środa, 14 sierpnia 2019

Książki na gorącym ruszcie


A książka powinna fascynować: płonąć i zdumiewać. Doświadczony mistrz musi skalkulować cały proces niczym partię szachów i zimną krwią balansować nad przepaścią. Oprawa, kapitałka, bukram, tektura, wkładki z gazy, lniany sznurek, zakładki, klej kazeinowy, zasuszone kwiatki, mole książkowe, pluskwy czy karaluchy w grzbiecie – wszystko to są ukryte pułapki.” (s. 6)

Współczesny bibliofil jest uzależniony od kolekcjonowania książek, podziwia ich strukturę, potrafi zachwycić się wyjątkowych zapachem papieru, niebanalnym wydaniem, okładką czy obwolutą. Dotykanie książek, szelest przewracanych stronic to niejako intymna, irracjonalna przyjemność, poczucie dzikiej satysfakcji, wręcz „guilty pleasure” niejednego fanatyka literatury. Powieść Władimira Sorokina „Manaraga” kreuje postać bibliofila – barbarzyńcy, autor opiera się na kontrastach, bo z jednej strony społeczeństwo niszczy książki dla iluzji przyjemności, a z drugiej buduje na tej modzie nową sztukę, neokulturę, grillowanie potraw na książkach staje się połączeniem sacrum i profanum. Rosyjski pisarz wykorzystuje motyw palenia książek, oznaczający budowanie świata totalitarnego,  futurystycznego, w dość przewrotny sposób. W przyszłości wykreowanej przez Sorokina książki papierowe są tylko eksponatami w muzeach, są znakiem przeszłości, końcem pewnej epoki. Ludzie czerpią informacje i rozrywkę z tzw. pcheł, mądralek -  urządzeń wirtualnych „ulepszaczy”, podwyższających umiejętności umysłowe i fizyczne człowieka. Europa próbuje na nowo ukształtować swoją rzeczywistość po wojnach religijnych, staje się wielkim obozem uchodźców, ludzi pozbawionych domów i ojczyzny. I nagle ludzie wpadają na przedziwny, szalony  pomysł. Kradną książki, dzieła największych pisarzy, klasykę literatury aby smażyć na nich szaszłyki czy steki… Barbarzyństwo przeradza się w sport pełen adrenaliny, bo grillowanie książek jest karane, zakazane przez prawo, co tylko podburza ludzi, zachęca do przesuwania granic. I tak rodzi się czarna strefa book`n`grilla , którą rządzi mafia kucharzy, zwana Kuchnią.  

Głównym bohaterem jest mistrz book`n`grilla, Geza Jasnodworski, samotnik, syn białoruskiego Żyda i polskiej Tatarki, uchodźców uciekających przed fanatykami religijnymi. Jest oddany swojej pracy, i dość szybko wzbogaca się na nielegalnym grillowaniu dzieł literackich, a zwłaszcza rosyjskiej literatury. Całkowicie wierny Kuchni ma odkryć i wyeliminować grupę kopiującą książki, których kryjówka znajduje się na górze Manaraga. Tak w skrócie przebiega oś fabularna powieści „Manaraga”. Autor stawia wiele pytań o przyszłość człowieka, jego uzależnienie od technologii, przekształcanie świata. 

Powieść przybiera formę pamiętnika, Geza opowiada o swojej pasji, zdradza szczegóły z przeszłości, kreśli trudną sytuację rodziną i skomplikowane relacje z matką. Wybierając book`n`grill staje się wolny, nie ma domu, nie gromadzi przedmiotów, wierzy w nomadyczność i szybkie przyjemności, nie rozstaje się tylko z walizką z narzędziami do grillowania. Tak naprawdę gotowanie to jego szaleństwo i jedyna wartość, z którą się identyfikuje. Geza jest fanatykiem ale i wielbicielem książek, o których wie wszystko dzięki nowoczesnej technologii tzw. pchłom, które podnoszą jego umiejętności intelektualne. Te sztuczne mechanizmy uzależniają człowieka, sprawiają, że czuje się bezpiecznie, dbają o jego równowagę psychiczną, czynią go silnym. Tak naprawdę kontrolują ludzki umysł, bez nich człowiek staje się bezbronny, pozbawiony wiedzy i nadnaturalnej siły.


Pomimo, że Geza „czyta”, czyli pali arcydzieła, przeważnie białe kruki literatury rosyjskiej, to jednocześnie jest zafascynowany książką jako przedmiotem. W powieści pojawiają się sensualne opisy zapachu książek, delektowanie się zapachem „polana”, jak określa się książkę w języku podziemnych kucharzy, oznacza pewną formę szacunku, rytualnego poznania materiału, na którym będzie się przygotowywało wykwintne posiłki:

"Stare książki pachną różnie. Zielona pchła kolekcjonuje zapachy. W większości są one skomplikowane, ale bywają też proste. Na przykład niemieckie bajki zawsze pachną wanilią, a powieści Juliusza Verne`a - piżmem. Kafka pachnie dębową deską i ołowiem. Dickens - rdzą i kocimi szczynami. (...). "Sto dwadzieścia dni Sodomy" pachnie morskimi wodorostami i terpentyną. (...) Co do literatury rosyjskiej, na której gotuję, to pachnie ona przyjemnie, choć w różny sposób. Pierwsze wydanie wyboru dzieł Turgieniewa wydziela woń kompotu owocowego. Wybór dzieł Dostojewskiego - dziegciu. A Tołstoja - jabłkowej pastyły przecieranej z niedźwiedzią żółcią" s. 30-31.

W „Manaradze” można odnaleźć pokaźną listę książek – arcydzieł, które zamieniają się w popiół ku radości bogatych biesiadników. Szczególną uwagę autor poświęca Tołstojowi. Geza ma przyrządzić posiłek dla ekscentrycznej rodziny, będącej wierną kopią tej tołstojowskiej. Zanim kucharz przystąpi do palenia musi przeczytać rękopis napisany przez ówczesnego sobowtóra Lwa Tołstoja. Fantasmagoryczne opowiadanie to metaforyczne odniesienie do twórczości autora „Anny Kareniny” oraz jego postawy filozoficznej. Tołstoj jako wielki olbrzym przychodzi do ludzi, przynosząc wiosnę i radość, ma ze sobą małego Mamuta (częsty motyw w prozie Sorokina). Tołstoj głosi ludziom pieśń o dobru (odniesienia do tołstoizmu). W opozycji to tego tekstu czytelnik otrzymuje również fragment współczesnej prozy, istniejącej w przestrzeni hologramów, którą podczytuje znudzony Geza. Tylko arcydzieła mają znaczenie w przyszłości, tylko książka papierowa może dostarczyć rozrywki i ekscytacji, paląc się i oddając swój zapach grillowanym potrawom. Literatura zmienia swoją funkcję – nie jest elementem ponadczasowym, wartościującym człowieka – ale staje się materiałem ulotnym, papierem do palenia, krótkotrwałą i jednorazową zachcianką nowych elit. 

W jednym z wywiadów Władimir Sorokin podkreślał wyjątkowość książki jako przedmiotu, na którym zapisuje się nasza codzienność, nasz sposób czytania:

Mówiłem, że książka to rzecz. Ale wspaniała! Można ją oblać winem i ono pozostanie na niej na zawsze, można podłożyć pod czajnik, pomoczyć łzami, schować pod poduszkę. Książka ma swój zapach. Naprawdę jestem jej wielkim amatorem, nie znoszę czytania z iPada. I być może ta powieść to mój płacz po umierającej książce.” 
[Średniowiecze to stan umysłu. Z W. Sorokinem rozmawia Ludmiła Anannikova, „Książki. Magazyn do czytania” 2018, nr 6, s.61]

„Manaraga” Sorokina wieszczy upadek tradycyjnej książki, pokazuje świat podporządkowany nowym technologiom, na pierwszy plan wysuwa się zniewolenie człowieka, jego samotność, dziki hedonizm, palenie za sobą mostów przeszłości w postaci literatury. Powojenny świat szuka nowych rozrywek, i są one wyłącznie cielesne, płytkie, pierwotne. Ogień i pożywienie – przecież tylko to liczyło się w przetrwaniu praczłowieka. Czy jest to nowy początek czy może raczej zwiastun apokalipsy? Rosyjski pisarz, porównywany do Aleksandra Sołżenicyna, bazuje na tematach współczesnych, nadaje im głębszy wymiar, pokazuje możliwe scenariusze, wizje świata, w którym uczucia i wspomnienia, emocje wypierane są przez sztuczne hologramy i iluzje władzy. Palenie książek to jednocześnie zagłada samokontroli, wolności, różnorodności, to zamienianie w popiół wartości dążenia do prawdy i poznania własnej tożsamości. Przykładem bycia w iluzji jest życie Gezy, który jest pionkiem, łakomym przyjemności fizycznych, balansującym codziennie pomiędzy zniewoleniem a nieustanną ucieczką. „Manaraga” Władimira Sorokina (wyd. Agora) w przekładzie Agnieszki Lubomiry Piotrowskiej to mocna, lekko satyryczna i futurystyczna wizja człowieka, stojącego na rozstaju dróg ewolucji. Autor pokazuje przedefiniowanie znaczenia czytania i kultury słowa po wielkich ucieczkach ludności spowodowanych wojnami. Literatura staje się wyłącznie przedmiotem, zabawą, drogim dodatkiem do posiłku. Gorzki profetyzm Sorokina uwiera miłośnika książek, dreszcz wywołują sugestywne opisy płonących woluminów Czechowa, Dostojewskiego czy Płatonowa. Walka toczy się o podniebienia klientów, jedna Kuchnia zostaje zastąpiona inną, stare metody zastępuje się technologią molekularną. Co oznacza uralska Manaraga dla przyszłości literatury? Warto sprawdzić!

Cyt. Władimir Sorokin, Manaraga. Powieść, przeł. Agnieszka Lubomira Piotrowska, wyd. Agora, Warszawa 2018.

sobota, 13 lipca 2019

Zbuntowana Pchła-optymistka


"Nie narzekam chociaż jestem niższy niż Clint Eastwood
Chociaż nigdy nie dołączę do grona kulturystów
Chociaż nie znam setek przysłów
Nie narzekam, bo fruzie wolą optymistów"

[fragment utworu "Fruźki wolą optymistów”, Łona z płyty "Koniec żartów" 2001].


Dziecięcy czytelnik potrzebuje niebanalnych opowieści, przełamujących fabularne schematy. Nieszablonowe historie, nieprzewidywalne, zaskakujące warstwą językową i wątkową, wykorzystujące klucz kulturowy łączący rodzica i dziecko, sprawiają, że czytanie wprowadza wyobraźnię i percepcję na nowe poziomy. Warto pamiętać, że poczucie humoru da się również budować przy pomocy literatury. Jedną z takich książek, która buntuje się przeciwko schematyzmowi i tematycznej wtórności jest humorystyczna opowieść o rezolutnej Pchełce, niepoprawnej optymistce z charakterem. „O pchle, co uczepiła się kożucha” Przemysława Wechterowicza z ilustracjami Marty Ludwiszewskiej (wyd. Mando) to wybuchowa mikstura, iskrząca od sytuacyjnego humoru i zabawnych, zaskakujących dialogów. Czy mała pchła może nauczyć nas optymizmu i podążania za marzeniami? Tak, jeżeli jest przewrotną buntowniczką, rebeliantką, szukającą własnego miejsca, i dodam, że nie jest to grzbiet wyliniałego kocura. 

Rezolutna Pchła wdaje się w konflikt lokatorski. Stary Kocur, który wynajmuje jej swój grzbiet (dość drogo, bo lokatorka musi płacić w whiskasach!), ma dość pchlich nocnych dyskusji i pozbawia Pchłę futrzanego domu. Bohaterka nie traci jednak optymizmu i postanawia „wywrócić swoje życie do góry nogami”. Wyrusza na przystanek autobusowy, gdzie spotyka parę zajączków – tatę  i syna. Wsiadają oni do autobusu, którym kieruje chimeryczny Wielki Niedźwiedź. Marzeniem Pchły jest życie, które „będzie jak mleko z miodem koloru Bahama yellow, niebiańsko pyszne z kożuchem na dokładkę”. Do krainy miodem i mlekiem płynącej wyruszą też Niewierząca W Siebie Mucha oraz Stuknięta Krowa. Zwierzęta nieoczekiwanie odnajdą bar mleczny „Pod Krówką”, gdzie akcja potoczy się jak lawina. Nie zabraknie westernowskich klimatów z szeryfem Flintem Westchódem na czele oraz czarnego charakteru w osobie Damy W Kożuchu Z Jenota…


Historia Przemysława Wechterowicza jest bardzo zakręcona i lekko groteskowa. Dobrze znany motyw, bohatera wyruszającego w podróż w poszukiwaniu lepszego miejsca do życia, krainy szczęśliwości, jest dla autora tylko wyjściem do zbudowania opowieści, w której dominuje humor, językowa giętkość, swoboda i zabawa nawiązaniami do popkultury czy gra frazeologizmami. Ciekawe jest, że z pozornie niedopasowanych i różnorodnych fragmentów oraz motywów powstaje zharmonizowana i niebanalna opowieść z wyjątkowymi postaciami. A bohaterowie to bardzo mocny składnik tej literackiej mikstury optymizmu. 

Książkę „O pchle, co uczepiła się kożucha” wypełniają bardzo barwni bohaterowie, poczynając od tytułowego, skocznego owada. Pchła to prawdziwa optymistka, o wielkim sercu, zjednująca sympatię czytelników. Jest trochę małym, niepokorny dzieckiem, gdy toczy senny dialog z kotem (co przecież przypomina rozmowę zmęczonego rodzica z maluchem, który już prawie zasypia, ale każde kolejne słowo jest argumentem do wydłużania nocnej rozmowy), ma też w sobie cechy marzycielki i buntowniczki. Powiedziałabym nawet rebeliantki, bo przecież zwyczajne pchły żyją w „symbiozie” z psami i kotami, zamieszkując ich futra. Ale nie w prozie Wechterowicza, tutaj Pchła ma pełną swobodę wyboru i podąża swoimi drogami. Daleko jej od Pchły Szachrajki, chociaż ma podobne, zwariowane pomysły. Zawsze stara się dojrzeć pozytywne strony, dzięki czemu szybko nawiązuje przyjaźnie i nawet mrukliwy kierowca autobusu staje w jej obronie. Zabawną parę tworzą Tata Zając i jego synek. Otóż Tata jest specjalistą od przysłów i za ich pomocą porozumiewa się z dzieckiem i komentuje rzeczywistość. Zajączek często zadaje trudne pytania (dzieci w tej dziedzinie są przecież wybitnymi ekspertami) a tata stara się swoją mądrość przekazać w przysłowiu. Czasami nie jest to łatwe i rodzi komiczne sytuacje:

„-Tata, a czy to prawda, że kosmos nie końca?
-Wszystko ma swój koniec.
Zajączek pokręcił łebkiem z niedowierzaniem.
-Wszystko?
Tata Zając uniósł łapę.
- Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy.
-Aha… To ja nie wiedziałem.
-Ucz się, ucz, bo nauka to potęgi klucz.
Zajączek się obruszył.
-Przecież się uczę.” (s. 13)

Ten dialog oddaje obraz rozmów dzieci z rodzicami, którzy odpowiadają utartymi banałami lub sloganami, aby uciąć kolejne pytania. Jednak maluch nie poddaje się tak łatwo i z dziką radością drąży dalej. W tej galerii osobliwości nie może zabraknąć Wielkiego Niedźwiedzia, kierowcy autobusu, naczelnego „narzekacza” i malkontenta oraz małej, wstydliwej Niewierzącej W Siebie Muchy. Pełna kompleksów i braku wiary w swoje możliwości Mucha to zupełne przeciwieństwo rezolutnej Pchły. Jednak gdy przyjaciółka potrzebuje pomocy, Mucha nie waha się stanąć oko w oko z groźnym Flintem Westchódem. Niewątpliwie barwną i ironiczną postacią jest także Stuknięta Krowa, „chodząca na rzęsach po wieczornej rosie”. Krowa specjalizuje się w hiperbolizacji, zachwyca się przesadnie wszystkim. Wybrzmiewa to w jej „kwiecistych” i emocjonalnych przemowach, przypominających dziennikarskie relacje w programach telewizyjnych. Stuknięta Krowa często przytacza również dziwne pseudociekawostki z całego świata, co potęgują jej komiczność.


Jakim miejscem jest wymarzona kraina „gdzie wszystkie zwierzęta to jedna rodzina, a życie płynie beztrosko i bezkolizyjnie”? Czytelnik spodziewa się typowej, bajkowej sielanki, ale wizja Pchły jest zupełnie inna. To świat bardzo bliski dziecięcej wyobraźni, lekko absurdalny, i irracjonalny, ale wypełniony humorem. Nie znajdziemy dokładnego opisu tej fantazyjnej idylli, jakby autor chciał zostawić czytelnikowi pole do stworzenia własnej wizji mlecznego świata. Każdy z bohaterów czuje się tu wyjątkowo i dobrze. Największą atrakcją jest bar mleczny, w którym przyjaciele Pchły zamawiają mleko i kakao, aby uczcić odnalezienie krainy „mlekiem i miodem płynącej”. Okazuje się, że do szczęścia wystarczy im gorące kakao i wolność. I to jest również filozofia optymizmu tytułowej Pchły, która cieszy się z najmniejszych rzeczy. Bohaterowie uciekają do krainy fantazji, w której wszystko może się wydarzyć. 


Autor z lekkością bawi się frazeologizmami i językiem, konstruując niebanalne sensy i specyficzny humor. To właśnie w dynamicznych, przewrotnych dialogach drzemie prawdziwy komizm. To one definiują  i określają temperament i osobowość każdego z bohaterów. Dorośli zapewne odnajdą w postaciach zwierząt mini-karykaturę ich samych i współczesności ukazanej w krzywym zwierciadle, przepuszczonej przez lekko zarysowaną groteskowość i fantasmagoryczną fabularność. Ile jednak w tej surrealistycznej opowieści optymizmu i narracyjnej zabawy! Samo tropienie przysłów i frazeologizmów może okazać się dobrą łamigłówką, pozwalającej młodemu czytelnikowi na poznanie znaczeń i możliwości języka. 

Ilustracje do książki wykonała Marta Ludwiszewska, warszawska projektantka graficzna i ilustratorka. Pchła w jej graficznej interpretacji jest postacią z nietuzinkowym charakterem, urzekającą swoimi wielkimi oczami i fryzurą. Ilustracje kolorowe (szczególnie prezentujące przestrzenie) i czarno-białe przypominają styl komiksowy, współgrają z humorystycznym klimatem historii. Już jedna z pierwszych, kolorowych ilustracji w książce, przedstawiająca nocny las i Pchłę na grzbiecie Kocura, ujmuje kolorystyką, prostotą, ale i techniką tworzenia postaci (kot jest trochę baśniowy, ale i mroczny, przyciągają uwagę jego żółte oczy oraz faktura kociej sierści).


Historia „O pchle, co uczepiła się kożucha” Przemysława Wechterowicza, z ilustracjami Marty Ludwiszewskiej to literacka receptura na poprawę humoru i wywołanie uśmiechu zarówno u małego czytelnika, jak i u tego starszego. Paleta barwnych postaci, zabawa słowem, konwencjami (które autor reinterpretuje aby z ich mozaiki stworzyć coś nowego), fabularnymi kliszami, motywami popkulturowymi – to elementy, które sprawiają, że dajemy się uwieść Pchle i podążamy za nią do mlecznej krainy wolności i swobody, nie wiedząc, co nas tam może czekać. Finał jest tak przewrotny i zaskakujący jak pojedynek rewolwerowy, tylko w tym wypadku walka toczy się o mleko i to z najprawdziwszym kożuchem. Mocna dawka optymizmu gwarantowana!


Cyt. Przemysław Wechterowicz, O pchle, co uczepiła się kożucha, il. Marta Ludwiszewska, wyd. Mando, Kraków 2019. 

wtorek, 9 lipca 2019

„bylibyśmy, pilibyśmy, śnilibyśmy” – kilka uwag o tomiku „Sztuka obsługi życia” Jarosława Holdena Gojtowskiego


(…)
Za rogiem,
obok przewróconego krzyża,
zaczęło się picie:
bimber i ciepłe wino.
Zleciały się
pszczoły, muchy, korniki.
Stypa.


J. Holden Gojtowski, Szukam rymów, [w:] tegoż, Sztuka obsługi życia, Poznań 2019, s. 13.
Jak mógłby wyglądać przepis na życie? Czy zanim sami stworzymy recepturę nie musimy poeksperymentować, zgromadzić listę doświadczeń, nauczyć się ugniatać zmartwienia, łzy i uśmiech, wyrabiając z nich gładką, jednorodną, pulchną przyszłość? A jaką mamy pewność, że kolejny dzień naszych zmagań nie okaże się po raz kolejny zakalcem lub przypalonymi złudzeniami, kruszącymi nasze poczucie wartości? Tytuł nowego, trzeciego tomiku w dorobku poetyckim dziennikarza, redaktora i fotografa Jarosława Holdena Gojtowskiego, „Sztuka obsługi życia”, pokazuje, że nie ma jednej, idealnej recepty na egzystencję, jest poszukiwanie, a samo przeżywanie może stać się sztuką, jeżeli odnajdziemy w nim małe refleksy szczęścia. W poezji Holdena dominuje ostrość i surowość świata. Podmiotem lirycznym jest zazwyczaj mężczyzna „rozdarty z raną kłutą”, poszarpany emocjonalnie przez relacje, po przejściach. Swoje wysypisko zmarnowanych nadziei i wyblakłych uczuć, próbuje zdefiniować i oswoić, dlatego wyrzuca z siebie słowa, modli się nimi, tak jak w wierszu o różańcu, który jest metaforą codziennego cierpienia, te „paciorki cierpliwości” to mozaika rzeczywistości, na którą skazany jest podmiot liryczny.

„matka żona córka syn
wódka piwo wino krew
wszystko różaniec
zdrada
rzygasz: to żółć
wstyd
poczucie winy
a pierdolić to!
zaraz ranek”

(J. Holden Gojtowski, ***, s. 9).

Pomimo poczucia rezygnacji, samotności i dość mocno wyeksponowanego poczucia braku (dotyku, bliskości, wsparcia) brutalnego i zimnego świata, bohater wierszy Holdena jest buntownikiem, czytającym wiersze Wojaczka i Bursy. Nic więc dziwnego, że klimat tych dosadnych i wyzywających, obcesowych narracji jest bliski poetyce wyklętych. Wyklęty też jest podmiot liryczny, próbujący oswajać siebie i samotność alkoholem, marginesując poczucie własnej wartości. Trzeba przyznać, że wyłania się z tych wierszy postać szczerego, poturbowanego człowieka z ogromną wrażliwością:

(…)
liczę kręgi
na wodzie lądują
kamienie kaczek
deszcz jest taki
gęsty że zabieram
tęczę
chowam do szuflady
twoich ust

(J. Holden Gojtowski, Relacja, s. 18.) 

Czarna melancholia przebija również przez utwory autotematyczne, choćby rewelacyjny w swojej metaforyce wiersz „Drożdże”. Formowanie słów przypomina kształtowanie ciasta ze składników mowy: sylab, akcentów, złożeń wyrazów. Podmiot liryczny ponosi klęskę, „splątany język” nie potraf wyrazić w pełni emocji. Jak mówi: „Bez drożdży pieprzy się sens./ Ot, cała chemia/bytu” (Drożdże, s. 6). W krótkim ale dosadnym liryku „Rozmowa” pojawia się również pytanie o sens bycia poetą. W dialogu z anonimowym rozmówcą wyłania się gorzka refleksja:
„(…)
To kim pan jest?
Nikim.
To jest pan poetą.”

(J. Holden Gojtowski, Rozmowa, s. 34.)

Poczucie wyobcowania i niemocy poezji, ale i słów, dość często towarzyszy bohaterowi wierszy. Bałagan myśli, „niedokończone słowa na tysiącach kartek”, dookreślają wewnętrzny niepokój tworzenia literatury. Słów nie da się uporządkować, wymykają się, układają w obrazy i zapachy, niedostrzegalne fragmenty marginesowej codzienności, tak jak w wierszu „Trzecie piętro”: „Zapach słońca, much na szybie, moczu wydeptanego w chropowatość schodów,/ no i jeszcze spadających na chodnik niedopałów”.(s. 55)

„Sztuka obsługi życia” to surowy rejestr myśli, obrazów rozkładających się związków i wpełzającej samotności, która wyczula podmiot na dźwięki codzienności:

za oknem
koncert gdy siedzę cichutko
skulony w łazience wynajętego mieszkania
do drzwi
dzwonek telefonu
ktoś stanął na moment
podsłuchuje
albo zawiązuje sznurowadło

(J. Holden Gojtowski, Samotność, s. 31)

Bohater wierszy próbuje utkać szczery i prosty rachunek sumienia, spowiada się ze swoich mroków i nie oczekuje od czytelnika rozgrzeszenia. Pod surową, nieociosaną skorupą wiersza, kryje się tęsknota za cielesnością, bliskością. Portrety kobiet w wierszach Holdena są nasycone subtelnym erotyzmem, to prawdziwe femme fatale, kusicielki, marzenia senne, oniryczne fantazje podmiotu lirycznego, roztaczającego wizję idealistycznej bliskości : „bylibyśmy, pilibyśmy, śnilibyśmy”. Związki okazują się być przelotne, chwilowe, kobiety przemijają tak jak życie. Gdzie w takim razie jest szczęście? Wydaje mi się, że jest ono ukryte we wrażliwości  spojrzenia na rzeczywistość, nie ma na niego przepisu, ani idealnej recepty. To samotne, eksperymentalne poszukiwanie intymnej sztuki obsługiwania życia i każdego dnia.

Tom poetycki „Sztuka obsługi życia” Jarosława Holdena Gojtowskiego odsłania mroki jakie kreuje samotność i poczucie braku. Alkohol, sen, wspomnienia, ucieczki w przeszłość, to sposób na przeżycie kolejnego dnia. Człowiek w poezji Holdena jest pokiereszowany, zamknięty w pustym mieszkaniu, skazany na bycie marionetką trudnych doświadczeń. Wiersze są jak kadry, nieretuszowane, uwypuklające emocje, duszne i mroczne od monologu wewnętrznego. Parafrazując dzieło Freuda - życie jest nieustannym źródłem cierpień, wobec czego próbuje się buntować bohater wierszy Holdena. Czasami jest to gorzka refleksja, czasami rezygnacja i skupienie się na detalu, a czasami wiwisekcja marzeń i iluzji. Wiersze Holdena każą mocno stąpać po ziemi czytelnikowi i odwołują się do bliskich, intymnych doświadczeń, których jesteśmy częścią.

Cyt.: J. Holden Gojtowski, Sztuka obsługi życia, wyd. FONT, Poznań 2019.

wtorek, 2 lipca 2019

O osobliwościach Czarcisławia


Czarcisław. Małe miasteczko, a raczej wioska, ulokowana gdzieś na Podkarpaciu. Już etymologia nazwy miejscowości nasuwa skojarzenia diaboliczne. Dziwacznej i mrocznej nazwie dziwi się również główna bohaterka, Alicja, która musi zamienić warszawskie życie na małomiasteczkową wegetację. Do swojskiego, ale i mrocznego Czarcisławia zaprasza czytelników Karina Bonowicz w najnowszym cyklu– „Gdzie diabeł mówi dobranoc” (wyd. Initium). Autorka jest zarówno dziennikarką, jak i scenarzystką. Jej specyficzny humor i lekkość opowiadania odnajdziemy również w książkach „Pierwsze koty robaczywki”, „I tu jest bies pogrzebany”. Warto wspomnieć również o publikacji „Józefa Czechowicza teatr widziadeł i snów” (wyd. Universitas), w której autorka przygląda się poezji Czechowicza przy użyciu narzędzi psychoanalizy.  


Tom pierwszy „Księżyc jest pierwszym umarłym” to literacka mikstura, w której głównymi składnikami są humor, sarkazm, ironia, komizm sytuacyjny, groteska, ale i napięcie oraz groza. Fantastyka dla młodzieży jest przeładowana od bohaterów wampirycznych, wszelkich wilkołaków, wróżek, elfów i innych charakterów wyposażonych w siły nadprzyrodzone. Czas więc na mitologię słowiańską, na ożywienie i przypomnienie postaci  z ludowych legend, przypowieści, dawnych podań. Pierwszy tom serii „Gdzie diabeł mówi dobranoc” to niewątpliwie udany prolog do historii losów mieszkańców Czarcisławia. To odsłonięcie zaledwie fragmentu tajemnicy i więzi łączących ludzi, którzy zawarli pakt z diabłem. Opowieść nas wabi, trzyma w napięciu, jest enigmatyczna, skrywa wiele sekretów i mnoży pytania. Okazuje się, że nie tak łatwo opuścić Czarcisław…

Życie jest przewrotne, czego doświadcza Alicja, siedemnastoletnia warszawianka, która po śmierci rodziców jest zmuszona przeprowadzić się do nieznanej ciotki -Tatiany. Dziewczyna będzie musiała odnaleźć się w zupełnie nowej rzeczywistości, w małym miasteczku, w którym nie dość, że wszyscy wszystko wiedzą, ale i zachowują się dziwacznie. Na pierwszy rzut oka miasteczko wygląda groteskowo jak baśniowo-folklorystyczna makieta: 

Wszystkie budynki były takie… niskie. Miała wrażenie, że znajduje się w samym środku jakiejś inżynierskiej makiety. Albo miasteczka z klocków Lego. Domy wyglądały – i to dosłownie! – jak chatki z piernika. Niektóre miały drewniane okiennice. Nawet te najstarsze, które pamiętały chyba ubiegłe stulecie, pomalowane były na cukierkowe kolory, przez co Alicji wydawało się, że za chwilę usłyszy krzyk Jasia i Małgosi wsuwanych właśnie do pieca. Do tego wszystko było w wersji mini. Maleńkie uliczki, chodniczki, skwerki z maleńkimi, a jakże! ławeczkami! (…). Co jakiś czas pojawiali się też ludzie, których Alicja spodziewała się prędzej zobaczyć w skansenie niż na ulicy. Jak ta kobieta w kwiecistych chustkach na głowie, z naręczem jakichś badyli albo najprawdziwszym chrustem. Wyglądała tak, jakby miała sobie za moment zrobić z niego miotłę do latania. Albo ten facet niosący jak gdyby nigdy nic siekierę na ramieniu. Mógł przed chwilą rąbać drewno, ale równie dobrze obcinać palce przyłapanym na gorącym uczynku złodziejom.” (s. 13-14).   

Nie dziwi mnie sarkazm głównej bohaterki, no bo jak dziewczyna z miasta, wychowana wśród blokowisk i wieżowców ma zachwycać się ludową architekturą. Dla niej, przeprowadzka, to prawdziwa katastrofa. Miasteczko nie jest jednak skansenem ani bajkową idyllą. Klimatem przypomina świat z Grimmowskich baśni, co subtelnie przeczuwa dziewczyna. Czarcisław nie ma w sobie nic z urokliwych, spokojnych wiosek, gdzie ludzie żyją spokojnie, a czas płynie leniwie i błogo. To miasteczko rodem z horrorów Stephana Kinga, to miejsce zapomniane, przeklęte, siedlisko demonów i zmiennokształtnych. Alicja przejdzie tu inicjację, dowie się kim naprawdę jest i na czym polega pokoleniowa klątwa, łącząca kilka rodzin. 

Powieść Kariny Bonowicz to przemyślana intryga, oddająca klimat zarówno dawnych, ludowych legend, jak i współczesnego świata nastolatków. Autorka umiejętnie wplotła styl języka młodzieżowego, dylematy i emocje, które odzwierciedla Alicja. Główną bronią dziewczyny jest właśnie sarkazm, dzięki niemu próbuje odnaleźć się w nowym świecie, w nowej roli. Odniesienia do popkultury to swoisty kod, jakim posługuje się młodzież. Liczne sarkastyczne i groteskowe nawiązania do znanych powieści (typu „Zmierzch”) czy gwiazd popkultury, celebrytów, tworzy specyficzny rodzaj komizmu, mocno ironicznego. Mam wrażenie, że jest to również literacki prztyczek w nos, rodzaj buntu wobec schematów i konstrukcji stosowanych w powieściach młodzieżowych. Autorka jednocześnie wchodzi świadomie w pewne klisze, by po chwili zupełnie z nich zrezygnować, wybierając inne rozwiązanie, zaskakujące czytelnika.  


Szkoła w Czarcisławiu to jedno z ważniejszych miejsc akcji w powieści. Jak w każdej szkole są podziały, stereotypowe szufladkowanie i kategoryzowanie uczniów i nauczycieli. Jest biblioteka-pustelnia, odstraszająca młodych ludzi  i niemiła, starsza pani bibliotekarka, która wzbudza tylko uczucie strachu i niechęci (i to chyba najbardziej mnie zabolało, bo bibliotekarze w małych wioskach są naprawdę pełni pasji-ale to moje subiektywne odczucie) Alicja jest postacią introwertyczną, nie chce nawiązywać nowych znajomości, bardzo dosadnie ocenia brak empatii i egotyzm swoich rówieśników, dla których liczy się tylko dobra zabawa i tania sensacja. Tak naprawdę młodzi ludzie nie znają siebie nawzajem, przyjaźnie są upozowane, a śmierć koleżanki nie rodzi większych refleksji. Szkolny świat jest pełen goryczy i samotności, fałszu, ale i szukania, poznawania samego siebie. 

„Księżyc jest pierwszym umarłym” Kariny Bonowicz intryguje humorem, a jednocześnie sposobem budowania napięcia i grozy. Czarcisław to mini-wersja miasteczka Twin Peaks, im głębiej wsiąkamy w jego świat tym bardziej nawiedzone i skomplikowane nam się wydaje. Warto byłoby, aby w kolejnych odsłonach cyklu „Gdzie diabeł mówi dobranoc” autorka jeszcze głębiej sięgnęła do galerii słowiańskiego bestiariusza. Pierwszy tom podkręca tajemnicę, mnoży pytania i tworzy opowieściową miksturę, która nie zaspakaja ciekawości czytelnika. I jest to diaboliczny przepis na uzależnieni odbiorcy, tak aby przeczytał i czekał wiernie na kolejną część… 

„To wszystko było dziwne. Bardzo dziwne… A jak wiadomo, zasada jest jedna: dziwnie, dziwniej, a potem to już tylko Stephen King” (s. 49)

Cyt. Karina Bonowicz. Gdzie diabeł mówi dobranoc. Księżyc jest pierwszym umarłym, t.1, wyd. Initium, Kraków 2019. 
 Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu INITIUM