czwartek, 20 lutego 2020

Odcienie niebieskiego. „Niebieskie nie schnie” Adrian Tujek


Woda nie wygląda z każdej strony tak samo
(fragm. wiersza „Szkatułka”)




Z każdym kolejnym czytaniem tomiku Adriana Tujka „Niebieskie nie schnie” wyłaniają się, przebijają przez kolejne wiersze „znaki wodne”, które przy pobieżnej lekturze są niewidoczne, dopiero ustawione pod odpowiednim kątem odbioru stają się czytelne. Pod wierszem kryje się kolejna warstwa opowieści, prześwietlenie detali, ledwie widocznych drobin, ukazuje zachwyt z mikroperspektywy. Podobnie jak żywa, przesączająca się między poetyckimi obrazami smuga niebieskości, drzemie pod kolejnymi historiami układanymi przez podmiot. Tonacja tytułu tomiku sugestywnie nawiązuje do obszernej palety znaczeniowej niebieskiej barwy.
Mam wrażenie, że poezja Tujka to wartki strumień życia, ludzkich słabości, zmiennego i zwodniczego rytmu pozornej stabilności egzystencji. Życie jest jak toń – im bliżej dna, staje się bardziej czarna, mroczna, gęsta i duszna. Te odcienie niebieskiego rozmywają się jak akwarele, jednak zamiast wysychających farb zamykających cząstkę obrazu, perspektywy, poeta dozuje słowa, nie pozwalając im zastygnąć. Słowa stają się materiałem dynamicznym, organizmem płynnym, elastycznym, zmieniającym barwy w zależności od wrażliwości czytelnika. Nawet podmiot zamienia się z jednym z wierszy w „taflę jeziora” by po chwili opaść na dno jak rzucony kamień. 

„Wątpliwości sprawiają, że myśli się kolorami”
W utworze „Poszlaki” odnajduję wyjaśnienie zafascynowania i lejmotywu całego zbioru – żonglowanie barwami, a raczej ich odcieniami i opisywanie za ich pomocą uczuć, doświadczeń, migawek życia kojarzy mi się z synestezją, czyli wyjątkowym odczuwaniem kolorów, każdy dźwięk czy słowo przybiera konkretną barwę.

„Wątpliwości sprawiają, że myśli się kolorami
i to jest czarny w dwóch odcieniach,
bardzo niepodobnych do siebie”
(Poszlaki, s. 21)

Odcienie niebieskiego, przekształcającego się momentami w czerń, ukryte są pod obrazami morza, motywami wody. Podmiot przepuszcza świat przez specyficzną soczewkę:

„Mam w aparat wmontowany filtr, który udaje w was
wodę, i szkło powiększające, żeby było miejsce na miliony
podręcznikowych zachłyśnięć nią.”
(Morza Czarnego się nie zamaluje, s. 33)

Przestrzeń wody jest mroczna, duszna, a z drugiej strony oczyszcza, pozostawiając w bohaterze wierszy niepokój współczesności. Wchodzenie do wody, jak wchodzenie w wiersze to przesiewanie w sobie uczuć, pozostają tylko te, które najsilniej oplatają człowieka. 

„podnosi się poziom morza, przypływ cuci brzeg
przez chwilę, by w nieskończoność  skupiać się na sobie,
ocierać falę o falę.

Tak myślałem,
żeby ktoś mnie uszczypnął,
ale woda naprawdę podchodzi do gardła i się cofa,
skoro czas nie potrafi, a pies nie chce.
(Niedosyt, s. 40)

Dwa ostatnie wersy, zamykającego tomik, wiersza „Niedosyt” to metafora poczucia śmiertelności, sinusoida ludzkiego życia. Mam wrażenie, że to przestrzeń wody kontroluje podmiot, pokazuje swoją siłę i przewagę nad czasem biegnącym tylko naprzód, przeszłości nie da się cofnąć. A struktura wody jest płynna, zależna od natury, od przypływów i odpływów. Pierwsze cytowane strofy tego wiersza to obraz żywiołu, zmagania się dwóch płaszczyzn, ale i odwołanie do relacji międzyludzkich, poczucia samotności. W większości utworów z tomu „Niebieskie nie schnie” wybrzmiewa smutek i swoista przestroga przed rozczarowaniem.

O dłoniach bez palców, o kasztanach bez łupin

„Nie wolno się przywiązywać
jak psów do tłustego konaru.
Włosy mają być luźno osadzone
i przypominać niewyciągnięte góry, ciche rzeki.”
(Znaczenie terenu, s. 23)

„Znaczenie terenu” to jeden z piękniejszych wierszy Adriana Tujka, to właśnie tu pobrzmiewa kruchość relacji, nieufność wobec drugiej osoby, ukrywanie własnych uczuć, utrzymywanie emocji na wodzy. Bezpieczny dystans jest dla podmiotu zabezpieczeniem przez rozczarowaniem. Mówi on – jesteśmy razem, ale z bagażem racjonalnych kalkulacji, poczuciem krótkotrwałości, niestabilności. 

Podobny obraz prezentuje jeden z moich ulubionych wierszy w tym tomie. Już sam tytuł kipi od poetyckości, już w nim samym jest zawarta opowieść podmiotu: „Jesień jest smutna, nawet kiedy zbierasz dwa kasztany, żeby przynieść mi je po pracy”.

„Dwa trybiki, mieszczą się w ściśniętej jak gardło pięści.
Dłonie bez palców, czy to wciąż dłonie?
Nie chwycisz ani nie utrzymasz.
Sturlają się, zostaną zebrane, ktoś mi je przyniesie
po pracy, a ja zapytam: czy słuchacie siebie jeszcze,
kiedy próbuję liczyć na placach jednej ręki?”
(„Jesień jest smutna, nawet kiedy zbierasz dwa kasztany, żeby przynieść mi je po pracy”, s. 12)

Kasztany, niby banalne symptomy jesieni, w tym utworze autor poddaje transformacji, nadając im intymnej emocjonalności.”Dwa trybiki” stają się przedmiotem pustki, rozczarowania, rozstania. Może kasztany odzwierciedlają uczucia, podarowane drugiej osobie zaufanie. Ściskająca je dłoń zamienia się w pięść, brutalną, zamkniętą (w przeciwieństwie do dłoni – otwartej, symbolizującej gest zaufania), która więzi, zadaje ból, nie potrafi utrzymać, tego, co ważne i ukochane. To poetycka i metaforyczna wiwisekcja rozpadu związku, wygaszanych uczuć, więzionych nadziei jak kurczowe trzymanie kasztanów w zaciśniętej pięści.

„Żyłki nie schną, pękają” – o ulotności

Bohater wierszy Adriana Tujka odnajduje się w przestrzeni przyrody, ucieka z miasta aby znaleźć swoją opowieść w egzystencji drzew, zwierząt, lasu, ptaków. Poeta odnajduje własną formę i styl kształtowania historii. Jest to misterna mistyfikacja, dobrze przemyślana strategia opowiadania o tęsknotach i ludzkich potrzebach. 
Choćby w utworze „Usta pełne i ciężkie jak stado jaskółek”, w którym podmiot po raz kolejny nie spełnia oczekiwań bliskiej osoby, będąc „kosem, który staje/ na parapecie i pragnie  (…) latać” zamiast „zasadzić w sobie drzewo,/ rzucić się w las i wyszumieć”. Nic w tych utworach nie zgrzyta, jest delikatnie ale im głębiej w słowo tym dosadniej. Sens trzeba wyłuskać, postarać się odczytać „znaki wodne”, pozwolić sobie na ukłucie niepokoju, na wahanie przed nadaniem kształtu wersom i całym wierszom. 

Turpistyczny i brutalnie naturalistyczny wiersz „MOM” obrazowo jest makabryczny, ale językowo piękny! Opisany karambol i śmierć świń przewożonych tirem na rzeź skojarzona z jedzeniem parówek musi i ma wybrzmieć tak bardzo drastycznie, że odbiorca odczuje ciarki na samą myśl wypadku/konsumpcji. Zwierzę zamienia się w mięso, cała jego fizjonomia zostaje zredukowana do aktu spożywania, produkcji, bezrefleksyjnego i niewrażliwego konsumpcjonizmu. Gdyby dobrze poszukać, to tom „Niebieskie nie schnie” akcentuje ekotematy/geotematy i przygląda się stosunkom : człowiek- natura, człowiek-(z)Ziemia.

Warsztat Tujka jest mocny, wyrazisty, emblematyczny, poszukujący, tematycznie spójny. „Niebieskie nie schnie” to poezja konstrukcji osadzonych na detalu, złapanych jakby w wodnych refleksjach. Podmiot i jego emocje nie są tak dobrze widoczne jak w odbiciu lustrzanym, raczej przepuszczone zostają przez taflę wody, ulegają dynamizmowi, płynności, nie są stabilne. Metafory wypływają jak fale, odbijają się od czytelnika i pozostawiają uczucie oczyszczenia, ale i zdziwienia, zachwytu, niepokoju. Uczucie ocierania się fal, płynącej wody to miniatura ludzkiego życia, psychiki, ciągłego ruchu i przemijania. Adrian Tujek potrafi zaskoczyć puentą, zamyka wiersz, ale tak aby  pozostawić choćby szczelinę niedopowiedzenia, niedosytu – tak jak pierwszy i ostatni wiersz tomu.
                     
            
Dziękuję Autorowi za egzemplarz książki. 

Adrian Tujek, Niebieskie nie schnie, Wydawnictwo Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu, Poznań 2019.

środa, 15 stycznia 2020

Melancholia kota


„Nie wiem, kto pierwszy przestał być dzieckiem – ja czy Wnuk. Faktem jest, że coraz częściej przesiadywałem na kolanach Dziadka albo wylegiwałem się na stosach książek piętrzących się na jego biurku. Gabinet dziadka pachniał trochę kurzem, od którego kręciło się nosie, trochę lawendową wodą po goleniu, a trochę fajkowym tytoniem.” (s. 4)

Kocia filozofia nie ma sobie równych. Aby poznać jej tajemnicze meandry musimy wsłuchać się w opowieść rudego kota o imieniu Philo. Mieszkanie z filologiem klasycznym pod jednym dachem wyzwala u kota, bohatera powieści Katarzyny Ryrych niepohamowaną ciekawość i wrażliwość na świat i ludzkie problemy. Philo to kot bardzo spostrzegawczy, trafnie rozpoznający ludzkie charaktery i motywacje, trzymający zawsze w zanadrzu łacińskie sentencje, służące do spuentowania konkretnych sytuacji. „Philo. Kot w drodze” to książka o wielkiej przyjaźni człowieka i kota, krętych drogach i labiryntach przeznaczenia i wyjścia poza strefę kociego komfortu. Bo co może być gorszego od choroby i zniknięcia człowieka, który zawsze był w domu i dbał o pełną miskę, okazywał czułość i zainteresowanie? Nagle przytulny dom staje się pusty, z każdego kąta spogląda samotność i cisza, zapachy zacierają się, ulatniają, a fotel, na którym siadała ukochana osoba, przywołuje tak wiele wspomnień. 

Philo to kot filozof, przesiadujący na kolanach Dziadka, wsłuchujący się w szelest kartek i rozmów prowadzonych przez swojego pana i Doktora, jego przyjaciela. Łączy go z Dziadkiem silna więź -„miłość męska i solidna, bez tych wszystkich słodkich imion, aksamitnych obróżek i wydziwiań”. Kiedy więc jego właściciel traci przytomność kot przeczuwając najgorsze, opuszcza bezpieczne mieszkanie i biegnie po pomoc. Prowadzi go dobrze znany zapach Doktora, biegnie więc za samochodem, aby przekazać ważną wiadomość. Akcja ratunkowa Philo udaje się, ale kot przepełniony tak nagłymi i bolesnymi emocjami mdleje. Budzi się w obcym miejscu, którym okazuje się być gabinet weterynarza. Wraz z nim w klatce przebywa inny kot – Tetryk. Podstarzały kocurek został oddany ze względu na swój wiek i miał znaleźć się w domu spokojnej starości. Jego pani również zachorowała, a rodzina postanowiła pozbyć się zwierzaka. Philo nie poddaje się, postanawia odszukać Dziadka, ucieka wraz z Tetrykiem i tak rozpoczyna się jego wielka przygoda…

Philo to taki bohater, w którego ciepłym spojrzeniu i refleksjach możemy grzać się w zimowe wieczory. To kot wrażliwiec, rozpoznający świat za pomocą zmysłów, zapachów, z których stworzony jest koci świat. Jest z jednym z kocich muszkieterów, odważny, pełen serdeczności dla Tetryka i młodego kociaka Smarkacza. Poszukiwania Dziadka budzą w nim uśpioną duszę podróżnika, wielbiciela morza. Kot filozof zna potęgę wyobraźni i zadawania pytań, myślenia:

„Morze szumiało jak sosnowy las, do którego Dziadek zabierał mnie i Wnuka na niedzielne spacery – nagrzane sosny wydzielały słodki żywiczny zapach, a pod łapami miękko ustępował kosmaty mech albo złocisty piasek, przemieszany z sosnowymi igiełkami.” (s. 101).

Morze urzeka kota, zapach wodorostów i ryb jest czymś nowym, nieznanym w codziennym wachlarzu zapachów jakie ukrywał dom i ogród Dziadka. Philo poznaje ludzi zakochanych w morzu, które „mruczy tak, jakby było szczęśliwe, ale smak ma taki jak ludzkie łzy”. Autorka wyposażyła kociego bohatera w dozę melancholii, delikatności, spoglądania na świat przez perspektywę poszukującą piękna. Philo posługuje się narracją poetycką gdy pojawiają się opisy przestrzeni lub relacji z Dziadkiem. To liryczne ale i pełne wewnętrznego ciepła spojrzenie na naturę:

Byłem zakochany w zapachu morskiego wiatru, smaku świeżych ryb, malutkich kropelkach wody osiadających na moim futrze. Może to moi leśni przodkowie zaszczepili mi swoją tęsknotę – sny o długich łodziach i wielkich, nieodkrytych przestrzeniach” (s. 135).

 Brak opiekuna wywołuje w kocim bohaterze tęsknotę, która sprawia, że Philo często jest zamyślony, ale jego cel odnalezienia starszego pana jest bardzo klarowny i dominujący w kocich emocjach.
Katarzyna Ryrych pokazuje różne portrety ludzi, tak bardzo niezrozumiałych i dziwnych dla kota. Są ludzie dobrzy – jak Dziadek, rybacy, Pan Doktor, Karmicielka (którą Tetryk dość stereotypowo opisywał jako starszą panią przypominającą Babę-Jagę, co okazało się źródłem niezbyt przyjemnych sytuacji, w które wplątali się Philo i jego starszy towarzysz) kochający swoich kocich towarzyszy miłością bezinteresowną i prawdziwą, ale są też ci, którzy żywią niechęć do czworonogów – choćby zawistne i chciwe Ciotki, którym zależy wyłącznie na wartościach materialnych. Philo spotyka też inne koty, żyjące bez domu, zdane na surowe warunki ulicy. 

„Philo. Kot w drodze” to opowieść pełna humoru, zwrotów akcji, kocich pościgów i potyczek. Koci bohaterowie prężą się  w rysunkach stworzonych przez Joannę Rusinek. Ilustracje w formie biało czarnych szkiców układają się w serię pocztówek z niezwykłej podróży Philo w poszukiwaniu esencji przyjaźni. Katarzyna Ryrych kreśli barwną i dynamiczną historię, oddając narrację kotu, obdarzonemu darem wnikliwej i emocjonalnej perspektywy. Gwarantuję, że między stronami poczujecie zapach morskiej bryzy i usłyszycie kojące mruczenie fal…  Ta opowieść to przede wszystkim poruszający obraz miłości kota, jego przywiązania, tęsknoty za bliskim człowiekiem, oznaczającym Dom, schronienie, bezpieczeństwo. To relacja obustronna, silna jak instynkt, dodająca sił i nadziei, że rozłąka pozwala na zrozumienie czym jest bliskość i obecność, i jak gorzka bywa tęsknota za tym co było dobre , a co być może codzienność przysłoniła i zamgliła. To nauka dla młodych i starszych jak ważne jest to, co mamy obok siebie.

„ja i Dziadek potrzebowaliśmy się nawzajem. On dawał mi ciepły kąt, fotel, wieczorne pogawędki, a ja – jak przystało na prawdziwego kota – tworzyłem jego Dom. Wypełniłem mruczeniem długie jesienne wieczory, gdy o okna bębnił ulewny deszcz, a po ogrodzie snuły się szare, lepkie i wilgotne mgły, siedząc przy kominku w zimowe popołudnia przypominałem, że wkrótce nadejdą święta – a Dziadek po prosty był” (s. 80).

Cyt. Katarzyna Ryrych, Philo. Kot w drodze, il. Joanna Rusinek, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2019.

środa, 8 stycznia 2020

Wykluczony


W literaturze młodzieżowej nie brakuje tematów związanych ze szkolną codziennością, problemami młodych ludzi, relacjami i kształtowaniem się człowieka. Książką wbijającą kij w szkolne mrowisko jest „Hodowla”  Katarzyny Ryrych, polskiej pisarki i poetki, znającej szkołę od podszewki, gdyż autorka sama jest nauczycielką języka angielskiego. Tytuł to pojemny epitet określający system edukacji, który nie wychowuje młodych ludzi, nie uwzględnia jednostkowości, ale próbuje kształtować pewien model. Często wtłacza się nastolatków w formy, utrwala w nich stereotypy, narzuca się im gombrowiczowskie gęby.   

Szkoła średnia w małej miejscowości okazuje się być mechanizmem o znamionach totalitarnych, tępiącym bunt, inność, nieposłuszeństwo. Czasy szkolne mają niebywały kształt na osobowość młodego człowieka i o tym również traktuje powieść Katarzyny Ryrych. Jeden z byłych  uczniów powraca do dawnego miasteczka, odwiedzić stare kąty. Podróż staje się sentymentalną retrospekcją i próbą zmierzenia się z przeszłością, z własną bezradnością, brakiem odwagi i solidarności wobec kumpla, przyjaciela, który nie znalazł akceptacji i zrozumienia w grupie rówieśników. Maciek jest klasowym buntownikiem, samotnikiem, „ptakiem albinosem”, jednostką toczącą nieustanną walkę z nauczycielami. A gdy okazuje się, że jest inny ze względu na swoją orientację seksualną, koledzy i koleżanki zaczynają go unikać, wytykać, co mocno odbija się na chłopcu…

Inność oznacza samotność, bo szkolna „hodowla” musi być idealna, wzorcowa, przypominająca klony, którymi łatwo manipulować. Taka jest szkoła kreślona przez Katarzynę Ryrych – uczeń czy nauczyciel, którzy wyłamują się z przeciętności i próbują przełamać schematy, są piętnowani, powoli zmuszani do kapitulacji. Pozostają osamotnieni w swoim manifeście niezgody na szkolną rzeczywistość. Autorka kreuje dwa kontrastowe obrazy nauczyciela – Lary-Flary, wyluzowanej nauczycielki języka angielskiego, która szybko nawiązuje nić porozumienia z uczniami i jest przez nich lubiana oraz Królowej Matki, wychowawczyni uzurpującej sobie prawo do temperowania charakterów, wymuszającej dyscyplinę i posłuszeństwo, która „wierzyła, że udało się jej zamienić bandę nastolatków naładowanych adrenaliną i buzujących hormonami w bezpłciowe anioły” (s.15). Takie zestawienie dwóch, różnych charakterów to również metafora dwóch, odmiennych koncepcji wychowywania i nauczania. Lara-Flara to orędowniczka praktycznego nauczania, podmiotowego, pozostawiająca przestrzeń dla ucznia – partnera w procesie nauczania, natomiast Królowa Matka to zamknięta tradycjonalistka, wykorzystująca siłę, pozycję do kontrolowania młodego człowieka. 

Opowieść narratora, jednego z przyjaciół Maćka, to swoiste katharsis, ale i przyznanie się do winy, do strachu przed oceną grupy. Przemilczenie, brak wsparcia i odwagi aby wyłamać się z klasowej obojętności to główny problem przed jakim staje już dorosły bohater, który nie potrafi pogodzić się ze śmiercią przyjaciela. Krytycznie ocenia szkołę, swoich rówieśników i nauczycieli, zamiatających pod dywan problemy i wszelkie kryzysy:

nasze chamstwo zamieniło się w coś naprawdę parszywego. Schowało się pod dywan i wyłaziło tylko wtedy, kiedy czuło się bezpiecznie. (…) A przecież powinniśmy się byli czegoś nauczyć. To znaczy czegoś innego. Wyszlachetnieć. Stać się kimś. Nauczyć się wyrażać własne zdanie. Tymczasem, niby policyjne psy, trafiliśmy na szkolenie. Nie rusz, zostań, bierz go. Atakuj, bo jest inny. Zabij. Albowiem (…) ośmielił się wychylić. Wysunąć poza szereg. Wyrosnąć ponad średnią” (s. 141-142).

Z perspektywy czasu uświadamia sobie, że mógł coś zrobić aby przełamać układ, podziały w klasie, mógł się przeciwstawić. Autorka w „Hodowli” pokazuje obraz współczesnego środowiska, młodych ludzi podzielonych na grupy, zmanipulowanych, pozostających w tłumie, aby nie narazić się pozostałym lub nauczycielom. „Zakład”, czyli szkoła to bardziej obóz przetrwania niż miejsce, w którym młody człowiek może liczyć na wsparcie. Postać Maćka – innego i wykluczonego jest dość tajemnicza, obserwujemy go wyłącznie oczami narratora i innych osób z klasy. Jego tajemniczość wynikała przede wszystkim z oddalaniem się do rówieśników, którzy nie chcieli go lepiej poznać, zrozumieć, zaakceptować. 

Powieść „Hodowla” Katarzyny Ryrych (wyd. Adamada) uwypukla najważniejsze problemy, z jakimi styka się młody człowiek w szkolnej przestrzeni. Pisarka podkreśla też jak ważną rolę w procesie kształtowania się jednostki i więzi rówieśniczych odgrywa nauczyciel. Może on prowadzić „hodowlę” posłusznego organizmu albo traktować swoich uczniów jednostkowo, dając wsparcie przy rozwiązywaniu problemów. Cieszę się, że książka „Hodowla” pokazuje wady systemu edukacji,  szkoła często staje się fabryką klonów, podporządkowanych i nijakich charakterów. I chociaż powieść skierowana jest do młodzieży, warto aby każdy nauczyciel wziął jej przesłanie do serca. 


Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki. 

wtorek, 26 listopada 2019

Słuchać głosu serca, czyli kilka lekcji miłości Elizy Anny Falkiewicz


„Zbuduję dom z cegiełek marzeń”
(Cegiełki marzeń, s. 30)


Wydawać się może, że poezja to najlepsza forma wyrażania, opisywania miłości, uczucia tak nieokiełzanego, enigmatycznego i często nieuchwytnego. Miłość można spróbować opowiedzieć na wiele sposobów, połączyć odległe tropy, zaskakując czytelnika. Jeżeli jednak twórca pójdzie na skróty, ograniczając paletę motywów miłości, to otrzymamy powtarzalną opowieść-kalkę o zakochaniu, tęsknocie i pozostałych fazach miłości ujętych w zamknięte mini-obrazki, okrojone i pozbawione szerszego wydźwięku (zapewne przez nieznośne układanie wersów zakończonych prostym i banalnym rymem) i dialogu z wymagającym czytelnikiem. W najnowszym tomiku Elizy Anny Falkiewicz „Lekcje miłości” odbiorca podąża znanymi ścieżkami, uproszczonymi i schematycznymi. To poezja dla niewymagających, większość wierszy to powtarzanie ujęć i obrazów miłości z mowy codziennej, często są to banały, uniwersały, ubrane w emocjonalność i doświadczenie poetki.  

Autorka definiuje miłość w prosty, emocjonalny sposób, w większości utworów brakuje metaforyki czy różnorodności obrazowania. Poetka nie wychodzi poza typowe obrazowanie miłości, co sprawia, że w większości wierszy dominuje natłok emocji, ujętych frazesowo i monotematycznie. Krytyczne uwagi nie przekreślają jednak całkowicie tego zbioru 88 wierszy, swoistego dekalogu człowieka zakochanego. Tomik „Lekcje miłości” zawiera również kilka pięknych utworów, kilka nowatorskich wersów, które są zalążkiem obiecującego liryzmu. Kilka poetyckich lekcji mnie ujęło, szczerością i metaforyką wychodzącą poza oklepane, banalne i nieco infantylne portrety Erosa (szczególnie „Warszawskie wieczory”, - nie czuć w tym wierszu tego sztucznego rymowania, na którym opiera się większość form poetyckich w recenzowanym tomie). 

W 9 lekcjach opisujących miłość znalazły się wiersze odnoszące się do różnych sfer uczuciowości – podmiot liryczny oddaje hołd rodzicom, wielokrotnie pojawia się jako młoda, naiwna dziewczyna, zaklęta w marazmie oczekiwania, pół-śnie zauroczenia. Nie brakuje też epickich obrazów miłości, zakochania, ale i doświadczeń złamanego serca. Eros zamieszkuje ciało ale i ducha, jest więzią między człowiekiem a Bogiem. Poetka nie unika też tematu miłości do ojczyzny, odzwierciadlającej się w nostalgii emigranta. Podmiot liryczny deklaruje również uczucia do zwierząt (najbardziej uproszczone utwory, skierowane raczej do młodszego odbiorcy). Ostatnia lekcja miłości to zaakcentowanie jak wiele miłości tkwi w samej kobiecie. W poetyckich opisach Erosa dominuje tęsknota, wieczne oczekiwanie kobiety, która analizuje przeszłość i powraca do wizerunku ukochanego. Podmiot liryczny woli śnić, wspominać, pławić się w goryczy rozstania. To lęk przed zranieniem, podszyty zwątpieniem i doświadczeniem rozstania:

„Patrzę na swoje dłonie
Każdy palec jest tęsknotą do twoich rąk
Krzykiem za twoim ciepłem
Wspomnieniem twojego uścisku…”
(Kocham cię, s. 41)

„I usnę w łóżku z własnych myśli
W łóżku, co mi się w nocy wyśni
Lekka jak liści wonne ziele
I tylko tyle… tak niewiele
(Cegiełki marzeń, s. 30)

Najczęściej przestrzenią podmiotu lirycznego jest zamknięty, pusty dom, pełen fotografii i zapachu bliskiej osoby. Okazuje się, że miłość generuje głównie tęsknotę, poczucie osamotnienia, którego nawet nie zapełnia fizyczne, gwałtowne uczucie. Lekcje miłości nie są teorią słów, ale praktyczną szkołą emocji. Oprócz wspomnianych banałów obrazowania (tego typu jak: „Lubię wąchać twoje ciało/Gdy leżę przy tobie nad ranem”; „Co to jest miłość?/Twoja dłoń na mojej/Kiedy jestem słaba i smutna w chorobie”; „Nigdy już, nigdy/Ciepło mego ciała, drżenie moich dłoni/Mój zapach/Nie złączy się z twoim”) zachwyciłam się pojedynczymi wersami, migotczącymi do czytelnika i obiecującymi coś o wiele więcej wartościowego. Warto wspomnieć tu choćby utwór „Cień przeszłości”, w którym powracanie do przeszłości przez zakochanego jest porównane do dziecięcego podekscytowania smakiem kruchego ciasta. To także obraz okruchowości, fragmentaryczności uczucia, zapamiętywania jego smaku i zapachu – czyli sfery sensualnej:

„To ciągle naturalnie, rzewnie i ze słodką szkodą
Czepiam się przeszłości
Jak dziecko kruchego placka”
(Cień przeszłości, s. 46)

Bliższe są mi obrazy poruszające wyobraźnię, zmuszające do refleksji jak choćby wers w utworze „Więc po co ta miłość?”: „Myśli sypią się martwe jak pszczoły w spalonym ulu” czy metafora „domeczku ze splecionych dłoni” (wiersz „W domeczkach ze splecionych dłoni”, który również jest godny uwagi). Miłość zostaje opisana głównie przy pomocy stanów emocjonalnych, dużo tu sprzeczności, miotania się pomiędzy złością a tęsknotą, snem a marzeniem, codziennością a niezwykłością chwil z ukochanym. Ukojeniem są wiersze skierowane do Boga, liryczne modlitwy pełne pokory i poczucia Bożej bliskości („Jesteś w każdym oddechu”; Dałeś mi tyle”; „Długa droga do Ciebie”). Niewątpliwie nostalgia wybrzmiewa w wierszach odnoszących się do ojczyzny, bycia emigrantem. Tu również znajdziemy kilka dobrych wierszy, opowiadających o bliskich miejscach, rodzinnych przedmiotach – jak choćby babcine krzesła. 

Miłość człowieka do zwierząt to również piękny temat, pokazujący wrażliwość autorki i otwartość na każdą formę życia. Jednak struktura tych wierszy, ich tematyka jest dość infantylna, potraktowana z przymrużeniem oka bez problematyzowania i refleksyjności. Chciałoby się zagłębić bardziej w świat przyrody, w labirynt zwierzęcych uczuć – a czytelnik dostaje tylko zabawne opowiastki, anegdotki, wręcz frazesy.

Jeden z wierszy, na który warto zwrócić uwagę w całym tomiku
Tomik Elizy Anny „Falk” Falkiewicz „Lekcje miłości” (wyd. WFW) zaliczyłabym do poezji kiełkującej, rozwijającej się, nierównej warsztatowo, ale aspirującej do wartościowego pokazywania świata i uczuć za pomocą poezji. Najbardziej irytującym elementem wspomnianego tomiku jest podporządkowanie słów sztucznemu, narzuconemu rymowaniu (szczególnie w krótkich wersach), które ogranicza w pewnych momentach możliwość słowa i obrazowania. Poezja Falkiewicz tworzą głównie emocje, niewyszukane i oparte na schematach stany miłości, jej różnych wariantów. Mam problem z takim typem poetyzowania, z jednej strony jest one nieskomplikowane, intymne, jednostkowe (co wyraźnie podkreśla sama okładka, na której znalazł się portret autorki) a z drugiej bazujące na frazach i słownych zestawieniach pozbawionych retorycznej i kreacyjnej świeżości. Wyraźnie w „Lekcjach miłości” zabrakło mi zaskoczenia, nietypowych zestawień pokazujących miłość z innej strony, tych słownych poszukiwań sprzecznych emocji i różnych stanów i faz zakochania. 

Dziękuję portalowi Sztukater za egzemplarz książki.