sobota, 19 stycznia 2019

U pana Boga w Leszczynach

O pojawieniu się kolejnej powieści rzeszowskiego pisarza – Janusza Koryla  nie było zbyt głośno. Już sama liczba recenzji, których ukazało się dosłownie kilka, pokazuje, że „Pióro anioła” zginęło w natłoku premier wydawniczych. Szkoda, bo jest to dobra, przemyślana i wrażliwa proza. Janusz Koryl to przede wszystkim poeta, co daje odczuć się nawet w prozatorskich tekstach. Liryczność odnajdziemy również w opowieści o mieszkańcach Leszczyn, autor z przekorą i ironią obrazuje stosunki międzyludzkie na wsi, w której wszyscy się znają, a ostatnie słowo zawsze należy do proboszcza. Szara rzeczywistość przeplatana jest  tutaj onirycznością, magicznością, autor stara się zwrócić uwagę czytelnika na detale – piękno piejącego koguta, tęskny dźwięk akordeonu, zmieniający się krajobraz rzeki w zależności od pory roku. Leszczyny, chciałoby się rzec polskie Betlejem, to literacka soczewka, w której skupiają się wszystkie nasze narodowe przywary, z jednej strony budzące uśmiech, cynizm, a z drugiej tak bardzo ludzkie, prozaiczne. 

Wieś, której obraz wyszedł spod pióra Janusza Koryla nie jest przerysowana, nie mogę też powiedzieć, że jest karykaturą, raczej staje się „nadwyrazistą” miniaturą polskiej, zapomnianej wsi, dawnego świata, scentralizowanego, opartego na prostych zasadach, w którym zabobony, ludowość i wiara uzupełniają się i dyktują tętno codzienności. Oczekiwanie na ponowne narodziny mesjasza w Leszczynach obnaża brak wrażliwości i intymności we współczesnym świecie. Leszczyny stają miejscem taniej sensacji, a narodziny mesjasza zamieniają się w reality show. Janusz Koryl pokazuje gorzką lekcję, że przez 2000 lat, tak naprawdę nic się nie zmieniło w ludzkiej mentalności…

„Pióro anioła” to reinterpretacja historii z Betlejem, narodzin Jezusa. Autor jednak pokusił się umieścić akcję narodzin kolejnego mesjasza w polskiej wiosce, w czasach współczesnych. Maria, sprzątaczka w szkole i Józek, cieśla i pracownik pobliskiego tartaku są małżeństwem, od sześciu lat starają się o dziecko, bezskutecznie. Pewnej nocy do kobiety przychodzi mężczyzna w białej szacie, okazuje się być aniołem, posłańcem Boga. Historia z Ewangelii zdaje się powtarzać, Maria ma za dziewięć miesięcy urodzić syna:

„Świat zmierza ku nieuchronnej zagładzie. (…) Stwórca postanowił interweniować i na świat ma przyjść nowy mesjasz. Dzięki niemu będzie można zapobiec apokalipsie, dopóki nie jest za późno” (s. 9)

Większą dozę sceptycyzmu wykazuje mąż, który nie może uwierzyć w boskie objawienie, więc udaje się do baru „Pod skrzydłem”, aby przemyśleć słowa Marii przy kilku kuflach piwa. Oczywiście dość szybko rozwiązuje mu się język i zwierza się kolegom. Niebywała wiadomość szybko roznosi się po Leszczynach, budzi niedowierzanie ale i zdziwienie. Ostatecznie to jednak proboszcz potwierdza słowa Marii, wierząc w nadejście mesjasza. Słowa księdza okazują się być niepodważalne, niemal dogmatyczne i każdy z mieszkańców jest przekonany, że dokładnie 25 grudnia Maria Solecka urodzi drugiego mesjasza, który zbawi świat. W małej wiosce zaczynają się dziać cuda, a podkarpackie Leszczyny stają się słynne w całej Polsce. Okazuje się, że na cudach można dobrze zarobić…

Niepozorne, spokojne Leszczyny, w których mamy wrażenie, że czas się dawno zatrzymał, stają się centrum niezwykłych, boskich wydarzeń. W groteskowym świecie polskiej wsi Janusz Koryl ujął barwne ludzkie portrety. Przestrzeń Leszczyn to miejsce gdzie ścierają się ze sobą sacrum i profanum, to miejsce cudów i tragedii, żyjące swoim wewnętrznym rytmem odmierzanym przez naturę. Autor piętnuje polski katolicyzm, małostkowość, pozorną pobożność, przerysowaną religijność. Mieszkańcy Leszczyn rozgrzeszeni podczas niedzielnej mszy, pogrążają się na nowo w grzechach podczas pozostałych dni tygodnia. Rozruszona szyba z wizerunkiem Matki Boskiej, urastająca do cudu może zapewnić niezły zarobek, podobnie transmisja na żywo z narodzin mesjasza. Wszystko można sprzedać i kupić, i nikt nie ma skrupułów aby wiarę również sprowadzić do materialnych wymiarów.  Jedynym sceptykiem i niedowiarkiem we wsi okazuje się być Sobieraj, który w wyniku wypadku stał się inwalidą. Za swoje cierpienie obwinia Boga, zamyka się w domu, ucieka przed ludźmi, popadając w depresję. Bóg jednak okazuje się być o wiele łaskawszy niż uważa Sobieraj…

„Pióro anioła” to wzruszająca opowieść przede wszystkim o ludziach, wiejskich „odszczepieńcach” dryfujących pomiędzy marzeniami, fantasmagoriami a codziennością. Niejeden z tych marzycieli, oderwanych od wioskowych problemów chciałby przekroczyć leszczyński rubikon. Choćby niesforny trzynastoletni Michał:

pragnął się wyrwać z tego zaklętego kręgu, który otaczał jego dzieciństwo, Pragą zagarnąć jak najwięcej świata i doznać czegoś, co wykraczałoby daleko poza zwyczajną codzienność” (s. 57)

Wśród śniących na jawie, „nadwrażliwców”, buntowników rzeczywistości jest Gagarin – kolekcjoner ptasich piór, współczesny Ikar pragnący wznieść się ponad Leszczyny aby sprawdzić czy „niebo jest miękkie jak brzuch noworodka” (s. 75). 

Jest tez grający na akordeonie Rozmaryn, który najczęściej przesiaduje nad rzeką, grając roślinom i zwierzętom:

Ale najbardziej Rozmaryn lubił grać nad rzeką. Stał na brzegu, z pasją rozciągając miech, a spod jego ruchliwych palców ulatywały w górę płomienne dźwięki. (…) Grał niestrudzenie, o różnych porach dnia i nocy, jakby chciał w sobie zagłuszyć gorzką melancholię. W dzień grał obłokom na niebie, rybom w rzece, leśnym drzewom i każdej drobnej roślince. W nocy grał gwiazdom i księżycowi w podziękowaniu za towarzystwo i świetlne pręgi na wodzie, drgające przy każdym westchnieniu rzeki” (s.115)

 W tej nietypowej galerii „dziwaków” jest również staruszek Sęk, piszący co tydzień listy do papieża. Każda z tych postaci utkana jest z wielką wrażliwością, lirycznością, wyczuciem. Zarówno Gagarin jak i Sęk są zakładnikami swoich marzeń, które ostatecznie prowadzą do tragicznego finału. Bohaterowie odznaczający się innością wydają się być najciekawszymi postaciami, nie Maria i Józek Soleccy czy zaradny proboszcz, ale właśnie marzyciel Gagarin, staruszek Sęk i Rozmaryn są wykreowani z ogromną czułością, sympatią, zrozumieniem.

W powieści „Pióro anioła” mamy do czynienia z realizmem magicznym, który potęguje wrażenie, że wiejska społeczność podkarpackiej wsi egzystuje w osobliwym mikrokosmosie, hierarchiczności, według ustalonych zasad. Początkowo czytelnik ma wrażenie, że znalazł się w czasach gdy nie było jeszcze Internetu, telefonów i mediów, czas biegnie tutaj spokojnie, a ludzie skupieni są na własnych problemach. Kiedy jednak informacja o mesjaszu dociera poza Leszczyny, pojawiają się znamiona współczesności – wszechobecne media, telewizja, hałaśliwa nowoczesność wkracza bezczelnie do małej wioski. Autor zaskakuje zakończeniem, aż prosi się o jakieś dopowiedzenie. Pozostajemy ze zdziwieniem, zawieszeni między oczekiwaniem na cud, a dramatem.

„Pióro anioła” Janusza Koryla nie może być książką nieobecną, przemilczaną, zapomnianą, bo jest to bardzo wrażliwa proza, punktująca celnie i z przymrużeniem oka, opisująca obraz polskiej, małej społeczności. Interesująca i odważnie potraktowany jest temat wiary, która zamienia się w towar, tracąc wymiar duchowy. Autor kreśli niezwykły świat Leszczyn, w którym ludzie rozmawiają ze sobą, dzielą się swoimi troskami, czasami filozofują, czasami plotkują, spędzają czas w barze świętując, wspominając lub rozpaczając, ale tworzą solidarną społeczność. „Pióro anioła” obrazuje oczekiwanie na ponowne Boże Narodzenie, na ocalenie świata przed kataklizmem, ale jak pokazuje autor, ludzie wciąż nie są przygotowani, pogrążeni we własnych troskach, chciwości, nie dostrzegają tragedii drugiego człowieka, swojego sąsiada. Tytułowe pióro anioła jest schowane, ukryte w skrzyni, staje się przedmiotem, który dzieli. Marzy o nim Gagarin, który chce oddać swoją kolekcję piór w zamian za anielskie pióro, ale nie znajduje o Marii zrozumienia, gestu czułości i empatii. W powieściowych Leszczynach ludzie pozornie są zjednoczeni, tak naprawdę dzieli ich wiele. Są tacy jak w śnie Rozmaryna, zajęci przeżywaniem, pogrążeni w sobie, przeglądający nieustannie fotografie, zamknięci w przeszłości lub teraźniejszości. Skupieni wyłącznie na sobie.

Cyt. Janusz Koryl, Pióro anioła, wyd. Novae Res, Gdynia 2018.
  
Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki. 

wtorek, 8 stycznia 2019

Przypływy i odpływy

W zmieniającej się tafli jeziora odbija się twarz dziecka. Kolejne odpływy, sztormy, przekształcający się morski krajobraz to chropowate punkty które trzeba pokonać, aby zbudować most. Most, na który wchodzi się dzieckiem, a opuszcza, będąc dorosłym. W powieści czeskiej pisarki - Bianki Bellovej tytułowe „Jezioro” nie jest tylko elementem małomiasteczkowego krajobrazu czy fabularnym tłem, wypełniającym przestrzeń. Jest ono tak samo ważne jak główny bohater, Nami. Wydaje się, że jezioro towarzyszy mu, odzwierciedla jego emocje, odbija pierwsze, dziecięce wspomnienia, pochłaniając naiwność i beztroskę. Jezioro jest  lustrem ludzkiej duszy, ale i metaforą upływającego czasu, życia. Drzemiący w toni Duch Jeziora to spersonifikowana moc natury, nieokiełznana, mściwa, niszcząca. 

Nagradzana powieść „Jezioro” Bianki Bellovej, w tłumaczeniu Anny Radwan-Żbikowskiej, jest jak zanurzenie się w gęstych, zmieniających barwę i fakturę emocjach. W tej toni uczuć odnajdziemy ludzkie wraki, mroczne głębiny duszy, ale i prześwity nadziei. Życie jest taflą jeziora – zmienną, momentami spokojną i cichą, delikatnie zataczającą kręgi, a podczas sztormu zmienia się w wzburzoną, nieobliczalną toń… 

Jesteśmy obserwatorami kolejnych etapów dorastania chłopca, który żyje z dziadkami w małej, rybackiej wiosce. Wraz ze śmiercią swoich opiekunów musi stawić czoła nowym doświadczeniom, dowiedzieć się kim jest, skąd pochodzi. Wyrusza więc w drogę, pozostawiając wstyd, pierwsze, zachłanne uczucie przekreślone przez własną niemoc, strach, niepewność. Staje się tułaczem, jednak od widoku jeziora nie potrafi się uwolnić.

W czasach jego dzieciństwa woda była turkusowo-szmaragdowa; teraz przypomina raczej gnijące, opalizujące błoto. Jest już tak słona, ze nie żyją w niej żadne ryby. Można się na niej położyć jak na dmuchanym materacu; ciało ledwo przebija przez powierzchnię, a głowa wygodnie spoczywa na słonej poduszce” (s. 116)

Historia Namiego, jego doświadczenia i obserwacje to surowy, brutalny obraz człowieka-wroga natury, barbarzyńcy niszczącego życie, bezmyślnego architekta zamieniającego świat w pustynię. Tam gdzie człowiek niszczy naturę, tam i nie ma mowy o wyższych uczuciach, wartościach. Mieszkańcy Boros i innych osad rybackich, miasteczek żyjących z produkcji i wydobywania siarki czy uprawy bawełny, żyją, a raczej wegetują, są podporządkowani mechanizmom wyzysku, przemocy. W ich oczach nie ma blasku, jest tylko rezygnacja, poddanie się, uległość, zgoda na codzienność, w której kwitną nałogi, samotność, brak bliskich relacji międzyludzkich. Ludzie mijają się, milczą, ich historie jednak przenikają młodego bohatera. Nami chłonie słowa, poszukuje ciepła, dotyku, a jednocześnie ucieka przed przywiązaniem, uczuciem. Z odłamków przeszłości, opowieści obcych ludzi, nieobecnej matki, układa swoją historię, która jest równie gorzka, niedostępna i mroczna, co toń jeziora. 

Świat Namiego jest okrutny, pełen kontrastów, jątrzący i piekący od nabrzmiałego zła. W jego podświadomości piętrzą się obrazy, które prześladują go w snach. Porzucenie przez matkę, śmierć babki, gwałcona dziewczyna przez rosyjskich żołnierzy, z którą Nami wybrał się na randkę, bestialskie polowanie na bezbronne zwierzęta, te drastyczne kadry wypełniają myśli młodego bohatera. Pomimo brudu, zniechęcenia, degradacji wartości, Nami wydaje się być jednostką niezwykle wrażliwą, potrafi zachwycić się prostymi rzeczami - mgłą, owocami żurawiny, dostrzega barwy i odczuwa intensywnie zapachy. Oddaje się również zachłannemu czytaniu:

„Nami czyta z nieposkromionym apetytem wygłodniałego drapieżnika, pochłania książki po kolei, od lewej do prawej, zresztą w bibliotece nie ma dużego wyboru. Czyta podania ludowe, rosyjskie kryminały klasy B, a nawet produkcyjniaki i jeden podręcznik uprawy bawełny” (s. 162).

Jest prawie szczęśliwy, odnajdując matkę składa „maleńkie kawałeczki szczęścia” codzienności. Nami zdaje sobie sprawę, że i tutaj nie znajdzie swojego miejsca. Nie chce spędzić swojego życia pracując przy uprawie bawełny, tęskni za czymś nieokiełznanym, za namiętnością, za niespełnionymi uczuciami. Wraca do Borosu. „Krok za krokiem, człowiek zawsze się podnosi” – mówi do Namiego Stara Dama. I te słowa zdają się obrazować życie bohatera. Powrót do domu to kolejna konfrontacja z przeszłością, z Duchem Jeziora. Jezioro skrywa wiele tajemnic, jest cmentarzyskiem, obrazem ludzkiego upadku, ciche, mroczne staje się też śmietniskiem, w którym szukać można zmarłych ale i przeszłości:

Jak pogrzebie trochę w błocie na dnie, to całe się podnosi i nic nie widać. Ale jak już coś znajdę, coś osobistego, zawsze wiem, że warto schodzić. Szachy z rzeźbioną szachownicą. Resztki pantofelka z brokatu. Grzebyk wykładany masą perłową. Okładka szkolnego zeszytu. Jak jest na czymś nazwisko osoby, którą znam, idę do niej i oddaję, co znalazłem. Zwracam lalkę dziewczynie, która zgubiła ją dziesięć lat wcześniej. Dziękuje mi, jakbym przyniósł jej skarb. (…) Jedni płaczą ze wzruszenia, inni wyrzucają stęchłe śmieci, zaraz jak zniknę za bramą” (s. 211).

„Jezioro” Bianki Bellovej (wyd. Afera) wypełnione jest niesamowitym bólem, brakiem akceptacji, samotnością doświadczania i bycia osamotnionym w indywidualnej wrażliwości. Młody, dojrzewający człowiek jest rzucony na głęboką wodę życia, kolejne doświadczenia jak fale próbują zgasić jego nadzieje, utopić młodzieńczą żywiołowość i marzenia. Szczęście dla Namiego okazuje się minimalistycznymi detalami, chwilami, które zachłannie gromadzi – jak choćby spotkanie z matką, obserwowanie tafli jeziora, przyglądanie się ludziom, wsłuchiwanie się w ciszę. Jezioro wywołuje w chłopcu wiele ambiwalentnych uczuć – przypomina dzieciństwo, a równocześnie je kończy, zabierając dziadka podczas sztormu i także później zniedołężniałą babkę. Jest w nim magia, tajemnica Ducha, legenda, ale i opowieść o ludzkim despotyzmie, niszczeniu, destrukcji. 

Jest to opowieść o człowieku i naturze, profanum i sacrum, dzieciństwie i dojrzewaniu. „Jezioro” to smutna i melancholijna historia, surowo opisująca ludzi. Autorka posiłkuje się obrazami brzydoty, rozkładu, rozpadu, o dreszcze przyprawiają opisy robactwa czy pochłaniającej wszystko szarańczy. Pisarka dobiera sugestywne metafory, bardzo plastyczne, z jednej strony przerażające, ale i piękne. Choćby lekko makabryczny opis wież wydobywających siarkę, które przypominają „wymarłe zwierzęta, siedmiopoziomowe monstra o grzbietach poprzetykanych rozchwianymi drabinami”

Nie można jednak zapominać, że przede wszystkim „Jezioro” to przestroga, wizja destrukcyjnej działalności człowieka na Jeziorze Aralskim. To opowieść, którą nosi się w sercu bardzo długo, którą trzeba przepracować podobnie jak poczucie pustki po czyjejś obecności. To wyjątkowa książka o straszliwej samotności i braku bliskości, o nieobecności kogoś bliskiego i tęsknocie za miłością matczyną, erotyczną, dojrzałą, ale ciągle nieosiągalną, bardziej wyobrażoną niż rzeczywistą.

Cyt. Bianca Bellová, Jezioro, przeł. Anna Radwan-Żbikowska, Wyd. Afera, Wrocław 2018.

Za egzemplarz książki dziękuję wyd. Afera

czwartek, 27 grudnia 2018

KĄCIK MAŁEGO MOLIKA (8/2018) - "Zaginiona księgarnia" Katie Clapham il. Kirsti Beautyman


Te miejsca są obok nas. Tętnią w aortach miasta. Są blisko gdy wracamy ze szkoły, gdy codziennie przechodzimy obok nich, spiesząc się do pracy. Niepozorne w porównaniu do kolorowych, tytanicznych budynków galerii. Ale jak przytulne są gdy znajdziemy się w środku. Jak magiczne. Ściany zapełnione książkami, zapach papieru, szelest przewracanych stron. Zakochujemy się w takich miejscach i nie chcemy już ich opuszczać. To one nadają kolorów, w ich tętni życie kulturalne. Księgarnie i biblioteki. 


Ostatnio ukazała się książka dla dzieci „Zaginiona księgarnia” Katie Clapham (wyd. Wilga) z ciepłymi ilustracjami Kirsti Beautyman. I jest to tytuł o wielkim potencjale, niezwykłości, magnetyzmie takich miejsc jak księgarnie. Miejsc, w których znajdziemy tysiące książek. Okazuje się jednak, że księgarnie i biblioteki to przecież nie tylko miejsca, w których możemy zaopatrzyć się w kolejne stosy książek. Te miejsca, to coś o wiele więcej. To ludzie, ich doświadczenie, otwartość na spotkanie, organizowanie imprez kulturalnych i promocja czytelnictwa wśród najmłodszych. To opowieść o tym, co robią księgarze i bibliotekarze, jak niezwykłymi ludźmi są, jak wiele w nich jest pasji i empatii dla innych. 

Bohaterką „Zaginionej księgarni” jest mała Milly, która uwielbia „Godzinę z bajkami” w pobliskiej księgarni. Jej właścicielką jest sympatyczna, starsza pani Minty, która doskonale zna gusta czytelnicze i wie jaką książkę polecić. Niestety księgarnia zostaje zamknięta. Dziewczynka bardzo to przeżywa i zastanawia się, co stało się z panią Minty. Sama kiedyś chciałaby zostać księgarką, ale teraz gdy nie ma księgarni, kto poleci jej ulubione książki? Okazuje się, że mieszkańcy miasteczka, podobnie jak Milly, tęsknią za klimatyczną księgarnią i sympatyczną księgarką. Postanawiają działać i na drzwiach zamkniętego lokalu pojawiają się kolejne listy, słowa uznania, prośby dotyczące księgarni…

„Zaginiona księgarnia” zachwyca pięknymi, barwnymi i plastycznymi ilustracjami. Zakocha się w niej każdy (bez względu na wiek) bibliofil. To również ważna opowieść o małych księgarniach, o ludziach którzy prowadzą klimatyczne miejsca, często nieprzynoszące wielkiego zysku. Zamknięta księgarnia to niestety coraz częstszy obraz, który spotykamy w naszych polskich miastach. Bolesne. To od czytelników zależy czy księgarnia będzie działała, podobnie biblioteka. Miejsca pełne książek stają się teraz przestrzenią idealną do spotkań, pracy, odpoczynku. Są „trzecim miejscem” , o czym pisał Ray Oldenburg. W nich jest wielki potencjał, klimat, magia, ale i przejście do świata kultury, świata słów. 

„Zaginiona księgarnia” to także inspirująca historia do zajęć z dziećmi, których chcielibyśmy zachęcić do czytania oraz do przyjścia do biblioteki, księgarni. Książka Katie Clapham to także opowieść dla dzieci, których czeka pierwsza wizyta w świecie książek. Tytuł ten szczególnie polecam bibliotekarzom, pracującym z dziećmi, stworzenie ciekawych warsztatów w oparciu o „Zaginioną księgarnię” na pewno przyniesie wiele radości zarówno prowadzącemu jak i małym czytelnikom.


 Za egzemplarz książki dziękuję Wydawnictwu WILGA

piątek, 7 grudnia 2018

Antykultura śmierci


Śmierć pozostaje tajemnicą, coraz częściej przykrywana milczeniem, zobojętnieniem, mnoży sprzeczne uczucia, ale zawsze przywołuje lęk. Pomimo współczesnych technologii, rozwoju medycyny i nauki, człowiek nie uzyskał precyzyjnej odpowiedzi czym jest śmierć i co czeka każdego z nas po śmierci. Opisywanie Tanatosa, próba jego ujarzmiania za pomocą paradygmatów filozoficznych, teologicznych, socjologicznych czy medycznych to nieustanne ścieranie się z widmem kresu, odchodzenia. 

Wachlarz pojmowania śmierci jest niebywale szeroki i wydaje się być nieskończony, niejasny. Nie ma uniwersalności w tanatologicznych rozważaniach, śmierć jest nieuchwytna, ukształtowana na wzór jednostki, niepowtarzalnie przerażająca, ale i nieuchronna. Interesującą publikacją traktującą o wielowymiarowości śmierci jest „Człowiek w obliczu kresu życia. Studia interdyscyplinarne” pod redakcją Beaty Antoszewskiej i Sławomira Przybylińskiego (wyd. Impuls). Rozpiętość tematyczna artykułów, sposoby naświetlania problematyki współczesnego obrazu śmierci, pokazują tabuizację umierania, zmiany kulturowe, brak odpowiedniej opieki paliatywnej, przepisów prawnych. Autorzy tekstów, specjaliści z różnych dziedzin, podjęli się tematyki trudnej, kontrowersyjnej, jednak poszerzającej perspektywę patrzenia na śmierć. Każdy z artykułów zasługuje na uwagę, głęboką refleksję ze strony czytelnika. Publikacja „Człowiek w obliczu kresu życia” to pigułka newralgicznych tematów o śmierci, które współcześnie wymagają społecznej, wielowymiarowej dyskusji. 

Artykuły, które znalazły się w książce zostały podzielone na trzy części – wymiary: współczesne zainteresowanie śmiercią, doświadczenie śmierci i śmierć społeczna. Każdy z osiemnastu tekstów próbuje przyjrzeć się doświadczeniu umierania w oparciu o różne metody badawcze. Warto wspomnieć o kilku tekstach, które wydały mi się intrygujące i nowatorskie. Krzysztof Leśniewski w swoim artykule „Osoba ludzka wobec decyzji obdarowywania swoim ciałem w obliczu śmierci mózgowej” poddaje refleksji medycznej, etycznej zagadnienie śmierci mózgu, które rodzi wiele wątpliwości. Czym jest śmierć mózgu, czy jest „niepewnym istnieniem”, czy procesem umierania, gdzie tak naprawdę znajduje się ludzka dusza – czy rzeczywiście jest umiejscowiona w mózgu? Autor mnoży pytania, nie próbuje stawiać jednoznacznych tez, ale poddaje w wątpliwość termin „śmierć mózgu”, który funkcjonuje od 1968 roku i oznacza ustanie procesów życiowych. O antykulturze śmierci pisze Grzegorz Kazberuk. W tekście „Współczesna kultura śmierci – śmiercią kultury współczesnej” opisuje kontrowersyjne wystawy, ubieranie Tanatosa w modne gadżety, wykorzystywanie tematyki śmierci do komercjalizacji. 

W myśleniu o umieraniu pojawia się problem dialogu. Jak o śmierci rozmawiać z dziećmi, z młodzieżą, z uczniami? Pomocne w tym kontekście okazują się artykuły: Elżbiety Minczakiewicz, Marcina Wlazło, Agnieszki Paczkowskiej, Piotra Krakowiaka, Aleksandry Toboty i Beaty Antoszewskiej. Autorzy próbują uwrażliwić dorosłych – rodziców i wychowawców na wrażliwość młodego odbiorcy. Wczesna edukacja tanatologiczna to szczera rozmowa, w przestrzeni zaufania, podparta tekstami literackimi dostosowanymi do wieku odbiorcy, które inicjują trudny temat. Jestem ogromną zwolenniczką biblioterapii, więc wydaje mi się istotne przy rozmowach z dzieckiem o śmierci nawiązać do książek, bajek, opowiadań. Artykułem uzmysławiającym rozumienie doświadczenia śmierci w zależności od wieku (dzieci a młodzież) jest tekst „Śmierć w świecie dziecka i nastolatka – wpływ rodziców i innych dorosłych”. 

Żałoba w kontekście śmierci bliskiej osoby jest czymś oczyszczającym, pozwalającym przepracować ból, stratę, cierpienie, bezsens. Ma ona powoli przygotować człowieka do powrotu do codzienności, rutyny, odnalezienia ponownie sensu i celu życia. Gorzką refleksję rodzą badania dotyczące opieki paliatywno-hospicyjnej, ciągle niedofinansowanej i nieadekwatnej do wrażliwości umierających i rodzin. Brak wsparcia psychologicznego, a także empatii, pokazuje jak niegodnie traktowani są pacjenci hospicjów. Człowiek, który umiera, zdaje się mieć o wiele mnie praw, jego potrzeby, uczucia są lekceważone, pomijane. Czym jest śmierć społeczna? Doświadczają jej więźniowie, osoby napiętnowane przez własne zbrodnie. Zakład karny okazuje się być miejscem pełnym degradacji, barierą społeczną, separującą od rodzinnych relacji, przyjaźni. 

Kult piękna i młodości, kultura nastawiona na konsumpcjonizm, intensywne przeżywanie, bombardowanie szokującymi i tragicznymi wiadomościami, nie sprzyjają refleksji nad śmiercią w pełnym wymiarze ducha humanizmu. Próbujemy uciekać od widma kresu życia, pojawia się w nas obojętność na śmierć, póki nie dotyka naszych bliskich i nas samych. Publikacja „Człowiek w obliczu kresu życia. Studia interdyscyplinarne” jest ważnym i potrzebnym głosem refleksji nad tabuizacją śmierci, jej zdegradowaniem. Nie jest to lektura łatwa, autorzy raczej negatywnie oceniają społeczne i kulturowe zmiany doświadczania śmierci. Z niektórymi tekstami nie będziemy się zgadzać, niektóre wręcz nas zabolą, pokazując jak kiepsko wygląda w Polsce opieka paliatywna. Artykuły nie odpowiadają czym jest śmierć, nie odsłaniają tajemnicy kresu życia, bo nie jest to możliwe. Z odpowiedzią czym jest śmierć każdy będzie musiał zmierzyć się osobiście. Warto w tych tekstach raczej poszukać odbicia naszej rzeczywistości, odnalezienia miejsca dla Tanatosa w przestrzeni społecznej. 

                                   Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.