piątek, 19 maja 2017

Asystować śmierci

O śmierci nie myśli się na co dzień, przy gotowaniu obiadu, oglądaniu telewizji, słuchaniu muzyki, wykonywaniu rutynowych obowiązków. Nawet tragedie nagłaśniane przez media są tylko chwilową refleksją, ale powierzchowną, bo szybko umysł wypiera uwierające cierpienie innych ludzi. Dotyka nas dopiero gdy umiera ktoś bliski, stykamy się z całą osnową śmierci, jej celebracją, nieuchronnym końcem. A jeżeli śmierć zostaje wpisana w naszą codzienność? Jak nie zatracić człowieczeństwa i wrażliwości w jej obliczu? Hospicjum to taki „przedpokój” zaświatów. I wydawać się może, że jest to miejsce pozbawione nadziei, piętnujące, skazujące na drogę w jednym, ostatecznym kierunku. „Niebo dla akrobaty” to opowieści o ludziach znajdujących się w hospicjach, pacjentach ale i także o personelu, wolontariuszach, osobach duchownych. Jan Grzegorczyk nie sięga po patos, nie chce też wzbudzać w czytelnikach współczucia. Pokazuje coś o wiele mądrzejszego, pełnego, ludzkiego – wobec tajemnicy śmierci jesteśmy równi, pozostaje ona zagadką do samego końca, do ostatniego oddechu, ostatniego uderzenia serca i westchnienia. 

 Umieranie to rozpad indywidualnego mikroświata, nikt nie chce być na tej ostatniej prostej naszego życia samotny. Czasami jednak ci najbliżsi okazują się być obcymi, nieobecnymi, a ci nieznajomi stają się w tych ostatnich chwilach najważniejszymi osobami, towarzyszami przejścia, wspierającymi umierających. „Niebo dla akrobaty” to poruszający zbiór opowiadań o ludzkich losach, doświadczeniach związanych ze śmiercią. Są to zarówno intymne historie, opowieści księdza, pielęgniarek, lekarza, matki, która przeżyła śmierć dziecka, jak i życiorysy śmiertelnie chorych ludzi. Każdy z nich inaczej doświadcza momentu umierania, dla każdej z postaci jest to utrata, cierpienie, poczucie pustki. Pisarz jednak nie pozostawia czytelników z przejmującym smutkiem, jego bohaterowie mają w sobie nadzieję, że po drugiej stronie czeka na nich coś wyjątkowego i nieznanego. Osoby pracujące w hospicjum niosą w sobie misję wspierania, czasami po prostu bycia z drugim człowiekiem w najważniejszym i ostatecznym momencie jego życia. Jak powie jedna z bohaterek:

 Czasem mam wrażenie, że jakaś historia się dzieje tylko po to, abyśmy to my ją ujrzeli. Ludzie pojawiają się przed naszymi oczami, aby odegrać powierzone im role. Zdarzenie, którego są bohaterami, ma ujawnić ukryty sens naszej zawiłej drogi” (Kto wierzy w życzenia s. 93)

Opowieści zawarte w zbiorze „Niebo dla akrobaty” pokazują różne strony umierania, emocje towarzyszące obserwatorom i bliskim, wyzwania, z którymi muszą zmierzyć się bohaterowie. Śmierć nie jest schematem, wzorem matematycznym, który łatwo opisać i zdefiniować, wpisać w sztywne ramy. U Grzegorczyka ma ona wymiar jednostkowy, intymny. Wobec śmierci nie można być obojętnym, gdyż pobudza ona wiele uczuć, czasami wręcz umożliwia dialog, otwiera drogę do wybaczenia, zażegnania dawnych uraz. „Niebo dla akrobaty” wzrusza realizmem, obrazem odchodzenia  z nadzieją w oczach, z milczącym przesłaniem iż każdy koniec jest początkiem. Autor pokazuje również hospicjum z zupełnie innej strony – oczami pracowników, duchownych, ludzi opiekujących się umierającymi. Nie ma tu łatwych rozmów, ckliwych opowieści, moralizowania – są ludzie cierpiący, śmiertelnie chorzy, próbujący pogodzić się z myślą o własnej śmierci, próbą uporządkowania swojej pamięci, życia, relacji z bliskimi. Ale także żyjący codziennością, celebrujący każdy dzień jako dar. Jan Grzegorczyk wkłada w swoje opowiadania wiele wartości, ciepła, zrozumienia, empatii i otuchy, pomimo wagi tematu, którego ciężaru nie każdy z pisarzy potrafi unieść. 

Bohaterowie „Nieba dla akrobaty” mówią o rzeczach niezwykle istotnych, mądrych, odbijających niejako nasze wątpliwości, smutek, żal, samotność i bezsilność w chwili odchodzenia kogoś bliskiego. Okazuje się bowiem, że śmierć nie jest całkowitą destrukcją, nie ma władzy nad pamięcią i wspomnieniami innych osób, w których ciągle żyje część osoby, która odeszła. 

*Cytat: Jan Grzegorczyk, Niebo dla akrobaty, wyd. II, wyd. Zysk i Ska, Poznań 2017.

                                      Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.

 

czwartek, 18 maja 2017

Jestem przede wszystkim człowiekiem

Gdybym miała wskazać kto jest dla mnie współcześnie autorytetem, bez dwóch zdań wypowiedziałabym jej imię i nazwisko. A ten niezwykły wywiad tylko utwierdza mnie w tym przekonaniu. Anna Dymna. Kobieta z bagażem doświadczeń, kobieta renesansu, utalentowana aktorka, która kroczy przez swoje życie w oparciu o dwie pasje – miłość do teatru i człowieka. W wywiadzie rzece „Warto mimo wszystko” Wojciech Szczawiński zadaje wiele trudnych, ale i interesujących pytań Annie Dymnej. Jest to dialog pełen erudycji, szacunku dla rozmówcy, pokazujący główną bohaterkę z bardzo ludzkiej strony. Z wywiadu wyłania się postać nietuzinkowej kobiety, z ogromnym sercem na dłoni, poukładanymi wartościami, celami, planami. Ten wywiad to jedna, wielka lekcja życia, dla każdego kto zarówno kocha świat jak i poszukuje wartości, zrozumienia, szczęścia. Anna Dymna uczy patrzenia na świat przez pryzmat daru jakim jest życie, talenty, wyjątkowość bycia sobą. Na ponad 300 stronach odnajdziemy prawdziwe maksymy życiowe, receptę na życie w zgodzie z sobą, na wewnętrzną radość, wystarczy zastosować te słowa w praktyce. Anna Dymna mówi o tym, co czyni nas lepszymi ludźmi, o płynięciu pod prąd, o poświęceniu swojego ego dla potrzebującego, o nieustannym poszukiwaniu dobra w ludziach. „Warto mimo wszystko” powinien przeczytać każdy kto nieustannie narzeka, nie potrafi docenić tego, co ma wokół siebie, piętnuje swoje porażki, błędy, goniąc za powierzchownym pięknem. 

Życie Anny Dymnej można podzielić na dwa okresy i dwa wizerunki medialne. Pierwszy to obraz młodej, atrakcyjnej dziewczyny, rozpoznawalnej jako Marysia Wilczurówna czy Ania Pawlaczka, o nienagannej, wręcz filigranowej figurze. Drugi natomiast to sylwetka kobiety dojrzałej, świadomej, czerpiącej siłę z wnętrza, niewalczącej z czasem, oddanej całkowicie fundacji i pomocy osobom niepełnosprawnym. Anna Dymna jako osoba medialna, popularna, wykorzystuje swój wizerunek aby pokazywać, że niepełnosprawni pragną normalności, dialogu, partnerstwa. Wojciech Szczawiński, podejmując rolę interlokutora, chciał przede wszystkim pokazać osobowość, charyzmę Anny Dymnej. Nie stroni więc od pytań szokujących, krytycznych, uwzględniających zarówno głosy przychylnie nastawione na społeczną działalność aktorki jak i głosy polemiczne, przeciwne, zawistne, bo i takich nie brakuje. Aby jednak zrozumieć motywację tej niezwykłej kobiety, damy polskiego teatru, należy poznać bliżej jej życiorys, pełen trudnych doświadczeń, dramatów i osobistych tragedii. Bycie aktorem również do łatwych zawodów nie należy i wymaga ogromnych pokładów pracy i wytrwałości, poświęcenia życia osobistego oraz wolnego czasu. W wywiadzie „Warto mimo wszystko” Anna Dymna nie czaruje, nie próbuje nikogo na siłę przekonywać, nie tłumaczy się ze swojej działalności, opowiada szczerze o tym co ją cieszy, co sprawia, że każdy dzień zaczyna z uśmiechem i jak wielka siła drzemie w prostych gestach:

„Myślę, że należy wstać rano, uśmiechnąć się do słońca, do dziecka, mężowi powiedzieć dwa ciepłe słowa, pogłaskać koty, potem popatrzeć na kwiaty i drzewa, a wtedy nawet słotny dzień wydaje się mniej szary. To cała moja filozofia istnienia” (s.218)

Anna Dymna nie kryje również swojej wielkiej miłości do teatru, ludzi, z którymi pracuje, tworzących teatralną rodzinę. Kobieta stroni od medialnej wrzawy, strzeże swojej prywatności, pozostaje wierna swoim ideałom aktorstwa, jednocześnie nie oceniając innych „celebrytów”. To właśnie stanowi o jej wyjątkowości, pięknie wewnętrznym, próbuje ona zawsze znaleźć coś dobrego w każdym człowieku, każdemu próbuje dać szansę, nie jest obojętna na cierpienie. Swoją siłę czerpie od innych ludzi, będąc propagatorką i strażniczką osób niepełnosprawnych, ich normalności. Aktorka przestrzega przed spychaniem ich na margines społeczny, w swoich programach, inicjatywach próbuje „odczarować” wizerunek osoby chorej, niepełnosprawnej. Nie chodzi tu o współczucie, powierzchowną litość ale o szansę bycia takim jak każdy zdrowy, bez specjalnej taryfy, lecz z pozytywnym nastawieniem. Wywiad przeprowadzony przez Wojciecha Szczawińskiego to moralny kodeks Dymnej. Bycie autorytetem dla wielu ludzi to najlepsza rekomendacja. 

*Cytat: Wojciech Szczawiński, Anna Dymna, Warto mimo wszystko, wyd. Znak, wyd. II poszerzone, Kraków 2017. 


 Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.
 

wtorek, 16 maja 2017

Przeciętny życiorys, czyli w czterech ścianach kamienicy

Powieści, które zawierają literacki ślad rzeczywistości bywają pasjonującym studium ludzkich losów. Niby typowych, przewidywalnych, banalnych, bo przecież bohaterowie nie wyróżniają się niczym szczególnym. Obserwując ich, powiedzielibyśmy – ot, zwykli, ludzie, żyjący przeciętnie. Świat przedstawiony w powieści „Deficyt” Klaudii Zalewskiej to okres PRL-u, zakotwiczonych stereotypów, tradycji i rodzin przesiąkniętych patriarchalnym zaduchem. Historię tworzą trzy rozdziały – „Zapachy i dźwięki (1951-1953)”, „Uciec stąd (1959-1961)” oraz „Nowe życie” (1965-1966). Wyznaczają one niejako drogę głównej postaci, jej fragmentaryczny portret. Klarę, główną bohaterkę, poznajemy jako małą dziewczynkę, przestraszoną nagłym zamieszaniem spowodowanym chorobą matki, która trafia do szpitala. Dziećmi Eugenii opiekuje się Helga, która mieszka w tej samej kamienicy wraz z babcią. Obie pogardzane przez lokatorów, uznawane za obce, pochodzenia niemieckiego, najwięcej serca okazują dzieciom Eugenii. Kiedy wraca mąż Eugenii, Jan, odbiera od sąsiadek córki i zajmuje się nimi pod nieobecność żony. Między Janem a Helgą nawiązuje się niewidzialna nić fascynacji, oboje jednak odnoszą się do siebie z dystansem. Klara obserwuje życie mieszkańców kamienicy, powoli sama wtapiając się w tło przeciętności.

Obraz kamienicy dopełniają pozostali mieszkańcy, pogrążeni w marazmie, alkoholizmie, zdradach, przemocy. Postacie „Deficytu” cierpią na brak miłości, akceptacji, wszechogarniającą samotność. Ich życie to kolekcja szarych, identycznych dni, wypełnionych pracą, rodziną, codziennymi zmartwieniami. Szare życiorysy ludzi zmęczonych przetykają linie narodzin i śmierci, osobistych dramatów, sekretnych miłości, kłótni. Nieszczęśliwa jest Eugenia, zawsze w cieniu piękniejszej siostry, zakochuje się bez pamięci w Janie, który po ślubie okazuje się być innym człowiekiem, nie stroniącym od alkoholu, oziębłym i nieobecnym. Skomplikowane relacje łączą również matkę z dziećmi. Kobieta nie traktuje jednakowo swoich córek, wyróżniając starszą Aleksandrę i ignorując aspiracje młodszej - Klary. Dziewczynka zazdrości siostrze możliwości kształcenia się, sama musi zrezygnować ze szkoły, całkowicie poświęcając się pracy i pomocy matce. Klara nieświadomie powtarza los Eugenii. Życie, ludzie, którzy ją otaczają zdają się osaczać, zaciskać pętlę na marzeniach dziewczyny. 

„Deficyt” pokazuje obraz kobiet pogardzanych przez mężczyzn, uprzedmiotowionych, całkowicie poddających się ich woli. Każda z bohaterek poddaje się losowi, nie walczy o siebie, własne uczucia, co owocuje powtarzaniem tych samych błędów. Klara ma coś w sobie z buntowniczki, ale skutecznie zagłusza jej niepokorność oschła matka. Decyduje ona nawet o wyborze przyszłego małżonka dla Klary. Eugenia nie dostrzega prawdziwych problemów, zamyka się w swoich czterech ścianach, tracąc nadzieję na lepszą przyszłość. 

Peerelowskie miasteczko jest jednym z wielu szarych, beznamiętnych miejsc na mapie mikroświata, z którego dla wielu nie ma ucieczki. Panuje tu nieustanne poczucie przejmującego deficytu perspektyw. Tak jakby mury kamienic zaszczepiały w swoich mieszkańcach poczucie beznadziei, wewnętrznego smutku. Bohaterowie egzystują w labiryntach uczuć, każdy ich wybór wydaje się pomyłką, która pociąga za sobą kolejne dramaty. „Deficyt” to proza mozaikowa, portretująca wiele życiorysów przeciętnych ludzi. Szkoda, że nie udało mi się znaleźć informacji na temat autorki, wydaje się być anonimowa, skoro nawet na stronie wydawnictwa nie ma krótkiego biogramu. Zapewne jest to literacki debiut Klaudii Zalewskiej. Czy udany? Moim zdaniem jak najbardziej, chociaż trudno szukać tej książki na blogach czy w mediach. Warto dać szansę powieści „Deficyt”, która pomimo szarości i czarnych tonacji pokazuje zwyczajnych ludzi przytłoczonych codziennością, dodajmy codziennością nieustannego braku, którego nie można niczym wypełnić. Autorka opowiada gorzką historię nieobecności, niespełnienia uczuć, utraty. To także opowieść o podciętych skrzydłach, środowisku, które ma silny wpływ na to, kim się stajemy. Dosadnie zostaje oddany również język i sposób myślenia postaci, autorka nie przebiera w słowach, celnie pokazując wulgarną i brutalną rzeczywistość silniejszych i słabszych. 

 Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.
 

sobota, 13 maja 2017

Życie jest najlepszym scenarzystą

Złudne poczucie szczęścia często usypia zmysły, sprawia, że dajemy się zamknąć w bańce mydlanej, karmimy się zapewnieniami, powierzchownymi iluzjami arkadii. A gdy wszystko tracimy, brutalnie zderzamy się z szarą codziennością, problemami, które do tej pory nie były istotne. Wioletta Sawicka w najnowszej powieści „Wyspy Szczęśliwe” przekazuje ważną lekcję życia. Szczęście bywa kruche i delikatne jak dmuchawiec, wystarczy silniejszy powiew wiatru aby całkowicie zburzyć idealny kształt, konstrukcję. Wtedy przychodzi czas aby zmierzyć się z bólem, dramatami, własnymi słabościami. To lekcja wytrwałości. Każdy upadek tak naprawdę czyni człowieka silniejszym, weryfikuje przyjaźnie, uczy pokory i otwiera nowy rozdział naszej osobowości. Wioletta Sawicka jest dziennikarką, na swoim literackim koncie ma kilka powieści dla kobiet („Wyjdziesz za mnie, kotku?”; „Będzie dobrze, kotku”; „Jeśli się odnajdziemy, kotku”; „Dzień cudu”). Nie jestem entuzjastką miłosnych powieści z „happy endem”, ale „Wyspy szczęśliwe” okazały się miłym lekturowym akcentem, pozwalającym odetchnąć od codzienności. W życiu każdego czytelnika są takie dni, że potrzebuje lektury, która umili wieczór czy popołudnie. Wioletta Sawicka dzieli się z czytelnikami pozytywną energią, ciepłem, które wręcz emanuje z opowieści, która nie jest tak bajkowa i lukrowa jak może się wydawać.
Wyspami szczęśliwymi dla Joanny są jej ukochany mąż, córeczka Tosia i piękny dom. Wydaje się, że wiedzie życie beztroskie, pełne rodzinnej miłości. Poukładane życie Joanny zamienia się w ruinę dosłownie z dnia na dzień. Musi zmierzyć się z komornikiem i wierzycielami oraz wizją utraty domu. Mąż Tomasz znika, nie odpowiada na telefony, pozostawiając małżonkę z ogromnym zadłużeniem. Piękny sen zamienia się w koszmar, kobieta będzie musiała walczyć o siebie i córkę, znaleźć pracę i utrzymać się pomimo nękających wierzycieli. Ale to nie koniec życiowych niespodzianek. Przewrotny los ześle na jej drogę prawdziwego anioła w ludzkiej skórze, człowieka z blizną oraz szansę powrotu do stabilnego życia, ale za dość wysoką cenę.
Powieść „Wysypy szczęśliwe” to tak naprawdę opowieść o wielu ludzkich losach, pogmatwanych, poranionych przez historię i człowieka. Trudności, z którymi muszą się zmierzyć bohaterowie kształtują ich osobowości. Joanna z naiwnej i beztroskiej żony zmienia się w silną, potrafiącą walczyć o swoją przyszłość kobietę. Nie jest ona jednak, według mnie, najważniejszą postacią. Muszę przyznać, że Joanna jest irytującą bohaterką, traktującą własne wartości dość wybiórczo, razi jej brak konsekwencji, całkowite uzależnienie się od męża. Życie zmienia jej nastawienie do świata, ale nie chroni przed kolejnymi błędami, ukrywaniem się za maską sztucznej obojętności i oschłości. Na życiowym zakręcie spotyka ona bardzo silną, barwną, ale i pokaleczoną przez przeszłość bohaterkę. Postać Marty urzeka od pierwszych chwil. Jej losy wzorowane na prawdziwej historii Marty Matyszewskiej  ukazują niezwykle dramatyczną opowieść o kobiecie, która straciła bliskich, zamordowanych przez sowieckich żołnierzy. Raniona, kilka dni leżała na siarczystym mrozie wśród pomordowanych sąsiadów, sióstr i matki. Straciła obie nogi oraz dłonie. Okrutnie doświadczona przez życie jako małe dziecko czuła się odrzucona i samotna. Powieściowa Marta tak jak jej pierwowzór potrafiła uwolnić się od narzekania, obwiniania, umartwiania się, odnajdując wewnętrzny spokój i optymizm, który stał się sprzymierzeńcem i antidotum na trujące wspomnienia. Postać Marty, ciepłej, prostolinijnej i bardzo życzliwej staruszki porównałabym do uzdrowicielki ludzkich dusz, kobiety – mędrca, od której można się wiele nauczyć. Dom staruszki to schronienie dla ludzi skrzywdzonych przez życie, będących na rozstaju dróg. Poznajemy tajemniczego, małomównego Wiktora, Teresę, dawną śpiewaczkę operową oraz samotnego pułkownika. Ich wszystkich łączy doświadczenie życiowej burzy i chęć chwilowego zatrzymania się, przystopowania, ułożenia na nowo samego siebie z rozczłonkowanych fragmentów. Każdy z nich nosi w sobie tajemnicę i głęboką psychologiczną ranę. Marta okazuje się być osobą, która nie ocenia, ale rozumie, wspiera i dodaje otuchy. Swoje życie poświęca innym, pomaga biedniejszym, jest również pomysłodawczynią fundacji. Obok tych ludzi naznaczonych przeszłością, prostodusznych, życzliwych znajdują się  niejako na drugim biegunie osobowości pozbawione kręgosłupa moralnego, zahamowań, nastawieni wyłącznie na sukces i chęć kontroli. 

Autorka utwierdza nas w przekonaniu, że nie ma czarno-białych życiorysów, ludzi dobrych i złych – każdy człowiek ma w sobie wiele, różnych barw, emocji, doświadczeń. I tajemnic. To właśnie za tajemnicami ukrywają się bohaterowie „Wysp szczęśliwych”, to one kształtują ich osobowość i to kim są teraz. 

Powieść Wioletty Sawickiej to idealna lektura dla wszystkich wrażliwców, czytelników spragnionych prawdziwych, przewrotnych historii, pokazujących jak może być kapryśny los i przeznaczenie, które krzyżuje niespodziewanie ludzkie losy. „Wyspy szczęśliwe” przepełnia nadzieja, ludzka serdeczność. Kiedy wszystko trzeba budować od nowa, to dobroć drugiego człowieka, prosty gest sympatii może być początkiem zmian, fundamentem, na którym odbudujemy zaufanie, wiarę we własne siły. Historia Joasi, naiwnej romantyczki to dosadny i jaskrawy przykład, że życie przypomina stąpanie po zamarzniętej, kruchej tafli jeziora, czasami uda nam się przejść po niej bez uszczerbku, ale i bywa, że lód łamie się w najmniej oczekiwanym momencie. Autorka podsyca w nas myśl, że dzięki przeciwnościom, problemom, trudnościom stajemy się silniejsi, mądrzejsi. Każdy cierń wnosi coś ważnego do naszego życia.  


 Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.