czwartek, 27 maja 2021

Rozsznurować usta i zaczerpnąć słów

 

„może jeszcze zagrają (w) słowa. reszta

to przecież pył.”

 

(fragm. wiersza: „najbardziej sam człowiek na świecie”, s. 43)

Milczenie, wyparcie, odseparowanie to zaklęcia, którymi próbujemy łatać codzienny świat. Nawet gdy emocje nas rozdzierają, rozszarpują wciąż decydujemy się upchać je w najgłębsze szczeliny umysłu. A pojemna jest ta przestrzeń, te uczuciowe trociny mogą tkwić i pęcznieć latami. Tom Beaty Kołodziejczyk „Bez żadnego trybu” (2018, wyd. Morphinum) to miejsce wewnętrznej szczerości,  próba zmierzenia się i nadania kształtu stanom, które powodują rozbijanie, izolowanie, separowanie człowieka od bliskości, marzeń, poczucia własnej wartości.

 Autorka stosuje całą paletę opowieści – od czułego i nostalgicznego gestu uzewnętrznia po krzyk jako wyraz niezgody na obojętność, nadużywanie władzy przez ludzi, skostniałe tradycje i skamieniałe role kobiety i mężczyzny. „Bez żadnego trybu” to poetyka buntu, mocnych i dosadnych słów, ostrzonych i patroszących „miejsca, których istnienia się nie spodziewamy”.

Czytanie tych wierszy było bardzo impulsywne, pełne niepokoju, ale i wzruszającej otwartości. Zagnieździło się we mnie niewiarygodne wręcz poczucie, jakby ktoś złapał moją dłoń, wydobywając jednocześnie na głębie wszystkie najtrudniejsze uczucia i rozrastający się, mroczny i ukorzeniony, unerwiony strach. Bo w tych często krótkich, dosadnych słowach jest krzyk, złość, ironia, ale i śmiech czasami przez łzy. Są one oczyszczające, pocieszające, gładzące umysł i wołające gdzieś z głębi wersów: spokojnie, ja też tak mam! Nawet gdy samotność, bezsilność, poczucie opadania na dno zaciskają na myślach pętle bezwładności, wersy Kołodziejczyk są głosem, a może nawet gestem wsparcia, współodczuwania, możliwości wysłuchania naszych historii i przyjrzeniu się sobie.

Poetka dobrze zna siłę słów, potrafi z nich wydobyć wspólne doświadczenie, piętrzące się emocje, które uwalnia precyzyjnym i dobitnym wersem. Ten tom pozwala swobodnie płynąć emocjom, daje im przestrzeń do wydobycia się na powierzchnię. Bohaterka wierszy ta - „bezsenna/ bezdenna/ bezwiedna/ bezczelna”- reprezentuje wszystko  to, co marginalne, skrzywdzone, napiętnowane bólem i poczuciem własnej kruchości. Tylko drugi człowiek może wydobyć z tła, rozjaśnić czerń, chwycić za rękę i „za(trzymać) w garści”.

Codzienne rozpadanie się, zmaganie się z własnym ciałem ale i umysłem – to tematy, w których można utonąć, nie docierając nawet do głębi, esencji. U Beaty Kołodziejczyk nie ma złotych recept, pustosłowia czy powierzchownych dyskusji. Jest przejmująca, współczująca i wrażliwa postawa podmiotu, który jest przygotowany na trwanie i obecność:

„zostaje mi tylko trwać. i co dzień

mieć gotowe rękaw, gdyby

człowiek chciał w nie wypłakać

zielone oczy.”

(oddałabym wszystko, s.20)

Wiersze z tomu „Bez żadnego trybu” to wydobycie z ciemnej szafy jakiegoś zespołu urazów, psychologicznych traum, chorób, które budzą ostracyzm, niezrozumienie przez nadbudowane i umacniane społeczne stereotypy i szufladkowe slogany. To często zamykane w czterech ścianach dramaty (tak jak w przejmującym i szorstkim wierszu „Z początkiem sierpnia gniew znalazł ujście” czy jakże szczerym „Depressio”), odważne rebelie słowne przeciwko chorobie, które wybrzmiewają czarnym sarkazmem i buntem („skończyły mi się kanały”, „nikogo”). 

Człowiek w lirycznych odbiciach Kołodziejczyk ma kieszenie pełne smutku, jego ciało wciąż uwiera, przynosi wewnętrzną przemoc, jest wypatroszony z poczucia stabilności i bezpieczeństwa. To istota rozczłonkowana, rozbita na kawałki przez chorobę, nałogi, drugiego człowieka, strach, narastające lęki pogłębiane przez otaczającą rzeczywistość, nafaszerowaną kombinacją polityczno-farmakologiczną. Echem odbija się wers jednego z wierszy: „aż strach w tym kraju być smutnym”. 

Ludzkie lęki, zaburzenia, autoagresja, przemoc, idą u Kołodziejczyk w parze z opisem polskiej rzeczywistości. Być może to  właśnie w tej naszej współczesności legną się larwy zła, pęcznieje niespodzianie i chaotycznie orwellowski mrok.  Parafrazując jeden z tytułów wiersza – może w tej zaraźliwej „hejtpolskości”  tkwi źródło samotności, obojętności i społecznego stygmatyzowania, wykropkowywania i przemilczania dramatów.

W kraju, gdzie szerzy się jak wirus „nełopatriotyzm” i politycy bawią się w konstruktorów wartości i ludzkich sumień, a  „ludzie chętniej od myślenia/ włączają internety”, mówi się językiem podziałów, knebluje słowami. Wiersze-zwierciadła, w których odbija się polska rzeczywistość to zaangażowany i krytyczny głos podmiotu-buntownika/buntowniczki. To niezgoda na spłaszczanie i wybielanie tematów tabu, tematów niewygodnych dla polityków. Każdy z wierszy to gorzka diagnoza polskiej „zmartwizny”, „ojczeźnianych”  mitologii, które zawiązują usta inności i marginalności. Podoba mi się, że podmiot potrafi z dystansem opowiadać o sobie, cynizm okazuje się dobrym pancerzem lub kokonem chroniącym przed absurdalnością nowoczesności.

 Aby opowiedzieć o wymiarach wojny polsko-polskiej poetka wykorzystuje idealne proporcje ironii, językowej wieloznaczności, literackich dygresji („Hitler nie przewraca się w grobie”), świetnie przytacza język hejtu, zawiści, internetowych trolli („wiersz o przedłużaniu penisa”; „hak z uchem prezesa”; „wiersz o polskim hejtmalaizmie”).

Tom „Bez żadnego tryby” Beaty Kołodziejczyk zaskoczył mnie tak mocną i wyczuloną grą słów, odwagą wyrażania emocji oraz doświadczeń, które często trzeba przepracować, aby mieć siłę o nich opowiadać. Szczerość i niesamowita ostrość tych wierszy daje czytelnikowi wiele satysfakcji, ale i pozwala zmierzyć się z tym, co często nienazwane, otulone milczeniem. 

Poezja Beaty Kołodziejczyk przypomina schody, zakurzone, śliskie i najczęściej zrujnowane, prowadzące  do mrocznej piwnicy, która wciąż się rozrasta, bo upychamy w niej wszelkie graty w postaci lęków, bólu, samotności, przemilczanych krzywd, niezgody na układaną przez władzę, rządzącą partię, rzeczywistość. To wiersze kłujące, cierpkie, buńczuczne. Tym bardziej więc wybrzmiewają, te wersy pełne zrozumienia, wrażliwości niosącej nadzieję, gest jedności, gest bycia z drugą osobą. To nie jest gotowa, magiczna recepta na życie, która tak łatwo i gładko wygłaszana jest przez pseudoautorytety, ale to ciągła nauka, proces, dojrzewanie, błądzenie i powracanie. Wiersze z tomu „Bez żadnego trybu” potrafią obnażać czarno-białe iluzje i przecinają zasznurowane usta, pozwalając odczuć i poznać całą gamę emocji bez wstydu i obaw.  

Cyt. Beata Kołodziejczyk, Bez żadnego trybu, wyd. Morphinum, Warszawa 2018.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz