jeszcze zagrają (w) słowa. reszta

to przecież pył.”

 

(fragm. wiersza: „najbardziej sam człowiek na świecie”, s. 43)

Milczenie, wyparcie, odseparowanie to zaklęcia, którymi próbujemy łatać codzienny świat. Nawet gdy emocje nas rozdzierają, rozszarpują wciąż decydujemy się upchać je w najgłębsze szczeliny umysłu. A pojemna jest ta przestrzeń, te uczuciowe trociny mogą tkwić i pęcznieć latami. Tom Beaty Kołodziejczyk „Bez żadnego trybu” (2018, wyd. Morphinum) to miejsce wewnętrznej szczerości,  próba zmierzenia się i nadania kształtu stanom, które powodują rozbijanie, izolowanie, separowanie człowieka od bliskości, marzeń, poczucia własnej wartości.

 Autorka stosuje całą paletę opowieści – od czułego i nostalgicznego gestu uzewnętrznia po krzyk jako wyraz niezgody na obojętność, nadużywanie władzy przez ludzi, skostniałe tradycje i skamieniałe role kobiety i mężczyzny. „Bez żadnego trybu” to poetyka buntu, mocnych i dosadnych słów, ostrzonych i patroszących „miejsca, których istnienia się nie spodziewamy”.

Czytanie tych wierszy było bardzo impulsywne, pełne niepokoju, ale i wzruszającej otwartości. Zagnieździło się we mnie niewiarygodne wręcz poczucie, jakby ktoś złapał moją dłoń, wydobywając jednocześnie na głębie wszystkie najtrudniejsze uczucia i rozrastający się, mroczny i ukorzeniony, unerwiony strach. Bo w tych często krótkich, dosadnych słowach jest krzyk, złość, ironia, ale i śmiech czasami przez łzy. Są one oczyszczające, pocieszające, gładzące umysł i wołające gdzieś z głębi wersów: spokojnie, ja też tak mam! Nawet gdy samotność, bezsilność, poczucie opadania na dno zaciskają na myślach pętle bezwładności, wersy Kołodziejczyk są głosem, a może nawet gestem wsparcia, współodczuwania, możliwości wysłuchania naszych historii i przyjrzeniu się sobie.

Poetka dobrze zna siłę słów, potrafi z nich wydobyć wspólne doświadczenie, piętrzące się emocje, które uwalnia precyzyjnym i dobitnym wersem. Ten tom pozwala swobodnie płynąć emocjom, daje im przestrzeń do wydobycia się na powierzchnię. Bohaterka wierszy ta - „bezsenna/ bezdenna/ bezwiedna/ bezczelna”- reprezentuje wszystko  to, co marginalne, skrzywdzone, napiętnowane bólem i poczuciem własnej kruchości. Tylko drugi człowiek może wydobyć z tła, rozjaśnić czerń, chwycić za rękę i „za(trzymać) w garści”.

Codzienne rozpadanie się, zmaganie się z własnym ciałem ale i umysłem – to tematy, w których można utonąć, nie docierając nawet do głębi, esencji. U Beaty Kołodziejczyk nie ma złotych recept, pustosłowia czy powierzchownych dyskusji. Jest przejmująca, współczująca i wrażliwa postawa podmiotu, który jest przygotowany na trwanie i obecność:

„zostaje mi tylko trwać. i co dzień

mieć gotowe rękaw, gdyby

człowiek chciał w nie wypłakać

zielone oczy.”

(oddałabym wszystko, s.20)

Wiersze z tomu „Bez żadnego trybu” to wydobycie z ciemnej szafy jakiegoś zespołu urazów, psychologicznych traum, chorób, które budzą ostracyzm, niezrozumienie przez nadbudowane i umacniane społeczne stereotypy i szufladkowe slogany. To często zamykane w czterech ścianach dramaty (tak jak w przejmującym i szorstkim wierszu „Z początkiem sierpnia gniew znalazł ujście” czy jakże szczerym „Depressio”), odważne rebelie słowne przeciwko chorobie, które wybrzmiewają czarnym sarkazmem i buntem („skończyły mi się kanały”, „nikogo”). 

Człowiek w lirycznych odbiciach Kołodziejczyk ma kieszenie pełne smutku, jego ciało wciąż uwiera, przynosi wewnętrzną przemoc, jest wypatroszony z poczucia stabilności i bezpieczeństwa. To istota rozczłonkowana, rozbita na kawałki przez chorobę, nałogi, drugiego człowieka, strach, narastające lęki pogłębiane przez otaczającą rzeczywistość, nafaszerowaną kombinacją polityczno-farmakologiczną. Echem odbija się wers jednego z wierszy: „aż strach w tym kraju być smutnym”. 

Ludzkie lęki, zaburzenia, autoagresja, przemoc, idą u Kołodziejczyk w parze z opisem polskiej rzeczywistości. Być może to  właśnie w tej naszej współczesności legną się larwy zła, pęcznieje niespodzianie i chaotycznie orwellowski mrok.  Parafrazując jeden z tytułów wiersza – może w tej zaraźliwej „hejtpolskości”  tkwi źródło samotności, obojętności i społecznego stygmatyzowania, wykropkowywania i przemilczania dramatów.

W kraju, gdzie szerzy się jak wirus „nełopatriotyzm” i politycy bawią się w konstruktorów wartości i ludzkich sumień, a  „ludzie chętniej od myślenia/ włączają internety”, mówi się językiem podziałów, knebluje słowami. Wiersze-zwierciadła, w których odbija się polska rzeczywistość to zaangażowany i krytyczny głos podmiotu-buntownika/buntowniczki. To niezgoda na spłaszczanie i wybielanie tematów tabu, tematów niewygodnych dla polityków. Każdy z wierszy to gorzka diagnoza polskiej „zmartwizny”, „ojczeźnianych”  mitologii, które zawiązują usta inności i marginalności. Podoba mi się, że podmiot potrafi z dystansem opowiadać o sobie, cynizm okazuje się dobrym pancerzem lub kokonem chroniącym przed absurdalnością nowoczesności.

 Aby opowiedzieć o wymiarach wojny polsko-polskiej poetka wykorzystuje idealne proporcje ironii, językowej wieloznaczności, literackich dygresji („Hitler nie przewraca się w grobie”), świetnie przytacza język hejtu, zawiści, internetowych trolli („wiersz o przedłużaniu penisa”; „hak z uchem prezesa”; „wiersz o polskim hejtmalaizmie”).

Tom „Bez żadnego tryby” Beaty Kołodziejczyk zaskoczył mnie tak mocną i wyczuloną grą słów, odwagą wyrażania emocji oraz doświadczeń, które często trzeba przepracować, aby mieć siłę o nich opowiadać. Szczerość i niesamowita ostrość tych wierszy daje czytelnikowi wiele satysfakcji, ale i pozwala zmierzyć się z tym, co często nienazwane, otulone milczeniem. 

Poezja Beaty Kołodziejczyk przypomina schody, zakurzone, śliskie i najczęściej zrujnowane, prowadzące  do mrocznej piwnicy, która wciąż się rozrasta, bo upychamy w niej wszelkie graty w postaci lęków, bólu, samotności, przemilczanych krzywd, niezgody na układaną przez władzę, rządzącą partię, rzeczywistość. To wiersze kłujące, cierpkie, buńczuczne. Tym bardziej więc wybrzmiewają, te wersy pełne zrozumienia, wrażliwości niosącej nadzieję, gest jedności, gest bycia z drugą osobą. To nie jest gotowa, magiczna recepta na życie, która tak łatwo i gładko wygłaszana jest przez pseudoautorytety, ale to ciągła nauka, proces, dojrzewanie, błądzenie i powracanie. Wiersze z tomu „Bez żadnego trybu” potrafią obnażać czarno-białe iluzje i przecinają zasznurowane usta, pozwalając odczuć i poznać całą gamę emocji bez wstydu i obaw.  

Cyt. Beata Kołodziejczyk, Bez żadnego trybu, wyd. Morphinum, Warszawa 2018.

poniedziałek, 10 maja 2021

Pod skrzydłami kruka, czyli słowiańskie pradzieje w baśniowo-turpistycznym płaszczu


„Na tarczę z białym orłem opada krucze pióro”

 (s. 45)


Gdy książka rozgałęzia się w sercu, rozrasta słowami, zapuszcza korzenie, przenika do myśli, to znaczy, że znalazła swojego czytelnika. Odbiorca staje się depozytariuszem opowieści, nosi ją w sobie, powraca do wątków i nieustannie odkrywa jakiś fragment siebie w przeczytanej książce. I w tym zachwycie jest ogromny paradoks – opowieść wnika bardzo głęboko w czytelnika, staje się jego „intymną przeżywalnią”, przestrzenią wzruszeń, ale i historią do opowiadania, polecania, dzielenia z innymi. „Nawiść”  to literacki materiał do (współ)dzielenia się czytelniczymi emocjami i szperania w swoich. Sam tytuł, tak skrajnie znaczeniowy, pojemny i mocny w wydźwięku, buduje warstwy emocjonalne w powieści. Chociaż „warstwy” to chyba zbyt wąskie określenie bogatego katalogu odmian nawiści, rozgałęziającej się w strukturę niezwykle barwą i wielopoziomową. Nawiść to coś szerszego, bardziej złożonego niż uczucia, biegunowe emocje, to żywa tkanka ludzkiego istnienia, komponent życia, miąższ wewnętrznego świata, mechanizm napędzający psychikę.

Kilka słów o samej fabule. Turpistyczna baśń o wiecznym dążeniu człowieka do władzy, to historia tkająca się, a trochę wijąca się wokół retrospekcji, uzupełniająca się wraz z lekturą czytelnika. „Nawiść” rozpoczyna bardzo przejmująca sceną spadającego do wody ciała kobiety, jej śmierci, która przypomina tonięcie Szekspirowskiej Ofelii. Tajemnicza, oderwana sekwencja nabiera znaczenia wraz z lekturą, czytelnik chwyta przynętę, momentalnie daje się zaciekawić, chce poznać tożsamość i historię tonącej kobiety. Warto się tej scenie mocniej przyjrzeć, bo już pierwsze zdania odkrywają bardzo metaforyczny i poetycki styl Autora Nieznanego.:

„Kobieta opada na Dno Powietrza. Tam, gdzie Księżyc rzucił linę. Na chwilę zatrzymuje ją strop Wody. Łamiący się. Otwierający z trzaskiem. (…) Przez moment na powierzchni ubranie i włosy doganiają ciało. I rozpadają się na wszystkie strony. Chwytają się falującej liny. I Tafli. Rozcapierzają. Przylegają do niej. Kiedy ciało zanurza się w Wodzie, włosy zakrzywiają się jak haki. I rozpaczliwie wczepiają w powierzchnię.” (s. 6.)

Fabuła jednak zbyt szybko nie zaspokaja pierwszej ciekawości, ale wije się własnymi ścieżkami równie zajmującymi i potęgującymi czytelnicze napięcie i niecierpliwość. Towarzyszymy synowi Księcia i Samborowi, którzy przygotowują się do obrony Grodu przed silniejszymi Najeźdźcami. W głowie Sambora rodzi się plan, który ma ocalić Gród Księcia. Równocześnie poznajemy historię sprzed kilkunastu lat kiedy również dochodzi do najazdu i krwawej bitwy.

Podczas przejęcia Grodu, następuje bratobójczy przelew krwi, który kończy się przejęciem władzy przez Księcia Mścisława. Mężczyzna opętany władzą, opiera się przed wprowadzeniem na swoje ziemie nowej religii jednego Boga, marząc o podbijaniu kolejnych ziem. Aby zaspokoić swoje aspiracje korzysta z wizji tajemniczej Wiedzminy, która żyje w ścisłej symbiozie z Przyrodą i posiada nietypowe umiejętności odczytywania powtarzających się kręgów historii. Cień ojcowskich żądz kładzie się również na osobowościach jego dzieci: bliźniąt: Licy i Zadara. W przyszłości to córka ma objąć kruczy tron po śmierci ojca. Młody książę i księżniczka zaprzyjaźniają się z Samborem, który staje się jednym z najodważniejszych wojowników w grodzie. Budzące się nawiści, przeszłość, tajemnice, niespełnione pragnienia i samotność, mocno naznaczają bohaterów i wciągają ich w dynamiczną i pełną intryg historię. Historia jest tak utkana, że jej scalenie przynosi czytelnikowi mnóstwo przyjemności i efektu zaskoczenia (zakończenie wywołało huragan w mojej głowie !).

„Nawiść” Autora Nieznanego. to książka wyrazista, korespondująca żywiołowo z legendami, słowiańską mitologią, symboliką. Rewelacyjnie też wnika, rozkłada na czynniki pierwsze  psychologię postaci, mechanizmy władzy, wojny, religii. Przejmujące jest, że straszniejszą od wszelkich potworów, smoków, wilków, topielców i stworzeń zamieszkujących praświaty i ludzką wyobraźnię, wydaje się być władza człowieka. Zabijanie dla zdobycia władzy, dla rozrywki, dla zaspokajania ambicji.

Prahistoria o polskich ziemiach, ale przejmująco współczesna, uniwersalna w pokazywaniu cech narodowych, naszych polskich skłonności, mocno zarysowuje powtarzający się bieg dziejów, pewien cykl życia i śmierci. Pierwsze, co uderza w tej opowieści, to mrok, czarny jak pióra kruka, czający się w puszczy, w odłamkach, tego co ludzki umysł nie potrafi objąć logiką i władzą. Mrok ten jest jednak o wiele gęściejszy, lepiący i odrażający, gdy sączy się do ludzkiego umysłu, serca, pozwala rozkorzeniać się nawiściom. „Nawiść” to historia o dążeniu do władzy, takiej totalitarnej, zniewalającej człowieka, gotowego poświęcić najbliższych i własne wartości. Autor bardzo głęboko schodzi do ludzkiego wnętrza, piekielnego labiryntu emocji, próbując oddać ich gwałtowność, złożoność, wielowymiarowość.

Pseudonim jaki wybrał sobie pisarz - Autor Nieznany. trochę sugeruje nam trop powieściowy, bo przecież legendy i baśnie, ludowe podania nie miały jednego twórcy, były historiami opowiadanymi, pełniącymi rolę spajającą, integrującą słuchaczy („Nawiść” też posiada taką siłę łączenia czytelników, łańcuch poleceń wciąż działa z ogromną mocą, rekomendacje na blogach: Przeczytane.Napisane, SieCzyta). Autor pozostawał kimś anonimowym, ale też wydaje mi się, że sama historia była o wiele ważniejsza od jej opowiadającego. Autor Nieznany. trzyma klimat, pozwala uchwycić tajemnicę, jest pokornym piewcą pradawnych historii, pozostaje w cieniu.

Autor Nieznany. potrafi zaplatać historie, każda nitka, czyli słowo powieści jest preparowane i oglądane z wielu stron. Opisy tworzą przestrzeń dla wyobraźni, pozwalają na wielowymiarowe przyglądanie się światom powieści. Nie dłużą się, nie powodują znudzenia, wypełniają szkielet fabularny. Dobór słów, ich intensyfikacja, rozbijanie znaczeń i wyłuskiwanie dosadnych tonacji uczuć, podkreślają oryginalny i bardzo kunsztowny styl Autora Nieznanego..Warto wspomnieć, że pisarz umiejętnie i z pasją potrafi nakreślić odpowiedni klimat opisywanych kadrów: od poetyckiego opisu włosów Wiedzminy Preterity (który zamienia się w mikrobaśń o przechowywaniu pamięci) po frywolny i sarkastyczny, bardzo naturalistyczny, ale i podszyty groteską - portret ucztujących po zwycięstwie wojowników, zanurzających się bez opamiętania w alkoholu.

 „Nawiść” zbudowana jest na wielu opozycjach, centralną stanowi Człowiek-Natura. Również pod względem przestrzeni odnajdziemy inny rytm opowiadania i poetyki: Natura jest bardziej metaforyczna, skrywająca to, co oko ludzkie nie potrafi zarejestrować. To w niej gnieżdżą się baśnie, kiełkują legendy i symbole. Autor bardzo sugestywnie rejestruje te drgania poprzez język – proste obrazy chmur czy jeziora, następującego dnia po nocy, zmieniających się pór roku, wzrastających drzew i mchów, rozwijają się poprzez słowną ornamentykę w liryczne narracje. To żywe i tajemnicze organizmy przynależne Naturze (dlatego ich nazwy pisane są wielką literą aby wskazać, że nie są tylko tłem opowieści), myślące i czujące, wrażliwe w swoim pięknie:

„Jest ciemnozielono od Mchu. Gęsto-misterne utkane Porosty są wszędzie. Na Ziemi. Na zgniłych Liściach. Na Pniach. Na zwalonych, od dawna umarłych już Drzewach. Tych, które przeniosły się do krainy przodków-Drzew, Bogów-Drzew. I na tych rosnących, kwitnących świeżą zielenią. Które dopiero marzą, żeby stać się wielkimi, sławnymi Drzewami. Mchy zwisają z Gałęzi długimi puchatymi sznurkami.” (s. 122)

Świat ludzi to katalog różnych barw nawiści, zabarwiony najczęściej mrokiem i krwią. Język, którym operuje autor przy opisie mieszkańców Grodu jest szorstki, dosadny, opierający się na cielesności, żywiołowości uczuć, iskier podpalających gwałtowny ogień ambicji i żądz. W świecie Przyrody obserwujemy porządek, szacunek, natomiast ludzki świat jest mechanizmem przewrotnym, nieprzewidywalnym, napędzany dynamiką wojen, śmierci i nienawiści.

Powieść językowo jest na bardzo wysokim poziomie, ileż niepokoju wzbudzają opisy ucztujących kruków czy turpistyczne ujęcia zmasakrowanych ciał po bitwie. Zadziwia mnie cały rozmach środków opisu, mocnych, turpistycznych, dosadnych, a także operowanie perspektywą szczegółu i detalu. W krótkich, delikatnie lapidarnych, często zamykających się w jednym słowie, zdaniach, tkwi magnetyzm świata „Nawiści”. Jedno słowo porusza lawinę skojarzeń, obrazów, tworzący się łańcuch zarysowuje jednak literacką mandalę, w której poszczególne kręgi przenikają się, nawarstwiają i zespalają w jedność. Ale czym jest opowieść o tej książce bez wchodzenia w tekst, weźmy choćby na warsztat opis siły słów:

„A słowa mają siłę. Ciepłą. Dobrą. Kojącą. Ale to trudniejszy sposób używania języka, mowy. Niewielu chce się wysilać. Szukać ważnych, dobrych, potrzebnych, mądrych słów. Których zresztą jest mniej. Wygodniej  jest wybrać te, których jest więcej. Które są łatwiejsze. Które ślina szybciej na język przyniesie. Lepiej wybrać tę drugą mowę. Mowę zła. Mowę kłamstwa. Mowę trawę. Mowę nienawiści.” (s. 279)

Takich fragmentów, które tak mocno komentują i wchodzą w naszą codzienność jest naprawdę wiele w całej książce. Pojawiają się nagle i ścinają czytelnika z nóg, wchodzą pod skórę, osiadają się w głowie, aby pokazywać jak niewiele zmieniło się w człowieku, uczucia pozostają językiem uniwersalnym, nie zmienia ich czas, ani też metamorfozy świata.

Bohaterowie to również esencja napędzająca dynamikę „Nawiści”. Każdy z nich toczy wewnętrzne walki, ich życie oplatają i wiążą tajemnice, mroczne niedopowiedzenia i milczenie przeszłości. Sambor, dziecko lasu, wychowany przez Preteritę w otoczeniu świata Przyrody, odkrywa swoje przeznaczenie, wydaje się być najjaśniejszą postacią „Nawiści”, chociaż zagubiony i samotny, przynależy bardziej do Natury. Poznaje smak przyjaźni, miłości, gwałtownych i burzliwych uczuć. Mocne, charakterystyczne rysy odnajdziemy również w postaciach królewskich bliźniąt: Licy i Zadara. Nie żyją oni tak jak pragną, przybierają kostiumy i maski, które szczegółowo zaprojektował dla nich ojciec. Lica ma być silną władczynią, więc Książę wychowuje ją jak mężczyznę. Natomiast Zadar wciąż próbuje udowodnić ojcu swoją wartość i męskość. Zarówno Młody Książę i Księżniczka są osamotnieni, pozbawieni miłości, otoczeni surowością, szukają kogoś, kto mógłby odkryć ich prawdziwą osobowość. Bardzo interesującą postacią jest Preterita, Wiedzmina, czerpiąca swoją siłę z przeczytanych ksiąg i znajomości świata roślin. To wyrazista, mocna osobowość, podobnie jak Książę, którego decyzje i charakter ukształtowały konkretne wydarzenia z przeszłości. Złożony z mrocznych „nawiści”, okryty peleryną z kruczych piór sam przybiera jakby postać człowieka-kruka, osamotnionego, przerażającego, czerpiącego radość ze śmierci, karmiącego się strachem i zadawanym cierpieniem. „Nawiść” dość mocno nawiązuje do symbolu kruka, do jego natury, ptaka traktowanego jako towarzysza śmierci, wojny. 

Powieść Autora Nieznanego., jego prozatorski debiut, porusza wiele tematów, które można wyłuskiwać i rozpatrywać z wielu stron: choćby ścieranie się religii, wojny religijne, przemocowe wprowadzanie nowej religii a zbiorcza pamięć wierzeń ludowych, problematyka władzy i jej wpływ na człowieka, mechanizmy manipulacji.

„Nawiść” Autora Nieznanego. to spleciony, z finezją i wrażliwością literacką, warkocz polskich legend, podań, słowiańskich wierzeń. Poetycka wirtuozeria oplata intensywną i dynamiczną fabułę o znamionach szekspirowskiej intrygi. Odnajduję w tej baśniowo-turpistycznej historii dużo zadr i dylematów współczesnego człowieka, to opowieść o każdym z nas, o wewnętrznym katalogu nawiści, która często wylewa się z nas, podtapia, dusi, zabiera oddech. „Nawiść” ujęła mnie precyzyjnym i wyczulonym zmysłem doboru słów, stylów, bohaterów (zwłaszcza silnych kobiecych postaci). Każdy element jest tu dokładnie przemyślany, nie ma przemilczanych scen – jest odwaga, wyrazistość, szacunek do czytelnika i do tworzonej opowieści. Pisarzowi udaje się spiąć wszystko w przemyślną i niebanalną kompozycję, która zanurza czytelnika w toni fabularnych tajemnic, niespodzianek, językowych i słownych przestrzeni.  Jestem zaskoczona, że tak świetnie można odnaleźć się w tej dość nietypowej formie, lekko eksperymentalnej, ale porywającej narracją i głębią opisu. Odczuwam w tej historii pewną szkatułkowość, rozgałęzienia te, tworzą mikrobaśnie, podszeptują czytelnikowi oniryczne obrazy, pełne fantazji i zmysłowości. „Nawiść” to opowieść stworzona z intensywnych barw: kruczoczarnej czerni, krwistej czerwieni i onirycznej zieleni. To książka do przegadania, do odkrywania, do czytania zachłannego i czytania zapamiętującego, delikatnego, podążającego za słowem. Każdy z nas odkryje w niej coś dla siebie, własną definicję nawiści. 

PS. Nie czekajcie z jej przeczytanie, nie odkładajcie. Zaufajcie, bo poleca i czuwa nad nią, prawdziwa pasjonatka literatury - Kinga Młynarska z bloga Przeczytane.Napisane. Dziękuję jej za polecenie tej książki i odkrycie drzemiącej w niej ogromnej wartości.

Cyt. Autor Nieznany., Nawiść, Wyd. PrimoLibro, wyd. I, Warszawa 2020.