piątek, 30 czerwca 2017

KĄCIK MAŁEGO MOLIKA (4/2017) - "Dzieci z Lewkowca" Donata Dominik-Stawicka

Szwedzka wioska była dla mnie inspiracją do zabaw, do tej pory pamiętam budowanie tuneli w sianie. Któż nie kocha Bullerbyn. To miłość dziecięca, szczera, ale i ponadczasowa. Donata Dominik-Stawicka zainspirowana  powieścią Astrid Lindgren „Dzieci z Bullerbyn” pokusiła się o napisanie współczesnej, polskiej wersji  dziecięcego świata.  „Dzieci z Lewkowca” (wyd. „Skrzat”) to lekka i przyjemna lektura na wakacyjne dni, motywująca małego czytelnika do aktywnego spędzania czasu, poruszająca tematy przyjaźni, pomocy drugiej osobie, miłości do zwierząt. Autorka jest literaturoznawcą, napisała m.in. monografię o Juliuszu Słowackim. 

Bohaterowie książki tworzą zgraną paczkę przyjaciół. Zosia, Bartek, Faustyna, Kacper, Wiktor i Tobiasz mieszkają w Lewkowcu, niewielkiej wiosce w Wielkopolsce. Ich przygody śmieszą, ale i niosą wiele uniwersalnych wartości, o których często się zapomina we współczesnym świecie.
 Pewnego dnia chorą Zosię odwiedza ciocia. Dziewczynka bardzo się nudzi, więc ciocia proponuje jej poczytać na głos. Zosia nie lubi czytać, ale historia „Dzieci z Bullerbyn” podbija jej serce. Ciocia proponuje więc, że napisze książkę o  niezwykłych przygodach dziewczynki i jej przyjaciół. W Lewkowcu wszystkie dzieci się znają, trzymają się razem, wspólnie spędzają czas i mają zabawne pomysły. Łączy ich też wielka miłość do zwierząt. Dzieci z Lewkowca są bardzo odpowiedzialne, opiekują się swoimi czworonogami. Historie, które opisuje Donata Dominik-Stawicka zarażają optymizmem, są empatyczne, momentami ściskające za serce.

Książka składa się z dwóch części – pierwsza z nich obfituje w różne perypetie dziecięcych bohaterów i ich rodzin, natomiast druga to swoisty dziennik podróży do szwedzkiego Bullerbyn. Dzieci zafascynowane przygodami literackich bohaterów wybierają się wraz z rodzicami do prawdziwego Bullerbyn aby zwiedzić świat znany z książki Lindgren. Dużym atutem książki jest przystępny język skierowany do dziecka, krótkie historie sprawiają, że można czytać „Dzieci z Lewkowca” fragmentami, chociaż sympatyczni bohaterowie sprawiają, że książkę chciałoby się przeczytać na jednym oddechu. Książeczkę wypełniają kolorowe ilustracje  Agnieszki Semaniszyn-Konat. 
Wyobraźnia głównych bohaterów to podróż w świat dzieciństwa, połączenie książek Hanny Ożogowskiej, Astrid Lindgren ze współczesną rzeczywistością tabletów i Internetu. Książka ma też kilka minusów – moim zdaniem poruszony temat adoptowania, posiadania zwierząt jest potraktowany trochę zbyt lekko, owszem rodzice przestrzegają dzieci, że zwierzę to obowiązki, ale brakuje konkretnych przykładów pokazujących jak bardzo kot czy pies jest od nas zależny, ile czasu wymaga opieka. Rodzice bardzo szybko spełniają marzenia swoich pociech dotyczące nowego zwierzaka, razi brak głębszych rozmów na ten temat, przygotowania dzieci do nowych obowiązków. Momentami miałam wrażenie, że zwierzak to taki prezent, a nie żywe stworzenie. Warto zaakcentować takie rzeczy, bo w niektórych dorosłych wciąż pokutuje przekonanie, że zwierzęta to zabawki dla dzieci. Podobał mi się wątek kiedy bohaterowie postanowili adoptować psa ze schroniska. Jeden z chłopców Tobiaszek wzruszył się widokiem okaleczonego psiaka (którego pokochał od pierwszego wejrzenia). Szybko jednak otarł łzy, bo jak mawiał jego tata „chłopaki nie płaczą”. Dlaczego chłopcy nie mogą płakać? Co złego jest w szczerych łzach? W powieści dla dzieci warto wystrzegać się takich stereotypów. Poza tym obraz rodziców z powieści jest bardzo ciepły, może momentami zbyt idealny. Jednak pomimo tych drobnych potknięć Lewkowiec to miejsce przyjazne, pełne śmiechu, zwariowanych pomysłów i dziecięcej fantazji. 

„Dzieci z Lewkowca” to zaproszenie do małej, polskiej wioski, gdzie życie płynie radośnie, co jednak nie oznacza, że bohaterowie nie stykają się z problemami. Donata Dominik-Stawicka pokazuje świat oczami dziecka, akcentując jak wielką moc ma wyobraźnia i jak książkowi bohaterowie potrafią ją rozwijać. Myślę, że ta książka, to jedna z propozycji na rozpoczęcie przygody z czytaniem. Mądra i pełna empatii lektura wakacyjna! 


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu SKRZAT 

wtorek, 27 czerwca 2017

KĄCIK MAŁEGO MOLIKA (3/2017) - "Kuba pomaga tacie" Liesbet Slegers

Spędzanie czasu z rodzicami to dla każdego malucha niesamowita okazja do nauki poprzez naśladowanie, podpatrywanie, powtarzanie czynności w formie zabawy. Liesbet Slegers, belgijska ilustratorka jest autorką cyklu książek dla maluchów m. in. o Kubie i Kasi. Tym razem mały Kubuś pokazuje jak wiele ciekawych rzeczy można zrobić wraz z tatą, który dysponuje wolnym dniem. 

Książeczka dla dzieci „Kuba pomaga tacie”, która ukazała się w gdańskim wydawnictwie Adamada, to lektura obowiązkowa nie tylko w dzień ojca, ale idealna aby nieustannie do niej powracać wraz z dzieckiem. Kuba jest postacią, z którą nasze maluchy łatwo się utożsamią, polubią jego przygody. Treść książki polecana jest dla czytelników od 2 roku życia, co nie przeszkadza abyśmy czytali przygody Kuby mniejszym pociechom. Mój synek (11 miesięcy) chętnie sam przegląda tę książkę, bo jest niezwykle kolorowo ilustrowana, w sposób prosty, bardzo dziecięcy, pokazujący świat oczami maluszka. Ilustracje przedstawiające Kubę i kolejne czynności, przy których pomaga tacie, są ciepłe, nieskomplikowane, schematyczne, łatwe w odbiorze. Słowem, idealne dla małego molika i domowego pomocnika. 

Kiedy Kuba dowiaduje się, że spędzi cały dzień z tatą jest szczęśliwy, bo czeka go wiele wrażeń. Panowie znajdą czas i na pracę, i na zabawę. Maluch przypatruje się tacie podczas pracy i chętnie pomaga mu w różnych obowiązkach. Nic nie może się jednak równać ze wspólną zabawą w muzykowanie. Mnie osobiście ujęła scena przygotowywania razem obiadu dla mamy, która tego dnia pracuje. Kuba uczy się podziału obowiązków i wzajemnego troszczenia się o siebie. Tata Kuby nie ma problemu z przygotowaniem obiadu (chociaż są to tylko frytki) i angażuje do pomocy maluszka. Postać Kuby jest bardzo sympatyczna, chłopiec wstaje radosny i z zainteresowaniem obserwuje co robi tata. Mały pomocnik z entuzjazmem przystępuje do wykonania kolejnych zadań. 
 Książka Liesbet Slegers zachęca do angażowania dzieci w różne domowe prace, uczenia ich obowiązków, jednocześnie pokazując jak ważne jest wspólne spędzanie czasu. Możliwość uczestniczenia w życiu dorosłych jest dla maluchów świetną okazją do zabawy, obserwowania, uczenia się poprzez naśladowanie. A jak wielką satysfakcję odczuwa młody człowiek po wykonaniu nawet drobnego zadania, wie każdy rodzic, który chociaż raz pozwolił dziecku na towarzyszenie w wspólnej pracy. Kuba tak jak każdy maluch w jego wieku chce być taki jak tata, jest on dla niego wzorem i czerpie radość ze wspólnego spędzania czasu.
„Kuba pomaga tacie” to książeczka o codzienności maluchów, o ich patrzeniu na świat, obserwowaniu rodziców, próbach włączania się do domowych prac. Myślę, że już od najmłodszych lat warto angażować dzieci nawet do drobnych czynności, czy to gotowania, czy mycia samochodu. Nie liczy się w tym wypadku efekt, ale sam fakt pomagania, uczestniczenia, współpracowania. Kuba jest pod tym względem dzieckiem idealnym, nie buntuje się, nie nudzi się, z radością towarzyszy tacie w garażu, w samochodzie i w kuchni. Bohater pokazuje małym czytelnikom, że takie pomaganie to świetna zabawa, najważniejsze, że można wiele rzeczy robić wspólnie, wraz z tatą. Tekst o Kubie jest również bardzo prosty i adekwatny do wieku odbiorcy. Książka belgijskiej ilustratorki to obowiązkowa pozycja dla maluchów poznających świat dorosłych, patrzących z podziwem na swoich tatusiów. Lektura idealna na sobotni poranek, kiedy to czekają na nas liczne obowiązki. Warto zaprosić do pomocy całą rodzinę. 

  Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.

sobota, 24 czerwca 2017

Przebudzenie kobiecości

Liliana Hermetz podjęła się trudnego zadania pokazania na nowo postaci literackiej stworzonej przez Coetzzego. Elizabeth Costello, bo o niej mowa, to pisarka, kobieta elegancka, enigmatyczna, w podeszłym już wieku. Polska pisarka, z wykształcenia teatrolożka i kulturoznawczyni, laureatka Nagrody Conrada 2015, postanowiła wyswobodzić literacką postać, nadać jej nową formę, wypełnić już wykreowaną postać zupełnie nowymi barwami. Zastosowanie intertekstualności w tym wypadku to odsłonięcie prawdziwej kobiecości bohaterki Coetzzego, której brakuje w powieści „Elizabeth Costello”.

Liliana Hermetz spogląda na Costello własnymi oczami, przepuszcza ją przez pryzmat cielesności, którą bohatera nagle odkrywa, co przeradza się w fascynację własnym ciałem, starzejącym się ale obdarzonym pełną akceptacją, czułością. Powieść „Costello. Przebudzenie” to intrygująca odsłona kobiecości ukrywanej, przytłoczonej, bliskiej seksualności. Costello odkrywając w sobie nieznane dotąd uczucia, własne ciało daje się ponieść metamorfozie, która w niej zachodzi. Zaczyna się wsłuchiwać w pragnienia, potrzeby, czytając swoje ciało jak literaturę.

„Costello. Przebudzenie” to powieść – wyzwanie, starająca się uchwycić to, co najczęściej zostaje przemilczane, przykryte grubą warstwą tabu. Główna bohaterka pojawia się na kolejnych spotkaniach autorskich, zaczyna prowokować słuchaczy swoją bezpośredniością, chęcią mówienia o rzeczach intymnych, całkowicie nieobecnych w publicznych rozmowach. Costello zaczyna dostrzegać w sobie nieokiełznany zachwyt nad własną cielesnością. Bohaterka świadoma swojego wieku, dojrzałości, przemijania nagle zmienia perspektywę patrzenia wewnętrznego. Ucieka spod mocy Kreatora, pisarza, który ją stworzył, wypełniając ją własnymi refleksjami. Ucieczka, bunt bohaterki, to monolog wewnętrzny stłumionej kobiecości, poszukującej ekspresji seksualności, erotyki. Costello doznaje spełniania, to jak siebie widzi wpływa na postrzeganie jej osoby przez innych ludzi. Najlepszym przykładem jest przystojny, młody tłumacz Robert Marini, który jest pod wielkim wrażeniem osobowości i emanującej pięknem Elizabeth. Dziwi się jak bardzo emocjonalnie i fizycznie reaguje na jej obecność, pociąga go jej nieokiełznana kobiecość, niezdefiniowany magnetyzm.

Autorka wybierając bohaterkę całkowicie oddaje jej przestrzeń powieści. Pozwala jej mówić o sobie, o byciu kobietą, nie ma w tym sztuczności, próby ukrywania się autorki pod warstwą literacką i psychologiczną postaci. Przebudzenie Costello jest sensualne, a wyswobodzenie się z tabuizacji, skrępowania, skostniałości czyni tytułową bohaterkę kobietą integralnie związaną z ciałem. To nagłe doświadczanie ukrytych pragnień, popędów ma znamienny wpływ na poznawanie, odkrywanie samego siebie. Wydaje się, że człowiek nieustannie toczy walkę z ciałem, błędnie odczytując własne reakcje. Podczas jednego z wykładów pisarka zwierza się:

„Mam, proszę państwa, poczucie, że ciało znów nam się oderwało od reszty, wyrwało i ucieka gdzieś teraz samotnie po polach, a wokół pachnie dymem z ogniska. A ja chcę, żeby ono wróciło. Zamieszkało sobie we mnie. I żebym się mogła z nim zaprzyjaźnić. Rozmawiać z nim, pieścić, dopieszczać. Tak. (…) Ale przede wszystkim należy akceptować je, w każdej jego postaci, każdej formie i każdym wieku.” (s.52-53)

O tym jest też ta książka, o zaufaniu swojemu ciału, o budowaniu równowagi, zachowaniu osobistej relacji z cielesnością, nie uciekania od seksualności z powodu przemijania. Starość nie przekreśla sfery cielesnej, Costello świetnie czuje się w swoim starzejącym się ciele, jest pogodzona z przemijaniem, zmarszczkami, kolejnymi śladami upływającego czasu, w pewnym momencie zauważa jak bardzo wrażliwa staje się na zapachy, zmysłowość:

 „W ostatnim czasie zapachy prześladowały ją najbardziej. Za nimi najbardziej tęskniła. Starzeję się, pomyślała. Ale chyba chodzi o coś innego. Te wszystkie obrazy, zapachy, kształty… Z tego jestem zbudowana. Im starsza jestem, tym lepiej to wiem.” (s. 58-59)

Nie sili się na zakładanie złudnych masek, odkrywa, że język ciała, jego odczytywanie może przynieść spełnienie fizyczne i duchowe. Uwodzi swoich słuchaczy, stwarza atmosferę intymności, aby pokazać jak bardzo sami się ograniczamy, jak negujemy swoją seksualność, torturujemy ciała przez zakodowane frazesy, banały, wychowanie. Cierpimy, bo nie znamy samych siebie, nie potrafimy czerpać beztroskiej przyjemności z kobiecości. 


„Coetzzowa” Costello to poczwarka, imago kobiety, cień Kreatora, postać trzymana w mocnych ryzach pisarza, dopiero Liliana Hermetz pozwala jej na metamorfozę, na rozwinięcie skrzydeł cielesności. „Costello. Przebudzenie” to intrygująca, niepokojąca puenta współczesnej kobiecości, nielogicznie tłumionej, całkowicie poddanej intelektowi, społecznym ramom. Ciało jest tu sprzymierzeńcem, odkrywanie jego sekretów przyprawia bohaterkę o dreszcze zachwytu. Słowa nie definiują całkowicie cielesności, erotyki, raczej ją spłycają, wulgaryzują. Costello w powieści Liliany Hermetz to esencja prawdziwiej, mocnej, dojrzałej i mądrej kobiecości, której aura fascynuje i przyciąga jak magnez. Lektura tej książki zachęca do sięgnięcia po oryginał, aby porównać męski i kobiecy wizerunek Costello. Liliana Hermetz zaskakuje, sięga po ważną postać dla samego Coetzzego i robi to w sposób nowatorski, przyciągający, rysując jednocześnie wiele poziomów tematycznych sfery cielesnej. To niezwykle ważny, refleksyjny i feministyczny głos w literaturze kobiecej. 

*Cytaty: Liliana Hermetz, Costello. Przebudzenie, wyd. W.A.B., Warszawa 2017.

  Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.

 

czwartek, 8 czerwca 2017

Pod matczynymi skrzydłami

Matczyne skrzydła Amalii otaczają jej dzieci siłą akceptacji, wyrozumiałości, bezwarunkowej miłości. Chociaż w oczach dzieci uchodzi za osobę naiwną, trochę szaloną i przesadnie optymistyczną to jednak ma ona intuicję, dzięki której dostrzega problemy nękające obie córki oraz syna. Sylwestrowe, rodzinne przyjęcia będzie najlepszą okazją do podsumowania relacji i wypowiedzenia słów, które zbyt długo pozostawały uwięzione i przemilczane. Tak zaczyna się powieść „O matko!” hiszpańskiego pisarza i tłumacza Alejandro Palomasa. Ukazała się ona w 2014 roku, a w Polsce to pierwszy, wydany utwór tego autora w przekładzie Katarzyny Górskiej. 

Portret matki i historię hiszpańskiej rodziny kreśli syn. Fernando jest samotnym gejem, przeżywającym kolejne rozstanie i nietrafiony związek z partnerem, który na otarcie łez pozostawia mu psa. Momentem zwrotnym w życiu barcelońskiej rodziny jest rozwód rodziców i zerwanie kontaktów przez ojca. Matka rozpoczyna nowe życie, oddając się spełnianiu swoich marzeń i smakowaniu nowych doświadczeń. Poznajemy również Silvię i Emmę, jej córki, które budują wokół siebie mur, udając, że są szczęśliwe. Silvia nie przebiera w słowach, stara się sprowadzać na ziemię mamę i przestrzegać przed jej szalonymi pomysłami. Natomiast Emma próbuje pogodzić się ze stratą bliskiej osoby i zbudować nowy związek. Fernando słuchając rodzinnym rozmów snuje równocześnie historię swojego rodzeństwa. Główną bohaterką pozostaje niezaprzeczalnie Amalia – nieco ekscentryczna, zabawna i optymistyczna kobieta, która potrafi skruszyć najgrubsze skorupy, w których ukrywają się jej dzieci i wyciągnąć do nich rękę. 

Autor urzeka trafnymi metaforami opisującymi rodzinę Amalii. Rodzinne powiązania są jak kręgi na wodzie, każde wydarzenie wpływa na poszczególne osoby. Rodzina jest mikrokosmosem, organizmem zależnym od siebie. Postać matki gra tutaj pierwsze skrzypce, jest w centrum, ponieważ potrafi scalić rodzinę, umie wydobyć to co w niej najpiękniejsze. Jej rady i gesty są pełne życiowej mądrości, uniwersalnych wartości, które okazują się być najlepszym antidotum na złamane serce. Powieść „O matko!” pokazuje obraz matki niezwykle uczuciowej, wrażliwej, ingerującej tylko wtedy gdy jest to konieczne. Opowieść nie obfituje w szokujące tajemnice rodzinne, autor prowadzi nas po krętych drogach ludzkiego życia, pokazując jak cierpienie i problemy oddalają nas od drugiego człowieka i uczuć. Zarówno Fernando, jego siostry, wujek Eduardo jak i mama poznają ból rozstania. Czasami jednak źle ulokowane uczucia uruchamiają blokadę. Pięknie o tym mówi Amalia, która radzi swojemu synowi: 

Nikt z nas nie jest całym światem, nawet jeżeli wszyscy jesteśmy wyjątkowi. Można być podobnym, ale nie powtarzalnym. I właśnie o to w życiu chodzi: trzeba szukać ludzi podobnych i unikać powtarzalnych.” (s. 329)

Autor porusza również bolesny temat żałoby, traumy po stracie bliskiej osoby. Jedynym wyjściem okazuje się akceptacja i poczucie, że ten ktoś nieustannie przy nas jest. Kiedy Emma popada w coraz większe odrętwienie i depresję, matka opowiada jej o swojej tęsknocie za babcią, która zajmuje honorowe miejsce na Krześle Nieobecności:

„Babcia, kochanie, zawsze powtarzała, ze każdy z nas ma swoje Krzesło Nieobecności (…). Jest ono przy nas od urodzenia i tylko czeka, aż tchniemy w nie życie. Moje Krzesło zawsze zajmuje babcia. Dbam o to, by czuć jej obecność i jej nie stracić, ale również o to, żeby nie zatracić samej siebie”. (s.271)

Postać Amalii jest kluczowa w powieści Palomasa. To ona scala rodzinę, posiada matczyny klucz do serc swoich dzieci. Narracja obfituje w żartobliwe sytuacje, których inicjatorką jest właśnie matka, odkrywająca zalety wolności. Zawiera nietypowe przyjaźnie, jest ufna wobec innych, próbuje zawsze odsłonić pozytywne strony sytuacji i zdarzeń, których jest uczestniczką. Każde z jej dzieci pomimo zgryźliwości szuka w niej oparcia, schronienia.

 „O matko!” to książka z potencjałem, momentami jednak monotonna, bez fabularnego zacięcia. Autor mnoży liczne niedopowiedzenia, urywa narrację, a retrospekcje powoli zarysowują losy bohaterów. W tej powieści niezwykłą rolę pełnią szczegóły, gesty, mimika postaci dokładnie uchwycona przez narratora. Barcelońska rodzina cierpi na syndrom nieustannego „przetrawiania” złych doświadczeń. Bohaterowie nie potrafią i nie chcą uwolnić się od gryzącej przeszłości, zakładanie masek i oddawanie się codzienności, to ich mechanizmy obronne wobec destrukcyjnych uczuć. Amalia dla każdego z nich ma otwarte ramiona, niewyczerpalne pokłady zrozumienia  i ciepła, topiącego zimne mury obojętności i udawania. Ona jedyna odcina balast ran, smutku, niespełnionych nadziei. Jej słowa uwalniają skrywane uczucia, rozwiązują supły bólu, pozwalają na katharsis. Powieść Alejandro Palomasa to obyczajowa, współczesna opowiastka o rodzinie przeżywającej kryzys zaufania, nowoczesnej, tolerancyjnej, ale ciągle zmagającej się z indywidualną samotnością. Nie ma tu jednak pesymizmu i zgorzknienia, autor pozostawia czytelnika z ciepłym promykiem nadziei kiełkującym w sercach powieściowych bohaterów. 

*Cytaty: Alejandro Palomas, O matko!, przeł. Katarzyna Górska, wyd. WAB, Warszawa 2017.  

  Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.