wtorek, 26 listopada 2019

Słuchać głosu serca, czyli kilka lekcji miłości Elizy Anny Falkiewicz


„Zbuduję dom z cegiełek marzeń”
(Cegiełki marzeń, s. 30)


Wydawać się może, że poezja to najlepsza forma wyrażania, opisywania miłości, uczucia tak nieokiełzanego, enigmatycznego i często nieuchwytnego. Miłość można spróbować opowiedzieć na wiele sposobów, połączyć odległe tropy, zaskakując czytelnika. Jeżeli jednak twórca pójdzie na skróty, ograniczając paletę motywów miłości, to otrzymamy powtarzalną opowieść-kalkę o zakochaniu, tęsknocie i pozostałych fazach miłości ujętych w zamknięte mini-obrazki, okrojone i pozbawione szerszego wydźwięku (zapewne przez nieznośne układanie wersów zakończonych prostym i banalnym rymem) i dialogu z wymagającym czytelnikiem. W najnowszym tomiku Elizy Anny Falkiewicz „Lekcje miłości” odbiorca podąża znanymi ścieżkami, uproszczonymi i schematycznymi. To poezja dla niewymagających, większość wierszy to powtarzanie ujęć i obrazów miłości z mowy codziennej, często są to banały, uniwersały, ubrane w emocjonalność i doświadczenie poetki.  

Autorka definiuje miłość w prosty, emocjonalny sposób, w większości utworów brakuje metaforyki czy różnorodności obrazowania. Poetka nie wychodzi poza typowe obrazowanie miłości, co sprawia, że w większości wierszy dominuje natłok emocji, ujętych frazesowo i monotematycznie. Krytyczne uwagi nie przekreślają jednak całkowicie tego zbioru 88 wierszy, swoistego dekalogu człowieka zakochanego. Tomik „Lekcje miłości” zawiera również kilka pięknych utworów, kilka nowatorskich wersów, które są zalążkiem obiecującego liryzmu. Kilka poetyckich lekcji mnie ujęło, szczerością i metaforyką wychodzącą poza oklepane, banalne i nieco infantylne portrety Erosa (szczególnie „Warszawskie wieczory”, - nie czuć w tym wierszu tego sztucznego rymowania, na którym opiera się większość form poetyckich w recenzowanym tomie). 

W 9 lekcjach opisujących miłość znalazły się wiersze odnoszące się do różnych sfer uczuciowości – podmiot liryczny oddaje hołd rodzicom, wielokrotnie pojawia się jako młoda, naiwna dziewczyna, zaklęta w marazmie oczekiwania, pół-śnie zauroczenia. Nie brakuje też epickich obrazów miłości, zakochania, ale i doświadczeń złamanego serca. Eros zamieszkuje ciało ale i ducha, jest więzią między człowiekiem a Bogiem. Poetka nie unika też tematu miłości do ojczyzny, odzwierciadlającej się w nostalgii emigranta. Podmiot liryczny deklaruje również uczucia do zwierząt (najbardziej uproszczone utwory, skierowane raczej do młodszego odbiorcy). Ostatnia lekcja miłości to zaakcentowanie jak wiele miłości tkwi w samej kobiecie. W poetyckich opisach Erosa dominuje tęsknota, wieczne oczekiwanie kobiety, która analizuje przeszłość i powraca do wizerunku ukochanego. Podmiot liryczny woli śnić, wspominać, pławić się w goryczy rozstania. To lęk przed zranieniem, podszyty zwątpieniem i doświadczeniem rozstania:

„Patrzę na swoje dłonie
Każdy palec jest tęsknotą do twoich rąk
Krzykiem za twoim ciepłem
Wspomnieniem twojego uścisku…”
(Kocham cię, s. 41)

„I usnę w łóżku z własnych myśli
W łóżku, co mi się w nocy wyśni
Lekka jak liści wonne ziele
I tylko tyle… tak niewiele
(Cegiełki marzeń, s. 30)

Najczęściej przestrzenią podmiotu lirycznego jest zamknięty, pusty dom, pełen fotografii i zapachu bliskiej osoby. Okazuje się, że miłość generuje głównie tęsknotę, poczucie osamotnienia, którego nawet nie zapełnia fizyczne, gwałtowne uczucie. Lekcje miłości nie są teorią słów, ale praktyczną szkołą emocji. Oprócz wspomnianych banałów obrazowania (tego typu jak: „Lubię wąchać twoje ciało/Gdy leżę przy tobie nad ranem”; „Co to jest miłość?/Twoja dłoń na mojej/Kiedy jestem słaba i smutna w chorobie”; „Nigdy już, nigdy/Ciepło mego ciała, drżenie moich dłoni/Mój zapach/Nie złączy się z twoim”) zachwyciłam się pojedynczymi wersami, migotczącymi do czytelnika i obiecującymi coś o wiele więcej wartościowego. Warto wspomnieć tu choćby utwór „Cień przeszłości”, w którym powracanie do przeszłości przez zakochanego jest porównane do dziecięcego podekscytowania smakiem kruchego ciasta. To także obraz okruchowości, fragmentaryczności uczucia, zapamiętywania jego smaku i zapachu – czyli sfery sensualnej:

„To ciągle naturalnie, rzewnie i ze słodką szkodą
Czepiam się przeszłości
Jak dziecko kruchego placka”
(Cień przeszłości, s. 46)

Bliższe są mi obrazy poruszające wyobraźnię, zmuszające do refleksji jak choćby wers w utworze „Więc po co ta miłość?”: „Myśli sypią się martwe jak pszczoły w spalonym ulu” czy metafora „domeczku ze splecionych dłoni” (wiersz „W domeczkach ze splecionych dłoni”, który również jest godny uwagi). Miłość zostaje opisana głównie przy pomocy stanów emocjonalnych, dużo tu sprzeczności, miotania się pomiędzy złością a tęsknotą, snem a marzeniem, codziennością a niezwykłością chwil z ukochanym. Ukojeniem są wiersze skierowane do Boga, liryczne modlitwy pełne pokory i poczucia Bożej bliskości („Jesteś w każdym oddechu”; Dałeś mi tyle”; „Długa droga do Ciebie”). Niewątpliwie nostalgia wybrzmiewa w wierszach odnoszących się do ojczyzny, bycia emigrantem. Tu również znajdziemy kilka dobrych wierszy, opowiadających o bliskich miejscach, rodzinnych przedmiotach – jak choćby babcine krzesła. 

Miłość człowieka do zwierząt to również piękny temat, pokazujący wrażliwość autorki i otwartość na każdą formę życia. Jednak struktura tych wierszy, ich tematyka jest dość infantylna, potraktowana z przymrużeniem oka bez problematyzowania i refleksyjności. Chciałoby się zagłębić bardziej w świat przyrody, w labirynt zwierzęcych uczuć – a czytelnik dostaje tylko zabawne opowiastki, anegdotki, wręcz frazesy.

Jeden z wierszy, na który warto zwrócić uwagę w całym tomiku
Tomik Elizy Anny „Falk” Falkiewicz „Lekcje miłości” (wyd. WFW) zaliczyłabym do poezji kiełkującej, rozwijającej się, nierównej warsztatowo, ale aspirującej do wartościowego pokazywania świata i uczuć za pomocą poezji. Najbardziej irytującym elementem wspomnianego tomiku jest podporządkowanie słów sztucznemu, narzuconemu rymowaniu (szczególnie w krótkich wersach), które ogranicza w pewnych momentach możliwość słowa i obrazowania. Poezja Falkiewicz tworzą głównie emocje, niewyszukane i oparte na schematach stany miłości, jej różnych wariantów. Mam problem z takim typem poetyzowania, z jednej strony jest one nieskomplikowane, intymne, jednostkowe (co wyraźnie podkreśla sama okładka, na której znalazł się portret autorki) a z drugiej bazujące na frazach i słownych zestawieniach pozbawionych retorycznej i kreacyjnej świeżości. Wyraźnie w „Lekcjach miłości” zabrakło mi zaskoczenia, nietypowych zestawień pokazujących miłość z innej strony, tych słownych poszukiwań sprzecznych emocji i różnych stanów i faz zakochania. 

Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki. 

środa, 14 sierpnia 2019

Książki na gorącym ruszcie


A książka powinna fascynować: płonąć i zdumiewać. Doświadczony mistrz musi skalkulować cały proces niczym partię szachów i zimną krwią balansować nad przepaścią. Oprawa, kapitałka, bukram, tektura, wkładki z gazy, lniany sznurek, zakładki, klej kazeinowy, zasuszone kwiatki, mole książkowe, pluskwy czy karaluchy w grzbiecie – wszystko to są ukryte pułapki.” (s. 6)

Współczesny bibliofil jest uzależniony od kolekcjonowania książek, podziwia ich strukturę, potrafi zachwycić się wyjątkowych zapachem papieru, niebanalnym wydaniem, okładką czy obwolutą. Dotykanie książek, szelest przewracanych stronic to niejako intymna, irracjonalna przyjemność, poczucie dzikiej satysfakcji, wręcz „guilty pleasure” niejednego fanatyka literatury. Powieść Władimira Sorokina „Manaraga” kreuje postać bibliofila – barbarzyńcy, autor opiera się na kontrastach, bo z jednej strony społeczeństwo niszczy książki dla iluzji przyjemności, a z drugiej buduje na tej modzie nową sztukę, neokulturę, grillowanie potraw na książkach staje się połączeniem sacrum i profanum. Rosyjski pisarz wykorzystuje motyw palenia książek, oznaczający budowanie świata totalitarnego,  futurystycznego, w dość przewrotny sposób. W przyszłości wykreowanej przez Sorokina książki papierowe są tylko eksponatami w muzeach, są znakiem przeszłości, końcem pewnej epoki. Ludzie czerpią informacje i rozrywkę z tzw. pcheł, mądralek -  urządzeń wirtualnych „ulepszaczy”, podwyższających umiejętności umysłowe i fizyczne człowieka. Europa próbuje na nowo ukształtować swoją rzeczywistość po wojnach religijnych, staje się wielkim obozem uchodźców, ludzi pozbawionych domów i ojczyzny. I nagle ludzie wpadają na przedziwny, szalony  pomysł. Kradną książki, dzieła największych pisarzy, klasykę literatury aby smażyć na nich szaszłyki czy steki… Barbarzyństwo przeradza się w sport pełen adrenaliny, bo grillowanie książek jest karane, zakazane przez prawo, co tylko podburza ludzi, zachęca do przesuwania granic. I tak rodzi się czarna strefa book`n`grilla , którą rządzi mafia kucharzy, zwana Kuchnią.  

Głównym bohaterem jest mistrz book`n`grilla, Geza Jasnodworski, samotnik, syn białoruskiego Żyda i polskiej Tatarki, uchodźców uciekających przed fanatykami religijnymi. Jest oddany swojej pracy, i dość szybko wzbogaca się na nielegalnym grillowaniu dzieł literackich, a zwłaszcza rosyjskiej literatury. Całkowicie wierny Kuchni ma odkryć i wyeliminować grupę kopiującą książki, których kryjówka znajduje się na górze Manaraga. Tak w skrócie przebiega oś fabularna powieści „Manaraga”. Autor stawia wiele pytań o przyszłość człowieka, jego uzależnienie od technologii, przekształcanie świata. 

Powieść przybiera formę pamiętnika, Geza opowiada o swojej pasji, zdradza szczegóły z przeszłości, kreśli trudną sytuację rodziną i skomplikowane relacje z matką. Wybierając book`n`grill staje się wolny, nie ma domu, nie gromadzi przedmiotów, wierzy w nomadyczność i szybkie przyjemności, nie rozstaje się tylko z walizką z narzędziami do grillowania. Tak naprawdę gotowanie to jego szaleństwo i jedyna wartość, z którą się identyfikuje. Geza jest fanatykiem ale i wielbicielem książek, o których wie wszystko dzięki nowoczesnej technologii tzw. pchłom, które podnoszą jego umiejętności intelektualne. Te sztuczne mechanizmy uzależniają człowieka, sprawiają, że czuje się bezpiecznie, dbają o jego równowagę psychiczną, czynią go silnym. Tak naprawdę kontrolują ludzki umysł, bez nich człowiek staje się bezbronny, pozbawiony wiedzy i nadnaturalnej siły.


Pomimo, że Geza „czyta”, czyli pali arcydzieła, przeważnie białe kruki literatury rosyjskiej, to jednocześnie jest zafascynowany książką jako przedmiotem. W powieści pojawiają się sensualne opisy zapachu książek, delektowanie się zapachem „polana”, jak określa się książkę w języku podziemnych kucharzy, oznacza pewną formę szacunku, rytualnego poznania materiału, na którym będzie się przygotowywało wykwintne posiłki:

"Stare książki pachną różnie. Zielona pchła kolekcjonuje zapachy. W większości są one skomplikowane, ale bywają też proste. Na przykład niemieckie bajki zawsze pachną wanilią, a powieści Juliusza Verne`a - piżmem. Kafka pachnie dębową deską i ołowiem. Dickens - rdzą i kocimi szczynami. (...). "Sto dwadzieścia dni Sodomy" pachnie morskimi wodorostami i terpentyną. (...) Co do literatury rosyjskiej, na której gotuję, to pachnie ona przyjemnie, choć w różny sposób. Pierwsze wydanie wyboru dzieł Turgieniewa wydziela woń kompotu owocowego. Wybór dzieł Dostojewskiego - dziegciu. A Tołstoja - jabłkowej pastyły przecieranej z niedźwiedzią żółcią" s. 30-31.

W „Manaradze” można odnaleźć pokaźną listę książek – arcydzieł, które zamieniają się w popiół ku radości bogatych biesiadników. Szczególną uwagę autor poświęca Tołstojowi. Geza ma przyrządzić posiłek dla ekscentrycznej rodziny, będącej wierną kopią tej tołstojowskiej. Zanim kucharz przystąpi do palenia musi przeczytać rękopis napisany przez ówczesnego sobowtóra Lwa Tołstoja. Fantasmagoryczne opowiadanie to metaforyczne odniesienie do twórczości autora „Anny Kareniny” oraz jego postawy filozoficznej. Tołstoj jako wielki olbrzym przychodzi do ludzi, przynosząc wiosnę i radość, ma ze sobą małego Mamuta (częsty motyw w prozie Sorokina). Tołstoj głosi ludziom pieśń o dobru (odniesienia do tołstoizmu). W opozycji to tego tekstu czytelnik otrzymuje również fragment współczesnej prozy, istniejącej w przestrzeni hologramów, którą podczytuje znudzony Geza. Tylko arcydzieła mają znaczenie w przyszłości, tylko książka papierowa może dostarczyć rozrywki i ekscytacji, paląc się i oddając swój zapach grillowanym potrawom. Literatura zmienia swoją funkcję – nie jest elementem ponadczasowym, wartościującym człowieka – ale staje się materiałem ulotnym, papierem do palenia, krótkotrwałą i jednorazową zachcianką nowych elit. 

W jednym z wywiadów Władimir Sorokin podkreślał wyjątkowość książki jako przedmiotu, na którym zapisuje się nasza codzienność, nasz sposób czytania:

Mówiłem, że książka to rzecz. Ale wspaniała! Można ją oblać winem i ono pozostanie na niej na zawsze, można podłożyć pod czajnik, pomoczyć łzami, schować pod poduszkę. Książka ma swój zapach. Naprawdę jestem jej wielkim amatorem, nie znoszę czytania z iPada. I być może ta powieść to mój płacz po umierającej książce.” 
[Średniowiecze to stan umysłu. Z W. Sorokinem rozmawia Ludmiła Anannikova, „Książki. Magazyn do czytania” 2018, nr 6, s.61]

„Manaraga” Sorokina wieszczy upadek tradycyjnej książki, pokazuje świat podporządkowany nowym technologiom, na pierwszy plan wysuwa się zniewolenie człowieka, jego samotność, dziki hedonizm, palenie za sobą mostów przeszłości w postaci literatury. Powojenny świat szuka nowych rozrywek, i są one wyłącznie cielesne, płytkie, pierwotne. Ogień i pożywienie – przecież tylko to liczyło się w przetrwaniu praczłowieka. Czy jest to nowy początek czy może raczej zwiastun apokalipsy? Rosyjski pisarz, porównywany do Aleksandra Sołżenicyna, bazuje na tematach współczesnych, nadaje im głębszy wymiar, pokazuje możliwe scenariusze, wizje świata, w którym uczucia i wspomnienia, emocje wypierane są przez sztuczne hologramy i iluzje władzy. Palenie książek to jednocześnie zagłada samokontroli, wolności, różnorodności, to zamienianie w popiół wartości dążenia do prawdy i poznania własnej tożsamości. Przykładem bycia w iluzji jest życie Gezy, który jest pionkiem, łakomym przyjemności fizycznych, balansującym codziennie pomiędzy zniewoleniem a nieustanną ucieczką. „Manaraga” Władimira Sorokina (wyd. Agora) w przekładzie Agnieszki Lubomiry Piotrowskiej to mocna, lekko satyryczna i futurystyczna wizja człowieka, stojącego na rozstaju dróg ewolucji. Autor pokazuje przedefiniowanie znaczenia czytania i kultury słowa po wielkich ucieczkach ludności spowodowanych wojnami. Literatura staje się wyłącznie przedmiotem, zabawą, drogim dodatkiem do posiłku. Gorzki profetyzm Sorokina uwiera miłośnika książek, dreszcz wywołują sugestywne opisy płonących woluminów Czechowa, Dostojewskiego czy Płatonowa. Walka toczy się o podniebienia klientów, jedna Kuchnia zostaje zastąpiona inną, stare metody zastępuje się technologią molekularną. Co oznacza uralska Manaraga dla przyszłości literatury? Warto sprawdzić!

Cyt. Władimir Sorokin, Manaraga. Powieść, przeł. Agnieszka Lubomira Piotrowska, wyd. Agora, Warszawa 2018.

sobota, 13 lipca 2019

Zbuntowana Pchła-optymistka


"Nie narzekam chociaż jestem niższy niż Clint Eastwood
Chociaż nigdy nie dołączę do grona kulturystów
Chociaż nie znam setek przysłów
Nie narzekam, bo fruzie wolą optymistów"

[fragment utworu "Fruźki wolą optymistów”, Łona z płyty "Koniec żartów" 2001].


Dziecięcy czytelnik potrzebuje niebanalnych opowieści, przełamujących fabularne schematy. Nieszablonowe historie, nieprzewidywalne, zaskakujące warstwą językową i wątkową, wykorzystujące klucz kulturowy łączący rodzica i dziecko, sprawiają, że czytanie wprowadza wyobraźnię i percepcję na nowe poziomy. Warto pamiętać, że poczucie humoru da się również budować przy pomocy literatury. Jedną z takich książek, która buntuje się przeciwko schematyzmowi i tematycznej wtórności jest humorystyczna opowieść o rezolutnej Pchełce, niepoprawnej optymistce z charakterem. „O pchle, co uczepiła się kożucha” Przemysława Wechterowicza z ilustracjami Marty Ludwiszewskiej (wyd. Mando) to wybuchowa mikstura, iskrząca od sytuacyjnego humoru i zabawnych, zaskakujących dialogów. Czy mała pchła może nauczyć nas optymizmu i podążania za marzeniami? Tak, jeżeli jest przewrotną buntowniczką, rebeliantką, szukającą własnego miejsca, i dodam, że nie jest to grzbiet wyliniałego kocura. 

Rezolutna Pchła wdaje się w konflikt lokatorski. Stary Kocur, który wynajmuje jej swój grzbiet (dość drogo, bo lokatorka musi płacić w whiskasach!), ma dość pchlich nocnych dyskusji i pozbawia Pchłę futrzanego domu. Bohaterka nie traci jednak optymizmu i postanawia „wywrócić swoje życie do góry nogami”. Wyrusza na przystanek autobusowy, gdzie spotyka parę zajączków – tatę  i syna. Wsiadają oni do autobusu, którym kieruje chimeryczny Wielki Niedźwiedź. Marzeniem Pchły jest życie, które „będzie jak mleko z miodem koloru Bahama yellow, niebiańsko pyszne z kożuchem na dokładkę”. Do krainy miodem i mlekiem płynącej wyruszą też Niewierząca W Siebie Mucha oraz Stuknięta Krowa. Zwierzęta nieoczekiwanie odnajdą bar mleczny „Pod Krówką”, gdzie akcja potoczy się jak lawina. Nie zabraknie westernowskich klimatów z szeryfem Flintem Westchódem na czele oraz czarnego charakteru w osobie Damy W Kożuchu Z Jenota…


Historia Przemysława Wechterowicza jest bardzo zakręcona i lekko groteskowa. Dobrze znany motyw, bohatera wyruszającego w podróż w poszukiwaniu lepszego miejsca do życia, krainy szczęśliwości, jest dla autora tylko wyjściem do zbudowania opowieści, w której dominuje humor, językowa giętkość, swoboda i zabawa nawiązaniami do popkultury czy gra frazeologizmami. Ciekawe jest, że z pozornie niedopasowanych i różnorodnych fragmentów oraz motywów powstaje zharmonizowana i niebanalna opowieść z wyjątkowymi postaciami. A bohaterowie to bardzo mocny składnik tej literackiej mikstury optymizmu. 

Książkę „O pchle, co uczepiła się kożucha” wypełniają bardzo barwni bohaterowie, poczynając od tytułowego, skocznego owada. Pchła to prawdziwa optymistka, o wielkim sercu, zjednująca sympatię czytelników. Jest trochę małym, niepokorny dzieckiem, gdy toczy senny dialog z kotem (co przecież przypomina rozmowę zmęczonego rodzica z maluchem, który już prawie zasypia, ale każde kolejne słowo jest argumentem do wydłużania nocnej rozmowy), ma też w sobie cechy marzycielki i buntowniczki. Powiedziałabym nawet rebeliantki, bo przecież zwyczajne pchły żyją w „symbiozie” z psami i kotami, zamieszkując ich futra. Ale nie w prozie Wechterowicza, tutaj Pchła ma pełną swobodę wyboru i podąża swoimi drogami. Daleko jej od Pchły Szachrajki, chociaż ma podobne, zwariowane pomysły. Zawsze stara się dojrzeć pozytywne strony, dzięki czemu szybko nawiązuje przyjaźnie i nawet mrukliwy kierowca autobusu staje w jej obronie. Zabawną parę tworzą Tata Zając i jego synek. Otóż Tata jest specjalistą od przysłów i za ich pomocą porozumiewa się z dzieckiem i komentuje rzeczywistość. Zajączek często zadaje trudne pytania (dzieci w tej dziedzinie są przecież wybitnymi ekspertami) a tata stara się swoją mądrość przekazać w przysłowiu. Czasami nie jest to łatwe i rodzi komiczne sytuacje:

„-Tata, a czy to prawda, że kosmos nie końca?
-Wszystko ma swój koniec.
Zajączek pokręcił łebkiem z niedowierzaniem.
-Wszystko?
Tata Zając uniósł łapę.
- Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy.
-Aha… To ja nie wiedziałem.
-Ucz się, ucz, bo nauka to potęgi klucz.
Zajączek się obruszył.
-Przecież się uczę.” (s. 13)

Ten dialog oddaje obraz rozmów dzieci z rodzicami, którzy odpowiadają utartymi banałami lub sloganami, aby uciąć kolejne pytania. Jednak maluch nie poddaje się tak łatwo i z dziką radością drąży dalej. W tej galerii osobliwości nie może zabraknąć Wielkiego Niedźwiedzia, kierowcy autobusu, naczelnego „narzekacza” i malkontenta oraz małej, wstydliwej Niewierzącej W Siebie Muchy. Pełna kompleksów i braku wiary w swoje możliwości Mucha to zupełne przeciwieństwo rezolutnej Pchły. Jednak gdy przyjaciółka potrzebuje pomocy, Mucha nie waha się stanąć oko w oko z groźnym Flintem Westchódem. Niewątpliwie barwną i ironiczną postacią jest także Stuknięta Krowa, „chodząca na rzęsach po wieczornej rosie”. Krowa specjalizuje się w hiperbolizacji, zachwyca się przesadnie wszystkim. Wybrzmiewa to w jej „kwiecistych” i emocjonalnych przemowach, przypominających dziennikarskie relacje w programach telewizyjnych. Stuknięta Krowa często przytacza również dziwne pseudociekawostki z całego świata, co potęgują jej komiczność.


Jakim miejscem jest wymarzona kraina „gdzie wszystkie zwierzęta to jedna rodzina, a życie płynie beztrosko i bezkolizyjnie”? Czytelnik spodziewa się typowej, bajkowej sielanki, ale wizja Pchły jest zupełnie inna. To świat bardzo bliski dziecięcej wyobraźni, lekko absurdalny, i irracjonalny, ale wypełniony humorem. Nie znajdziemy dokładnego opisu tej fantazyjnej idylli, jakby autor chciał zostawić czytelnikowi pole do stworzenia własnej wizji mlecznego świata. Każdy z bohaterów czuje się tu wyjątkowo i dobrze. Największą atrakcją jest bar mleczny, w którym przyjaciele Pchły zamawiają mleko i kakao, aby uczcić odnalezienie krainy „mlekiem i miodem płynącej”. Okazuje się, że do szczęścia wystarczy im gorące kakao i wolność. I to jest również filozofia optymizmu tytułowej Pchły, która cieszy się z najmniejszych rzeczy. Bohaterowie uciekają do krainy fantazji, w której wszystko może się wydarzyć. 


Autor z lekkością bawi się frazeologizmami i językiem, konstruując niebanalne sensy i specyficzny humor. To właśnie w dynamicznych, przewrotnych dialogach drzemie prawdziwy komizm. To one definiują  i określają temperament i osobowość każdego z bohaterów. Dorośli zapewne odnajdą w postaciach zwierząt mini-karykaturę ich samych i współczesności ukazanej w krzywym zwierciadle, przepuszczonej przez lekko zarysowaną groteskowość i fantasmagoryczną fabularność. Ile jednak w tej surrealistycznej opowieści optymizmu i narracyjnej zabawy! Samo tropienie przysłów i frazeologizmów może okazać się dobrą łamigłówką, pozwalającej młodemu czytelnikowi na poznanie znaczeń i możliwości języka. 

Ilustracje do książki wykonała Marta Ludwiszewska, warszawska projektantka graficzna i ilustratorka. Pchła w jej graficznej interpretacji jest postacią z nietuzinkowym charakterem, urzekającą swoimi wielkimi oczami i fryzurą. Ilustracje kolorowe (szczególnie prezentujące przestrzenie) i czarno-białe przypominają styl komiksowy, współgrają z humorystycznym klimatem historii. Już jedna z pierwszych, kolorowych ilustracji w książce, przedstawiająca nocny las i Pchłę na grzbiecie Kocura, ujmuje kolorystyką, prostotą, ale i techniką tworzenia postaci (kot jest trochę baśniowy, ale i mroczny, przyciągają uwagę jego żółte oczy oraz faktura kociej sierści).


Historia „O pchle, co uczepiła się kożucha” Przemysława Wechterowicza, z ilustracjami Marty Ludwiszewskiej to literacka receptura na poprawę humoru i wywołanie uśmiechu zarówno u małego czytelnika, jak i u tego starszego. Paleta barwnych postaci, zabawa słowem, konwencjami (które autor reinterpretuje aby z ich mozaiki stworzyć coś nowego), fabularnymi kliszami, motywami popkulturowymi – to elementy, które sprawiają, że dajemy się uwieść Pchle i podążamy za nią do mlecznej krainy wolności i swobody, nie wiedząc, co nas tam może czekać. Finał jest tak przewrotny i zaskakujący jak pojedynek rewolwerowy, tylko w tym wypadku walka toczy się o mleko i to z najprawdziwszym kożuchem. Mocna dawka optymizmu gwarantowana!


Cyt. Przemysław Wechterowicz, O pchle, co uczepiła się kożucha, il. Marta Ludwiszewska, wyd. Mando, Kraków 2019. 

wtorek, 9 lipca 2019

„bylibyśmy, pilibyśmy, śnilibyśmy” – kilka uwag o tomiku „Sztuka obsługi życia” Jarosława Holdena Gojtowskiego


(…)
Za rogiem,
obok przewróconego krzyża,
zaczęło się picie:
bimber i ciepłe wino.
Zleciały się
pszczoły, muchy, korniki.
Stypa.


J. Holden Gojtowski, Szukam rymów, [w:] tegoż, Sztuka obsługi życia, Poznań 2019, s. 13.
Jak mógłby wyglądać przepis na życie? Czy zanim sami stworzymy recepturę nie musimy poeksperymentować, zgromadzić listę doświadczeń, nauczyć się ugniatać zmartwienia, łzy i uśmiech, wyrabiając z nich gładką, jednorodną, pulchną przyszłość? A jaką mamy pewność, że kolejny dzień naszych zmagań nie okaże się po raz kolejny zakalcem lub przypalonymi złudzeniami, kruszącymi nasze poczucie wartości? Tytuł nowego, trzeciego tomiku w dorobku poetyckim dziennikarza, redaktora i fotografa Jarosława Holdena Gojtowskiego, „Sztuka obsługi życia”, pokazuje, że nie ma jednej, idealnej recepty na egzystencję, jest poszukiwanie, a samo przeżywanie może stać się sztuką, jeżeli odnajdziemy w nim małe refleksy szczęścia. W poezji Holdena dominuje ostrość i surowość świata. Podmiotem lirycznym jest zazwyczaj mężczyzna „rozdarty z raną kłutą”, poszarpany emocjonalnie przez relacje, po przejściach. Swoje wysypisko zmarnowanych nadziei i wyblakłych uczuć, próbuje zdefiniować i oswoić, dlatego wyrzuca z siebie słowa, modli się nimi, tak jak w wierszu o różańcu, który jest metaforą codziennego cierpienia, te „paciorki cierpliwości” to mozaika rzeczywistości, na którą skazany jest podmiot liryczny.

„matka żona córka syn
wódka piwo wino krew
wszystko różaniec
zdrada
rzygasz: to żółć
wstyd
poczucie winy
a pierdolić to!
zaraz ranek”

(J. Holden Gojtowski, ***, s. 9).

Pomimo poczucia rezygnacji, samotności i dość mocno wyeksponowanego poczucia braku (dotyku, bliskości, wsparcia) brutalnego i zimnego świata, bohater wierszy Holdena jest buntownikiem, czytającym wiersze Wojaczka i Bursy. Nic więc dziwnego, że klimat tych dosadnych i wyzywających, obcesowych narracji jest bliski poetyce wyklętych. Wyklęty też jest podmiot liryczny, próbujący oswajać siebie i samotność alkoholem, marginesując poczucie własnej wartości. Trzeba przyznać, że wyłania się z tych wierszy postać szczerego, poturbowanego człowieka z ogromną wrażliwością:

(…)
liczę kręgi
na wodzie lądują
kamienie kaczek
deszcz jest taki
gęsty że zabieram
tęczę
chowam do szuflady
twoich ust

(J. Holden Gojtowski, Relacja, s. 18.) 

Czarna melancholia przebija również przez utwory autotematyczne, choćby rewelacyjny w swojej metaforyce wiersz „Drożdże”. Formowanie słów przypomina kształtowanie ciasta ze składników mowy: sylab, akcentów, złożeń wyrazów. Podmiot liryczny ponosi klęskę, „splątany język” nie potraf wyrazić w pełni emocji. Jak mówi: „Bez drożdży pieprzy się sens./ Ot, cała chemia/bytu” (Drożdże, s. 6). W krótkim ale dosadnym liryku „Rozmowa” pojawia się również pytanie o sens bycia poetą. W dialogu z anonimowym rozmówcą wyłania się gorzka refleksja:
„(…)
To kim pan jest?
Nikim.
To jest pan poetą.”

(J. Holden Gojtowski, Rozmowa, s. 34.)

Poczucie wyobcowania i niemocy poezji, ale i słów, dość często towarzyszy bohaterowi wierszy. Bałagan myśli, „niedokończone słowa na tysiącach kartek”, dookreślają wewnętrzny niepokój tworzenia literatury. Słów nie da się uporządkować, wymykają się, układają w obrazy i zapachy, niedostrzegalne fragmenty marginesowej codzienności, tak jak w wierszu „Trzecie piętro”: „Zapach słońca, much na szybie, moczu wydeptanego w chropowatość schodów,/ no i jeszcze spadających na chodnik niedopałów”.(s. 55)

„Sztuka obsługi życia” to surowy rejestr myśli, obrazów rozkładających się związków i wpełzającej samotności, która wyczula podmiot na dźwięki codzienności:

za oknem
koncert gdy siedzę cichutko
skulony w łazience wynajętego mieszkania
do drzwi
dzwonek telefonu
ktoś stanął na moment
podsłuchuje
albo zawiązuje sznurowadło

(J. Holden Gojtowski, Samotność, s. 31)

Bohater wierszy próbuje utkać szczery i prosty rachunek sumienia, spowiada się ze swoich mroków i nie oczekuje od czytelnika rozgrzeszenia. Pod surową, nieociosaną skorupą wiersza, kryje się tęsknota za cielesnością, bliskością. Portrety kobiet w wierszach Holdena są nasycone subtelnym erotyzmem, to prawdziwe femme fatale, kusicielki, marzenia senne, oniryczne fantazje podmiotu lirycznego, roztaczającego wizję idealistycznej bliskości : „bylibyśmy, pilibyśmy, śnilibyśmy”. Związki okazują się być przelotne, chwilowe, kobiety przemijają tak jak życie. Gdzie w takim razie jest szczęście? Wydaje mi się, że jest ono ukryte we wrażliwości  spojrzenia na rzeczywistość, nie ma na niego przepisu, ani idealnej recepty. To samotne, eksperymentalne poszukiwanie intymnej sztuki obsługiwania życia i każdego dnia.

Tom poetycki „Sztuka obsługi życia” Jarosława Holdena Gojtowskiego odsłania mroki jakie kreuje samotność i poczucie braku. Alkohol, sen, wspomnienia, ucieczki w przeszłość, to sposób na przeżycie kolejnego dnia. Człowiek w poezji Holdena jest pokiereszowany, zamknięty w pustym mieszkaniu, skazany na bycie marionetką trudnych doświadczeń. Wiersze są jak kadry, nieretuszowane, uwypuklające emocje, duszne i mroczne od monologu wewnętrznego. Parafrazując dzieło Freuda - życie jest nieustannym źródłem cierpień, wobec czego próbuje się buntować bohater wierszy Holdena. Czasami jest to gorzka refleksja, czasami rezygnacja i skupienie się na detalu, a czasami wiwisekcja marzeń i iluzji. Wiersze Holdena każą mocno stąpać po ziemi czytelnikowi i odwołują się do bliskich, intymnych doświadczeń, których jesteśmy częścią.

Cyt.: J. Holden Gojtowski, Sztuka obsługi życia, wyd. FONT, Poznań 2019.