środa, 31 stycznia 2018

O chłopcu, którego nikt nie kochał

Ewa Winnicka nie boi się pisać o trudnych tematach, bolesnych, szokujących. Nie podąża łatwymi ścieżkami, nie zadawala się plotkami, szczątkami informacji. Jest dziennikarką, która chce poznać prawdę i nie robi tego wyłącznie dla siebie lecz dla bohaterów jej reportaży. Taka jest też książka o małym Szymonie, ofierze własnych rodziców. „Był sobie chłopczyk” to reportaż mocny, pozbawiony tkliwych emocji, subiektywnej narracji – są tylko słowa i obrazy, rozmowy i sylwetki osób, które zetknęły się ze sprawą śmierci anonimowego chłopca, którego ciało wyłowiono z cieszyńskiego stawu. W audycji radiowej, emitowanej w Dwójce, reporterka przyznaje, że ta historia „chłopczyka”, żyła w niej wiele lat, ale autorka ciągle nie była gotowa aby wybrzmiała w formie książki.
Ta szokująca i medialna historia została przedstawiona przez dziennikarzy z różnych stron, wydawano werdykty, osądzano, każdy oburzał się śmiercią niewinnego dziecka. Ewa Winnicka nie podąża tym tropem, nie szuka sensacji ale próbuje zmierzyć się z historią, która zbyt często dotyka polskie rodziny. Szymon – Jaś umarł przez brak miłości, przez ludzką znieczulicę, przez rodzinę i środowisko, które zamykało oczy, nie chcąc znać prawdy. Milczeli wszyscy, którzy mogli uratować 23 miesięcznego chłopca, był bezbronny, niechciany, uprzedmiotowiony. Ewa Winnicka swoim reportażem przestrzega, wskazuje, że w Polsce dzieci nie są dostatecznie chronione, zbyt często stają się ofiarami rodziców lub opiekunów.
Ewa Winnicka opowiada historię, która wydarzyła się w 2010 roku. Dwóch chłopców znalazło zwłoki dziecka w stawie. Cieszyńscy śledczy i policjanci podjęli mozolną pracę aby ustalić tożsamość chłopca i odnaleźć sprawców. „Kryptonim Jasiu” to część książki poświęcona perspektywie ludzi zaangażowanych w sprawę. Reporterka „Polityki” i „Dużego Formatu” przygląda się policjantom i funkcjonariuszom, ich poszukiwaniom, drobiazgowemu sprawdzaniu informacji. Momentami ich praca wygląda jak walka z wiatrakami, pracują w kraju, w którym brakuje odpowiednich narzędzi, metod i procedur, aby skutecznie odnaleźć dziecko. Główni bohaterowie bardzo emocjonalnie podchodzą do śmierci „Jasia”, podobnie jak mieszkańcy Cieszyna, którzy licznie zgromadzili się na pogrzebie anonimowego chłopca. Wszyscy chcą znać zabójców, ale odnalezienie ich okazuje się trudne. Autorka oddaje atmosferę tych wydarzeń, cytuje komentarze internetowe, przytacza rozmowy, wypowiedzi, kreśli prostymi ale i celnymi zdaniami obraz polskiego społeczeństwa. Ludzi, którzy z łatwością osądzają, ale gdy są świadkami przemocy wobec dzieci nie reagują, milczą, nie chcą się angażować. 

Druga część wstrząsającego reportażu to historia rodziny Szymona i jego samego.  Jest to opowieść o ludziach niekochanych, poturbowanych przez los, podejmujących złe decyzje, pozbawionych rodzinnego bezpieczeństwa, porzuconych. Najbardziej jednak wwierca się w umysł obraz Szymona, dziecka wręcz niewidzialnego dla rodziny, cierpiącego, skrzywdzonego i umierającego w ogromnych bólach. Ta część historii budzi najwięcej czytelniczych emocji, bólu, łez i niemocy. Trudno przebrnąć przez ten ocean dziecięcego dramatu. Postać Szymona pozostaje na długo w głowie. Kolejna część reportażu to relacja wydarzeń związanych z odkryciem i uwięzieniem sprawców, czyli rodziców małego Szymona. Ich zeznania są różne, nie przyznają się do winy, twierdząc, że śmierć syna to był tylko nieszczęśliwy wypadek. W 2017 roku zapada wyrok – Jarosław (ojciec) zostaje skazany na 12 lat a Beata (matka) na 10. Każde z nich wciąż żyje w przeświadczeniu o swojej niewinności. Matka Jarosława nie wierzy w zbrodnię syna, podobnie rodzina Beaty, a szczególnie ojciec. 

Reportaż Ewy Winnickiej „Był sobie chłopczyk” to podróż w głąb ludzkiego zła, milczenia, obojętności, kruchych więzi rodzinnych. To książka mocna, brutalna, ale nieprzejaskrawiona. Reporterka podjęła ogromny ciężar tematyczny i emocjonalny i moim zdaniem uniosła tę historię. Wywiązała się ze swojej pracy, odkryła wszystko to, co było zamiecione pod dywan. Pokazała wielowymiarowość historii Szymona, kreśląc portrety jego rodziców, rodziny, środowiska. „Był sobie chłopczyk” niej jest opowieścią fikcyjną i to najbardziej uderza, dekonstruuje nasze logiczne i aksjologiczne pojmowanie świata. Lektura pozostawia wiele pytań, poczucie niemocy, frustrację, jednocześnie wskazując, że obraz polskiej rodziny jest najczęściej przekłamany, prawdziwe dramaty rozgrywają się w czterech ścianach i nikt z bliskich czy sąsiadów nie chce o nich słyszeć. Okazuje się również, że ośrodki pomocy społecznej nie są wyczulone na krzywdę, nie potrafią pomagać i walczyć z rodzinną przemocą. Śmierć Szymona to suma różnorodnych, ludzkich czynników, to wina Polski, która zbyt często odwraca oczy.


 Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.

niedziela, 28 stycznia 2018

Rozgałęziony w poezję – o tomiku Maksymiliana Tchonia

Poeta, który uważa słowo za coś więcej niż tylko narzędzie, formę przekazu, staje się przewodnikiem literackim. Obraca każde słowo, głoskę, poddaje refleksji każdy wers. Zdaje sobie sprawę, że poezja uszyta jest z trudnego materiału, wymagającego wielokrotnego naszywania, przeszywania, ugładzania a czasami prucia. O procesie tworzenia, bycia poetą w czasach kiedy poezja wydaje się czymś elitarnym, zamkniętym, pisze Maksymilian Tchoń. Tarnowski poeta, eseista, twórca licznych tomików poezji (warto wymienić choćby: „W osierdzie” (2017); „Potępiony” (2016); „Ars poetica” (2015); „Niecierpliwy” (2013) przygląda się tworzeniu, pisaniu, próbując zobrazować wątpliwości poety, jego zagubienie ale i dialog z inspirującą literaturą. Jego najnowszy tomik poetycki „Femme. Parafraza z pamięci” (wydawnictwo Mamiko) to migawki codzienności przepuszczone przez pryzmat faktury wiersza, którego język zdaje się najlepiej opisywać emocje, poranki, pracę, wspomnienia, rutynę, obrazy przewijające się każdego dnia. I tak poeta staje się urzędnikiem w biurze „poezji zagubionej”, w którym słowa mieszają się ze sobą, rozbrzmiewają nagłówki gazet, urzędniczy język staje się poetycką ekspresją. 

W jednym z wierszy „Parias – Kontrasty (Wariacje)” podmiot liryczny zestawia ze sobą dyktatora i prawdziwego poetę, opowiadając się za „bandą marginesu”, panującą nad słowami, wierną prawdzie. W tym utworze wybrzmiewa credo pisarskie poety, wierność słowu, wiara w jego wartościowanie i zmienianie człowieka. Dużo w wierszach Tchonia buntu przeciwko byle jakiej codzienności ale i kuszenia odbiorcy wizją powrotu do źródeł słowa, do dziecięcej wrażliwości. W utworach pojawiają się poetyccy guru autora „Potępionego”: Czesław Miłosz, Tadeusz Różewicz, Zbigniew Herbert, Rafał Wojaczek, Ryszard Krynicki. Chciałoby się rzec – parnas polskiej poezji, więc nie dziwi fakt, że i u Tchonia pełno erudycji, literackiej przekory, plastycznych i metaforycznych komentarzy rzeczywistości. 

Autor przygląda się pieczołowicie materii wiersza. W „Procesie tworzenia” jawi się ona jako kosmiczny byt. Stwarzanie słowa to demiurgiczne działanie, metafizyczne, echo początku świata, ludzkości, istnienia. W poetyckie obrazy wkradają się słowa-klucze, elementy świata poetyki, które mają opisać emocje człowieka – przenośnie, oksymorony, strofy, rymy. Ci bohaterowie lirycznych wyznań podmiotu, przeniesieni ze struktury wiersza, są niczym „dobrzy znajomi”, to przy ich pomocy poeta odciska kroki w literackim tworzywie. Maksymilian Tchoń równie uważnie przygląda się osobie poety, próbując odnaleźć w nim architekta słów, inicjatora dialogu o współczesności, jątrzyciela zadającego trudne pytania. Poeta w utworach tomiku Tchonia nieustannie za czymś podąża, upada i cierpi niczym Chrystus:

umrę na krzyżu
za wszystkich tańczących pod moimi wierszami
a świat dziwny i bestialski uniesie
mnie ponad skrzypce
(Do szybkiego powrotu namawiają mnie: rodzina i przyjaciele; s. 54).

„przybity z imienia i nazwiska
Do tytułu szykuję się do życia po śmierci”
(Po kolejnej próbie, s. 33)

Ten ruch, dynamiczność poety to poszukiwanie idealnej formy do opisania świata. Podmiot liryczny, bohater wierszy przyznaje, że jest szarym człowiekiem, identyfikującym się z „podwórkowymi menelami”, pijącymi wódkę i wyznającymi idee carpe diem. Poeta Tchonia ucieka od technologii, jest podejrzliwy, nieufny wobec otaczającej go rzeczywistości. W myślach podmiotu rozbrzmiewają echa piosenek, biblijnych cytatów, polifonicznych wierszy, frazesów powtarzanych przez rodziców. Tytułowa femme to być może poezja, niespokojna, wybredna, kusząca pisarza metaforami, przenośniami,  ale i przecież momentami zaborcza, prowadząca twórcę na „krawędź kartki”. W tomiku wielokrotnie pojawia się motyw drzewa, gałęzi, korzeni, sam podmiot „objęty dwoma konarami” literatury i codzienności zdaje się splatać z poezją, jak roślina, w sposób naturalny, pierwotny, prawdziwy, bez jakiegokolwiek fałszu i masek.

Tarnowski poeta w tomiku „Femme. Parafraza z pamięci”, próbuje przede wszystkim naszkicować obraz współczesnego poety, być może po części siebie samego. W tym portrecie jest wiele tajemnicy, wątpliwości, upadków i wzlotów twórcy, zmagań z liryczną materią. Poetyckie światy Maksymiliana Tchonia to wędrówka po fakturze wiersza, przez którą można tłumaczyć rzeczywistość. W tych odbiciach odnajduje jednak więcej pytań niż odpowiedzi, zaułków, labiryntów, zwodniczych ścieżek, w których odbiorca po pierwszej lekturze może zostać uwięziony. W moim odczuciu w niektórych utworach zbyt dużo słów, sekwencji, które zbyt szybko przysłaniają sens utworu (choćby wiersze „Generale, Andromeda…” czy „Zaraz po urodzeniu nadano mi isbn”). Podobają mi się bardzo nawiązania i motywy dendrologiczne, które bardzo metaforycznie i szeroko obrazują poetyckie zmagania pisarza ze słowem i jego zanurzenie w literaturze, szczególnie obecne w wierszu „Objęty dwoma konarami”. Tomik Maksymiliana Tchonia uwrażliwia odbiorcę na słowo, na wielokrotność lektury, dialog z poezją. Nie brakuje poecie erudycji i kunsztownych reinterpretacji Mistrzów poezji. To wyjątkowa poezja, celebrująca moc słowa, jego pierwotną funkcję i rolę w kulturze człowieka. 


 Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.

środa, 24 stycznia 2018

Dom, który pamięta. Sensualna przechowywalnia ludzkich historii

Odkrywanie i powroty do małych ojczyzn to definiowanie własnych korzeni. Przestrzeń Żuław, ich historia to mozaika kultur, mrocznych legend, tradycji i ludzi, którzy po drugiej wojnie światowej osiedlili się na ziemi zupełnie dla nich obcej. Puste, opuszczone domy znowu zatętniły życiem i mogły na nowo opowiadać kolejne rodzinne historie. Dusza domu przechowuje kolejne istnienia, obserwuje codzienność, przemijanie, towarzyszy człowiekowi i chłonie jego emocje. 

O takim domu, pełnym głosów, tajemnych dźwięków i muzyki opowiada powieść Małgorzaty Oliwii Sobczak – „Ona i dom, który tańczy”, którą wydało wydawnictwo Novae Res. Ta książka to hołd złożony dziadkom pisarki ale i próba opisania przestrzeni, z którymi wiążą się nostalgiczne, dziecięce wspomnienia. W opowieści widać wyraźnie inspiracje i nawiązania do twórczości Julio Cortazara. Podobnie jak w „Grze w klasy” czytelnik może wybrać sposób lektury. Może to być lektura przeplatana głosami trzech bohaterek (ona, ta i tamta) lub chronologicznie uporządkowana historia jednej rodziny. Każda metoda czytania pokaże nam z różnych perspektyw barwne i emocjonujące dzieje Antoniny, Józefiny i Iwy. Warto wspomnieć, ze Żuławy nie są przypadkowym miejscem akcji powieści, gdyż Małgorzata Oliwia Sobczak jest pasjonatką regionu oraz członkinią Stowarzyszenia Kochamy Żuławy. Jej pierwsza książka „Mali, Boli i Królowa Mrozu” ukazała się w 2015 roku i nawiązuje do baśni. Myślę, że „Ona i dom, który tańczy” również zawiera delikatne akcenty baśniowości lub literacki realizm magiczny, który u nas dopiero kiełkuje – dzięki między innymi Oldze Tokarczuk. Widzę tu również konteksty i paralelę do jej powieści „Dom dzienny, dom nocny”. 

Iwa próbuje uporządkować swoje życie. Kiedy matka umiera, wyjawia córce swoją największą tajemnicę. Iwa z sercem pełnym wątpliwości i pytań wyrusza w podróż do rodzinnych Żuław. Odnajduje stary dom dziadków i postanawia rozwikłać rodzinne sekrety. Powoli przepracowuje swoje trudne relacje z matką, barwną i mroczną historię dziadków, pełną niespełnionych uczuć, marzeń i tajemnic schowanych głęboko w murach żuławskiego domu. Wydaje jej się, że własne emocje dzieli równocześnie z przestrzenią domu, który okazuje się być żywym uczestnikiem, kroniką, w którą zostają wpisane ludzkie losy. Również Iwa ma w niej swój rozdział…:

W jej żyłach płynęła krew, której nie znała. Życie Iwy miało historię zasadzoną w tajemnicy. A to, co wcześniej uznawała za pewnik, okazało się kłamstwem. Kłamstwem, które sprawiało, że znikała” (s. 265)

Powieść „Ona i dom, który tańczy” tratuje o niezwykłej przestrzeni małej ojczyzny i mikrokosmosu, czyli domostwa. Dom ma własną duszę, emocje, jest niezwykle empatyczny i wrażliwy niczym natura. Chłonie uczucia i opowieści, myśli, obecność swoich domowników. W jego wnętrzu rozbrzmiewa melodia ludzkich rozmów ale i magii. Trzy bohaterki, które zamieszkują niezwykły dom oprócz więzów krwi łączy dar widzenia tego, co niedostrzegalne dla ludzi. Są one uśpionymi wiedźmami, w których drzemie moc matki ziemi. Być może dlatego przeżywają tak intensywnie swoje życie, marzą o wolności i szczęściu, które zbyt szybko przemija lub zostaje im odebrane. Antonina to postać skrzywdzona przez wojenną zawieruchę. Zagubiona, odnajduje schronienie u tajemniczego mężczyzny Józefa, niemieckiego muzyka, którego wojna uczyniła żołnierzem. Nie jest on mile widziany w polskiej osadzie i Józef zdaje sobie sprawę, że znajdą się tacy, którzy będą chcieli odpłacić mu za własne, wojenne krzywdy. Antonina będzie musiała zmierzyć się z odejściem miłości, nauczy się żyć w pozornym szczęściu, domowym zaciszu, lecz od czasu do czasu w jej głowie będzie rozbrzmiewały dźwięki skrzypiec – zagłuszane przez jej rozsądek echa przeszłości. Szaleństwo utraty miłości spotka jej córkę – Józefinę, która zakocha się bez pamięci, miłością zmysłową, szaleńczą, młodzieńczą w Jakubie, młodym, przystojnym mężczyźnie. 

Każda z głównych bohaterek przechowuje w sobie zarówno traumatyczne wspomnienia jak i chwile radości, beztroski. Dla Iwy będą to chwile spędzone z babcią Antoniną natomiast dla Józefiny okres dzieciństwa, barwne i żywe opowieści matki staną się metaforą szczęścia, do którego już nigdy nie powróci. Istotnym tematem jaki porusza autorka w tej powieści są relacje kobiet: matki i córki. Józefina zdaje się być umarłą za życia, pozbawioną duszy skorupą, ciałem mechanicznie wykonującym codzienne czynności. Nie potrafi być matką dla Iwy, ucieka od przyszłości, ale i nie chce pamiętać tego, co było najważniejsze w jej życiu. Miłości. Obserwujemy ją jako surową i zimną kobietę, nieustannie stawiającą wymagania Iwie. Najbliższa, tak kazała siebie nazywać Józefina córce, jest wiecznie nieobecna, jej nieoczekiwany wyjazd do Szwecji i przeniesienie Iwy do internatu to ucieczka przed wspomnieniami z przeszłości. Szwecja, obcy kraj szybko okazuje się być dla niej schronieniem dla myśli i powracających obrazów. Jednak nawet na emigracji pozostaje zamknięta, wycofana, pusta i pozbawiona uczuć i marzeń. Nieszczęśliwa wydaje się być również Iwa, odczuwająca dystans matki i jej wycofanie. Młoda kobieta szuka odpowiedzi, dlaczego matka izolowała się od niej, nie okazywała ciepła i miłości. Pozorność, ukryte marzenia, rozbrzmiewają z dwojoną siłą również w Antoninie, która dopiero podczas pogrzebu męża, Kaźmierza, odkrywa jak wiele straciła, jak wiele porzuciła dla innych, oddalając się od własnych pragnień i inności. Była inna, ale wybrała codzienność, strach przed samotnością i oceną innych ludzi przeważył i zaważył o jej przyszłości, życiu, które mogło być zupełnie inne. W gorzkiej refleksji odnotuje:

„Po co się bałam tyle lat? (…) Jakiż głupi jest człowiek. Nie chce zawieść innych, więc zawodzi sam siebie. Po co uciekałam, zamiast korzystać z tego, co daje nam świat? Kim się stałam? Gdybym mogła zacząć raz jeszcze, nie bałabym się ani sekundy. Z pewnością znalazłabym sposób. Ale teraz już za późno. Za późno.” (s. 304)

Żuławy. Książkę wypełniają plastyczne, malarskie obrazy baśniowych przestrzeni Żuław. Przeplatane są one legendami o Strażniku Wałowym, tryfcie, wiatraku zwanym Koźlakiem czy diabelskim wzgórzu. Drewnica i Żuławki to magiczne miejsca, bliskie autorce, opisywane w sposób nostalgiczny, ciepły ale i zajmujący dla czytelnika, który nigdy nie był na Żuławach. Jesteśmy świadkami powojennych osiedleń na terenach Żuław, okresu umacniania się władzy ludowej, surowego szkolnictwa kojarzonego z surową dyscypliną, uciekającą się do kar cielesnych, a także pojawienia się prądu. Upływający czas zdaje się jednak omijać duszę żuławskiego Domu, który odwiedza po wielu latach Iwa:

„Drewniany dom gburski stał niezmiennie wśród pustych pól, których krajobraz przecinały jedynie suche wierzby posadzone przez wielu laty wzdłuż drogi. Był dokładnie taki sam, jakim go zapamiętała. Niewzruszenie samotny, majestatycznie starzejący się, nic nie robiący sobie z odchodzącej farby, parciejących desek, wybrakowanych dachówek. Nadal biło z niego to samo piękno, które dostrzegała w nim jako mała dziewczynka. Piękno polegające na jakiejś niezidentyfikowanej niezłomności i niepoddawaniu się żadnemu z właścicieli” (s. 13-14).

Pięknie i bardzo poetycko, metaforycznie zostają opisane sprzęty domowego użytku – choćby niezwykła maszyna do szycia Antoniny, która w wyobraźni kobiety stawała się wehikułem czasu, który zabierał ją do sadu w Lipnie, pół czerwonych maków, światów jej dzieciństwa. Podobne wrażenie na babci Antoninie wywrze radio, które podaruje jej Kaźmierz. Małe, czarne pudełko przyniesie magię muzyki, na którą tak bardzo wrażliwa była Antonina. Nieodłącznym elementem domu stały się również skrzypce, a raczej ich tęskny dźwięk, który słyszały babka, matka i córka. Melodia tajemnic to metafora niespełnionych marzeń, ukrytych wspomnień i nieprzepracowanego smutku, żałoby, utraty części własnej duszy.

Realizm magiczny sprawia, że opowieść nabiera baśniowości, oniryczności, sensualności. Taka jest historia opowiedziana przez Małgorzatę Oliwię Sobczak. „Ona i dom, który tańczy” jest książką wielopoziomową, rozgałęziającą się jak konar genealogicznego drzewa. Żuławski dom ma więcej niż duszę, ma zdolność pamiętania, przechowywania słów, rozmów, szeptów, myśli. Jest jak anioł, który czuwa nad domownikami, przeżywając wraz z nimi smutki, radości, kolejne narodziny i śmierć. Pojawia się również w powieści motyw miłości, jej barw i odcieni. Miłość definiuje człowieka, ma moc ożywiania jego duszy, ale i niszczenia:

Mówią, że gdy odchodzi miłość, czas leczy rany. Lecz tak naprawdę gdy odchodzi miłość, czas zatrzymuje się miejscu. Wszystkie zegary stają się zardzewiałe i chrome. Wybijają wciąż tę samą godzinę. Godzinę rozpaczy” (s. 402-402).

Przestrzeń Żuław w tej powieści czaruje, nęci, jest w niej coś niepokojącego i mrocznego. Jest to idealna sceneria dla ludzkich losów, poplątanych, niespełnionych, naznaczonych krzywdą, zazdrością, ale i iskierkami szczęścia. Pewnej baśniowości nie można odmówić tej krainie, ukształtowanej przez człowieka i Wielką Historię. Warto wsłuchać się w opowieść domu, domu pełnego magii i głosów, których melodia urzeka od pierwszych stron.

„Zawsze miała uczucie, że dom żył swoim własnym życiem, zachowując niezależność i oddając się jakimś sekretnym sprawom, odbywającym się na płaszczyźnie, której istnienia nikt się nie domyślał. (…) Wsłuchiwała się w skupieniu w oddech domu – ciche, głuche syczenie rozchodzące się po wszystkich pomieszczeniach, ścianach, podłogach i skosach. Wyraźnie wyczuwała go w kominie, którego zardzewiałe, metalowe i na wpół uchylone drzwiczki zawsze przyprawiały ją o gęsią skórkę.” (s. 14)


 Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.

sobota, 6 stycznia 2018

O literaturze warto czytać, czyli "KSIĄŻKI. MAGAZYN DO CZYTANIA" - (4/2017)

Dobry artykuł o pisarzu czy książce powoduje reakcję łańcuchową – chcemy wiedzieć jeszcze więcej na temat zrecenzowanej książki, twórczości pisarza, który poruszył jakąś cząstkę w naszym czytelniczym sercu. Szukamy więc kolejnych recenzji, zaopatrujemy się oczywiście w materiały źródłowe (czyli książki) i popadamy w trans, a wszystko przez artykuł czy wywiad, który nas zainspirował, zmotywował. Takich intelektualnych wybuchów i zapełnienia mojej listy czytelniczej po brzegi zapewnia mi każdy numer kwartalnika „Książki. Magazyn do czytania”, który z satysfakcją mogę podkreślić, stał się dwumiesięcznikiem. Czasopism krytycznoliterackich i o literaturze ubywa, a tych naprawdę dobrych jest niewiele (cenie sobie miesięcznik „Nowe Książki”, „Frazę”, „Odrę” czy „Topos”). O książkach, szerzej o literaturze może pisać urzekająco tylko pasjonat. I takich właśnie pasjonatów znajdziemy w tekstach składających się na „Książki. Magazyn do czytania”.

Grudniowy numer zawiera przede wszystkim podpowiedzi prezentowe, jednak dla mnie osobiście, to lista książek do przeczytania w 2018 roku. „Książki. Magazyn do czytania” wyróżnia zawsze okładka. Tym razem przedstawia ona portret Juliana Barnesa, bohatera świetnego i niezwykle erudycyjnego wywiadu, który przeprowadził w mieszkaniu autora - Juliusz Kurkiewicz. Książka „Zgiełk czasu” wyłania się jako powieść przemyślana, drapieżna pod względem tematów, a jej główny bohater Dymitr Szostakowicz to wielowymiarowa postać, barwna, niedająca się zaszufladkować. 

W bieżącym numerze przeczytamy również o tajemniczej i chyba najbardziej znanej recenzentce i krytyczce literackiej „New York Timesa” – Michiko Kakutani. Jej każda recenzja wyznaczała kolejne trendy w literaturze, otwierała drogę do sukcesu lub sprowadzała pisarza na ziemię, wytykając błędy nawet najlepszym. 

Nie można również pominąć tekstu Marka Bieńczyka, który z pewną nostalgią przypomina o książkach o losach Indian. Wplata i nawiązuje do polskiego zafascynowania kulturą indiańską, pytając retorycznie o jej całkowity zanik. Bieńczyk nie może przejść obojętnie obok zagadnienia ciszy i dźwięków, co czyni tekst jeszcze bardziej panoramicznym. A jedno ze zdań, które pada w recenzji-eseju (zainspirowane lekturą historii Indian) brzmi wręcz intrygująco dla badacza bądź twórcy mającego słuch absolutny i zamiłowanie do dźwięków :

Chciałoby się kiedyś napisać historię dźwięków Polski powojennej i posolidarnościowej; odtworzyć historyczną ścieżkę dźwiękową” (s. 46)

 Wojciech Nowicki zachęca do lektury dość niepokojącej książki o flakach („Ugly Food. Overlooked & undercooked” Richarda Horseya i Tima Whartona). Są takie składniki, warzywa, ryby, skorupiaki, części zwierząt, które uchodzą za kontrowersyjne do spożywania. Jednak jak Nowicki umiejętnie argumentuje, wszystko zależy od kręgu kulturowego i naszych preferencji kształtowanych już od dzieciństwa. Warto w tym miejscu przywołać refleksyjną konkluzję:

Nasze czasy wolą higieniczną bezpłciowość, mrożony blok rybny i skrzętnie pozbawione cielesności filety” (s. 49)

Każdy literaturoznawca, a na pewno specjalista od literatury emigracyjnej, na pewno powinien zapoznać się z arcyciekawą korespondencją Sławomira Mrożka i Leopolda Tyrmanda, która ukazała się w Wydawnictwie Literackim. Wnikliwie analizuje tę pozycję Małgorzata I. Niemczyńska, racząc nas smaczkami z życia obu nieszablonowych pisarzy. Wyłaniające się portrety z wzajemnych listów, to prawdziwe ale i kreacyjne postawy twórców, ich drogi twórcze, emigracyjne doświadczenie. 

Fani Zygmunta Miłoszewskiego znajdą również coś dla siebie, oprócz wzmianki o nowej powieści „Jak zawsze” Eliza Szybowicz bierze na warsztat całą twórczość pisarza, próbując odpowiedzieć na pytanie – czy nowa powieść to zupełnie inne spojrzenie autora czy powielanie pewnych wzorców, znanych z wcześniejszych opowieści. Wydaje mi się, że Miłoszewski próbuje komentować rzeczywistość polską, ale na ile jest w tym nowatorski – każdy z czytelników musi sam sobie odpowiedzieć. 

Najbardziej smakowitym tekstem w tym numerze jest dla mnie wywiad Michała Nogasia z Olgą Tokarczuk i Joanną Concejo o ich nowej książce – „Zgubiona dusza”. „Wystarczą trzy pary butów” to rozmowa o partnerstwie, zaufaniu pisarza i ilustratora. Pięknie, a nawet magicznie o swoim warsztacie (metafora sznurka) opowiada Joanna Concejo, która, wydaje mi się, być pokrewną duszą pisarki. Następnym krokiem po przeczytaniu tego wywiadu jest obejrzenie prac ilustratorki i zakup książki „Zgubiona dusza”, o której mówi Olga Tokarczuk:
„To bajka dla dziecka, które mieszka w dorosłym i drzemie. Dla dojrzałego człowieka, który wiele zdążył przeżyć i zaczyna stawiać sobie pytania o to, jak się porusza w czasie, jak sobie radzi z przemijaniem i dlaczego tak często dopada go głęboka nostalgia za latami dzieciństwa”. (s. 74)
Ilustracje Joanny Concejo to historia opowiedziana emocjami, głębokimi i prawdziwymi uczuciami samej ilustratorki. Tekst Olgi Tokarczuk sam w sobie jest już tkaniną wielobarwną, o drobiazgowych i metaforycznych splotach, a jeżeli dodamy do tego tak niezwykłe obrazy Concejo – otrzymamy współczesną baśń i dla dziecka, i dla dorosłego. 

Redaktorzy  czasopisma „Książki. Magazyn do czytania” wiedzą jak trudno wybrać książkę pod choinkę, więc w grudniowym numerze znajdziemy wiele interesujących i wartościowych tytułów. Myślę, że są to takie prezenty, którymi możemy obdarzać pasjonatów literatury i na urodziny, i na walentynki, imieniny – każdy czas jest dobry, aby obdarować kogoś bliskiego dobrą książką. 

W „Książkach” znalazły się również opowiadanie Conrada „Placówka postępu” w nowym tłumaczeniu Magdaleny Heydel, recenzja książki „Nieprzysiadalność” czyli wywiadu z Marcinem Świetlickim (Grzegorz Wysocki podejmuje próbę odnalezienia prawdziwego Świetlickiego w jego różnorodnych wersjach i maskach), wywiad z Pawłem Sołtysem (autorem „Mikrotyków”) czy subiektywny wybór wartościowych książek dla dzieci i młodzieży według Joanny Olech (takim podpowiedziom jestem gotowa zawierzyć w ciemno). 

Z ogromną niecierpliwością oczekuję na kolejny numer, licząc, że przyniesie on ponownie wiele przyjemności i niezwykłych opowieści o książkach. „Książki. Magazyn do czytania” skupia wokół siebie naprawdę prawdziwych pasjonatów, piewców słowa, przywołujących swobodnie i z lekkością konteksty krytycznoliterackie, ludzi oddychających literaturą, potrafiących zarażać nią czytelników. O książkach powinno pisać się właśnie w taki sposób, kuszący, mocny, z pełną paletą emocji i literackich smaków.
Po lekturze czasopisma zapisałam najważniejsze tytuły, które wydają mi się godne polecenia i przeczytania: 

-Nieprzysiadalność, z Marcinem Świetlickim rozmawia Rafał Księżyk
-Sendlerowa. W ukryciu, Anna Bikont
-Mikrotyki, Paweł Sołtys
-Na północ jedzie się by umrzeć, Ida Linde
-Dachołazy, Katherine Rundell
-Zgubiona dusza, Olga Tokraczuk
-Drwale, Annie Proulx
-Hajstry. Krajobraz bocznych dróg, Adam Robiński
-To nie jest kraj dla pracowników, Rafał Woś
-Zgiełk czasu, Julian Barnes
-Błazen - wielki mąż. Opowieść o Tadeuszu Boyu-Żeleńskim, Józef Hen


Za egzemplarz czasopisma dziękuję Wydawnictwu Agora

środa, 3 stycznia 2018

„Nie jesteśmy agrafką, żeby się spinać” – czyli o poszukiwaniu własnego szczęścia

Definicji szczęścia jest tak samo wiele jak ludzi, którzy do niego dążą. Dla jednych będzie to rodzina, bliskość ukochanych osób dla innych poczucie harmonii, osobistego spełnienia czy stworzenie zaplecza bezpieczeństwa. Próbujemy zamienić nasze życie w namiastkę raju, ale jest tak wiele różnych czynników, które każdego dnia rwą nasze marzenia, cele, pozostawiając tylko kawałki tego do czego dążyliśmy. Publikacja Ewy Żurczak „Mój kawałek raju czyli jak wybrać dobre życie” wydawnictwa Helion, to skondensowana wiedza o podłożu psychologicznym i terapeutycznym, pozwalająca poznać samego siebie. Pomimo, że książka jest objętościowo niewielka, to jednak jej treść jest naprawdę motywacyjna i bardzo dobrze przemyślana. Autorka od razu przechodzi do sedna naszych problemów, do których przede wszystkim należy stres i brak kontroli nad nim. Ewa W. Żurczak wykorzystuje swoją wiedzę psychologiczną, badania i obserwacje z pracy terapeutycznej. Warto wspomnieć, że jest ona również twórczynią „Centrum Mogę” Instytutu Rozwoju i Psychoterapii. Stres to źródło lęków, trudności, złego samopoczucia, kiepskich relacji z innymi. Autorka umiejętnie prezentuje koncepcję zbudowania własnej harmonii, pewności siebie w oparciu o psychologiczne metody, które każdy z nas może zastosować. 

„Mój kawałek raju” to lektura zarówno dla pracowników jaki i pracodawców. Ewa Żurczak tłumaczy, że chęć poukładania sobie życia, własnych celów i planów warto zacząć od zdefiniowania relacji z samym sobą. Autorka słusznie zauważa, że mamy coraz mniej czasu na pobycie tylko z samym sobą, zapominamy o własnych potrzebach, relaksie, chwilach ciszy. Traktujemy siebie zbyt poważnie, surowo, za wszelką cenę dążymy do perfekcji, realizując wyznaczone cele. W naszym życiu wykluczamy możliwość popełnienia błędu i tego samego oczekujemy od innych. A przecież wszelkie nasze pomyłki, złe decyzje, nietrafione wybory budują nasze doświadczenie. Są elementami niezbędnymi w toku uczenia się. Stres jest naszą codziennością, a jak sugeruje autorka, można go zamienić w coś pozytywnego, spróbować go zrozumieć, rozebrać na czynniki pierwsze i wykluczyć lęk i strach z nim związane. Aby znaleźć szczęście trzeba dobrze  poznać swoje wnętrze, nauczyć się czytać emocje własne i innych. Autorka wspomina o inteligencji emocjonalnej jako jednej z dróg odczytywania emocji i ich pozytywnym i motywacyjnym wykorzystaniu. Daniel Goleman wydaje mi się w tym miejscu specjalistą od tego zagadnienia i aby zgłębić szerzej inteligencję emocjonalną warto sięgnąć do jego publikacji. 
 
Ewa Żurczak podkreśla również jak ważna jest autosugestia, pozytywne myślenie, budowanie swojej wartości i bycie dla siebie dobrym. Rozwijanie siebie to również inwestycja w przyszłość. Zbyt często oglądamy się do tyłu, analizujemy przeszłość, wracamy do swoich błędów, porażek. W książce jest kilka naprawdę ujmujących fragmentów motywacyjnych, które pozwalają wziąć głęboki oddech i zastanowić się nad samym sobą, nad życiem jakie tworzymy. Spodobało mi się bardzo stwierdzenie, iż „profesjonaliści się douczają, a laicy uważają, że wiedzą wszystko”. Tak też powinniśmy podchodzić do życia, pracy, swoich obowiązków, ról jakie podejmujemy w życiu – nieustannie się uczymy, zdobywamy wiedzę, ponosimy nieraz porażki ale i zwycięstwa, więc musimy w sobie stworzyć miejsce na naukę, pytania. Szczególnie trudno jest wejść w rolę nowego pracownika, który w nowej pracy uczy się dopiero obowiązków i zadań. Zmieniając pracę każdy z nas chce być od razu specjalistą, perfekcjonistą, nie dajemy sobie czasu na wdrążenie się w nowy tryb i specyfikę stanowiska, jakie obejmujemy. Podobnie rzecz ma się z wytyczaniem i realizowaniem celów, które próbujemy osiągnąć natychmiast, kosztem wszystkiego innego. Autorka sugeruje mądre i rozsądne tworzenie listy celów – które rozłożone na mniejsze, dokładnie sprecyzowane i opisane, oznaczone terminem wykonania – mają nie być źródłem niestannego stresu lecz poczuciem satysfakcji. 

Na koniec lektury warto tak jak autorka stworzyć własny dekalog czy kodeks rzeczy, które dobrze jest dla siebie zrobić. Niech to będzie nasza recepta na własny kawałek raju i stan szczęścia. Myślę, że takie publikacje jak Ewy Żurczak pokazują jak radzić sobie z problemami, brakiem refleksji, nieustannym napięciem i uciekającym czasem. Wiele z opisanych przez nią metod jest mi dobrze znana, lecz czasami się o nich zapomina lub wydają się zbyt trudne do realizacji. Jednak autorka w sposób bardzo prosty i otwarty kieruje czytelnika na właściwe tory, motywuje do zgłębiania samego siebie i pokazuje jak osiągnąć własny kawałek raju – bez stresu, pogoni, spinania się i złości. 


 Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.