sobota, 13 maja 2017

Życie jest najlepszym scenarzystą

Złudne poczucie szczęścia często usypia zmysły, sprawia, że dajemy się zamknąć w bańce mydlanej, karmimy się zapewnieniami, powierzchownymi iluzjami arkadii. A gdy wszystko tracimy, brutalnie zderzamy się z szarą codziennością, problemami, które do tej pory nie były istotne. Wioletta Sawicka w najnowszej powieści „Wyspy Szczęśliwe” przekazuje ważną lekcję życia. Szczęście bywa kruche i delikatne jak dmuchawiec, wystarczy silniejszy powiew wiatru aby całkowicie zburzyć idealny kształt, konstrukcję. Wtedy przychodzi czas aby zmierzyć się z bólem, dramatami, własnymi słabościami. To lekcja wytrwałości. Każdy upadek tak naprawdę czyni człowieka silniejszym, weryfikuje przyjaźnie, uczy pokory i otwiera nowy rozdział naszej osobowości. Wioletta Sawicka jest dziennikarką, na swoim literackim koncie ma kilka powieści dla kobiet („Wyjdziesz za mnie, kotku?”; „Będzie dobrze, kotku”; „Jeśli się odnajdziemy, kotku”; „Dzień cudu”). Nie jestem entuzjastką miłosnych powieści z „happy endem”, ale „Wyspy szczęśliwe” okazały się miłym lekturowym akcentem, pozwalającym odetchnąć od codzienności. W życiu każdego czytelnika są takie dni, że potrzebuje lektury, która umili wieczór czy popołudnie. Wioletta Sawicka dzieli się z czytelnikami pozytywną energią, ciepłem, które wręcz emanuje z opowieści, która nie jest tak bajkowa i lukrowa jak może się wydawać.
Wyspami szczęśliwymi dla Joanny są jej ukochany mąż, córeczka Tosia i piękny dom. Wydaje się, że wiedzie życie beztroskie, pełne rodzinnej miłości. Poukładane życie Joanny zamienia się w ruinę dosłownie z dnia na dzień. Musi zmierzyć się z komornikiem i wierzycielami oraz wizją utraty domu. Mąż Tomasz znika, nie odpowiada na telefony, pozostawiając małżonkę z ogromnym zadłużeniem. Piękny sen zamienia się w koszmar, kobieta będzie musiała walczyć o siebie i córkę, znaleźć pracę i utrzymać się pomimo nękających wierzycieli. Ale to nie koniec życiowych niespodzianek. Przewrotny los ześle na jej drogę prawdziwego anioła w ludzkiej skórze, człowieka z blizną oraz szansę powrotu do stabilnego życia, ale za dość wysoką cenę.
Powieść „Wysypy szczęśliwe” to tak naprawdę opowieść o wielu ludzkich losach, pogmatwanych, poranionych przez historię i człowieka. Trudności, z którymi muszą się zmierzyć bohaterowie kształtują ich osobowości. Joanna z naiwnej i beztroskiej żony zmienia się w silną, potrafiącą walczyć o swoją przyszłość kobietę. Nie jest ona jednak, według mnie, najważniejszą postacią. Muszę przyznać, że Joanna jest irytującą bohaterką, traktującą własne wartości dość wybiórczo, razi jej brak konsekwencji, całkowite uzależnienie się od męża. Życie zmienia jej nastawienie do świata, ale nie chroni przed kolejnymi błędami, ukrywaniem się za maską sztucznej obojętności i oschłości. Na życiowym zakręcie spotyka ona bardzo silną, barwną, ale i pokaleczoną przez przeszłość bohaterkę. Postać Marty urzeka od pierwszych chwil. Jej losy wzorowane na prawdziwej historii Marty Matyszewskiej  ukazują niezwykle dramatyczną opowieść o kobiecie, która straciła bliskich, zamordowanych przez sowieckich żołnierzy. Raniona, kilka dni leżała na siarczystym mrozie wśród pomordowanych sąsiadów, sióstr i matki. Straciła obie nogi oraz dłonie. Okrutnie doświadczona przez życie jako małe dziecko czuła się odrzucona i samotna. Powieściowa Marta tak jak jej pierwowzór potrafiła uwolnić się od narzekania, obwiniania, umartwiania się, odnajdując wewnętrzny spokój i optymizm, który stał się sprzymierzeńcem i antidotum na trujące wspomnienia. Postać Marty, ciepłej, prostolinijnej i bardzo życzliwej staruszki porównałabym do uzdrowicielki ludzkich dusz, kobiety – mędrca, od której można się wiele nauczyć. Dom staruszki to schronienie dla ludzi skrzywdzonych przez życie, będących na rozstaju dróg. Poznajemy tajemniczego, małomównego Wiktora, Teresę, dawną śpiewaczkę operową oraz samotnego pułkownika. Ich wszystkich łączy doświadczenie życiowej burzy i chęć chwilowego zatrzymania się, przystopowania, ułożenia na nowo samego siebie z rozczłonkowanych fragmentów. Każdy z nich nosi w sobie tajemnicę i głęboką psychologiczną ranę. Marta okazuje się być osobą, która nie ocenia, ale rozumie, wspiera i dodaje otuchy. Swoje życie poświęca innym, pomaga biedniejszym, jest również pomysłodawczynią fundacji. Obok tych ludzi naznaczonych przeszłością, prostodusznych, życzliwych znajdują się  niejako na drugim biegunie osobowości pozbawione kręgosłupa moralnego, zahamowań, nastawieni wyłącznie na sukces i chęć kontroli. 

Autorka utwierdza nas w przekonaniu, że nie ma czarno-białych życiorysów, ludzi dobrych i złych – każdy człowiek ma w sobie wiele, różnych barw, emocji, doświadczeń. I tajemnic. To właśnie za tajemnicami ukrywają się bohaterowie „Wysp szczęśliwych”, to one kształtują ich osobowość i to kim są teraz. 

Powieść Wioletty Sawickiej to idealna lektura dla wszystkich wrażliwców, czytelników spragnionych prawdziwych, przewrotnych historii, pokazujących jak może być kapryśny los i przeznaczenie, które krzyżuje niespodziewanie ludzkie losy. „Wyspy szczęśliwe” przepełnia nadzieja, ludzka serdeczność. Kiedy wszystko trzeba budować od nowa, to dobroć drugiego człowieka, prosty gest sympatii może być początkiem zmian, fundamentem, na którym odbudujemy zaufanie, wiarę we własne siły. Historia Joasi, naiwnej romantyczki to dosadny i jaskrawy przykład, że życie przypomina stąpanie po zamarzniętej, kruchej tafli jeziora, czasami uda nam się przejść po niej bez uszczerbku, ale i bywa, że lód łamie się w najmniej oczekiwanym momencie. Autorka podsyca w nas myśl, że dzięki przeciwnościom, problemom, trudnościom stajemy się silniejsi, mądrzejsi. Każdy cierń wnosi coś ważnego do naszego życia.  


 Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.
 

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Pod dachem utkanym z kłamstw

Zostawiasz śpiące dzieci w łóżeczku, wychodzisz tylko na chwilę, aby spędzić miło czas z mężem i przyjaciółmi. Jesteś tuż obok, co może stać się w hotelowym, zamkniętym pokoju? Chcesz dobrze się bawić, odpocząć, ale i tak nieustannie powracasz myślami do dzieci. Z duszą na ramieniu pędzisz do pokoju, sprawdzasz czy śpią. Czujesz wrastający obłęd, szaleństwo, gdy odkrywasz, że jedno z dzieci zniknęło. Milion myśli, scenariuszy, co się mogło stać? Gdzie ono jest? Jednym z najmroczniejszych koszmarów jakich może doświadczyć matka to zniknięcie dziecka. W takich tajemniczych okolicznościach znika dwuletnia córka głównej bohaterki powieści „Nie ma jej” kanadyjskiej pisarki Joy Fielding.
Caroline nigdy nie zapomni tego wieczoru, kiedy ulega mężowi i pozastawia córki bez opieki w hotelowym pokoju. Małżeństwo ma świętować rocznicę ślubu wraz z przyjaciółmi i rodziną. Kiedy kobieta postanawia upewnić się czy dzieci śpią, zostaje w pokoju tylko starszą córkę Michelle – dwuletnia Samantha zniknęła. Pomimo szczegółowego śledztwa dziewczynka nie zostaje odnaleziona.
Piętnaście lat później Caroline nieustannie towarzyszy poczucie winy, jedna decyzja zamieniła jej życie w piekło. Straciła wszystko co kochała, odwrócili się od niej przyjaciele, popadła w depresję, straciła pracę. Jednak każdego dnia wspomina swoją ukochaną córeczkę, wierząc, że żyje i jest kochana. Kiedy więc dzwoni do niej nieznajoma dziewczyna, podająca się za Samanthę, kobieta pomimo wielu rozczarowań, mylnych tropów, fałszywych świadków, postanawia poznać nastolatkę. Bardzo sceptycznie do pomysłu matki podchodzi Michelle. Starsza córka nieustannie kłóci się, jest zaborcza, zazdrosna i uparta. Postanawia jednak towarzyszyć matce w podróży, obawiając się, że dziewczyna to zwykła oszustka. Czy nieznajoma może być zaginioną, piętnaście lat temu Samanthą? 

„Nie ma jej” jest powieścią nasyconą silnymi emocjami. Zniknięcie małej dziewczynki uruchamia lawinę bólu, powoduje, że rodzina Shipley`ów rozpada się. Caroline każdego dnia obwinia się o zniknięcie córki, przez co również ucierpiała Michelle, zabiegająca ciągle o uwagę matki. Konflikt matki i córki jest bardzo głęboki, Michelle czuje się tą gorszą córką, sprawiającą problemy. Podobne relacje łączą Caroline z jej matką. Tragedia, która trwa 15 lat, odsłania wiele rodzinnych tajemnic, które zdawałoby się zatarł czas. O dramacie rodzinny przypomina prasa, media śledzą każdy ruch i krok Caroline, obwiniając ją za brak opieki i nieodpowiedzialność. Dziennikarze zrobią wszystko aby zdobyć informacje do szokującego artykułu. Jeden z nich okaże się prawdziwie nikczemnym typem, całkowicie wyzutym z moralności i ludzkich odruchów. 

Autorka pokazuje wiwisekcję uczuć matki, która straciła dziecko, jej powolny i mozolny powrót do rzeczywistości, próby odbudowania, zrekonstruowania samej siebie. Namiastką spokoju staje się dla Caroline praca, nauczanie matematyki, kontakt z młodymi ludźmi. Pomimo monotonności kobieta czuje na sobie piętno przeszłości, widmo utraconej córki towarzyszy jej na każdym kroku. Caroline wyobraża sobie jak mogłaby wyglądać Samantha, kim jest teraz, kto ją wychowuje. Kiedy pojawia się szansa na jej odnalezienie, kobieta staje również przed możliwością wyjaśnienia, co dokładnie stało się 15 lat temu. Prawda wbija w fotel, szokuje, a jednocześnie ukazuje do czego może być zdolny człowiek w nietypowej sytuacji. Stopniowo rekonstruowany obraz pozornie idealnej rodziny pęka wraz z nowymi, zatajonymi faktami. Joy Fielding obnaża ludzie słabości, zdziera fałszywe maski, konfrontuje swoich bohaterów ze wspomnieniami, z przeszłością, która pozostawia w ich umysłach rysę, ślad. Kłamstwa stają się jednym z przyczyn zniknięcia Samanthy, jej życie zostaje zbudowane na fundamentach iluzji, niedopowiedzeń, fałszu. 

Joy Fielding zgrabnie splata przeszłość z teraźniejszością, psychologizm z fabularnością, napięcie z motywacjami postaci. Czytelnik scala historię niczym fragmenty podartej fotografii rodzinnej. Upływający czas nie zagoił ran, pogłębił ból, poruszył mechanizmy pamięci. Niektórych wyborów, decyzji nie można cofnąć, naprawić, ale jak pokazuje autorka, człowiek ma zdolność i siłę odbudowywania, życie codziennością okazuje się najlepszym lekarstwem. Cierpienie i traumy zostają ukryte głęboko, w najmroczniejszej szufladzie naszego umysłu. Towarzyszą nam i czasami nieświadomie wydostają się w najmniej oczekiwanym momencie, przyciągnięte przez skojarzenie, słowo, gest, wspomnienie. Na kłamstwie można zbudować iluzję życia, ale jest to igranie z wulkanem, który nawet po wielu latach może wybuchnąć i pogrzebać teraźniejszość, paląc maski, kreacje, pozorność, złudzenia, półprawdy, przemilczenia. Prawda nie przynosi oczyszczenia, jest trudna, przytłaczająca, nieraz niszczy relacje międzyludzkie, rodzinę, przyjaźnie, jest jednak fundamentem więzi, zaufania. W powieści „Nie ma jej” bohaterowie doświadczają życiowych burz, wyrządzają krzywdę bliskim, a poczucie winy zdaje się kształtować ich przyszłość. W tej historii nie ma prostych odpowiedzi, płytkich emocji czy czarno-białych bohaterów.

 Czytelnik wkracza w mozaikową opowieść, której rekonstrukcja okazuje się być pełna sekretów, brudów, skrajnych emocji. Pisarka buduje nasze emocje, pozwala poczuć się czytelnikowi jak bohaterowie jej książki. I chociaż są to kręte ścieżki, pełne zaułków, niepojących wrażeń, to powieść „Nie ma jej” wyzwala wiele refleksji o utracie dziecka, zdradzie, faworyzowaniu przez matkę jednego z dzieci, nadziei silniejszej niż argumenty rozumu. Lektura mojej pierwszej powieści Joy Fielding to dobry początek do zapoznania się z innymi tytułami, które wyszyły spod pióra kanadyjskiej pisarki.  

*Joy Fielding, Nie ma jej, wyd. Świat Książki, przeł. Edyta Jaczewska, Warszawa 2017. 

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu Świat Książki

Mój ojciec tyran, czyli biografia Swietłany Alliłujewej

Bycie dzieckiem dyktatora to piętno, które daje o sobie znać przez całe życie. A kiedy jest się córką jednego z największych zbrodniarzy, który miał na swych rękach krew miliony ludzi? Jak żyć z myślą, że ukochany tato był mordercą, tyranem, sadystą, człowiekiem pozbawionym korpusu moralnego? Jak wyjść z mroku naznaczonego przez postać i historię Stalina? Biografia Swietłany Alliłujewej spod pióra Rosemary Sullivan to imponująca lektura, zawierająca wiele dokumentów, listów, fotografii, bazująca na rozległym „reserchu” i kwerendach. „Córka Stalina. Niezwykłe i burzliwe życie Swietłany Alliłujewej” to nie jedyna biografia tej niezwykłej kobiety. Warto wspomnieć choćby publikację Marthy Schad „Córka Stalina”, która ukazała się w 2006 roku. Rosemary Sullivan to kanadyjska poetka i biografistka (pisała o Elizabeth Smart oraz pisarce i poetce, pochodzącej z Kanady - Gwendolyn MacEwen). „Córka Stalina” została nagrodzona w 2015 roku w prestiżowym konkursie na najlepszą, kanadyjską książkę non-fiction. W Polsce biografia autorstwa Sullivan ukazała się w wydawnictwie „Znak Horyzont” w tłumaczeniu literaturoznawcy Miłosza Wojtyna.
Zrozumienie głównej bohaterki biografii, jej psychiki wymaga nakreślenia również portretów bliskich osób, tła społecznego i historii ZSRR. Autorka dość obiektywnie i z dużym pietyzmem próbuje odsiewać wszelkie mity, którymi obrosło życie Swietłany. Pomimo, że była córką najpotężniejszego i nieobliczalnego człowieka, to jej życiorys był naznaczony bólem i dramatami. Jako dziecko straciła matkę, później przez stalinowski terror ginęły kolejne osoby z rodziny Swietłany, ojciec nie zrobił absolutnie nic, aby ocalić bliskich. Tak naprawdę jedyna córka Stalina żyła pod kloszem propagandy, dyscypliny, ideologii, całkowicie podporządkowującej jednostkę. Losy Swietłany to nieustanne poszukiwanie wyidealizowanej miłości rodem z romantycznych powieści, akceptacji, bezpieczeństwa w ramionach mężczyzny. Była ona osobą delikatną, wrażliwą, łaknącą uczucia, to okres dzieciństwa, pozbawionego obecności rodziców, zaważył na jej charakterze. Liczne związki, krótkotrwałe romanse charakteryzowały sferę uczuciową Swietłany. „Mała gospodyni” (tak nazywał ją pieszczotliwie ojciec) była bardzo nieufna, ludzie ze względu na jej pochodzenie odnosili się do niej z dużym dystansem. Formą terapii była napisana przez nią książka – pamiętnik w formie listów, wydana wiele lat później po ucieczce z Rosji – Dwadzieścia listów do przyjaciela. Ucieczka do Ameryki miała być pierwszym krokiem w stronę nowego życia, ta decyzja oznaczała jednak spalenie za sobą mostów, pozostawienie dzieci i rodziny. Być może córka Stalina myślała, że gdzieś daleko będzie mogła być w końcu anonimowa, że cień jej ojca w końcu zniknie z jej życia. Niestety zbyt wiele, wpływowych osób interesowało się Swietłaną, była całkowicie wplątana w politykę. Jej kolejne losy to próby zaklimatyzowania, adaptacji w nowej, wolnej rzeczywistości, przeprowadzki, wyjazdy i powroty do ojczyzny. W jej żyłach płynęła rosyjska krew, nie potrafiła wyrwać swoich rodzinnych korzeni, cień ojca – tyrana nieustannie towarzyszył córce. Przez jego pryzmat postrzegali ją ludzie, często próbując tłumaczyć jej zachowanie, wybory, decyzje wpływem ojca. 

Życie nie oszczędzało Swietłany, doświadczyła wielu skrajnych emocji, była częścią historii naznaczonej ogromnym ładunkiem zła, terroru i zagłady milinów istnień ludzkich. Nie wybrała sobie takiego życia, starała się być sobą, zwykłą kobietą, pisarką, matką, żoną, zamazując fatum córki Stalina.

Pisanie biografii jest jak praca detektywa, trzeba złożyć najdrobniejsze elementy, udać się tropem postaci, o której się pisze, zestawić i skonfrontować róże źródła, wypowiedzi, opinie. Z satysfakcją przyznaję, że Rosemary Sullivan stworzyła portret córki Stalina wielowymiarowy, oddając wszelkie detale, niuanse, tajemnice, ujmując najróżniejsze barwy i odcienie życia Swietłany Alliłujewej. „Córka Stalina” pokazuje również obraz największego zbrodniarza XX wieku, widzianego oczami córki, jednej z bliższych jemu osób. 

Autorka biografii nie idealizuje, nie wybiela, ale wybiera takie narzędzia aby stworzyć jak najbardziej rzeczywisty i szczery obraz kobiety uwikłanej w historię XX-wiecznej Rosji. Jest to zarówno publikacja dla pasjonatów historii, biografii jak i czytelników spragnionych nagłych zwrotów akcji, tajemnic, namiętności. Sullivan prowadzi wartką narrację, opartą na archiwalnych dokumentach. Dużym plusem „Córki Stalina” jest wprowadzenie czytelnika w tło społeczno – historyczne, bez banałów, rozwlekania czy pauzowania akcji. Rosemary Sullivan zalicza się do grono wyjątkowych biografistów, dbających zarówno o obiektywne przedstawienie losów postaci jak i o warstwę psychologiczną. 


 Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.
 

środa, 19 kwietnia 2017

Gimnazjologia, czyli świat okiem młodego człowieka

Gdybym chciała napisać dekalog młodości na pierwszym miejscu znalazłyby się: burza uczuć oraz poszukiwanie własnej tożsamości, kształtowanie osobowości. Mądrzy dorośli piszą książki dla młodzieży, często wtłaczając siebie, dorosłego człowieka w świat nastolatków. I to jest cyniczne, sztuczne, a jeżeli autor uderza w ton moralizatorski, mentorski, to już lepiej niech zajmie się literaturą dla dorosłych. 
Literaturę młodzieżową tworzą przede wszystkim dorośli, jednym udaje się oddać szczere emocje i wejść w duszę młodego człowieka, co wiąże się z obserwacją, empatią i słuchaniem nastolatków. Są też tacy autorzy, którzy udają, próbując z różnych wyimków, frazesów, stworzyć współczesny obraz młodzieży. A gdyby oddać głos młodym ludziom? Chyba oni najlepiej wiedzą co im „w duszy gra”. Ciekawym, literackim eksperymentem, pokazującym świat nastolatków od wewnątrz jest powieść „Kalesony Sokratesa”  Jakuba Łaszkiewicza. Autor, fan rocka i literatury, sam będący gimnazjalistą, wydał książkę. Wydawałoby się, że jest ona skierowana do konkretnej grupy wiekowej – 13-18-latków, o czym wspomina na wstępie sam autor. Cóż kiedyś też byłam gimnazjalistką i ta powieść obudziła we mnie dawne wspomnienia, pozwoliła abym znów mogła poczuć się jak szalona nastolatka.  „Kalesony Sokratesa” przyrównałabym do różowych okularów ale w wersji męskiej, bo w tej powieści to faceci rządzą, a raczej ich hormony. Okazuje się bowiem, że płeć piękna to zarówno źródło uczuciowych niespodzianek jak i niekończących się tarapatów. 
 
Bohaterem, który relacjonuje swoją, nastoletnią codzienność jest Maciek. Z racji, że chłopak zmienił szkołę, pozostawiając swoich dawnych znajomych, zakłada bloga, który pełni funkcję osobistego pamiętnika. Maciek mieszka wraz z mamą, łączą ich bardzo dobre stosunki, czego nie można powiedzieć o ojcu chłopca, który ignoruje fakt istnienia syna. Nastolatek próbuje zaklimatyzować się w nowej szkole, co nie jest łatwe. Jego uwagę przykuwa dziewczyna o imieniu Weronika, która chętnie zaprzyjaźnia się z naszym bohaterem. Wspólne pasje, słuchanie muzyki, spacery stają się dobrym początkiem znajomości. Maciek daje się ponieść uczuciom i szybko wspólne koleżeństwo przeradza się w coś o wiele poważniejszego. To co jednak szybko płonie, szybko też się spala. Podobne dylematy natury damsko – męskiej przeżywa kolega z klasy – Patryk, członek zespołu punkowego o dość zagadkowej nazwie – Kalesony Sokratesa. Zakochany bez pamięci, platonicznie w dziewczynie z klasy, próbuje nieskutecznie urzeczywistnić swoje emocjonalne marzenia.

Książka pomimo, że porusza tematy różnego kalibru – pierwsze miłości, związki, współżycie, rodzinne relacje, empatia wobec drugiego człowieka – nie jest fabularnie przeładowana. Okazuje się, że młodym ludziom trudno mówić o emocjach, trudno nawiązywać nowe znajomości – częściej odbywa się to wirtualnie. Autor czerpie całymi garściami z młodzieżowej popkultury, uposaża swojego bohatera w dystans do świata, humor rodem z Monty Pythona i zabawne porównania, pozwalające na pokazanie swojej rzeczywistości z delikatnym przymrużeniem oka. Cenię sobie pisarzy, którzy potrafią wywołać uśmiech u czytelnika, a „Kalesony Sokratesa” to solidna dawka dobrego humoru. Maciek jest postacią niezwykle sympatyczną, ma swoje wady i zalety, przejawia cechy empatyczne i potrafi pomóc, chociażby nieznajomej, głodnej i biednej staruszce. Bohater zaznacza też ostrą granicę między dziewczynami a chłopakami. „Płeć piękna” okazuje się być pełna sprzeczności, dziwnych zachowań, których nie potrafią zrozumieć młodzi mężczyźni. Autor wkracza również w strefę intymną. Uderza szybkość uczuciowego i fizycznego angażowania się. Wszystko dzieje się szybko, jest to istna uczuciowa burza, pełna niepewności, zagubienia, ale i euforii oraz endorfin. Taka jest właśnie młodość – przeżywa intensywnie, burzliwie, emocjonalnie, ucząc się na własnych błędach, robiąc wiele rzeczy po swojemu. 

„Kalesony Sokratesa” Jakuba Łaszkiewicza to świetna lektura dla nastolatków, którzy na pewno odnajdą wiele odniesień do własnego życia. Autor z łatwością nawiązuje kontakt z czytelnikiem, puszcza do niego oko. Powieść jest przepełniona entuzjazmem, szkolna codzienność przeplata się z młodzieńczymi inicjacjami, muzyką, która wielokrotnie wpisuje się w stany emocjonalne młodych ludzi. Na pewno jest kilka wątków, które autor mógłby pociągnąć, poszerzyć, uszczegółowić (choćby historię staruszki Józefiny). Interesujące byłoby również poprowadzenie narracji dwutorowej, z różnych perspektyw – czyli Maćka i Patryka, który niestety pojawia się prawie na końcu powieści, a jego postać i losy opisuje narrator.

 Jeżeli szukacie prawdziwej, ale pełnej humoru powieści o perypetiach nastolatków to sięgnijcie po „Kalesony Sokratesa”. Jesteście fanami muzyki rockowej a popkultura nie jest wam obca, to lektura wpasuje się w wasze zainteresowania. Nie znajdziecie tutaj przepisu na młodość, pierwszą miłość czy przyjaźń, ale gwarantuję, że poczujecie, iż nie jesteście z tym wszystkim sami. Ktoś obok, wasza koleżanka, nowy kolega – przeżywają podobne rozterki, rozczarowania, kryzysy, emocjonalne burze. Uczucia nie są łatwe, życie nie jest systemem zero-jedynkowym, ale przypomina sinusoidę. I niech ten matematyczny akcent będzie podsumowaniem debiutanckiej powieści Jakuba Łaszkiewicza.  

*Jakub Łaszkiewicz, Kalesony Sokratesa, wyd. Novae Res, Gdynia 2017.   

Za egzemplarz książki dziękuję autorowi.