wtorek, 9 lipca 2019

„bylibyśmy, pilibyśmy, śnilibyśmy” – kilka uwag o tomiku „Sztuka obsługi życia” Jarosława Holdena Gojtowskiego


(…)
Za rogiem,
obok przewróconego krzyża,
zaczęło się picie:
bimber i ciepłe wino.
Zleciały się
pszczoły, muchy, korniki.
Stypa.


J. Holden Gojtowski, Szukam rymów, [w:] tegoż, Sztuka obsługi życia, Poznań 2019, s. 13.
Jak mógłby wyglądać przepis na życie? Czy zanim sami stworzymy recepturę nie musimy poeksperymentować, zgromadzić listę doświadczeń, nauczyć się ugniatać zmartwienia, łzy i uśmiech, wyrabiając z nich gładką, jednorodną, pulchną przyszłość? A jaką mamy pewność, że kolejny dzień naszych zmagań nie okaże się po raz kolejny zakalcem lub przypalonymi złudzeniami, kruszącymi nasze poczucie wartości? Tytuł nowego, trzeciego tomiku w dorobku poetyckim dziennikarza, redaktora i fotografa Jarosława Holdena Gojtowskiego, „Sztuka obsługi życia”, pokazuje, że nie ma jednej, idealnej recepty na egzystencję, jest poszukiwanie, a samo przeżywanie może stać się sztuką, jeżeli odnajdziemy w nim małe refleksy szczęścia. W poezji Holdena dominuje ostrość i surowość świata. Podmiotem lirycznym jest zazwyczaj mężczyzna „rozdarty z raną kłutą”, poszarpany emocjonalnie przez relacje, po przejściach. Swoje wysypisko zmarnowanych nadziei i wyblakłych uczuć, próbuje zdefiniować i oswoić, dlatego wyrzuca z siebie słowa, modli się nimi, tak jak w wierszu o różańcu, który jest metaforą codziennego cierpienia, te „paciorki cierpliwości” to mozaika rzeczywistości, na którą skazany jest podmiot liryczny.

„matka żona córka syn
wódka piwo wino krew
wszystko różaniec
zdrada
rzygasz: to żółć
wstyd
poczucie winy
a pierdolić to!
zaraz ranek”

(J. Holden Gojtowski, ***, s. 9).

Pomimo poczucia rezygnacji, samotności i dość mocno wyeksponowanego poczucia braku (dotyku, bliskości, wsparcia) brutalnego i zimnego świata, bohater wierszy Holdena jest buntownikiem, czytającym wiersze Wojaczka i Bursy. Nic więc dziwnego, że klimat tych dosadnych i wyzywających, obcesowych narracji jest bliski poetyce wyklętych. Wyklęty też jest podmiot liryczny, próbujący oswajać siebie i samotność alkoholem, marginesując poczucie własnej wartości. Trzeba przyznać, że wyłania się z tych wierszy postać szczerego, poturbowanego człowieka z ogromną wrażliwością:

(…)
liczę kręgi
na wodzie lądują
kamienie kaczek
deszcz jest taki
gęsty że zabieram
tęczę
chowam do szuflady
twoich ust

(J. Holden Gojtowski, Relacja, s. 18.) 

Czarna melancholia przebija również przez utwory autotematyczne, choćby rewelacyjny w swojej metaforyce wiersz „Drożdże”. Formowanie słów przypomina kształtowanie ciasta ze składników mowy: sylab, akcentów, złożeń wyrazów. Podmiot liryczny ponosi klęskę, „splątany język” nie potraf wyrazić w pełni emocji. Jak mówi: „Bez drożdży pieprzy się sens./ Ot, cała chemia/bytu” (Drożdże, s. 6). W krótkim ale dosadnym liryku „Rozmowa” pojawia się również pytanie o sens bycia poetą. W dialogu z anonimowym rozmówcą wyłania się gorzka refleksja:
„(…)
To kim pan jest?
Nikim.
To jest pan poetą.”

(J. Holden Gojtowski, Rozmowa, s. 34.)

Poczucie wyobcowania i niemocy poezji, ale i słów, dość często towarzyszy bohaterowi wierszy. Bałagan myśli, „niedokończone słowa na tysiącach kartek”, dookreślają wewnętrzny niepokój tworzenia literatury. Słów nie da się uporządkować, wymykają się, układają w obrazy i zapachy, niedostrzegalne fragmenty marginesowej codzienności, tak jak w wierszu „Trzecie piętro”: „Zapach słońca, much na szybie, moczu wydeptanego w chropowatość schodów,/ no i jeszcze spadających na chodnik niedopałów”.(s. 55)

„Sztuka obsługi życia” to surowy rejestr myśli, obrazów rozkładających się związków i wpełzającej samotności, która wyczula podmiot na dźwięki codzienności:

za oknem
koncert gdy siedzę cichutko
skulony w łazience wynajętego mieszkania
do drzwi
dzwonek telefonu
ktoś stanął na moment
podsłuchuje
albo zawiązuje sznurowadło

(J. Holden Gojtowski, Samotność, s. 31)

Bohater wierszy próbuje utkać szczery i prosty rachunek sumienia, spowiada się ze swoich mroków i nie oczekuje od czytelnika rozgrzeszenia. Pod surową, nieociosaną skorupą wiersza, kryje się tęsknota za cielesnością, bliskością. Portrety kobiet w wierszach Holdena są nasycone subtelnym erotyzmem, to prawdziwe femme fatale, kusicielki, marzenia senne, oniryczne fantazje podmiotu lirycznego, roztaczającego wizję idealistycznej bliskości : „bylibyśmy, pilibyśmy, śnilibyśmy”. Związki okazują się być przelotne, chwilowe, kobiety przemijają tak jak życie. Gdzie w takim razie jest szczęście? Wydaje mi się, że jest ono ukryte we wrażliwości  spojrzenia na rzeczywistość, nie ma na niego przepisu, ani idealnej recepty. To samotne, eksperymentalne poszukiwanie intymnej sztuki obsługiwania życia i każdego dnia.

Tom poetycki „Sztuka obsługi życia” Jarosława Holdena Gojtowskiego odsłania mroki jakie kreuje samotność i poczucie braku. Alkohol, sen, wspomnienia, ucieczki w przeszłość, to sposób na przeżycie kolejnego dnia. Człowiek w poezji Holdena jest pokiereszowany, zamknięty w pustym mieszkaniu, skazany na bycie marionetką trudnych doświadczeń. Wiersze są jak kadry, nieretuszowane, uwypuklające emocje, duszne i mroczne od monologu wewnętrznego. Parafrazując dzieło Freuda - życie jest nieustannym źródłem cierpień, wobec czego próbuje się buntować bohater wierszy Holdena. Czasami jest to gorzka refleksja, czasami rezygnacja i skupienie się na detalu, a czasami wiwisekcja marzeń i iluzji. Wiersze Holdena każą mocno stąpać po ziemi czytelnikowi i odwołują się do bliskich, intymnych doświadczeń, których jesteśmy częścią.

Cyt.: J. Holden Gojtowski, Sztuka obsługi życia, wyd. FONT, Poznań 2019.

wtorek, 2 lipca 2019

O osobliwościach Czarcisławia


Czarcisław. Małe miasteczko, a raczej wioska, ulokowana gdzieś na Podkarpaciu. Już etymologia nazwy miejscowości nasuwa skojarzenia diaboliczne. Dziwacznej i mrocznej nazwie dziwi się również główna bohaterka, Alicja, która musi zamienić warszawskie życie na małomiasteczkową wegetację. Do swojskiego, ale i mrocznego Czarcisławia zaprasza czytelników Karina Bonowicz w najnowszym cyklu– „Gdzie diabeł mówi dobranoc” (wyd. Initium). Autorka jest zarówno dziennikarką, jak i scenarzystką. Jej specyficzny humor i lekkość opowiadania odnajdziemy również w książkach „Pierwsze koty robaczywki”, „I tu jest bies pogrzebany”. Warto wspomnieć również o publikacji „Józefa Czechowicza teatr widziadeł i snów” (wyd. Universitas), w której autorka przygląda się poezji Czechowicza przy użyciu narzędzi psychoanalizy.  


Tom pierwszy „Księżyc jest pierwszym umarłym” to literacka mikstura, w której głównymi składnikami są humor, sarkazm, ironia, komizm sytuacyjny, groteska, ale i napięcie oraz groza. Fantastyka dla młodzieży jest przeładowana od bohaterów wampirycznych, wszelkich wilkołaków, wróżek, elfów i innych charakterów wyposażonych w siły nadprzyrodzone. Czas więc na mitologię słowiańską, na ożywienie i przypomnienie postaci  z ludowych legend, przypowieści, dawnych podań. Pierwszy tom serii „Gdzie diabeł mówi dobranoc” to niewątpliwie udany prolog do historii losów mieszkańców Czarcisławia. To odsłonięcie zaledwie fragmentu tajemnicy i więzi łączących ludzi, którzy zawarli pakt z diabłem. Opowieść nas wabi, trzyma w napięciu, jest enigmatyczna, skrywa wiele sekretów i mnoży pytania. Okazuje się, że nie tak łatwo opuścić Czarcisław…

Życie jest przewrotne, czego doświadcza Alicja, siedemnastoletnia warszawianka, która po śmierci rodziców jest zmuszona przeprowadzić się do nieznanej ciotki -Tatiany. Dziewczyna będzie musiała odnaleźć się w zupełnie nowej rzeczywistości, w małym miasteczku, w którym nie dość, że wszyscy wszystko wiedzą, ale i zachowują się dziwacznie. Na pierwszy rzut oka miasteczko wygląda groteskowo jak baśniowo-folklorystyczna makieta: 

Wszystkie budynki były takie… niskie. Miała wrażenie, że znajduje się w samym środku jakiejś inżynierskiej makiety. Albo miasteczka z klocków Lego. Domy wyglądały – i to dosłownie! – jak chatki z piernika. Niektóre miały drewniane okiennice. Nawet te najstarsze, które pamiętały chyba ubiegłe stulecie, pomalowane były na cukierkowe kolory, przez co Alicji wydawało się, że za chwilę usłyszy krzyk Jasia i Małgosi wsuwanych właśnie do pieca. Do tego wszystko było w wersji mini. Maleńkie uliczki, chodniczki, skwerki z maleńkimi, a jakże! ławeczkami! (…). Co jakiś czas pojawiali się też ludzie, których Alicja spodziewała się prędzej zobaczyć w skansenie niż na ulicy. Jak ta kobieta w kwiecistych chustkach na głowie, z naręczem jakichś badyli albo najprawdziwszym chrustem. Wyglądała tak, jakby miała sobie za moment zrobić z niego miotłę do latania. Albo ten facet niosący jak gdyby nigdy nic siekierę na ramieniu. Mógł przed chwilą rąbać drewno, ale równie dobrze obcinać palce przyłapanym na gorącym uczynku złodziejom.” (s. 13-14).   

Nie dziwi mnie sarkazm głównej bohaterki, no bo jak dziewczyna z miasta, wychowana wśród blokowisk i wieżowców ma zachwycać się ludową architekturą. Dla niej, przeprowadzka, to prawdziwa katastrofa. Miasteczko nie jest jednak skansenem ani bajkową idyllą. Klimatem przypomina świat z Grimmowskich baśni, co subtelnie przeczuwa dziewczyna. Czarcisław nie ma w sobie nic z urokliwych, spokojnych wiosek, gdzie ludzie żyją spokojnie, a czas płynie leniwie i błogo. To miasteczko rodem z horrorów Stephana Kinga, to miejsce zapomniane, przeklęte, siedlisko demonów i zmiennokształtnych. Alicja przejdzie tu inicjację, dowie się kim naprawdę jest i na czym polega pokoleniowa klątwa, łącząca kilka rodzin. 

Powieść Kariny Bonowicz to przemyślana intryga, oddająca klimat zarówno dawnych, ludowych legend, jak i współczesnego świata nastolatków. Autorka umiejętnie wplotła styl języka młodzieżowego, dylematy i emocje, które odzwierciedla Alicja. Główną bronią dziewczyny jest właśnie sarkazm, dzięki niemu próbuje odnaleźć się w nowym świecie, w nowej roli. Odniesienia do popkultury to swoisty kod, jakim posługuje się młodzież. Liczne sarkastyczne i groteskowe nawiązania do znanych powieści (typu „Zmierzch”) czy gwiazd popkultury, celebrytów, tworzy specyficzny rodzaj komizmu, mocno ironicznego. Mam wrażenie, że jest to również literacki prztyczek w nos, rodzaj buntu wobec schematów i konstrukcji stosowanych w powieściach młodzieżowych. Autorka jednocześnie wchodzi świadomie w pewne klisze, by po chwili zupełnie z nich zrezygnować, wybierając inne rozwiązanie, zaskakujące czytelnika.  


Szkoła w Czarcisławiu to jedno z ważniejszych miejsc akcji w powieści. Jak w każdej szkole są podziały, stereotypowe szufladkowanie i kategoryzowanie uczniów i nauczycieli. Jest biblioteka-pustelnia, odstraszająca młodych ludzi  i niemiła, starsza pani bibliotekarka, która wzbudza tylko uczucie strachu i niechęci (i to chyba najbardziej mnie zabolało, bo bibliotekarze w małych wioskach są naprawdę pełni pasji-ale to moje subiektywne odczucie) Alicja jest postacią introwertyczną, nie chce nawiązywać nowych znajomości, bardzo dosadnie ocenia brak empatii i egotyzm swoich rówieśników, dla których liczy się tylko dobra zabawa i tania sensacja. Tak naprawdę młodzi ludzie nie znają siebie nawzajem, przyjaźnie są upozowane, a śmierć koleżanki nie rodzi większych refleksji. Szkolny świat jest pełen goryczy i samotności, fałszu, ale i szukania, poznawania samego siebie. 

„Księżyc jest pierwszym umarłym” Kariny Bonowicz intryguje humorem, a jednocześnie sposobem budowania napięcia i grozy. Czarcisław to mini-wersja miasteczka Twin Peaks, im głębiej wsiąkamy w jego świat tym bardziej nawiedzone i skomplikowane nam się wydaje. Warto byłoby, aby w kolejnych odsłonach cyklu „Gdzie diabeł mówi dobranoc” autorka jeszcze głębiej sięgnęła do galerii słowiańskiego bestiariusza. Pierwszy tom podkręca tajemnicę, mnoży pytania i tworzy opowieściową miksturę, która nie zaspakaja ciekawości czytelnika. I jest to diaboliczny przepis na uzależnieni odbiorcy, tak aby przeczytał i czekał wiernie na kolejną część… 

„To wszystko było dziwne. Bardzo dziwne… A jak wiadomo, zasada jest jedna: dziwnie, dziwniej, a potem to już tylko Stephen King” (s. 49)

Cyt. Karina Bonowicz. Gdzie diabeł mówi dobranoc. Księżyc jest pierwszym umarłym, t.1, wyd. Initium, Kraków 2019. 
 Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu INITIUM

niedziela, 16 czerwca 2019

Po tropach baśni, czyli książka jako szkatułka z wyobraźnią


Gdy się w końcu przebudził, zarzucił sobie skrzynię na grzbiet i przytaszczył ją do swojej gawry. Dopiero tu uroczyście dokonał ponownego jej otwarcia. Znalazł w niej książki cienkie i grube, mocno nadgryzione zębem czasu i pachnące nowością, opowieści o zwierzętach, ludziach i egzotycznych krainach przepełnionych tajemnicami. Najwięcej zaś było bogato ilustrowanych historii.” (s. 15)


Wrażliwej wyobraźni i zabawy formą nie można odmówić najnowszej książce pisarza Przemysława Wechterowicza i utalentowanej ilustratorki Gabrieli Cichowskiej, która ukazała się nakładem wydawnictwa Kinderkulka. Baśń, jak sugeruje czytelnikom tytuł, okazuje się być wielopoziomową historią, z przeplatającymi się emocjami i motywami. Ogromna wartość „Baśni o zaczytanym Niedźwiedziu i o Króliku, który spadł z nieba” drzemie zarówno w poetyckim, metaforycznym obrazowaniu rzeczywistości, jak i wplataniu w główny wątek kolejnych książek dla dzieci, zszywaniu ich fabularnym spoiwem, tak aby czytelnik mając odpowiednie tropy, mógł wyruszyć w kolejne literackie światy. Opowieść o niedźwiedziu, który nauczył się czytać, to takie metaforyczne drzwi, za którymi kryją się wielowymiarowe i ponadczasowe narracje i obrazy. To literackie schody do kolejnych pięter książkowych historii.
 
Główny bohater, wielki i melancholijny niedźwiedź jest obdarzony niezwykłym  darem, potrafi czytać. Znaleziona książka „Tygrys o Złotym Sercu” rozbudza w niedźwiedziu ciekawość, kiełkuje w nim miłość do czytania. Nagle książka staje się drogocennym przedmiotem, niezwykłym, tajemniczym, ukochanym, dostarczającym wrażeń i intensywnych przeżyć. Niedźwiedź przegląda „Tygrysa o Złotym Sercu” z pietyzmem, z ogromnymi emocjami, chciałoby się rzec z wypiekami na policzkach. Pewnego dnia przyciąga go nietypowy zapach, pod ziemią znajduje skrzynię z książkami pełnymi ilustracji: 

„Kopał wytrwale cały dzień, całą noc, aż pod koniec dnia następnego w świetle zachodzącego słońca dokopał się do skrzyni. Gdy ją wyciągnął i otworzył, oniemiał i upadł pełen zachwytu. Skrzynia bowiem po brzegi wypełniona była... książkami dla dzieci" (s. 12).

Zaczytany Niedźwiedź pragnie podzielić się swoim skarbem, chce inne, leśne zwierzęta zachęcić do słuchania i czytania. Pragnie po prostu podzielić się historiami, może i porozmawiać o książkach. Niestety zwierzęta nie podzielają pasji niedźwiedzia, skupieni na codzienności, na samych sobie, nie potrafią otworzyć serca, są głusi na wrażliwość czytającego niedźwiedzia, który czuje się coraz bardziej samotny i wyobcowany. Gdy nasz baśniowy bohater traci już nadzieję, w lesie pojawia się Królik, który zaczyna towarzyszyć misiowi w lekturze. Małe i ufne zwierzątko przypomina bohatera z ulubionej i pierwszej książki, którą przeczytał niedźwiedź. To właśnie „Tygrys o Złotym Sercu” otwiera w życiu niedźwiedzia nowy rozdział. Wspólne czytanie jest jak ziarno, z którego kiełkuje wyjątkowa przyjaźń…

Zamieszczone motto Umberto Eco, które znają wszyscy pasjonaci literatury- "Kto czyta książki, żyje podwójnie", podkreśla szkatułkowość baśni Przemysława Wechterowicza. Chciałoby się powiedzieć, że zaczytany Niedźwiedź żyje nawet nie podwójnie, ale każda przeczytana książka, pozwala mu na nieskończone wcielanie się w bohaterów i przeżywanie ich przygód.
Kompozycja szkatułkowa, dość rzadko wybierana przez pisarzy – tym bardziej w literaturze dziecięcej (być może w obawie o chaos i utrudnienie odbioru), niewątpliwie wyróżnia „Baśń o zaczytanym Niedźwiedziu”. W jedną historię główną, centralną zostają wkomponowane poboczne, ale równie ważne opowieści „Baśń o sercu Pajacyka” oraz „Czerwona piłeczka”, a także cała mozaika pozostałych 17 tytułów (takich jak: „Miejsce na miotle” Julii Donaldson, „Przygody Sindbada Żeglarza” Bolesława Leśmiana czy „Gęś, śmierć  i tulipan” Wolfa Erlbrucha). Muszę przyznać, że wplecenie melancholijnej i smutnej opowieści o małej Ricie i Królestwie Porzucanych Zabawek, a w nią, losów czerwonej piłeczki, wprowadza w całą baśń wiele napięcia, oczekiwania, potęgującego zaciekawienie odbiorcy.  Historie, pomimo swojej różnorodności tematycznej, subtelnie łączą się, zazębiają, wprowadzając czytelnika w kolejne poziomy magicznego świata, w którym opowieść niczym klucz, otwiera następną opowieść i następną. Autor nie narzuca czytelnikowi jedynego słusznego sposobu czytania tej szkatułkowej baśni. Ma to być wyzwanie dla odbiorcy, ale i podróż z detektywistycznym pazurem, w którym mapą i kompasem są kolejne tytuły książek, czytane przez melancholijnego Niedźwiedzia. 

Sam motyw szkatułki pojawia się kilkakrotnie. Szkatułką jest sama książka, w której kryją się mechanizmy zdolne poruszyć wyobraźnię, ale i równie jest nią skrzynia pełna książek,  zakopana w ziemi, której wyjątkową woń wyczuwa niedźwiedź. Szkatułkowość widoczna jest również w treści, to właśnie z książki Czesława Janczarskiego „Tygrys o Złotym Sercu” (która opowiada o samotnym tygrysie, innym niż wszystkie dzikie koty, potulnym i łagodnym, poszukującym przyjaciela) wyłania się postać Króliczka, Który Wszystkiemu Wierzy. Opowieść zaczyna żyć własnym życiem, baśń ponownie ożywia bohatera.
 
„Baśń o zaczytanym Niedźwiedziu i o Króliku, który spadł z nieba” to przejmująca opowieść o wartości przyjaźni, która nadaje sens życiu. Z głównym bohaterem, samotnie celebrującym chwile z lekturą, utożsami się każdy pasjonat literatury, bez względu na wiek. Każdy z nas ma w sobie coś z Zaczytanego Niedźwiedzia, nieodpartą chęć opowiadania o przeczytanych książkach, dzielenia się emocjami podczas lektury. Na pewno pamiętacie, to uczucie nieziemskiej ekscytacji, kiedy po przeczytaniu dobrej książki chcecie komuś o niej opowiedzieć, przedyskutować treść, polecić i przepracować emocje jakie w nas zasiała. Samotność niedźwiedzia rodziła się nie tylko z jego wyjątkowości – inności, ale i braku dialogu, zrozumienia, współodczuwania. Czytanie jest przyjemne, ale najwięcej wartości i satysfakcji przynosi możliwość podzielnia się historią, która poruszyła nasze najczulsze struny emocji. Ta baśń mówi o niesamowitej mocy literatury, która wydobywa z czytającego, to co najpiękniejsze, pozwala mu marzyć, zmienia jego codzienność, wyzwala pokłady empatii, otwiera świat. Niedźwiedź dzięki przyjaźni i wspólnemu czytaniu z Królikiem, zobaczył coś więcej niż przestrzeń lasu, poczuł nietypowy i wyjątkowy zapach książki, zasmakował słów i emocji, jego natura uległa metamorfozie, zaczął więcej odczuwać, jego perspektywa doświadczania rzeczywistości również poszerzyła się, wzbogaciła. Jednak najpiękniejsze było uczucie więzi, porozumienie z przyjacielem, który nagle pojawił się w jego życiu. 

Przemysław Wechterowicz wprowadza czytelnika w bardzo poetycki świat, wielopoziomowy, w którym nie brakuje szczypty magii, niezwykłości, ironii, specyficznego humoru, ale i trochę melancholii, zadumy i smutku. Zwróćmy uwagę jak bardzo baśń jest sensualna, pojawiają się zapachy lasu i urzekająca woń książek, która dla niedźwiedzia pachnie piękniej niż miód. W „Baśni o sercu Pajacyka” poznajemy zapach samotności, którą pachnie Wilk. To sprawia, że czytelnik może wyobrazić sobie przestrzeń, detale, wręcz sensorycznie odczytać baśniowy świat lasu czy Królestwo Porzuconych Zabawek. Sensualność ma ogromne znaczenie w tworzeniu przestrzeni, a także w uwrażliwianiu małego czytelnika na szczegóły, detale. 

Wyjątkowy wymiar ma w książce „Baśń o sercu Pajacyka” napisana w trochę innej tonacji, poważniejszej. Jest to finezyjna i bardzo baśniowa opowieść o dziewczynce Ricie, która przenosi się do Królestwa Porzuconych Zabawek, gdzie zaprzyjaźnia się z jej królem – Pajacykiem. Kolejne wizyty w magicznym świecie upływają na zabawie, aż do momentu gdy król Pajacyk budzi się bez serca. Wraz z chorobą władcy kraina zupełnie się zmienia, staje się wyblakła i powoli ulega destrukcji. Rita obiecuje przyjacielowi, że odnajdzie jego serce, i wyrusza w niebezpieczną podróż do mrocznego lasu… Podróż małej bohaterki jest lekko oniryczna, a i nie brakuje momentów grozy. Autor stopniowo buduje napięcie, tworzy barwne i niezwykłe postacie, operując zarówno humorem jak i melancholią. Nie ukrywam, że jest to trudna i pełna nieoczywistych emocji opowieść, ale opowiedziana z wyczuciem, z subtelną metaforyką baśniowości. Warto zwrócić jak pisarz operuje kolorem, w jaki sposób pokazuje zmieniające się i niszczejące Królestwo. Wraz z chorobą Pajacyka baśniowa rzeczywistość ulega deformacji, rozkładowi, rozpadają się i zamazują struktury i barwy, podobnie emocje zmieniają swoje natężenie i głębię. Bezradność miesza się z nadzieją, upór ze strachem, ale najbardziej wymowna i mocna jest końcowa sekwencja „Baśni o Sercu Pajacyka”, która wzrusza, ale i przynosi poczucie spokoju, nadziei, pogodzenia się z czymś nieuchronnym, tak bardzo bliskim, każdemu człowiekowi. Samo Królestwo Porzuconych Zabawek jest dość tajemniczym miejscem, nie mają do niego wstępu dorośli, a Rita jest pierwszym dzieckiem, które odwiedza świat niepotrzebnych i zniszczonych rzeczy, które kiedyś były najcenniejszymi przedmiotami wręcz przyjaciółmi dzieci. Wraz z dorastaniem właścicieli, zabawki stawały się bezużyteczne, aż trafiały do Królestwa. Być może mała Rita również dorasta, co powoduje, że baśniowa kraina Pajacyka przestaje dla niej istnieć… Z drugiej strony w baśni pojawia się motyw nieuleczalnej choroby, która wpływa na wszystkich bohaterów, zmienia barwny, beztroski świat w mroczną i zniszczoną, bolesnymi emocjami krainę. Dziewczynka mierzy się z czymś trudnym, doświadczeniem utraty, świadomością przemijania i kruchością życia. Rozsypują się fragmenty świata, którego była częścią, ale przecież pozostaje pamięć uczuć, przezwyciężająca strach i samotność. 

„Baśń o zaczytanym Niedźwiedziu i o Króliku, który spadł z nieba” od strony wizualnej jest niewątpliwie dziełem sztuki. Ilustracje autorstwa Gabrieli Cichowskiej, wykonane różnorodnymi technikami, nadają głębszy i pełniejszy wymiar całej opowieści. Niezwykły realizm przedstawionych postaci komponuje się z drobiazgowymi i kunsztownymi, ołówkowymi szkicami w „Baśni o sercu Pajacyka”, choćby postać Rity, motywy roślinne, pióra i motyle, które wręcz ulatują z kart książki. Artystka wykorzystała również technikę monotypii i kolażu, obrazując zaczytanego Niedźwiedzia w wyjątkowy i niebanalny sposób (najbardziej ujęła mnie ilustracja niedźwiedzia w małych okularach, czytającego Królikowi). Wśród ilustracji wytropimy również okładki książek, czytanych przez Niedźwiedzia, co również wskazuje i akcentuje formę szkatułki. Otrzymujemy obraz w obrazie. Sztuka Gabrieli Cichowskiej nawiązuje do charakterystycznego stylu Józefa Wilkonia, twórcy wrażliwego na młodego odbiorcę, mistrza polskiej ilustracji, kształtującego gusta estetyczne wielu pokoleń.  




„Baśń o zaczytanym Niedźwiedziu i o Króliku, który spadł nieba” Przemysława Wechterowicza i Gabrieli Cichowskiej to książka wielopokoleniowa, dopracowana i mistrzowsko skonstruowana fabularnie i kompozycyjnie, a także edytorsko. Ujęła mnie oryginalna forma współgrająca z niebanalnymi i misternymi ilustracjami Gabrieli Cichowskiej, która wydobyła liryczną głębię tekstu oraz nadała kształt i konkretny wizerunek bohaterom. Jest to szkatułka opowieści, emocji, motywów, inspiracji literackich i baśniowych przestrzeni, nakreślonych sensualnie, z dziecięcą wrażliwością, za która tęskni się, zamykając książkę. Baśń Przemysława Wechterowicza to zaproszenie do świata literatury, do podążania różnymi, czytelniczymi drogami, kształtującymi gust młodego czytelnika. Każdy chciałby mieć taką książkę, do której chciałby wracać i dyskutować o niej, myślę, że „Baśń o zaczytanym Niedźwiedziu i o Króliku, który spadł nieba” (wyd. Kinderkulka) może pretendować do takiej opowieści, która wypełni wyobraźnię dzieci i dorosłych.  Moją wyobraźnią ta baśń zawładnęła, a jak będzie z Waszą? 

Cyt.: Przemysław Wechterowicz, Baśń o zaczytanym Niedźwiedziu i o Króliku, który spadł nieba, il. Gabriela Cichowska, wyd. Kinderkulka, Warszawa 2019.

środa, 12 czerwca 2019

Uczucie znikania. O tomiku „Obiecuję ci niewidzialność” Roberta Jóźwika


Robert Jóźwik to lublinianin, urodził się, studiował i obecnie pracuje w stolicy Lubelszczyzny. Jego dotychczasowe wiersze to odzwierciedlenie fascynacji przestrzenią miasta, jego strukturą i wpływem na współczesnego, samotnego człowieka. 


 W najnowszym tomiku „Obiecuję ci niewidzialność” (wyd. Mamiko) autor odchodzi od urbanistycznego mapowania, a więcej uwagi poświęca naturze. Gdyby poszukać wspólnego mianownika, spinającego wiersze we wspomnianym tomiku byłoby to znikanie, rozpadanie się, proces destrukcji i rozpadu, uwolnienia się z formy. Poetycka niewidzialność pozostawia jednak ślad uczuć i wspomnień, tak jak w utworze „to jak? Nie”:

„zniknięcia zostawiają wielką rozmaitość śladów
od ledwo widocznych przymgleń
do zmineralizowanych ziarnistości”                  
[to jak? Nie, s. 32]


 Podmiot liryczny próbuje uchwycić uczucie znikania, często posługując się ciszą, która może oznaczać nieobecność, ale i wsłuchiwanie się w siebie. Cisza wydobywa tajemnice, pozwala na wzmocnienie refleksji, wybrzmiewa w niej tylko słowo lub jaskrawy obraz:

„wędrujący głos stopniowo się rozprasza
duchy też potrzebują czasu żeby wygasnąć.”
[czasem słychać kroki, s. 12]

„brzmienie płynącej krwi
w ciszy gmachu pełnej zjaw i pętli
delikatnych śladów dawnych nieistotnych zdarzeń”
[zresztą nieważne napijmy się, s. 22]

„niech zostanie tak ja teraz

subtelne sygnały
mniej niż ton niż barwa głosu”
[wolałbym nie, s. 37].

Cisza płynie w głuchych telefonach, sprawia, że podmiot liryczny często wybiera szept, aby opowiedzieć  o tym, co mu bliskie. Słowa zostają zastąpione dotykiem, gestami, sensualnymi doświadczeniami, takimi jak łaskotanie ciemności pod stopami czy zapach dymu papierosowego (opisanego bardzo metaforycznie). W utworach odnajdziemy poczucie labiryntowości, wiją się klatki schodowe, uliczki, drogi, plączą się blokowiska, windą można zjechać do piwnicy pełnej wspomnień. Przeszłość, czas również ulega rozkładowi, rozdzieleniu na drobne cząstki. Rozpadaniu, poetyckiej dekonstrukcji towarzyszą owady, takie jak ćmy lub muchy: „coś sprawiło że sylwetka rozpadła się/ a twój obłok stworzyły ćmy” (rodowód, s. 9) i „muchy otaczają zasłonę/ kiedy wzniosą są wysoko/dzień nagle stanie się/ odwrotnością nocy” (myślenie magiczne, s. 7).


Niewielki tomik Roberta Jóźwika "Obiecuję ci niewidzialność" to obietnica minimalizmu słownego. W każdym z utworów pobrzmiewa tęsknota za bliskością, gestem, wszystko się rozpada, a raczej rozkłada - słowa, wspomnienia, uczucia, obecność. Jest niewidzialność, przelotność i cisza. A z drugiej strony trwa natura, przyroda, echa prasłowiańskiej fascynacji niebem i roślinami, ziemią. Mocno zarysowane jest to w utworze „początki”, w którym podmiot liryczny podaje „przepis” na wejście do innego świata, w którym zamieszkują „mieszkańcy sadzawek i polan”. Lektura tych wierszy przypomina spacer po leśnym mchu, który pozornie jest miękki i przyjemny, pod jego warstwą kryją się mikroświaty metafor. 

"a przecież znikania można się nauczyć
jest myśl która gasi ciało
do poziomu tła

obiecuję ci niewidzialność" 
[idąc w miejsca, s. 11)

Ciekawym wierszem jest „w powiększeniu”. Podmiot liryczny próbuje zdefiniować czas, bada go niczym obraz pod mikroskopem. Życie, indywidualny czas to zaledwie „kilka epizodów”, naznaczonych bliznami. Autor często wybiera miesiące na ulubioną jednostkę czasu. Miesiące zacierają się, są „gęste i nieprzejrzyste”, tworzą jednolitą strukturę, co tylko podkreśla ciągłość, monotonności, rutynowość czasu. 

Poezja Roberta Jóźwika stawia odbiorcę przed doświadczeniem przemijania, ludzkiego, cielesnego. To także spotkanie z drugą osobą, odczytywanie jej zamiarów i myśli poprzez gesty, mimikę, spojrzenie. Teksty składające się na tomik „Obiecuję ci niewidzialność” są bardzo podobne do siebie, łączy je wrażliwość i tytułowa obietnica, składana samemu czytelnikowi. Czym jest niewidzialność, według lubelskiego poety? Czy tylko rozpadem, znikaniem, śmiercią? Czy może jest to metafizyczna podróż, w której ciało wydaje się być przeszkodą, a słowo jest kluczem do poznania tajemnic wypowiadanych szeptem. Krótkie wiersze Jóźwika przenika, ujęte metaforycznie uczucie znikania, które jak mocna nić zszywa wszystkie utwory. 


Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.